Przejdź do komentarzyNikt, tylko Pomponik
Tekst 6 z 29 ze zbioru: Bajka
Autor
Gatunekbajka
Formaproza
Data dodania2018-10-18
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń867

Nikt, tylko Pomponik


Stał duży dom. Przy domu, drewniany ganek. A na ganku, w wiklinowym koszyczku, leżał mały piesek Pomponik. Leżał i strasznie się nudził. To ziewał szeroko i głośno, to znów naciągał się na wszystkie strony świata, że aż mu kosteczki strzelały. Co rusz zaglądał też ciekawym okiem przez otwarte drzwi ganku na olbrzymie podwórko, gdzie przed chwilą zniknęła jego kochana mama Pompela.

Mama Pomponika zabraniała mu wychodzić na dwór samemu. Uważała, że jest jeszcze za malutki na samotne spacery po podwórku. Obiecywała Pomponikowi, że może za niedługo, że może za parę dni już mu pozwoli, ale jeszcze nie teraz. Sama zaś jak zwykle, poszła rozprostować swoje kości, biegając po podwórku i pobliskiej łące.

Pomponik był bardzo zawiedziony i nic a nic niepocieszony. Leżał tak w koszu znudzony niczym stary mops i coraz bardziej nerwowo spoglądał w przestrzeń podwórka wyłaniającą się przez otwarte drzwi. Nagle wstał. Wystawił z kosza jedną łapkę. Potem drugą. A za moment obydwie tylne łapki naraz. Bardzo się zdziwił swoją odwagą. Postał tak chwilę przy koszu, by móc się dłużej rozkoszować tym miłym uczuciem. A kiedy tak stał, na ułamek sekundy przyszła mu taka myśl, czy aby jednak nie powinien wrócić na swoje legowisko, ale że ciekawość wzięła górę, wyskoczył na podwórko jak z procy. I tak jak szybko wyskoczył, tak szybko się zatrzymał… i stanął jak wryty.

— Ależ tu dużo śmiesznych piesków! — zaszczekał sam do siebie zdziwiony niesamowicie.

Pomponik nigdy jeszcze nikogo nie widział, bo też jeszcze nigdy o tej porze na podwórku nie był. Mama Pompela wyprowadzała go na dwór zawsze wieczorem, kiedy na podwórku było pusto, kiedy wszystkie zwierzęta udały się już na spoczynek. Nic więc dziwnego, że widokiem domowych zwierząt Pomponik był aż tak zaskoczony i nie wiedział co to za jacy.

— Podejdę najpierw do tego pieska co jest trochę do mnie podobny — postanowił Pomponik, ruszając w kierunku ławki przed gankiem. — Witam ciebie piesku! Jak się nazywasz? Pobawisz się ze mną?

— Wypraszam sobie takie żarty! Jestem kot Benedykt — zamiauczał kot i nastroszył się, pokazując pazurki. — Ja ci zaraz dam pieska! Na szczęście jestem kotem, a nie żadnym psem. Odejdź, bo cię zaraz podrapię.

— Oj, Bene… Bene… no nie bądź na mnie zły! — zaszczekał zawiedziony, a i nieco przestraszony Pomponik. — Ja jestem jeszcze malutki i dopiero pierwszy raz wyszedłem sam na podwórko. Dlatego nie wiem kim jesteś i… zapomniałem już jak się nazywasz. Ja chciałem się tylko z tobą pobawić.

— Miauuu, miauuu! A kim ty jesteś, że ja miałbym się z tobą bawić?! — głośno zamiauczał kot Benedykt.

Pomponik chociaż jeszcze malutki, ale potrafił już zrozumieć, że ten oto kot coś nie bardzo lubi słowa „piesek”, więc głośno zaszczekał:

— Nikt, nikt… to tylko ja… Pomponik!

— Też mi, Pomponik!

— No właśnie, Pomponik. A jak ty się nazywasz? Twoje imię wyleciało mi z główki.

— Mów mi Beniu — spokojniej już zamiauczał kot Benedykt, bo pomiarkował, że z malutkim jeszcze pieskiem ma do czynienia. — Czy ty przypadkiem nie jesteś dzieckiem Pompeli?

— Tak, Beniu, moja mama nazywa się Pompela.

— To co ty tutaj robisz sam bez mamy?

— Właśnie nie wiem… albo wiem… chciałem się pobawić.

— Ale twoja mama mówiła, że jesteś jeszcze za malutki, żebyś mógł sam wychodzić na podwórko. Nieraz ją o to pytałem. Wygląda na to, że wyszedłeś bez jej zgody?

— Beniu, zaopiekujesz się mną? Bo ja nie chcę wracać do kosza.

— No dobrze, zaopiekuję, bo jak nie ja, to kto? Pompeli nie ma, pobiegła na łąkę, więc ktoś musi. Mogę to być ja. Chodź to cię oprowadzę po podwórku i przedstawię cię wszystkim naszym mieszkańcom. Tylko bądź grzeczny i sam nigdzie nie odchodź.

— Kochany jesteś Beniu! — głośno zaszczekał Pomponik i polizał kota po pyszczku.

Podreptała więc ta dziwna para: kot z psem — przez podwórko, wywołując swym widokiem wielkie zaskoczenie wśród domowych zwierząt. Ich zaskoczenie szybko się jednak obracało w zdenerwowanie, bo Pomponik, czując się pewnie przy boku kota Benedykta, wparowywał pomiędzy nich bez żadnego strachu, robiąc coraz to większe zamieszanie.

Najpierw wskoczył do kurnika, gdzie wypłoszył wszystkie kury, siedzące na gnieździe i znoszące jaja. Kury głośnym gdakaniem podniosły alarm, a Pomponik zrobił w tył zwrot i wyskoczył z kurnika szybciej niż tam wskoczył. Wystraszone i oburzone zarazem gdakanie swoich kur usłyszał kogut Sułtan. W szybkim tempie zaczął więc gnać przez całe podwórko, pomagając sobie skrzydłami. Wyhamował przed kurnikiem, i trzepiąc ze złości swym dużym czerwonym grzebieniem, zapiał wniebogłosy:

— Kukurykuuu!!! A to co za maniery straszyć moje kury, gdy zajęte są znoszeniem jaj? Kto to zrobił?!

— Nikt… tylko ja… Pomponik! — zaszczekał szczerze piesek.

— Wybacz Sułtanie! On jest jeszcze malutki i nie bardzo wie, co zrobił — zamiauczał poważnie Benio. — Pomponik, przeproś Sułtana i wszystkie kury, bo nie ładnie się zachowałeś…

Benio nie skończył mówić, bo nie było do kogo. Pomponika już przy nim nie było. Wystraszony zaczął rozglądać się po podwórku i z przerażeniem stwierdził, że Pomponik skacze już pomiędzy kaczkami i zębami próbuje chwycić kaczora Tenora za jego zadarty kędziorek. Benio co sił popędził w stronę kaczego wybiegu i skokiem iście akrobatycznym przyskoczył do Pomponika.

— Kwa, kwa, kwaaa! — zakwakały głośno wszystkie kaczki naraz wprost do uszu Benia.

— Beniu, wstydź się! — zakwakał jeszcze głośniej kaczor Tenor i skrzydełkiem poprawił swój rozczochrany nieco ogonek z kędziorkiem. — Jak ty pilnujesz swojego przyjaciela? Popatrz jak on wystraszył wszystkie moje kaczuszki.

— Wybacz Tenorze! On jest jeszcze malutki… — Benio zaczął swoją mowę przepraszającą, ale nie skończył, bo spostrzegł, że Pomponik gnał już w stronę gołębnika.

Benio natychmiast pobiegł za Pomponikiem i tym razem nie dopuścił, aby ten rozrabiaka przestraszył też i gołębie. Dopadł go już na pierwszym szczebelku drabiny, po której Pomponik usiłował się wgramolić do gołębnika.

Tej scenie pod gołębnikiem przyglądał się najstarszy z gołębi, gołąb Garłacz. Siedział akurat na gałęzi jabłoni rosnącej obok jego olbrzymiego i pięknego gołębnika. Przekrzywił głowę i zagruchał:

— Gruchu, gruchuuu! Beniu, ani mi się waż wdrapywać się z tym twoim przyjacielem do mojego królestwa. Ty wiesz, że tam dla was wstęp jest wzbroniony. Moja gołębica wysiaduje akurat jajka, więc nie można jej przeszkadzać, ani też straszyć innych moich towarzyszy.

— Nie miałem też takiego zamiaru — zamiauczał Benio, ale na wszelki wypadek zębami złapał Pomponika za ogon. — Złaź, i to już! Same kłopoty z tobą. Chyba cię zaprowadzę z powrotem do twojego kosza na ganku.

— Nie, tylko nie to! — odszczekał mu natychmiast Pomponik. — Ja chcę się tylko pobawić. Dlaczego nikt się nie chce ze mną bawić?

Pomponik nie czekał na odpowiedź, tylko wyrwał się Beniowi i wskoczył pomiędzy przechodzące akurat i głośno o czymś rozprawiające stado gęsi. A gęsi, jak to gęsi, zaczęły okropnie syczeć i gęgać. Pomponik wystraszył się tego hałasu nie na żarty. Wyskoczył więc pośpiesznie spomiędzy nich i szalonym pędem pognał przez podwórko. Gęsi też poczuły się zagrożone, więc z przeraźliwym gęganiem i syczeniem oraz rozpostartymi skrzydłami i wyciągniętymi do przodu szyjami, popędziły za intruzem Pomponikiem. Wystraszony okrutnie piesek wskoczył przez lekko uchylone wrota obory i tam znalazł schronienie przed gęśmi, które na szczęście pozostały na zewnątrz.

Benio zrezygnowany i zły na Pomponika poczłapał za nim do obory. I kiedy tam dotarł, oniemiał z wrażenia. Pomponik, podskakując jak piłeczka, próbował uchwycić ząbkami starą krowę Kometę za ogon. Kometa ze zdziwieniem spoglądała na Pomponika spod oka, wachlując jednocześnie coraz mocniej i szybciej swoim długim ogonem. W końcu trafiła nim Pomponika w główkę. A ten, uderzony z dużą siłą, poleciał jak uskrzydlony przez pół obory i upadł. Na jego szczęście, upadł na dużą wiązkę słomy. Kometa spojrzała swymi dużymi oczami na leżącego Pomponika, a potem wzrok swój przeniosła na stojącego we wrotach Benia i przeciągle zamuczała:

— Muuu, Muuuuu! Beniu, co to ma znaczyć? Dlaczego pozwalasz swojemu przyjacielowi na takie zachowanie?

— Mee, meee! — zameczała też koza Amaltejka, która stała w rogu obory i widziała lecącego w powietrzu Pomponika. — No właśnie Beniu, dlaczego wpuszczasz do obory jakieś ptaszysko? Nie życzę sobie, aby mi tu przed nosem fruwało. Mało się trawą nie zadławiłam ze strachu.

— Ojej, moje drogie mieszkanki obory, przepraszam! Ale to tylko Pomponik… — zamiauczał rozpaczliwie Benio, i znów nie mógł skończyć, bo Pomponik zeskoczył właśnie z wiązki słomy i chwiejnym nieco krokiem kierował się w stronę wrót.

Pomponik był bardzo zdziwiony, że ma takie miękkie nóżki, i że jakoś tak dziwnie mu się plączą. — „A i nawet w główce mi się trochę kręci” — pomyślał, ale szedł dalej. — „Muszę do mamy… albo na dwór”.

Pomponik zbliżał się akurat do stojącego we wrotach Benia i już go chciał ominąć, aby wyjść na świeże powietrze, gdy ten nagle złapał go za ucho i groźnie zamiauczał:

— Dokąd to! Mało już narozrabiałeś?! Tym razem będziesz szedł równo ze mną. Zrozumiałeś?!

— No pewnie... Ma się rozumieć, że zrozumiałem. Co bym miał nie zrozumieć — zaszczekał Pomponik. — Ale muszę koniecznie siusiu!

— No to jazda na dwór! Na co czekasz?! — szybko zamiauczał Benio. Puścił Pomponika ucho i wypchał go na zewnątrz.

I to był Benia błąd, bo Pomponik, kiedy tylko znalazł się na dworze, od razu zainteresował się dumnie kroczącą parą indyków Gulgotów, zapominając o swojej potrzebie. Podskoczył z wrażenia na ich dostojny wygląd i natychmiast pognał naprzeciw tym pięknym ptakom, zostawiając zaskoczonego Benia w tyle. A kiedy wyhamował przed indykami, wystraszył się okropnie, bo obydwa indyki głośno zagulgotały, a indor Gladiator Gulgot natychmiast rozłożył swój ogon niczym wachlarz. Zaś jego korale i brodawki na szyi nabrzmiały momentalnie i przybrały kolor jaskrawoczerwony. I wtedy, ni stąd, ni zowąd, zamaszyście rozciągnął na całą długość swe ogromne skrzydła i zaczął nimi mocno strzelać po ziemi.

Tego było już za wiele dla małego Pomponika. Najpierw się skulił w sobie i zaczął piszczeć, a po chwili pędził już z coraz to głośniejszym skomleniem przez podwórko. Pomponik zamierzał uciec na ganek do swojego bezpiecznego legowiska w koszu, ale że w ogromnym strachu pomylił kierunki, pognał więc do pierwszych lepszych otwartych drzwi. A były to drzwi stajni, a właściwie na wpół otwarta brama stajni. Pomponik wpadł do środka jak strzała i zatrzymał się dopiero na przeciwległej ścianie. Zmęczony i zziajany okrutnie, padł na klepisko. Oczka zasłonił łapkami i nasłuchiwał tylko, czy może się już czuć bezpiecznie. I kiedy tak leżał zwinięty w kłębuszek, usłyszał miauczenie Benia, który przepraszał małżeństwo Gulgotów i prosił ich, żeby nie robili jemu, Pomponikowi, krzywdy, bo on jest tylko malutkim pieskiem, który niewiele jeszcze rozumie. — „Kochany Benio” — pomyślał Pomponik i zaczął łypać jednym okiem po stajni. Nagle zobaczył olbrzymią klacz Kasztelankę i stojącego obok niej źrebaczka Pegazka. Z wrażenia natychmiast otworzył i drugie oko. Postanowił się więcej nie narażać i cichaczem wydostać się z tego niebezpiecznego, jak mniemał, dla niego miejsca. A gdy spostrzegł wielki ogon Kasztelanki nabrał pewności, że musi to zrobić natychmiast. Zaczął więc czołgać się bezszelestnie po klepisku stajni i kierować się w stronę wyjścia.

W bramie stał już Benio i złym okiem spoglądał na czołgającego się Pomponika.

— Marsz do kosza, ty nieznośny Pomponie! I to natychmiast! — zamiauczał groźnie. — Mam już dość świecenia za ciebie oczami przed wszystkimi mieszkańcami naszego podwórka. Nie umiesz się zachować… zachowujesz się tak, jakby ciebie z lasu wypuścili. Co za okropny Pompon!

— Nie Pompon, tylko Pomponik — zaszczekał słodziutko piesek, ale na wszelki wypadek podniósł się z ziemi i odskoczył od Benia na bezpieczną odległość. — Sam powiedziałeś, że ja jestem jeszcze malutki i nie rozumiem wszystkiego. I to jest prawda. Ja chcę się tylko pobawić… i nie rozumiem dlaczego nikt się nie chce ze mną bawić.

Co było robić? Benio musiał przyznać Pomponikowi rację, bo i sam też o tym dobrze wiedział. Postanowił więcej nie krzyczeć na Pomponika, tylko łagodnie wytłumaczyć mu, że powinien udać się już na spoczynek, gdyż malutkie pieski potrzebują więcej snu. Sam zresztą czuł się już bardzo zmęczony nieustanną gonitwą za tym niesfornym pieskiem i marzyło mu się już jego legowisko na zapiecku w kuchni. I już otworzył mordkę, żeby mu o tym powiedzieć, gdy nagle zobaczył myszkę Apolonię, wychodzącą ze stajni przez szczelinę w ścianie. Chciał więc najpierw ją pozdrowić, bo żył z nią w dobrej komitywie, niestety, nie zdążył. Bo Pomponik, kiedy spostrzegł zwierzątko mniejsze wreszcie od siebie, to tak się ucieszył, że postanowił jeszcze raz spróbować się pobawić, mając nadzieję, że tym razem mu się uda. Radośnie szczekając, podskoczył więc do Apolonii. A ta… jaka szkoda, z głośnym piskiem zniknęła w szczelinie. Tylko kurz po niej pozostał i unosił się w powietrzu, przyprawiając okrutnie zawiedzionego Pomponika o siarczyste kichanie.

Benio znów był zły na Pomponika, ale tym razem bardzo, ale to bardzo mocno. Bo przecież ten nieznośny piesek spłoszył jego serdeczną przyjaciółkę. Ale po chwili przypomniał sobie, że ze szczeniaczkiem ma jednak do czynienia, musiał więc swoją złość poskromić.

— Drogi Pomponiku, udajmy się już na spoczynek, bo bardzo jesteśmy zmęczeni — zamiauczał łagodnie, wpatrując się w oczka zawiedzionego ucieczką Apolonii pieska. — Czekają na nas nasze wygodne i cieplutkie legowiska. Chodźmy już.

— Masz rację Beniu, musimy odpocząć — zgodził się Pomponik. — Ale powiedz mi tylko, czy ktoś się ze mną kiedyś pobawi?

— Ależ oczywiście, że tak! — Benio natychmiast zapewnił Pomponika.

Benio nie bardzo wiedział, czy to będzie możliwe po Pomponika dzisiejszej akcji podwórkowej. Miał jednak nadzieję, że może razem z jego mamą Pompelą jakimś cudem uda się przekonać mieszkańców podwórka do Pomponika i zachęcić ich do zabawy z tym wesołym skądinąd pieskiem.

— Mówiłem ci już, że jesteś kochany? — spytał Pomponik, uradowany Benia odpowiedzią. — Prowadź mnie więc do mojego legowiska, kochany przyjacielu.

Po chwili razem człapali już w stronę ganku. Przed wejściem na ganek Pomponik odwrócił się i rzucił jeszcze jedno spojrzenie na podwórko. I jak się za chwilę okazało, było to o jedno spojrzenie za dużo.

— Beniutku mój kochany! — słodziutko, ale to bardzo słodziutko zaszczekał Pomponik, czarując Benia jeszcze słodszym spojrzeniem. — Pozwól, że zobaczę jeszcze tylko te brudne stworzenia, o tam, na końcu podwórka… i już możesz mnie na ganku nawet zamknąć.

No i co miał zrobić Benio po tak słodziutkiej prośbie? Oczywiście pozwolił. Niestety, szybko przyszło mu tego pożałować.

Benio wprawdzie nie od razu zrozumiał o co chodzi Pomponikowi z tymi brudnymi stworzeniami, ale gdy zobaczył, że on kieruje się w stronę chlewika, to nawet się ucieszył, bo tam, w ogromnym bajorze, taplały się świnki. Były okropnie brudne. One uwielbiają taką błotną kąpiel. Benio miał nadzieję, że ich widok szybko odstraszy Pomponika i będzie go mógł wreszcie zaprowadzić na ganek. Ale gdzie tam, Pomponik wskoczył pomiędzy świnki i też zaczął się taplać. Benio tym razem był zły sam na siebie, że go coś podkusiło zgodzić się tam pójść… Nie było rady, musiał wyciągnąć stamtąd Pomponika, bo coraz bardziej czuł się za niego odpowiedzialny. I gdy już go wydobył spomiędzy świń, brudnego niczym małe prosiątko, zrobił mu pod studnią zimną kąpiel. Na szczęście w betonowym studziennym korytku było na tyle wody, że mógł zmyć z niego błoto. I zmył bardzo dokładnie. A po kąpieli, starannie i z wielkim namaszczeniem zabrał się jeszcze za wylizywanie jego sierści swym szorstkim języczkiem.

Scenie pod studnią przyglądała się od jakiegoś już czasu suczka Pompela. Wróciła akurat z wybiegu po łące i gdy zobaczyła, że pod studnią coś się dzieje, zatrzymała się i zaczęła się przypatrywać. Nie chciała przeszkadzać, więc obserwowała wszystko z pewnej odległości. Nie mogła dlatego też dokładnie zobaczyć kogo kotek kąpie tak zawzięcie. Wreszcie jej ciekawość wzięła górę, więc głośno zapytała:

— Hej, kocie Benedykcie, a kogóż ty tak kąpiesz w samo południe? Kto to jest?

— Nikt, nikt, to tylko Pomponik! — zamiauczał w odpowiedzi zajęty lizaniem Benio, nie kojarząc w ogóle kto go pyta.

— Jaki nikt?! Toż to mój Pomponik! — głośno zaszczekała przerażona Pompela i podbiegła natychmiast do studni. — Co on tu robi? Co mu się stało?

— Ach, to ty, droga Pompelo! — zamiauczał uszczęśliwiony Benio.

— Mama, mama, moja kochana mama wróciła! — zaszczekał jeszcze bardziej uszczęśliwiony Pomponik, ale zaraz się wystraszył, bo nagle zdał sobie sprawę, że mama powinna być zła na niego za jego samowolne opuszczenie kosza.

Benio widząc przerażone miny obu piesków (każdego z innego powodu), podjął się tłumaczenia… i nawet usprawiedliwiania Pomponika. Zdążył już nawet polubić tego małego rozrabiakę i szkoda by mu go było, gdyby teraz dostał lanie od mamy Pompeli.

— Kochany jesteś, Benedykcie! — zaszczekała wzruszona Pompela po wysłuchaniu kota. — Dziękuję ci z całego serca, że zająłeś się moim syneczkiem i zaopiekowałeś się nim. I nie musisz już Pomponika usprawiedliwiać, bo właśnie teraz zdałam sobie sprawę, że popełniłam błąd. Już wcześniej powinnam mojego syna wyprowadzić w ciągu dnia na podwórko i przedstawić go wszystkim mieszkańcom naszego podwórka. A ja, bojąc się o niego, ciągle przesuwałam ten zamiar i wyszło na to, że wyszło jeszcze gorzej… Chodź tu do mnie, ty mój kochany Pomponciu. Po południu, po wypoczynku i krótkiej drzemce, wyjdziemy razem na podwórko i wszystko naprawimy. Zobaczysz, wszystkie zwierzątka polubią ciebie i zawsze się będą z tobą bawić.

— Moja kochana mamcia Pompelka! — głośno i nieco piskliwie zaszczebiotał Pomponik i podskoczył z całych sił do góry, by liznąć mamę w jej ukochaną mordkę.

— Wskakuj na grzbiet syneczku! Zaniosę cię do domu — radośnie zaszczekała mama Pompela i położyła się na ziemi. — Ty też, mój drogi Beniu. Zapraszam cię do naszego kosza. Razem będzie się nam bardzo przyjemnie spało.



* Rysunek 7-mio latki.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×