Przejdź do komentarzyTurkućlandia
Tekst 5 z 29 ze zbioru: Bajka
Autor
Gatunekbajka
Formaproza
Data dodania2018-10-13
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń746

Turkućlandia


W krainie Turkuciów wielkie poruszenie. Pan burmistrz Turkuć Podjadek, zaprosił z wizytą swojego starego przyjaciela Konika Polnego, który również pełnił funkcję burmistrza, ale w bardzo odległym Konikborgu. Wszystkie turkucie zajęły się wielkimi porządkami i od świtu pracowały w pocie czoła, by zdążyć ze wszystkim i godnie przywitać tak wspaniałego gościa, który miał przybyć w godzinach wieczornych. Turkućlandia lśniła czystością. Burmistrz Turkuć Podjadek był zadowolony. Z dumą mógł oprowadzać przyjaciela po swojej krainie. I wcale przed nikim nie krył, że chciał się pochwalić przed tak zacnym gościem swoim ogromnym, wspaniale wybudowanym Turkuciewem. Bo to właśnie on, od kiedy został burmistrzem, wybudował wraz z obywatelami Turkuciewa szerokie i długie korytarze podziemne. A w miejscach, gdzie te korytarze łączyły się ze sobą, pan burmistrz osobiście wybudował nieziemsko cudne komnaty różnej wielkości. A w komnatach tych poustawiał kamienne rzeźby i pozawieszał bajecznie kolorowe obrazy miejscowego artysty, starego Turkucioka. Natomiast żona burmistrza, Turkuciowa Podjadzia, udekorowała wnętrza komnat własnoręcznie utkanymi dywanami i gobelinami. W podziemiach znajdowały się również olbrzymie spiżarnie na żywność, które pan burmistrz wraz z innymi turkuciami budował przez wiele, wiele dni. A spiżarnie te, bez wątpienia, były oczkiem w głowie najlepszej gospodyni w Turkuciewie, pani burmistrzowej.

Podziemne królestwo mieszkańców Turkuciewa było dumą pana burmistrza. A nadziemne, które było w ciągłej rozbudowie, miało być za jakiś czas jeszcze większą dumą. Budowniczy Turkuciewa stawiali na ziemi przepiękne zamki z szyszek. A stawiali je tuż pod rozłożystym świerkiem, pod którym było tak spokojnie, tak cicho. To pan burmistrz tak mądrze wybrał to wspaniałe miejsce pod zabudowę. Na skraju lasu, w lekko zacienionym miejscu, a do tego nieopodal łąki, gdzie było tyle pożywienia. Wymarzone miejsce. Jeden taki szyszkowy zamek, największy, i wybudowany jako pierwszy, zajmował pan burmistrz z żoną i z dwójką swoich dzieci, córką i synem. Pan burmistrz dbał zawsze o to, aby jego zamek był wzorem dla pozostałych turkuciów. Zawsze więc musiało w nim być czyściutko, pachnąco i kolorowo. Dzieci pana burmistrza miały również swój wielki udział w porządkowaniu i upiększaniu tegoż szyszkowego zamczyska. Przed wizytą gościa od rana uwijały się po zamku, ścierając kurze z mebli, odkurzając dywany, zamiatając i myjąc podłogi.

— I raz i dwa… i raz i dwa… i raz i dwa…! — Słychać było przez otwarte okienko szyszkowego zamku.

— Ty, Turkusia, a co ty tam tak odliczasz zawzięcie? — spytał zaciekawiony Turkuś swoją siostrzyczkę, przerywając na chwilę zamiatanie podwórka i zaglądając przez okno do środka.

— Nie odliczam, tylko zamiatam kuchnię — odpowiedziała bratu zasapana Turkusia. — Do rytmu lepiej się zamiata. Sam spróbuj.

— Miotła raz… miotła dwa… miotła raz… miotła dwa…! — wydzierał się Turkuś, zamaszyście machając miotłą. — No, masz rację. Tak jest lepiej.

— Dzieci, a co wy tak wyliczacie?! - zawołała mama Podjadzia, wychylając się przez okno małżeńskiej sypialni na pierwszym piętrze.

Mama Podjadzia nie czekała jednak na odpowiedź dzieci, bo nagle przypomniała sobie, że nie sprawdziła w podziemnej spiżarni czy wystarczy jej korzonków rzodkiewek, z których zamierzała zrobić sałatkę z okazji wizyty gościa. Zostawiła natychmiast chodnik, który chciała przez okno wytrzepać i pobiegła do windy. Windą zjechała do podziemi i najkrótszym korytarzem udała się do spiżarni. Jakie było jej zaskoczenie, kiedy zobaczyła, że niestety korzonków rzodkiewek jest o wiele za mało i nie wystarczy dla wszystkich. Zdenerwowała się i pobiegła z powrotem do windy. I gdy była już na górze, pobiegła do kuchni, i zawołała:

— Dzieci kochane, w was nadzieja! Musicie natychmiast pójść do ogrodnika Turkuckiego i kupić dziesięć korzonków rzodkiewek. Przygotowałam tyle różnych sałatek, a tę najlepszą, rzodkiewkową, chciałam zrobić na sam koniec, bo musi być bardzo chrupiąca. I niestety, nie mam z czego ją zrobić. No już, zakładajcie palta, łapcie za koszyk, i już was nie ma. Tylko się śpieszcie, bo za trzy godziny nasz gość już tu będzie. Aha, masz tu Turkusiu pięć pieniążków, no i idź już… Turkuś, czy ty słyszałeś co ja mówiłam? Zostaw już tę miotłę i poczekaj, Turkusia już do ciebie idzie… Turkusiu, załóż jeszcze kapelusik, żeby ci wiatr nie potargał fryzurki.

Dzieci były nawet zadowolone, że muszą iść do ogrodnika, bo w marszu będą mogły rozprostować swoje ciałka. Po tych wielkich porządkach, to już im wszystko zdrętwiało. A zwłaszcza wszystkie trzy pary czułków, i nawet skrzydełka od ciągłego podpierania się nimi.

Turkuś i Turkusia raźnie pomaszerowali przez łąkę w kierunku ogromnego ogrodu, gdzie mieszkał ogrodnik Turkucki. Po drodze trochę podśpiewywali sobie, ćwiczyli po cichutku ćwierkanie, a i też wymyślali sobie różne zabawy w jakie będą się bawić z innymi małymi turkuciami po ceremonii powitalnej ich gościa. Bo że będą się bawić, to było pewne. Zasłużyli sobie ciężką pracą na wolny czas dla siebie. Już sama więc myśl o wieczornych zabawach przyprawiała ich o wyśmienity humor.

Turkuś długo myślał i stukał się co rusz skrzydełkiem po głowie, by myśli szybciej przychodziły. W końcu wymyślił wyścigi pomiędzy szyszkowymi zamkami. A po wyścigach, zabawę w chowanego. A po zabawie w chowanego, znów wyścigi, ale na odmianę — lotne. A na koniec zawody: kto najdalej pofrunie, a potem, kto najwyżej pofrunie.

— Ach, Turkuś, czy ty nie umiesz wymyślić innej zabawy! — zawołała zawiedziona Turkusia i podała bratu koszyczek, by i on trochę poniósł. — Za każdym razem te same zabawy. A lot na odległość i na wysokość, to już zawsze muszą być na zakończenie wszystkich naszych zabaw? Co? Wiem dlaczego, bo akurat ty jesteś w tym najlepszy, dlatego znów chcesz się popisywać swoimi umiejętnościami. A ty wiesz, że ani mama ani tato nie pozwalają nam fruwać za daleko, bo turkucie nie bardzo potrafią fruwać, a już lotu na wysokość, zabronili nam kategorycznie. I co, znów chcesz rodziców denerwować?

— Turkusiu, Turkusiu, ty już nie udawaj takiego niewiniątka, przecież ty też lubisz sobie trochę polatać. No, oprócz latania na wysokość, ma się rozumieć. Bo latania na wysokość, to ty się boisz jak ognia — zaśmiał się Turkuś. — Ale ja przynajmniej wymyśliłem jakieś zabawy. A ty, co? Ani jednej.

— A kto ci powiedział, że nie wymyśliłam — odpowiedziała Turkusia, robiąc obrażoną minkę. — Właśnie, że wymyśliłam. No na przykład taka zabawa: zawiązujemy turkuciom oczka i oprowadzamy ich po łące i każemy im zgadywać po zapachu, jakie roślinki mają przed sobą. A to będzie trudne zadanie. Bo przecież kiedy się posilamy, żerując pod ziemią i podgryzając podziemne korzonki roślin, to my dobrze wiemy, jakie roślinki podgryzamy. Ale sztuka będzie polegać na tym, by zgadnąć co to za roślinka, nie widząc jej tylko czując jej zapach, i to na powierzchni ziemi. I ten, co zgadnie najwięcej, wygrywa, a ten co najmniej, albo wcale, przegrywa i będzie musiał spełnić jedno życzenie tego co wygrał. I tak dalej i tak dalej. Cha, cha, cha…! Może być dużo radości i śmiechu. No co, dobra zabawa, nie?

— Czy ja wiem? — powątpiewał Turkuś. — A jakie życzenia trzeba by było spełniać…? Ojej, poczekaj, poczekaj… Świetna zabawa! Przecież ten co przegra, a kiedy ja wygram, bo jestem tego pewien, że wygram, to będzie musiał spełnić moje życzenia i polatać ze mną na wyścigi, a następny co przegra, to będzie musiał polatać ze mną na wysokość… Wspaniała zabawa! Turkusiu, ty to masz głowę!

— Och, Turkuś, czy ty zawsze musisz myśleć tylko o tym samym? — spytała Turkusia z zawiedzioną miną i zatrzymała się momentalnie. Po czym popatrzyła na zdziwionego braciszka i z rezygnacją położyła po sobie czułki. — A niech ci będzie! Ale będziesz musiał poprosić tatusia o zgodę na loty nadziemne. Bo inaczej to ci się oberwie… że ho, ho!

— Już ty się o to nie martw! - zawołał Turkuś do siostrzyczki i na powrót wcisnął jej do rączki koszyczek. — A teraz popatrz, pokażę ci jak lata w powietrzu turkuciowy Turkuś z rodu Turkuci Podjadków.

Turkusia nie zdążyła nawet zaprotestować, a Turkuś był już w powietrzu. Poleciał daleko od niej aż straciła go z oczu. Turkusia była zła na brata, że ją samą zostawił. Postanowiła więc się obrazić na niego i z nim nie rozmawiać. Przynajmniej na chwilę, kiedy do niej wróci. Mocniej ścisnęła koszyczek i poszła przed siebie z obrażoną miną. Szła i szła, a jej braciszek jakoś nie wracał. Zaczęła się w końcu niepokoić, że coś mu się stało. Biegała więc po łące i go nawoływała. I nic, cisza. Turkusia ani widu ani słychu. — „Czyżby zapadł się pod ziemię?” — myślała z coraz większym strachem. — „Ależ nie, przecież on był nad ziemią… No to może zginął w powietrzu?” — Turkusię tak bardzo przeraziły własne myśli, że wreszcie nie wytrzymała i na całe gardełko zaczęła krzyczeć:

— Ojejku, jejku, mój kochany braciszek…! Turkusiu mój najukochańszy, co ci się stało? Proszę cię, wracaj! Jak wrócisz, to ja nawet jestem gotowa z tobą na wysokość polatać. Ale wracaj, błagam cię, wraaaaaacaj!

— A kuku, tu jestem! — rozległo się pomiędzy dwoma kępkami trawy. — A kuku, szukaj mnie!

— Ty wstrętny Turkusiu! Jak mogłeś mi to zrobić?! — zawołała na powrót zła Turkusia.

— A cóż ja takiego ci zrobiłem? Bądź szczęśliwa, że cię w ogóle znalazłem — zagrzmiał Turkuś spod kępki trawy. Po czym wygramolił się na nią, by z wysoka lepiej zobaczyć swoją siostrzyczkę, i jeszcze głośniej zawołał: — Gdzie ty właściwie polazłaś? Szukam za tobą już tak długo.

Okazało się, że obrażona Turkusia pomyliła kierunki i poszła w zupełnie inną stronę. I zamiast zbliżać się do ogrodu ogrodnika Turkuckiego, coraz bardziej się od niego oddalała. Dobrze że Turkuś, najlepszy wśród turkuciów lotnik w lotach na wysokość, wypatrzył ją z góry. W przeciwnym razie, Turkusia poszłaby nie wiadomo dokąd, no i z pewnością zgubiłaby się na tej ogromnej łące.

— Nie polazłam, tylko szłam do ogrodnika Turkuckiego — odpowiedziała Turkusia, siląc się już na uśmiech.

— A to przepraszam, nie wiedziałem, że my mamy dwóch ogrodników Turkuckich — zaśmiał się Turkuś. — Ja znam tylko jednego i do niego zamierzam dotrzeć, jak mamusia nakazała… Ty, Turkusia, ale nie myśl, że ja nie słyszałem tego, że gotowa jesteś ze mną polatać. A słyszałem… i to wyraźnie. I trzymam cię za słowo.

— A pewnie, słowa dotrzymam. Nie myśl sobie, że nie! - Turkusia zapewniła braciszka, robiąc przy tym niepewną minę.

Turkusiowi chciało się śmiać z siostry. Był pewien, że ona znów stchórzy przed lotem i będzie się wykręcać bólem brzucha. Zawsze tak robiła. Już otworzył nawet buzię do gromkiego śmiechu, gdy nagle śmiech zastygł mu na ustach… Usłyszał gdzieś w oddali czyjś żałosny płacz. Podfrunął do siostry, złapał ją za rękę, i szybko pobiegli w tamtym kierunku.

Oczom Turkusi i Turkusia ukazał się żałosny widok. W dużej dziurze w ziemi leżał potężny, niczym rycerz w czarnej zbroi -— żuk Skarabeusz. A leżał tam na grzbiecie i przebierał tylko nogami w powietrzu. Zaś na jego brzuchu siedziała biedronka Siedmiokropka i płakała wniebogłosy.

Rodzeństwo turkuciów natychmiast zapomniało o korzonkach rzodkiewek i rzuciło się na ratunek biednej Siedmiokropce i Skarabeuszowi. Chwilę to trwało, zanim udało im się wydobyć ich z dziury, gdyż dziura była bardzo głęboka. Narwali najpierw dużo źdźbeł trawy, a potem wrzucali je do dziury, obok leżących tam nieszczęśników. Powili i uważnie, aby dodatkowo ich nie zranić. I kiedy nawrzucali ich na tyle dużo, że można było spokojnie wskoczyć do środka, Turkuś zawołał:

— A teraz uważaj Turkusiu! Ja wskakuję do dziury, biorę Siedmiokropkę na ręce, i podaję ci ją. A ty delikatnie położysz ją na trawie, i poczekasz aż podam ci Skarabeusza. Sama nic nie rób przy Siedmiokropce, bo najpierw musimy dokładnie ją zbadać, co ma połamane i gdzie. Zrozumiałaś?

-— Zrozumiałam, zrozumiałam, a co bym miała nie zrozumieć. No, wskakuj szybko do tej dziury — ponaglała brata Turkusia. — Popatrz, jacy oni są już wycieńczeni. Biedna biedronka. Biedny żuczek.

O ile z wyciągnięciem Siedmiokropki Turkuś i Turkusia nie mieli wiele kłopotu, o tyle z wyciągnięciem Skarabeusza już tak. Biedronka była malutka i leciutka, a żuk ogromny i ciężki. Turkuciowe dzieci musiały się przy nim mocno namęczyć.

— Na lot turkucia! Nie damy rady, czy co?! — wrzeszczał Turkuś. —Poczekaj Turkusia… Musimy załatwić sprawę turkuciowo, no! Na raz i dwa, ja go podnoszę z dna dziury, na trzy, podaję go tobie. A ty, na raz i dwa odbierasz go ode mnie, i na trzy, kładziesz go na trawie. No, jazda! Na trzy! Jeszcze raz!

Po kwadransie turkuciowe dzieci pochylały się już nad Siedmiokropką i Skarabeuszem i sprawdzały, czy są mocno ranni i czy mają połamane nóżki, albo skrzydełka. I okazało się, że biedronka ma zranione skrzydełko, a żuk złamane dwie tylne nóżki. Turkuś szybko usztywnił Skarabeuszowi nóżki jakimiś twardymi łodyżkami, przywiązując je porwanym na kawałki rękawem swojego palta. A Turkusia w tym czasie opatrzyła Siedmiokropce skrzydełko, robiąc jej opatrunek ze swojej chusteczki do nosa namoczonej w kropli rosy.

Turkuś i Turkusia tak bardzo byli zajęci rannymi, że zupełnie stracili poczucie czasu. I kiedy w końcu zrobili wszystko co tylko mogli, by Siedmiokropka i Skarabeusz tak nie cierpieli, wtedy dopiero poczuli ogromne zmęczenie. Położyli się więc na miękkiej kępce trawy tuż obok rannych, kiedy nagle usłyszeli głos Siedmiokropki:

— Dziękuję wam kochani, że nas uratowaliście. Bo gdyby nie wy, zostalibyśmy w tej dziurze na wieki. Już drugi dzień tam leżeliśmy i nikt nam nie przyszedł z pomocą.

Biedronka Siedmiokropka opowiedziała turkuciowym dzieciom jak to się stało, że znalazła się razem z Skarabeuszem w tej głębokiej dziurze. A było to tak: kiedy Siedmiokropka przelatywała nad łąką w drodze do swojego domu, usłyszała czyjeś nawoływanie o pomoc. Pofrunęła w tym kierunku i zobaczyła w dziurze Skarabeusza, który leżał tam na grzbiecie i nie mógł się odwrócić. Biedronka bardzo się zdziwiła, widząc Skarabeusza w tym miejscu. Wtedy Skarabeusz powiedział jej, że jest podróżnikiem i przyleciał tu z Czarnego Lądu w specjalnym celu. Siedmiokropka nie bardzo rozumiała o co mu chodzi, ale postanowiła mu pomóc. Na początku podawała mu długie źdźbła trawy, aby mógł się jakoś przytrzymać i odwrócić. Ale kiedy to nic a nic nie pomagało, sfrunęła do dziury i sama próbowała go odwrócić. Niestety, Skarabeusz ciężki i twardy jak rycerz w zbroi swym potężnym ciałem niechcący przydusił jej skrzydełko. Wtedy jej delikatne skrzydełko rozerwało się w dwóch miejscach. I takim to sposobem we dwoje zostali uwięzieni w dziurze i nic im innego nie pozostało, jak tylko wyczekiwać ratunku.

Turkuciowe dzieci ze współczuciem patrzyły na Siedmiokropkę i na Skarabeusza. I gdy stwierdziły, że Siedmiokropka czuje się już dużo lepiej, to ich uwaga skupiła się na Skarabeuszu, ale on milczał jak zaklęty i nic nie chciał mówić. Chwilę pomilczeli wszyscy. Ale ciekawska Turkusia w końcu nie wytrzymała i odezwała się pierwsza:

— Ja się nazywam Turkusia, a to mój brat Turkuś, jesteśmy dziećmi burmistrza Turkucia Podjadka i mieszkamy... o, tam, gdzie łąka łączy się z lasem. Tam jest właśnie nasza piękna Turkućlandia…

— Coś ty powiedziała?! — Skarabeusz głośnym krzykiem przerwał Turkusi, a że głos miał potężny, okropnie ją wystraszył. Ale po chwili, łagodnym już głosem zapytał jeszcze raz: — Coś ty powiedziała? Czy ja dobrze usłyszałem? Tam jest Turkućlandia?

— Tak, dobrze usłyszałeś — za siostrę odpowiedział Turkuś. — My pochodzimy z Turkućlandii.

— Hurrra! Więc bocian Klekotek mnie nie oszukał… Hurra! — wołał wyraźnie uradowany Skarabeusz. — Przepraszam was moi kochani, jestem okropny. Zamiast wam podziękować za ratunek, to ja się zachowuję jak ostatni gbur. Wybaczcie staremu. Byłem tak przygnębiony, że nie mogłem znaleźć Turkućlandii, że już myślałem nawet, iż mój przyjaciel Klekotek, z którym przyleciałem na wasze ziemie, mnie okłamał. Otóż Klekotek zostawił mnie na tej łące i powiedział, że gdzieś tu nie daleko musi być ta wspaniała kraina. Szukałem jej przez dwa dni i nie mogłem znaleźć. A potem jeszcze ten wypadek w dziurze, do której wpadłem, łamiąc sobie nogi. I tego jakby było mało, to na dodatek uszkodziłem Siedmiokropce skrzydełko. Ojoj, ojoj… tego wszystkiego naraz było za dużo dla mnie starego, no i załamałem się. Ale teraz widzę, że zupełnie niepotrzebnie, bo przecież los mi sprzyja. Pomijając moje złamane nogi i uszkodzone skrzydełko biedronki, wszystko inne jest wspaniałe. Mój kochany przyjaciel Klekotek dalej będzie moim przyjacielem, a ja znajduję się w pobliżu Turkućlandii… Hura! Hurrrra!!!

— A powiedz nam Skarabeuszu, co cię przywiodło w nasze strony — zapytała zaciekawiona Turkusia.

Skarabeusz zaczął opowiadać jak to jego przyjaciel, bocian Klekotek, mówił mu kiedyś, że na ziemiach, gdzie on co roku na wiosnę się udaje, widział przepiękną krainę o nazwie Turkućlandia. Klekotek opowiadał mu o wspaniałych i okazałych zamkach z szyszek, o tunelach łączących podziemia zamkowe, o dobrych i serdecznych obywatelach Turkućlandii i wreszcie o bardzo mądrym i sprawiedliwym burmistrzu tej krainy. A że Skarabeusz też był burmistrzem afrykańskiej krainy — Czarnolandii, bardzo chciał poznać burmistrza Turkućlandii i jego Turkućlandię. Chciał po prostu wymienić z nim swoje doświadczenia i nauczyć się od niego tych wspaniałych rzeczy związanych ze wznoszeniem pięknych szyszkowych zamków i budową podziemnych tuneli. Marzył, by się zaprzyjaźnić z tym tak prawym i mądrym burmistrzem, o którym aż w odległej Czarnolandii wspaniałe wieści krążą. Chciał pobyć z nim aż do jesieni, kiedy to jego przyjaciel, bocian Klekotek, będzie wracał do ciepłej Czarnolandii na zimę. Wtedy Skarabeusz zamierzał znów na jego wygodnym grzbiecie udać się w powrotną drogę. I wrócić do swojej krainy, bogatszym o przyjaźń i nowe doświadczenia.

Turkusi i Turkusiowi bardzo przyjemnie słuchało się opowieści starego Skarabeusza, tym bardziej, że tyle dobrego powiedział na temat ich ukochanego ojca i ich wspaniałej Turkućlandii, którą również ogromnie kochali.

Atmosfera wśród leżących na kępce trawy zrobiła się tak sympatyczna, że turkuciowe dzieci wraz ze Siedmiokropką zaczęły wypytywać Skarabeusza o jego Czarnolandię, jak i również o jego podróż z dalekich stron na grzbiecie bociana Klekotka. Skarabeusz bardzo chętnie opowiadał, bo to był dla niego też bardzo miły temat do opowieści. Opowiadał więc… i opowiadał. I nawet nie zauważył, kiedy wszyscy usnęli. Uśmiechał się sam do siebie, widząc ich błogie miny. A że sam również poczuł się bardzo zmęczony, też zapadł w głęboki… i długi sen.

Wszystkich śpiących na kępce trawy obudziły dopiero głośne nawoływania i chrzęst deptanej zeschłej trawy. Turkusia i Turkuś zerwali się na równe nogi. Przed sobą zobaczyli ogromną część turkuciowego społeczeństwa z rodzicami i ich wspaniałym gościem z Konikburga na czele.

Przerażenie — z jednej strony, radość — z drugiej… Dwa odmienne uczucia mieszały się ze sobą przez jakiś czas. Wreszcie burmistrz Turkuć Podjadek pierwszy odzyskał rezon. Doskoczył do dzieci i nakazał im natychmiast wytłumaczyć się z tego co tu się stało. Turkuciowe dzieci opowiedziały cały przebieg wydarzeń, a kiedy skończyły, przedstawiły wszystkim Skarabeusza i Siedmiokropkę. Wtedy wszyscy przybyli zaczęli bić im brawo.

— Jestem z was dumny! — przekrzykiwał oklaski burmistrz Turkuć Podjadek. — Zuchy dzieci! Turkuciowe zuchy!

— Tur-ku-cio-we zu-chy! Tur-ku-cio-we zu-chy! — skandowało turkuciowe społeczeństwo wraz z gościem z Konikburga. — Hura! Hurra! Niech żyje turkuciowe społeczeństwo! Niech żyje burmistrz Turkuć Podjadek! Niech żyje burmistrz żuk Skarabeusz! Niech żyje burmistrz Konik Polny! Niech żyje biedronka Siedmiokropka! Hura! Hurra! Hurrrra!!!

I wszyscy razem, już bardzo szczęśliwi, ruszyli w stronę Turkućlandii, niosąc na skleconych naprędce noszach obolałego jeszcze, ale już ogromnie zachwyconego Skarabeusza oraz szeroko uśmiechniętą Siedmiokropkę.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×