Przejdź do komentarzyJogging z niebezpieczną przygodą w tle
Tekst 14 z 59 ze zbioru: Niezwykłe przygody i przeżycia
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2018-11-05
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń900

Jogging z niebezpieczną przygodą w tle


Lubię aktywność fizyczną. Kilka razy w tygodniu biegam po pobliskim lesie. Zawsze wczesnym rankiem. Już tak mam, że tylko taką porę do biegania uznaję. Pewnie dlatego, że uwielbiam budzący się ze snu las, bo te cudowne, wesołe ptasie trele zewsząd dochodzące, napawają mnie pewnego rodzaju wewnętrzną radością. A te leśne zapachy, och, bajka, nie można ich z niczym innym porównać.


Od dziecka jestem wrażliwa na zapachy. Zwłaszcza naturalne. Każdego ranka, kiedy wyskakuję z łóżka, pierwsze co robię, to staję w otwartym na oścież oknie (bez względu na porę roku) i wdycham poranne powietrze. Taka dawka rześkiego, pachnącego świeżością powietrza daje mi tzw. pozytywnego kopa. Pozwala mi się przestroić ze snu do działania i radośnie nastroić się na cały dzień.

Jak się niekiedy tak zdarzy, że jakiś człek telefonem z łóżka mnie wcześniej wyciągnie, to po rozmowie z nim, muszę na powrót do niego wskoczyć, by spełnić rytuał mojego porannego wstawania. Bez niego chodzę cały dzień przymulona.


Zaraz, ja przecież nie o tym chciałam. Wszak nie będę do końca zdradzać tajemnic swojej alkowy. To o czym to ja… Aha, o tym moim porannym pobycie w lesie. Już opowiadam dalej. Otóż mój pobyt w lesie przebiega w czterech etapach. Kiedy wchodzę do lasu, najpierw maszeruję szybkim krokiem, potem biegnę, jak na jogging przystało, a potem, dobrze już zmęczona i spocona, robię krótki stretching. A na sam koniec, idę sobie bocznymi ścieżynkami już spacerowym krokiem.


Uwielbiam ten mój czwarty etap, bo wtedy właśnie mogę się w pełni rozkoszować urokiem leśnej natury. No i dzisiaj, kiedy byłam już przy czwartym etapie, poczułam nagle mój ulubiony zapach z dzieciństwa. Zapach białego kwiecia czarnego bzu, zwanego inaczej holundrem. Wiem, wiem, mało komu ten zapach się podoba. Ale mi i owszem. Dlaczego? Ano dlatego, iż przypomina mi moje wspaniałe wakacje u cioci na wsi. Najpiękniejsze wakacje mojego życia. Idąc za tym zapachem, w niewielkim oddaleniu od ścieżynki, spostrzegłam dwa ogromne krzewy pełne białego kwiecia. Stanęłam przy nich i z przymkniętymi powiekami zaczęłam wciągać w nozdrza ten cudowny zapach dzieciństwa… Aż tu nagle, słyszę za plecami złowrogie warczenie. Odwróciłam się natychmiast i na ścieżynce zobaczyłam ogromnego psa rasy Rottweiler.

Zamarłam z przerażenia. Psisko z wyszczerzonymi kłami i z coraz to głośniejszym warczeniem powolnym krokiem zbliżało się do mnie. Przed oczami przeleciało mi całe moje życie. Nagle zobaczyłam obraz moich dzieci… Wtedy momentalnie oprzytomniałam, zachowując resztki zimnej krwi. Przypomniało mi się, że w kieszeni bluzy mam (jak zawsze) pojemniczek z gazem paraliżującym. Wolnym ruchem ręki sięgnęłam po niego, i kiedy psisko było już jakieś parę metrów przede mną, nacisnęłam spust i psiknęłam nim w jego kierunku. Psisko od razu przestało warczeć. Zaskomlało, skuliło się, i po chwili, chwiejnym krokiem zaczęło się ode mnie oddalać.


Wtedy ja, nie czekając dalszej jego reakcji, z duszą na ramieniu, ale dość szybkim krokiem zaczęłam kierować się w stronę przeciwną. Kiedy wychodziłam już z lasu, ciągle jeszcze czułam się niekomfortowo. Co rusz oglądałam się za siebie. Wtedy nagle zauważyłam dwóch mężczyzn. Jeden był po cywilnemu, drugi w mundurze leśnika. Obaj szybkim krokiem, z wystraszonymi minami, podeszli do mnie i jeden z nich zapytał:

— Nie widziała pani gdzieś takiego dużego psa rasy Rottweiler? Uciekł dzisiaj w nocy ze schroniska. A jest… — zająknął się. — Dość niebezpieczny.

— Widziałam — odpowiedziałam zgodnie z prawdą. — Poszedł w głąb lasu. — Wskazałam ręką w którym kierunku. Nie przyznałam się jednak, iż go poczęstowałam porcyjką zbawiennego (dla mnie) gazu.


Mężczyźni popatrzyli na mnie dziwnym wzrokiem (nie wiem, czemu, może moje lica miały nienaturalną barwę?) i w mig ruszyli, i to prawie biegiem, we wskazanym przeze mnie kierunku.


Od wielu już lat, dla wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa, nie ruszam się do lasu bez czegokolwiek do samoobrony. Wcześniej biegałam z finką harcerską mojego Syna. Czułam się wtedy jak harcerka… No, może emerytowana już, ale zawsze jak harcerka. Odważna. Ale kiedy sama się nią w końcu poraniłam, Syn zaopatrzył mnie w gaz. Dziś go po raz pierwszy użyłam… I mam nadzieję, że po raz ostatni.


* Zdjęcie z Internetu.






  Spis treści zbioru
Komentarze (7)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Ja chodzę po lesie bez niczego.
Może to niedobrze, a może dobrze.
Fajne opowiadanko.
avatar
Dziękuję, Marian. Ja jednak myślę, że zawsze lepiej "coś" ze sobą mieć. Tak dla lepszego psychicznego samopoczucia.
A jak się okazuje powyżej, może się też i przydać. ;)
avatar
Takiego ma Donek?nie boję się psów,ale róznie bywa.
avatar
Nie, Anettulo, Tusk nie ma psa. On tylko miewa — spaniela, bo to pies jego córki. :)
avatar
Aha, Anettulo, zapomniałam dodać: Psy atakują przeważnie tych ludzi, którzy się go boją. Tak że spoko ;)
avatar
Ciekawe opowiadanie, bardzo miło mi się czytało.
avatar
Dziękuję, Bullic. Mnie również miło. :)
© 2010-2016 by Creative Media
×