Przejdź do komentarzyBezsensowność bezsensu
Tekst 28 z 29 ze zbioru: Pan da pięć biletów do nieba
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2018-10-05
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń349

Strzeżcie się pierwszych odruchów. Są one z reguły szlachetne.

Talleyrand



Lubiłem jeździć do tego domu.

Domu rodzinnego babki, który mi darowała w testamencie.

Przez pięć dni w tygodniu zasuwałem w szkole, próbując wtłoczyć jakieś fakty historyczne w mózgi udające poszukiwanie wiedzy.

Wieczory spędzałem z Jankesem i Martą, śliczną długonogą blondynką o niebieskich oczach, córką miejscowej pary adwokackiej.

Dziewczyna robiła szybką karierę w prokuraturze.

Była więc u mnie czasami knajpa, grono znajomych, Jankes. Od czasu do czasu nocny, dziki, namiętny seks, bo w tym Marta była równie dobra, jak w prawie karnym.

Ale na dwa wolne dni często uciekałem do starego, walącego się domu w D.

Muzyka Vivaldiego i Bacha, wiersze Tuwima i Gałczyńskiego, Sienkiewicz, Balzac i ukochani pozytywiści – Reymont z Prusem pod ramię.

Nie wychodziłem wtedy nigdzie i nie spotykałem się z nikim. Takie ładowanie akumulatorów przed kolejnym tangiem wielkomiejskiego szaleństwa, rozmów telefonicznych i nocy z Martą.

Mam trzydzieści dwa lata i kłopot z tożsamością – pomyślałem, przecierając oczy zmęczone jazdą.

Małe miasteczko dwadzieścia kilometrów od Kielc pozostało moją krainą Indian, partyzantów, i smaku jabłek kradzionych w sadzie starego Poliwczaka. Wtedy była to zapyziała wieś rodzinna babki, z błotnistymi ulicami i rynkiem śmierdzącym w dni targowe końskim nawozem, kiszoną kapustą i wyziewami tytoniowo-alkoholowymi z pobliskiego baru. Pełna pokrzywionych, drewnianych, bielonych wapnem domków.

Tylko kościół wznosił się majestatycznie nad tą szarzyzną, a miejscową elitę intelektualną reprezentował proboszcz, wójt i grupa nauczycieli z miejscowej podstawówki i liceum

. Licha to była awangarda intelektu, ale na bezrybiu...

Pełno było takich miejsc na mojej szkieletczyźnie.

Teraz wieś awansowała do roli miasteczka (stolica gminy!). I piękniała.

Dwudziesta trzecia dwadzieścia. Wjechałem na rynek, teraz pięknie wybrukowany za unijną kasę, z podświetlonym pomnikiem lotników brytyjskich, których „Liberator” został zestrzelony nad miejscowością w czterdziestym trzecim.

Takie zapyziałe dziury potrzebują tożsamości, toteż biedni lotnicy mają ogromną statuę, są w nazwie liceum, dają miano głównej ulicy – w zasadzie dzielne chłopaki wyłaniają się z każdego zakątka jak upiory Witkacego. Wróciliby do kraju cało, to już dawno pies z kulawą nogą by o nich nie pamiętał.

Niespodziewanie ktoś szybko wyszedł z ciemnej bramy. Nacisnąłem gwałtownie hamulce swojej skody. Usłyszałem głuchy łoskot ciała przetaczającego się po masce. Zatrzymałem wóz i podbiegłem do leżącej postaci. Cicho jęczała.

Przekręciłem ofiarę na plecy i zobaczyłem twarz w świetle latarni. Boże, to Ewa!

Natychmiast ją rozpoznałem mimo upływu lat. Moja licealna miłość, która oczywiście miała być po grób. Krótko byśmy żyli, gdyby takie przysięgi się spełniały. Ja zostałem w Kielcach, a ona wyjechała z rodzicami do tej wsi.

Podobno jej ojciec dostał tu dobrą pracę w zakładach przetwórstwa spożywczego.

Czysty banał.


Palące mrówki strachu przebiegły mu po kręgosłupie. Byłem po kilku piwach.

Co robić? Chryste, co robić?!

Kobieta usiadła, powoli ocierając krew z rozciętego czoła.

– Nic pani nie jest? – dopytywałem się bezsensownie kilka razy, na przemian wstając i przykucając. – Czy trzeba jechać do szpitala?

Żeby tylko nie do szpitala! Żeby tylko nie do szpitala!

Potrząsnęła głową, jakby budząc się ze snu. Grzywka opadła na rozcięte czoło.

– Nie, dziękuję. Chcę do domu.

– Zawiozę panią. – Pomogłem jej wstać i posadził ostrożnie na przednim fotelu.

Znowu zajęczała cicho. Jednocześnie rozglądałem się cały czas, czy nikt nie widział zdarzenia.

Nie. Na szczęście w takich miasteczkach o tej porze zrolowany jest już asfalt, psy śpią, a czcigodni mieszczanie skończyli obłapywać swoje tłuste żony.

Ostatni pijacy już ululani, z zapasem taniego wina pod łóżkiem.

Jechałem krętymi uliczkami, przyglądając się jej kątem oka. Głowę miała opartą o zagłówek, a oczy zamknięte. Delikatny profil zarysowywał się naprzemiennie w świetle mijanych latarni.

Nagle ocknęła się i spojrzała na mnie czujnie.

– Skąd pan wie, dokąd jechać?

Uśmiechnąłem się lekko, patrząc przed siebie.

– Wiem.


*


W świetle dnia jej dom prezentował się gorzej.

To był ten sam drewniak, co przed laty, obity teraz sidingiem i z nowymi plastikowymi oknami. Pozostał dach z papy. Tylko pewnie warstw przybyło.

Kiedy czasami przyjeżdżałem tu do rodziny, podchodziłem pod ten dom.

Ale nigdy nie wszedłem.

Ogródek był starannie utrzymany: kwitły w nim nagietki, wysokie mieczyki, malwy i krzewy piwonii.

Za to podwórko nie było już takie urocze z koleinami po ciągniku i porozrzucanymi, zardzewiałymi narzędziami rolniczymi. Gdzieś w głębi gdakały kury i słychać było pochrząkiwanie świń.

Jej pokój był skromnie urządzony. Stary regał typu „Swarzędz”, z połyskiem jak u psa jaja na Wielkanoc, wersalka, dwa małe fotele, odrapany stolik. Reprodukcje impresjonistów na ścianach i w dużej antyramie kolaż ze zdjęć.

Przyniosłem naręcze róż i czekoladki Wedla.

Na czole miała przyklejony wielki plaster. Uśmiechała się blado.

– Wie pani jak mi głupio. Mam straszne wyrzuty sumienia. Chyba powinienem zawieźć panią na jakieś badania, tomograf, coś takiego... – Usiadłem w fotelu. – Może jednak mogę coś dla pani zrobić? – Wstałem i zacząłem krążyć, zmieszany, po pokoju.

Zatrzymałem się przed kolażem zmontowanym w dużej anty-ramie.

Mała dziewczynka, duża dziewczynka z koleżankami – te rozpoznawałem ze szkoły. Chodziły do równoległej klasy. Potem jakieś ślubne z nieznanym chłopakiem. Takie sesyjne od fotografa, z parą zetkniętą czołami. Jakiś bobas, czyli skrzyżowanie prosiaka z żabą. Wszystkie noworodki wyglądają tak samo. Kilkanaście innych fotek. I w dolnym rogu... zdjęcie moje i jej na wycieczce w Warszawie. Przytuleni, na tle Kolumny Zygmunta.

Pochyliłem się i przysunąłem twarz do anty-ramy, przyglądając się uważnie.

Marta mówiła mi kiedyś, patrząc na moje dawne zdjęcie, że bardzo się zmieniłem. Głębokie bruzdy biegnące od nasady nosa do kącików ust. Przedwczesna siwizna. I jakiś przyklejony do twarzy wyraz rezygnacji? Rozgoryczenia? Pewnie dlatego Ewa mnie nie poznała.

Jak niepoznaje się parku w Kielcach i naszej ławki.

– Nie odpowiada mi pan!

Wyprostowałem się gwałtownie.

– O, przepraszam, zamyśliłem się. O co pani pytała? – Usiadłem znowu, zakładając nogę na nogę.

– Skąd pan wiedział, gdzie mieszkam?

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, do pokoju wszedł starszy mężczyzna w roboczych spodniach i poplamionej podkoszulce. Tak na oko sto osiemdziesiąt wzrostu, prawie łysy, z petem w zębach, czyli do kupy wyglądał jak połowa facetów w tym kraju.

Ale nos, klękajcie narody! Krwistoczerwony. Na jego widok drewno samo rozpala się w kominku.

Stanął nade mną.

– Pan żeś ten gamoń, co mi córkę potrącił? Ja na policję...

Popatrzyłem na niego z lekkim uśmiechem. Sprawa nie została wczoraj zgłoszona. Dziś nie ma promili, to może mi dziad naskoczyć. Pamiętałem go, jak przestawał całymi dniami pod sklepem, żłopiąc z upodobaniem oktanowe paliwo niczym stare „żuki”.

Ewa zawsze starała się omijać rynek, jak wracaliśmy ze szkoły. Wstydziła się.

Teraz to on mi może...

– Jam że ten gamoń. A pan niech nie straszy. Trzeba było wczoraj zgłaszać. To grzeczniej trochę teraz.

Głupio mi było, ale jego postawa sprowokowała mnie do takiego zachowania.

Widziałem, jak Ewa zbladła. Chciała coś powiedzieć, ale tylko podniosła się na łokciu.

Z chłopa uszło trochę powietrza.

– No, panie, dziewczyna do pracy nie pójdzie. W zakładzie robi za księgową.  Dorabia w knajpie.

Jak ona się z takim plastrem tam pokaże? A jeszcze noga ją boli... coś w kręgosłupie... leczyć będzie trzeba, a to koszty... no, wiesz pan.

Aha, tu was naprawdę boli. Widziałem, jak zamknęła oczy. Oddychała płytko, a z kącików oczu popłynęły łzy i ruszyły powoli w stronę uszu.

Wyjąłem portfel i położyłem na stole wszystko, co miałem. Coś około siedmiu stów.

– Wystarczy? – zapytałem ironicznie, przyglądając się mężczyźnie zwężonymi oczami.

Narastała we mnie wściekłość.

Staremu zaświeciły się oczy. Zgarnął szybko banknoty do tylnej kieszeni spodni.

Na pewno wyda na leki, hi, hi.

– Chyba... no nie wiem.

Odwróciłem się i wyszedłem szybko, trzaskając drzwiami.


*


Nie wytrzymałem.

Wróciłem tam następnego wieczoru, omijając chrapiącego tatusia. Syn Ewy spał w sąsiednim pokoju.

Wziąłem tydzień urlopu bezpłatnego. Marcie i w pracy powiedziałem, że się zatrułem jakąś podłą kiełbasą.

Co się ze mną dzieje? – myślałem. – Czy to poczucie winy?

Całymi dniami szwendałem się po tym pięknym rynku. Patrzyłem w okna odrestaurowanych domów, dziwnie monotematycznie wymalowanych na słoneczny kolor. Dopiero napotkany kolega wyjaśnił mi, że była kiedyś w pobliskiej Castoramie wielka obniżka cen na farbę fasadową tego koloru.

W uśmiechu rynku gdzieniegdzie straszyły jeszcze zepsute zęby ruder. Brak żydowskich spadkobierców.

Dużo pracy będzie tu miał dentysta – czas.

Spędzałem długie godziny w barze, w którym pracowała. Czekałem wieczoru. Aż tatuś się ulula, a syn pójdzie spać.

Co mnie tu trzyma? W tym zapyziałym miasteczku bez teatru, neonów, przyjaciół, eleganckich knajp i Marty – zastanawiałem się – Dlaczego czekam z wibrującymi nerwami na wieczór?

Kiedy powiedziałem Ewie następnego wieczora, kim jestem, była w szoku. Skrępowani milczeliśmy, a i później rozmowa się nie bardzo kleiła.

Coś ze wspomnień, co u starych znajomych itd. Ale powoli zaczynaliśmy opowiadać o sobie. O swoim życiu i o niespełnionych marzeniach. O ukochanych jak dawniej Tuwimach, Reymontach i Vivaldich. Parku i jesiennym płaszczu liści.

O wszystkim i o niczym. Czyli o wszystkim.

Patrzyłem na nią z uwagą i widziałem te same, lekko zwężone, dziwnie nieokreślonego koloru oczy, z dystansem i ironią obserwujące świat. To było jej największe oszustwo wobec świata. Te oczy. Bo wcale nie była tak naprawdę ironiczna czy zdystansowana. Była tylko schowana.

Oryginalnie wykrojone, zaciśnięte usta, które znamionowały upór w dążeniu do celu. Teraz znów często się uśmiechały.

Opadnięta w czasie wypadku grzywka postawiona była trochę na irokeza. Krótkie włosy. Wtedy miała długie, ale tak też było ładnie. Nie nosiła dawniej kolczyków, a teraz ma takie dłuższe, śmiesznie poruszające się, kiedy kręci głową.

Pomyślałem, że gdybym spojrzał w lustro, zobaczyłbym osiemnastoletniego chłopaka.

Na tę chwilę chyba tak cały dzień czekałem.


Fizyczna namiętność powróciła, kiedy zaprosiła mnie na imieniny u znajomych.

Trochę wypiliśmy, taniec w zwarciu ciał (oj, poczułem tę bliskość w spodniach) i naturalna konsekwencja takiego zdarzenia.

Łóżko.


*


Ostatniego dnia pobytu stałem przed jej ogródkiem.

Lipcowy wieczór parował jeszcze gorącem z nagrzanej ziemi. Z klombu pachniało intensywnie maciejką, a twarz musnęła mi przelatująca ćma.

Wstrząsnąłem się z obrzydzeniem, ocierając skroń i policzek. Przywróciło mnie to do rzeczywistości.

Pchnąłem furtkę, która zaskrzypiała przeraźliwie, i ruszyłem do drzwi.

Istniała nadzieja, że tatusiowi jeszcze starczyło kasy na kolejny seans z butelką i nie pokaże się na horyzoncie.

– Piotrek, jakie piękne malwy! Takie same mam w ogródku. To tak na pożegnanie? – Smutek był doskonale wyczuwalny w głosie, chociaż się uśmiechała.

Czułem w sobie coś nieokreślonego, wibrującego. Od czego spala się mózg i ciało. Jakiś kamień utkwił w gardle i piersiach. I dławił. I oddychać było trudno. Powrót do przeszłości. To samo czułem, kiedy żegnaliśmy się przed jej wyjazdem kilkanaście lat temu. To wtedy obiecywaliśmy sobie dozgonną miłość.

– Kwiaty są z twojego ogródka. Ewuś, chcę być znowu z tobą.


A później żyli razem krótko i niezbyt szczęśliwie.


  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Jak w ocenach.

Mam nadzieję, że będzie ciąg dalszy? :)
avatar
W jakim se sensie,kontynuacja.
avatar
W sensie se ciągu dalszego "Pan da pięć biletów do nieba :) :)
avatar
Tu jest kontynuacja.
© 2010-2016 by Creative Media
×