Przejdź do komentarzyALFA NOVA 1/4
Tekst 5 z 5 ze zbioru: ALFA NOVA
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2018-12-12
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń526

ALFA NOVA


SEMPER

ISBN 978-83-7853-458-7


1.


„No coś podobnego”... pomyślał Hall, przyglądając się swojemu odbiciu w ogromnym lustrze na ścianie.

– Jezu, jak ja wyglądam...

Widział przed sobą wysokiego faceta, dobrze zbudowanego opalonego bruneta, typowego „południowca”. „Włoch, Hiszpan, cholera wie... Może i przystojny, ale ten nos”... skrzywił się, zdegustowany. Musiał go dotknąć. „No, jakby prawdziwy”... Naciągnął skórę, wpatrywał się przez chwilę uważnie. Przechylił głowę, spojrzał pod kątem na swoje odbicie. Spostrzegł w lustrze siedzącego za nim faceta, przyglądającego mu się z uśmieszkiem. Facet zaczął bezczelnie ziewać.

I Hall i obcy, siedzący na białym krześle za nim, ubrani byli jedynie w białe bokserki. Duży pokój, w którym przebywali, był cały biały, jakby sterylny. I ściany i sufit, nawet podłoga. Biały był też stół i kilka krzeseł. Jedną ścianę tworzyły wielkie lustra, a na drugiej był duży holograficzny ekran z animacją, przedstawiającą Układ Słoneczny, z zaznaczonym strzałką zielonym punktem.

Hall odwrócił się do faceta i spytał:

– Ty, jak ja się nazywam?

Nieznany mu mężczyzna głośno skończył ziewać i spoglądał na niego ironicznie, przekrzywiając głowę.

– Hall. Co, kaca masz, czy za długo spałeś?

Hall podszedł do stołu i usiadł na jednym z krzeseł.

– Hall... Kto to, kurwa, wymyślił?... A ty? – spytał i spojrzał na faceta siedzącego przy stole.

– Adam.

Hall wzruszył ramionami.

– Adam Stański.

Hall wstał i podszedł ponownie do lustra. Zaczął się sobie znowu przyglądać, krytycznie raczej, dotknął brody, ust... Przeciągnął dłonią po zaroście, był lekko chropowaty, niedogolony. Pociągnął się za górę ucha, jakby to było coś obcego, przypatrywał się uważnie... Patrzył tak jeszcze przez chwilę w swoje odbicie, potem wzruszył ramionami. „Jakiś pieprzony macho”, pomyślał

– Co oni ze mną zrobili?... – powiedział do siebie z zawodem. Pokręcił głową, wyraźnie zawiedziony.

– Ciesz się, że nie masz brzucha. Mogłeś wyglądać jak ja. – Adam uśmiechnął się do niego przyjaźnie i z ironią jednocześnie.

Hall spojrzał krytycznie na jego odbicie w lustrze.

– No, na szpiega to ty raczej nie wyglądasz – odparł, uśmiechając się do niego trochę złośliwie.

Adam spojrzał na swój duży, tłusty brzuch i pociągnął się za fałd skóry. Pokiwał głową z dezaprobatą, krzywiąc się przy tym.

– Pewnie dlatego tak mnie zrobili...

– Taa... I co, mamy w szóstkę załatwić siedem miliardów ludzi na Ziemi? – spytał Hall.

-- W dwunastkę. Nie zapominaj o „Pierwszej” – rzucił Adam i podrapał się po brzuchu jedną ręką, drugą przeciągnął się mocno, trzymając dłoń przy swoim uchu.

Hall z ironią pokiwał głową, spoglądając w jego odbicie.

– Pewnie miałem wyglądać jak Rambo. A ty jak John Wayne. Z tymi, no... – Szukał dłońmi czegoś przy pasie.

– Rewolwerami – dokończył Adam.

Hall odwrócił się, wrócił do stołu i opadł ciężko na krzesło. Adam znowu zaczął ziewać, głośno i mocno.

– A kto ty właściwie jesteś? – spytał Hall, spoglądając na niego badawczo.

– Siódmy. Dowódca. Szpiegostwo, logistyka, finanse, PR...

– Aaa... A ja jestem Dziewiąty. – Hall podrapał się po głowie. – Biotechnologia, medycyna...

Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła powoli piękna dziewczyna, ubrana jedynie w białe majtki i także biały stanik, przeciągając się i ziewając głośno. Podeszła do stołu i ciężko opadła na krzesło, a oni przyglądali się jej z zainteresowaniem.

– Cześć, chłopaki. – Znowu zaczęła ziewać, bardzo mocno i głośno, przymykając przy tym oczy. – Ale mi się źle spało...

– Pewnie za długo, co? – spytał z przekąsem Adam.

– No, tylko pięćdziesiąt siedem lat... – Hall uśmiechnął się do niej szeroko.

Dziewczyna wstrząsnęła się, jakby chciała się szybko dobudzić. Zaczęła spoglądać w stronę wielkiego lustra, dotknęła delikatnie swojej twarzy.

– Co oni ze mną zrobili... – powiedziała wolno, jakby zawiedziona i pociągnęła dłonią po policzku poniżej dolnej powieki, naciągając lekko skórę. – A miałam takie piękne, skośne oczy... – Dotknęła swojego ucha. – A uszy... Matko...

– A, to ty pewnie jesteś Dziesiątka? – spytał Hall.

– Ania, jak już... – odparła, rozgarniając dłońmi długie, ciemne kosmyki włosów na głowie.

– Ania, Ania... – powiedział Hall, wpatrując się w nią z ciekawością. – Ale coś ci tu chyba lekko poprawili?... – Zaczął coś pokazywać swoimi dłońmi przy piersiach, jak gdyby trzymał w nich dorodne jabłka.

– No, niczego... – pochwalił Adam.

– Faktycznie. – Ania spojrzała z zadowoleniem na swój biust, pociągnęła dłonią po dekolcie, potem spojrzała na nich z lekko złośliwym uśmieszkiem. – Widziałam na hologramach, że i wam trochę przybyło...

– Jak nam przybyło – Hall patrzył na nią z przyjaznym uśmiechem, – to i wy jesteście pewnie... Hm... Głębsze?... Uczuciowo?

– Trzeba by sprawdzić... – rzucił Adam, uśmiechając się do niej.

– Sprawdzać to sobie będziecie z miejscowymi, jak wylądujemy – ucięła krótko. – Chociaż... – Uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze, pociągając jednocześnie delikatnie dłonią po swoim dekolcie.

– Do lądowania jeszcze prawie miesiąc – powiedział Hall wpatrując się w Anię z wyraźnym zainteresowaniem. – „Pierwsza” prześle nam z Ziemi ich kod genetyczny, zmienimy sobie DNA na ludzkie, to potrwa z tydzień... A potem wolne...

– Jakie „wolne”, jakie „wolne”? – zaoponował Adam. – Trzeba się dokładnie przygotować, zaplanować lądowanie...

– „Pierwsza” miała się tym zająć. – Ania wzruszyła leniwie ramionami, wpatrując się w swoje odbicie.

Hall zaczął się głośno przeciągać, z całej siły, wyrzucając na boki ramiona, przymykając oczy i ziewając jednocześnie.

– Wszystkiego za nas nie zrobią – dodał Adam.

– No nie. Spać mi się chce – rzucił Hall i ponownie potężnie ziewnął.


2.


Hall bawił się pilotem, przeskakując ze stacji na stację. W telewizji leciały na przemian jakieś akcje policyjne, pokazy mody z super-modelkami, albo trzęsienia ziemi czy czarno-białe, wojenne filmy dokumentalne.

Siedzieli w tym samym, białym pokoju, tylko wielkie lustro gdzieś zniknęło. Była zwykła, biała ściana. Biały stół, kilka białych krzeseł, wszystko sterylnie czyste.

Ania, ubrana w biały T-shirt i krótkie spodenki, spoglądała ze znudzeniem na holograficzny ekran, siedząc przy stole i popijając jakiś napój z białego kubka. Julia, w błękitnym szlafroku, piłowała sobie paznokcie. Hall, rozparty na krześle, ze znudzeniem przełączał programy w telewizji. Akurat pokazywali w CNN jakieś zamieszki.

– Ścisz to – rzuciła mu Ania.

-- Ropy im starczy na jakieś pięćdziesiąt lat, węgla na sto, energia słońca w powijakach, tak samo atom... – powiedział Hall i odwrócił się do dziewczyn.

Po chwili znowu zaczął przeglądać telewizję.

– Ciekawa jestem ich kosmetyków. Jak się ogląda te ich reklamy, no... – Julia ziewnęła głośno i zaczęła się drapać pilnikiem po głowie.

– Nie? – podjęła Ania. – Ale to może ten ich Photoshop?

– Ehe... Ale mimo wszystko...

– Diabli nadali, że też my tu nic nie mamy... – rzuciła ze złością Ania, odstawiając kubek na stół.

– Dla mnie jesteście piękne i bez tego. – Hall znowu odwrócił się do nich z szerokim uśmiechem.

Drzwi się otworzyły i wszedł powoli Adam, spoglądając na telewizyjne wiadomości.

– Ale to dla nas trochę za mało, wiesz? – rzuciła Julia, zajęta piłowaniem swoich paznokci.

– Czego wam za mało? – spytał Adam.

– Kosmetyków. – Hall machnął ręką, spoglądając na Adama.

– A, wy o tym – powiedział Adam i usiadł przy stole. – A ja się głupio czuję, jak oglądam w tej ich telewizji programy kulinarne.

– Nie wiadomo, o co chodzi, nie? – podjęła Ania.

– Filmy erotyczne można przetestować i tutaj, ale kuchnia?... – Hall wpatrywał się w ekran, na którym jakaś modelka wmasowywała sobie krem w policzek.

– Co oglądacie?

– A, takie tam... – Julia machnęła dłonią trzymającą pilnik.

– Zastanawiam się – zaczął Hall, – po co nam w ogóle oni? Przecież tu najdalej za sto lat skończą się wszystkie surowce. I co później? Rozrzutni są.

– I brudasy – dorzuciła Julia.

– U nas, na Alfie, chodziliby jak trybiki w zegarkach – dodała Ania.

– No – podsumował Hall. – Ale jak sobie pomyślę o naszych... Dwadzieścia miliardów... To wcale mi ich nie jest żal. Ścisła kontrola urodzin, koncesja na dziecko, eutanazja, głód, brak wody, surowców... A ci sobie jeżdżą, kurwa, wielkimi samochodami na ropę... Ech...

– Produkcja spalin – dodała jeszcze Julia, wzruszając ramionami.

– I to wszystko szlag trafi – kontynuował Hall. – Jak ich wszystkich wykończymy, to wszystko stanie. Fabryki, kopalnie, elektrownie, farmy świń, pola kukurydzy... Wszystko.

– I kto to posprząta? – dorzuciła Ania, sięgając po kubek.

– I kiedy? – Julia dołączyła do niej.

– Kompletnie bez sensu, wiem... – Adam wzruszył ramionami. – No, ale rozkaz, to rozkaz. Może nasi już zaczęli wysyłać pierwszych kolonistów?... I ten kategoryczny zakaz łączności... Doskonale wiecie, jaka u nas jest sytuacja. Bez nowej Alfy... Lepiej nie myśleć.

– Ba. Wiadomo – powiedział Hall. – Lecieliśmy tu przecież w ciemno. Tak się mówi? Tak.

– No... – Julia przeciągnęła się i lekko ziewnęła. – A tu się okazuje, że już latają w kosmos, byli na swoim księżycu, mają satelity... – Zaczęła ziewać.

– Dobrze, że są jeszcze na etapie fal radiowych – dodała Ania, – a nie świetlnych, bo by nas wykryli jak nic.

– Za sto lat doszliby i do tego. A co oni tam pokazują? – Adam kiwnął głową w stronę ekranu.

– E tam, jakieś trzęsienie ziemi, czy wojna... – Julia machnęła ręką.

– Może sami się wykończą? – rzuciła Ania.

– E, nie zdążą. Za trzy dni lądujemy – skwitował Hall.

Ania zaczęła ziewać.

– Plany awaryjne przyswojone? – rzucił nagle Adam, prostując się na krześle.

– Ehe... – Ania kiwnęła głową.

– Jakieś pytania, sugestie?

– Piwa bym się napił. Nie wiem, jak smakuje – powiedział z lekkim uśmieszkiem Hall, przechylając się w stronę Adama i unosząc trochę przednie nogi krzesła.


3.


Nocne niebo nad Saharą jest przepiękne. Migocą tysiące gwiazd, lekko rozświetlając chłodną wreszcie pustynię, co jakiś czas widać błysk przelatującego meteoru. A wszystko to skąpane w ciszy. Nawet wiatr odpoczywa tu nocą.

Akurat teraz jakiś meteor, jasna kreska na bezkresie nocnego nieba, przelatuje gdzieś daleko, a po chwili znika w oddali. Ginie wśród morza gwiazd. Po jakimś czasie pojawia się następny, potem jeszcze jeden. Cały rój meteorów leci gdzieś w oddali.

Ależ nie... One nie lecą gdzieś tam, daleko. One lecą tutaj! Setki nowych rozbłysków. Ten pierwszy potężnieje z każdą chwilą, już jest większy od każdej z gwiazd na niebie, zaraz spadnie właśnie tutaj!... Całe szczęście, rozpada się w powietrzu na tysiące mniejszych fragmentów tuż nad ziemią. Tak samo te następne... Rój meteorów leci wprost na nas, ale wszystkie one rozpadają się przed zetknięciem się z pustynią. Wzbijają kurzawę piachu, wielka ciemna chmura wstaje z pustyni i zaczyna tańczyć wokoło. Robi się z tego mała burza piaskowa. Zaczyna wiać wiatr, który sam nie wie gdzie ma lecieć, kręci się wokół miejsca, gdzie eksplodowały meteory. Przeogromne tumany pustynnego piachu już wstały i tańczą dookoła.

Poprzez tę kurzawę widać na rozgwieżdżonym niebie zarysy jakichś nadlatujących obiektów, które kręcąc się w kółko opadają łagodnie na ziemię. Niektóre chyba na spadochronach, inne na jakichś jakby skrzydłach, nie widać wyraźnie...

Na pobliskim wzgórzu rozbłysły mocne światła, oświetlając tańczącą chmurę piachu. Teraz było widać wyraźnie: to pięć dużych samochodów ciężarowych i osobówka terenowa. Ten ostatni pojazd właśnie ruszył i podjechał w pobliże tańczącej chmury. Po chwili wysiadły z niego dwie postacie, jedna w obszernych szatach, druga w czarnym kombinezonie roboczym, zasłaniając się przed piachem i ruszyły w kierunku wielkiej kurzawy, w świetle reflektorów samochodu.

– Alfa, Alfa... – Było słychać donośny, kobiecy głos jednej z postaci.

– Alfa Dwa – ktoś odpowiedział ze środka chmury piachu.

– Jak tam, wszystko w porządku? – spytał towarzysz kobiety.

– Tak. Okej – odpowiedział mu Hall, niewidoczny w tumanie piachu.

Po chwili, zza nieprzeniknionej zasłony piasku wyłonili się Adam, z hełmem w lewej ręce i Hall, obaj w kombinezonach kosmicznych. Podeszli i przywitali się z przybyłymi samochodem terenowym.

– Ależ tu piachu... – powiedział Adam rozglądając się dookoła.

– No, khe, khe... Wszyscy cali? – spytała kobieta w obszernym płaszczu, zasłaniając sobie twarz chustą.

– Jasne. I my i ładunek. – Hall kiwnął głową do tyłu.

– To co? Czekamy, aż ten piach trochę opadnie, czy ładujemy od razu? – spytał mężczyzna.

– Nie ma na co czekać. Jestem Adam – odparł Adam, wyciągając rękę w stronę kobiety w płaszczu do ziemi i hidżabie.

– A ja Stella. Witamy na Ziemi. – Kobieta ścisnęła wyciągniętą rękę Adama, uśmiechając się szeroko. Jej towarzysz także przywitał się z Adamem i Hallem.

– A ja jestem Paweł.

– Hall jestem – powiedział Hall, ściskając podane dłonie.

– Powinniśmy się pospieszyć z załadunkiem – rzuciła Stella, odwróciła się w stronę ciężarówek i kiwnęła ręką przywołująco. – Tylko parę godzin do świtu, a tu zaraz będą miejscowi.

Doszedł ich odgłos zapuszczanego silnika i po chwili jeden z TIRów powoli ruszył i zaczął podjeżdżać do nich.

– Musimy się zmieścić do pięciu kontenerów. – Paweł wskazał ciężarówki. – Mamy cztery wózki widłowe, zrobotyzowane, powinno nam pójść szybko.

– Nie będzie problemów z piachem? To pustynia – spytał Adam.

– Wybraliśmy to miejsce, bo tu jest skaliste podłoże, nie ma problemu – odpowiedziała Stella. – Zobacz sam. – Pokazała mu ręką ciężarówkę, skręcającą właśnie na prawo od nich. Samochód stanął, a potem podjechał do nich tyłem. – Wydmy zaczynają się jakieś dwa kilometry stąd. Wszystko przemyślane, spoko. – Uśmiechnęła się do nich.

TIR stanął w odległości metra od nich, tylna klapa opadła powoli do poziomu. Paweł wskoczył na rampę i otworzył kontener.

– A nasze wózki są sterowane automatycznie, same znajdują moduły według znaczników – pochwalił się. – Macie duży rozrzut?

– Nie. Jakieś trzysta metrów może – odpowiedział mu Adam.

Ze środka kontenera wyjechał na klapę wózek widłowy na grubych, podwójnych oponach, potem klapa opuściła się na dół jak winda. Widły wózka podciągnęły się maksymalnie do góry, zapaliły się też światła pojazdu.

– No. To szybko się uwiniemy, mam nadzieję – powiedział Paweł i zeskoczył na piach.

Wózek zjechał z klapy–rampy i po chwili wjechał wprost w ścianę kurzawy. Winda samochodowa podjechała do góry i wjechał na nią drugi wózek widłowy ze środka kontenera. Obserwowali to w milczeniu.

-- Diabli nadali, moglibyście uważać!

Usłyszeli głos Ani i odwrócili się w jej kierunku. Wymijała właśnie pierwszy pojazd, ubrana w kombinezon kosmiczny, po wyjściu z chmury piachu.

– Jeszcze mnie rozjedziecie, cholera....

– Spoko. Ma wbudowane sensory ruchu – uspokoił ją Paweł, podchodząc do niej. – Paweł jestem. Jak lot?

– Anka. W porzo... – powiedziała, ściskając jego dłoń. – Zdjęłam hełm chyba trochę za wcześnie, mam wszędzie piasek... – Przeciągnęła ręką po głowie, podchodząc bliżej.

– Stella jestem – powiedziała Stella witając się z Anią. – A gdzie pozostali?

– Zaraz powinni tu być. Jak tam nasze fajerwerki?

– No, zbudziliście całą okolicę. Niedługo będą tu miejscowi.

Drugi wózek jechał już w kierunku opadającej z wolna chmury piachu, a następna ciężarówka parkowała obok pierwszej.

– Może uda się nam tak po cichu, co? – Hall pytająco spojrzał na Stellę.

– Gadanie. I tak będą tu za godzinę. Nie bój nic, mamy to dograne. Tyle, że mieliśmy być tu niby jutro. Taka zmyłka, łapiesz?

– A, niegłupie. – Adam z uznaniem kiwnął głową.

– A ty wyrzuć wreszcie ten hełm, po co go jeszcze trzymasz? – spytała go Stella.

– Autodestrukcja? No tak. – Adam odrzucił hełm daleko od siebie. – My ćwiczyliśmy to tylko na symulatorze. Cięcie kosztów.

– Co za cholerny piach – powiedziała Ania, wytrzepując sobie pył z włosów. – I tu żyją jacyś ludzie?

– Pewnie, że tak – odparł wyłaniający się zza samochodu mężczyzna w czarnym kombinezonie roboczym. – Jestem Marcin. Jak tam lądowanie? – Podszedł do nich i witał się z przybyłymi.

– W porządku. Jakoś nie widać naszych – odparł Adam, wpatrując się w wirujący jeszcze tuman piachu. – Ale wszyscy wylądowali bezpiecznie. Ładunek też.

– Zaraz tu będą – rzucił Hall.

– Dobra. Zrzucajcie kombinezony – zarządziła Stella. – Kosmiczne wyrzućcie po prostu, w piach, a bojowe złóżcie ładnie w kostkę. W samochodzie macie ubrania, musicie się przebrać. Anka, ty musisz założyć te kobiece szmaty i chustę, tak jak ja, a wy turystycznie, cwaniaczki. – Spojrzała z kwaśnym uśmiechem na Halla, potem na Adama.

Ruszyli wszyscy w stronę terenówki. Hall obejrzał się jeszcze, odpinając coś przy swoim kombinezonie.


4.


Kabiny TIRów są dosyć wygodne, dostosowane do długich podróży. Można nawet się przespać. Ale wszyscy byli zbyt podekscytowani, żeby teraz spać. Konwój ciężarówek stał na zapiaszczonej pustynnej drodze, czekając na sygnał do startu.

Stella wspięła się po schodach do kabiny, podciągając swoją długą szatę. Siedzący za kierownicą Adam spoglądał na nią z wyczekiwaniem.

– Co za cholerne szmaty – rzuciła Stella, podciągając obszerny płaszcz i siadając w fotelu. Wyciągnęła rękę i zamknęła drzwi, głośno nimi trzaskając. – Gdzie ja to mam... – Zaczęła czegoś szukać w ubraniu, wsuwając rękę za fałdy. – No, jest. – Wyciągnęła krótkofalówkę i nacisnęła przycisk nadawania – No, jak tam? Gotowi? Odbiór. – Nacisnęła przycisk odbierania.

Z głośniczka jej krótkofalówki rozległy się głosy: „gotowi”, „okej”, „jasne”, po czym Stella ponownie nacisnęła włącznik nadawania.

– To ruszamy. Paweł, dawaj. Nie wyłączać łączności przypadkiem. Ja z Adamem zamykamy grupę. Bez odbioru.

Stella położyła krótkofalówkę w zagłębieniu czarnego kokpitu, a Adam uruchomił silnik. Chwilę jeszcze czekali, a gdy samochód stojący przed nimi ruszył, Adam wrzucił bieg i po chwili jechali już powoli.

– No. Gładko poszło – podsumował Adam.

– Oby tak dalej. Świt nadchodzi. No... – Stella zapięła swój pas bezpieczeństwa.

Samochód powoli nabierał prędkości, Adam zmieniał biegi. Spoglądali na wyłaniające się z ciemności nocy pustynne pejzaże.

– Ogromna ta pustynia... – zaczął Adam, ale nie pociągnął tematu dalej i jechali chwilę w milczeniu, spoglądając przez okna.

– No, jestem pod wrażeniem, Stella. Macie tu wszystko zorganizowane... A ci, no... Beduini? Pewni? – spytał, spoglądając na nią z ukosa.

– Złoto robi swoje... – Uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo. – Słuchaj... Oni tu żyją z przemytu. Dostali swoją działkę i tyle ich widzieliśmy, nie?... Tak samo było za pierwszym razem. Jak się dowiedzieli, że nasz transport broni się rozsypał na tym cholernym piachu, nie było żadnych problemów. To znaczy, był jeden. Chcieli trochę naszych karabinów i amunicję, ha, ha, ha.

– Ale jaja...

– Trzeba im było wytłumaczyć, że zamówienie... rozumiesz. Dostali złoto, to sobie coś tam kupią, nie? – Stella wzruszyła ramionami, poprawiając hidżab. – Teraz było już łatwiej... Ale my sami, trzy lata temu... Wiesz, trzeba było wybrać lądowisko, poznać kilka języków, tutejszą kulturę... Staraj się jechać po śladach, potrzebujemy jeszcze złapać kichę na kamieniach. – Kiwnęła głową na drogę przed nimi. – A ja, jako dowódca, nie mogłam nic powiedzieć nawet, bo tu kobieta jest jak przedmiot. A trzeba było ich najpierw ugłaskać, rozdać suweniry, potem sprzedać legendę, że nasze dwa samoloty z trefnym towarem rozbiły się podczas burzy piaskowej... Łapiesz? Potem załatwić transport, załadunek... Wiesz, ile naszego złota na to poszło? Gdzie ty znajdziesz na pustyni TIRy, hę?.. Co można było zaplanować na orbicie, przed desantem, to wszystko zrobiliśmy, a potem to już tylko czysta improwizacja.

– Wyobrażam sobie – powiedział Adam redukując bieg na lekkim podjeździe. – Nie na darmo wybrali najlepszych z najlepszych. Śmietanka naszej Akademii.

-- A tu mamy egzamin praktyczny.

Uśmiechnęli się do siebie, potem popatrzyli na drogę, na tylną klapę ciężarówki przed nimi i umilkli. Stella westchnęła i spoglądała na pustynne pejzaże, coraz bardziej widoczne za oknem.

– Słuchaj... Mam coś dla ciebie... – Adam uśmiechnął się do niej i puścił oko porozumiewawczo. – Za moim fotelem jest pojemnik...

--To? – spytała Stella i sięgnęła po rodzaj jakby plastikowego koszyka z pokrywą, położyła go sobie na kolanach i otworzyła. – O słodki Jezu... Ketramaja... i chootoo... i matomaa... – Uśmiechnęła się, wyciągając jakieś opakowanie.

Przechyliła się i pocałowała go serdecznie w policzek.

– To dla mnie? Dzięki, Adam. Ale super... Wieki tego nie jadłam... Nawet nie wiesz, jak się cieszę... No, i kuta-kuta... – Wyciągała coś tam jeszcze z pojemnika, a potem rozerwała jedno z opakowań i wbiła chciwie zęby w smakołyk. – O, jakie to dobre... – Aż przymknęła oczy z radości.

– He, he... A do picia masz tam Azro-uro. – Adam skinął jej głową z uśmiechem.

-- Ehe...

Stella coś jeszcze przeżuwała, przeglądając całą zawartość pojemnika z dużym zainteresowaniem. Potem wyciągnęła butelkę z jakimś napojem, odkręciła nakrętkę i zaczęła pić.

– Ooo... Ale pycha... – Zakręciła nakrętkę na butelce i wyciągnęła kolejne opakowanie.

– Co, takie dobre? – spytał uśmiechnięty Adam, nie odrywając wzroku od drogi.

– No... W końcu tyle lat tego nie jadłam... O, kurwa...

– A kobiety mogą tu przeklinać?

-- Tu? Nie wiem. Ale w Polsce klną jak szewcy. Ale, ale...

Stella uśmiechnęła się do niego i odgryzła ze smakiem kawałek jakiegoś smakołyku. Potem otworzyła schowek w kokpicie i wyciągnęła z niego puszkę piwa.

– Ja też coś dla ciebie mam. Piwo. Wiesz, co to jest?

– Gazowany napój alkoholowy, około pięć procent.

-- No, to sobie spróbuj. Odstaw później do tego koszyczka. – Wskazała mu ręką zagłębienie w kokpicie. – Otworzę ci. – Stella otworzyła puszkę i podała mu.

Adam odebrał piwo i wypił parę łyków, trzymając mocno kierownicę drugą ręką i wpatrując się w drogę przed nimi.

– Dobre. Zimne. – Pociągnął parę łyków. – Chyba to polubię, wiesz?... – Odbiło mu się. – O, przepraszam.

– Nie ma za co. He... Tutaj, to jest nawet dobrze widziane. To znaczy tu, u Arabów.

– Aha. A w Polsce?

– Niekoniecznie.

– Słuchaj, Stella... A autodestrukcja naszych śmieci dobrze działa? – Pociągnął porządny łyk i odstawił puszkę.

– Pewnie. Zasadniczo trzy godziny... Jutro nie będzie ani grama nawet z największych fragmentów, jeśli przetrwały. Moduły silnikowe spadały jako pierwsze, że to niby meteory, częściowo spaliły się w atmosferze, no i wywołały burzę piaskową... Ten szmelc, co został na pustyni, to, można powiedzieć, tego już nie ma. A i piasek zrobi swoje – powiedziała Stella i sięgnęła do pojemnika po kolejną porcję jedzenia. – Uhm, ale to dobre...

– Pierwszy nocleg na pustyni?

– Yhy... Wszystko załatwione... Uhm...

– Wystawiamy wartę?

– Ehe... – Stella kiwnęła potakująco głową i przełknęła. – I pełny monitoring. Zmiana co godzinę. Z naszą bronią.

– Przecież nie powinniśmy mieć.

– Ale mamy. I nasze kombinezony bojowe. I wszystkie systemy bezpieczeństwa.

– Okej. Ty tu rządzisz. – Adam wzruszył ramionami, wpatrując się w drogę.

– Kwestię dowodzenia całą naszą grupą omówimy na miejscu – powiedziała Stella, po czym sięgnęła po butelkę i odkręciła nakrętkę. – Wszyscy. I po zapoznaniu się ze wszystkimi problemami i aspektami. – Łyknęła sobie z butelki.

– Jakimi aspektami? – Adam spojrzał na nią uważnie.

– Wszystkimi. Za dużo by o tym gadać teraz.

– Ty tu rządzisz. Nie mam parcia na władzę, lubię tylko wiedzieć, co jest grane. Aha... Chciałem się ciebie jeszcze spytać... Masz może papierosy? Strasznie jestem ciekawy, jak to jest z tym paleniem?...

– Jasne. – Stella uśmiechnęła się, odstawiła butelkę w zagłębienie w kokpicie i zaczęła czegoś szukać w swoim obszernym ubraniu. – No. – Wyciągnęła po chwili paczkę Marlboro Light i zapalniczkę. – Ja akurat wolę e-papierosy, bo tak nie śmierdzą w domu, ale normalne też mam. Trzymaj. Albo nie, sama ci zapalę. – Zapaliła papierosa i podała mu delikatnie, bo akurat najechali na jakiś kamień. – O, masz.

Adam w milczeniu odebrał od niej zapalonego papierosa, przyjrzał mu się i po chwili włożył go do ust, zaciągnął się i wyjął. Potem kaszlnął, wydmuchując dym.

– Kurwa... Co to jest? – Przyjrzał się badawczo, odsuwając trochę papierosa od siebie.

– He, he, he... – zaśmiała się Stella. – Zawsze tak jest na początku. Albo to polubisz, albo nie. No, pal sobie spokojnie. – Uśmiechnęła się do Adama. – I pociągnij piwko. To pasuje, jedno z drugim. Chociaż śmierdzi się potem na kilometr. Jutro pod wieczór będziemy już w porcie. Załadunek na prom, śpimy w kajutach, jak ludzie... To znaczy... A potem Marsylia i autostradami do Łodzi.

– I płyniemy do?...

– A, nie... Łódź to taka nazwa miasta – zaśmiała się Stella.

– W mordę... Nie mogli wymyślić czegoś lepszego?... A wszystkie dokumenty są w porządku?

– Chłopie, he, he... – Stella stuknęła go serdecznie zwiniętą pięścią w ramię. – Ty nawet nie wiesz, jak czyste i mocne mamy papiery. Prawie jak poczta dyplomatyczna. Dobra legenda to podstawa, nie?

Adam sięgnął po puszkę i łyknął sobie piwo.

– Jasne, szefowo. – Uśmiechnął się do Stelli szeroko.


5.


Hall ucieszył się jak dziecko, gdy Teresa zaproponowała mu, żeby kierował ciężarówką. Prowadził już różne tutejsze pojazdy, ale tylko na symulatorze. A teraz siedział z nią w kabinie TIRa, trzymał w rękach kierownicę, nogą naciskał gaz... Nie było to łatwe, bo pustynia to pustynia, nie ma co gadać. Piasek, kamienie, koleiny i jazda w kolumnie. Najgorsze były podjazdy, kiedy trzeba było redukować biegi, jechać wolniej i uważać, żeby się nie zakopać w tym wszechobecnym piachu. I żeby nie stuknąć się z ciężarówką jadącą przed nim.

Teresa była bardzo ładną brunetką z czarnymi jak węgiel oczami. Jej ubiór stanowił jakiś workowaty długi płaszcz, zasłaniający właściwie wszystko. Chusta na głowie powodowała, że jej twarzy też prawie nie widział. Wyjaśniła mu przedtem, że kobieta za kierownicą, tutaj, to nie jest dobry pomysł, chociaż lubi prowadzić... Teraz spoglądała na niego z zawodem i żalem.

– Naprawdę nic nie przywieźliście?

– Ani trochę. – Hall nie odrywał wzroku od drogi.

– Szkoda. Zjadłabym coś naszego...

– Sama wiesz. Autodestrukcja. – Wzruszył ramionami, trochę zawstydzony. – Lądował tylko sprzęt i my. No i złoto.

– Cholera. No trudno... A nikt z was, gamonie, nie pomyślał, żeby coś wziąć ze sobą do lądownika? Chootoo, na przykład... O, Jezu, ale bym zjadła teraz taki świeży chootoo... Z matomaa... – Teresa westchnęła z rezygnacją w głosie i zapatrzyła się przed siebie. – No, mówi się trudno. – Machnęła ręką. – Tu też jest dobre żarcie, nie powiem, nawet bardzo dobre, ale wiesz... – cmoknęła zawiedziona i spojrzała na Halla z lekkim uśmiechem.

Hall odwzajemnił uśmiech i spytał:

– A ty masz coś? O, piwo. Masz może piwo?

– Coś ty, tutaj? Tu alkohol jest zakazany. Po co ryzykować?

– Kurwa...

Teresa zaśmiała się głośno i spojrzeli sobie w oczy.

– Nie bój nic, jeszcze się napijesz i nie tylko...

Jechali chwilę w milczeniu, zastanawiając się oboje, jaki temat wybrać do dalszej rozmowy, gdy Teresa przypomniała sobie o czymś.

– A. A jak tam u ciebie z kobietami, Hall?

Hall spojrzał na nią uważnie znad kierownicy.

– To znaczy?

– No, czy lubisz?...

– Głupie pytanie... – Hall parsknął szczerym śmiechem i spojrzał na nią, ubraną w ten bezosobowy worek... Puścił do niej oko. – Pewnie. Teraz chyba nawet bardziej... A jak tu jest?

– No, wiesz... – Teresa uśmiechnęła się do niego poufale, trochę się przeciągnęła jak kotka. – Po wylądowaniu, trzy lata temu, postanowiliśmy, chociaż to niby było oficjalnie zabronione, eee... no... spróbować tego „owocu zakazanego”...

– He, he, he... – zaśmiał się Hall. – Że niby z „dzikusami”?

– Jakimi dzikusami? – oburzyła się Teresa.

– Nie no, tak tylko...

– To są bardzo fajni ludzie... Eee, to znaczy...

– To znaczy co? Masz jakiegoś faceta? – Hall rzucił jej spojrzenie.

Chwilę nic nie mówili, zastanawiając się, co powiedzieć. Teresa wzruszyła ramionami i lekko uśmiechnęła się do samej siebie, wpatrzona w drogę przed nimi.

– Wszyscy mamy... – zaczęła powoli po chwili. – To znaczy, nasi mają miejscowe kobiety, a my facetów, rozumiesz...

– O, to widzę, na bogato... – Hall prawie się roześmiał, ze wzrokiem wbitym w drogę.

– A jak...

Uśmiechnęli się do siebie serdecznie, czując wzajemne porozumienie.

– Dobra... – Teresa klepnęła go w ramię. – Żarcia nie przywieźliście, ani żadnych wiadomości od naszych rodzin... A, co tam. Trudno. Ale macie coś lepszego... – Uśmiechnęła się do Halla szeroko, jak do swojego starego kumpla. – Wiesz co...?

– Co?

– Mamy zmienić nasze DNA na ludzkie, nie?

– No...

Przez chwilę cisza zawisła w kabinie TIRa.

– Nie rozumiem. – Hall spojrzał na Teresę pytająco.

– Och, ale z ciebie matoł – zaperzyła się. – Co z tego, że możemy się pieprzyć z miejscowymi, jak nie możemy mieć dzieci? Hę?

– Aaa... – Hall aż odchylił głowę do tyłu, jak gdyby odkrył największą tajemnicę całego kosmosu.

– No właśnie. A wy przywieźliście sprzęt. Cała nowa sala operacyjna... Jak dotrzemy do bazy, to się zoperujemy i już. I... – Teresa nabrała dużo powietrza w płuca i krzyknęła z całej siły – KURWA MAĆ!... Jak najszybciej zbrzuchacieję!... – Wyładowała się i teraz zamilkła na chwilę, uśmiechnięta od ucha do ucha. Mglisty wzrok miała gdzieś daleko od pustyni... Po chwili ciągnęła już dalej. – O, Jezu, jak ja chcę mieć dziecko... Ty sobie nawet tego nie wyobrażasz, bo jesteś facetem, jak ja chcę mieć wielki brzuch, a potem urodzić MOJE dziecko... Albo i dzieci... A, co mi tam, pewnie... Na Alfie musiałabym przechodzić badania, testy, egzaminy, mieć dobre układy i kasę, żeby dostać koncesję... Albo zejść do podziemia. A tu? Chcesz? Proszę bardzo. „Ile pani zamawia?”... – Spojrzała na niego, rozradowana, szczęśliwa, poprawiła się w fotelu. – My tu wszyscy mamy rodziny, rozumiesz, Hall? Tylko dzieci nam brakuje. Pojmujesz?

– A wasi... A twój facet coś wie?

– Coś ty, głupi?

– No to jak? – Spojrzał na nią, zdziwiony ale i rozbawiony.

– No, jakoś tam... Jesteśmy w końcu szpiegami, nie?

– Ale jaja... – zaśmiał się lekko do siebie.

Chwilę jechali w milczeniu, bo musiał to sobie przetrawić.

– Nie, to mnie zastrzeliłaś. Tak się mówi? – spytał Hall i spojrzeli na siebie z uśmiechem.

Teresie nie schodził ten uśmiech z ust. Kiwnęła jeszcze głową, potakująco i jechali chwilę w milczeniu.

– Zobacz, jak tu jest pięknie. Słońce już wzeszło... Pustynia niby, góry, upał jak diabli będzie dzisiaj, co prawda... I jak tu pusto... U nas nawet pustyń już nie ma.

Dobrą minutę jechali w milczeniu, obserwując okolicę. W końcu Hall nie wytrzymał, bo musiał przecież coś powiedzieć.

– Coś ci się, widzę, optyka zmieniła przez te trzy lata tutaj. Tam, na Alfie, dwadzieścia miliardów naszych czeka, aż im damy „Ziemię Obiecaną”... A ty chcesz mieć dziecko?... Po prostu, swoje dziecko?

Jechali dalej, nie spoglądając na siebie.

– Mam jedno pytanie, Hall. Jedno. Jak dwanaście osób może zabić siedem miliardów ludzi tu, na Ziemi?

– Taa... Dla mnie to też bez sensu... Ale się wpierdoliłem w bagno... – Pokiwał głową z rezygnacją.

Zaległo ciężkie, długie milczenie. Hallowi zdawało się, że coraz więcej jest wybojów na tej cholernej, zapiaszczonej drodze. Musiał mocno trzymać kierownicę i wypatrywać kamieni. Najgorsze, co teraz mogło im się przydarzyć, to przebicie opony.

– Hall? – odezwała się Teresa po długiej chwili.

– No?

– Nie wiem, co będzie... Nas nie ma. Nie wrócimy na Alfę, no bo niby jak? Oleją nas.

– Już dawno olali. Co? Wrócimy po ponad stu latach? Jako kto? Pradziadkowie?... – Kiwnął nerwowo głową. – Kurwa... To będzie dla nas obcy świat. Nawet bardziej niż tu...

– Byliśmy dobrzy, jak lecieliśmy tutaj. Ale nie wezmą nas z powrotem na Alfę. To, co ty mówisz i „cięcie kosztów”. Ile kosztuje przetransportowanie litra wody na dystansie czterdziestu lat świetlnych? Pewnie jakieś dziesięć kilo złota. To ile by to było za nas wszystkich?

– One way ticket, one way ticket... – Hall zaśpiewał pod nosem, wpatrzony w klapę samochodu przed nimi, zbliżającą się do nich zbyt szybko i zwolnił. Potem zredukował bieg.

– Wiesz – Teresa zerknęła na niego, – za parę dni nie będzie już podziałów, „Pierwsza”, „Druga”... Jesteśmy jedną drużyną...

– A, to dlatego w każdym samochodzie jest ktoś ze starej ekipy i z nowej? Agitacja? – spytał i spojrzał na nią z uśmiechem.

– Ale ty masz jeszcze naleciałości z tego naszego prania mózgu... Matko... – Pokiwała głową i uśmiechnęła się z przekąsem do niego.

– No... – Hall patrzył przed siebie. – Jakbym przyleciał tu od tego... jak mu tam... Kima, nie?... A wiesz – zerknął na Teresę, – jak wylatywaliśmy, to tutaj był tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty szósty... No. A oni tam jeszcze teraz...

– Żadna agitacja, tylko wprowadzenie – powiedziała Teresa wzruszając ramionami. – Jedziemy wszyscy na tym samym wózku. I musimy was, nowych, szybko przestawić na właściwy sposób myślenia. Proste.

– A nie boisz się, że jestem donosicielem? Że zaraz napiszę jakiś raport?

– Mam to w dupie. Głęboko.

Hall parsknął śmiechem i już oboje śmiali się, jak z dobrego dowcipu. I patrzyli na siebie jak starzy kumple.

– Wiesz, Tereska, dwa lata przygotowywałem się do tego lotu. Mordercze treningi, szkolenia, sama wiesz... Nie było czasu na myślenie. Dopiero jak nas wybudzono, zacząłem się nad tym wszystkim zastanawiać. Że puścili nas tu zupełnie w ciemno, bez żadnego konkretnego planu działania... Nic. Macie zrobić wszystko, ale radźcie sobie sami. I ten brak łączności z Alfą... Tu się zmieniło, teraz jest dwa tysiące trzynasty, satelity, GPS... Na Alfie też musiało się wiele zmienić... Jaki był sens posyłać nas tutaj?... A my tu, kurwa, nic nie wiemy. Nic. Może ich tam już w ogóle nie ma? A my mamy wykonać rozkazy sprzed sześćdziesięciu lat...

– No, to są te nasze dylematy, Hall. I jeszcze te moralne.

– Taaa... Porwać ze sto osób do eksperymentów medycznych, a potem...

Zamilkł i wpatrywali się w pustynne pejzaże, ciągnące się po horyzont.

– Wiesz, Tereska? – zaczął po chwili. – Mam pewien pomysł. Myślałem już o tym wcześniej, na statku... Żeby wilk był syty i owca cała. Tak się mówi? No... I chyba mam coś takiego... – Uśmiechnął się do niej szeroko i puścił oko.


6.


Dom był obszerny, z naprawdę dużym ogrodem. Pogoda tego dnia była świetna, kwietniowe słoneczko przygrzewało, choć zbliżał się już wieczór.

Wszyscy siedzieli za dużym stołem w ogrodzie, „Pierwsza” oraz „Druga” i kończyli późny obiad. Obok stał duży grill, rozchodził się zapach smażonego mięsa. Rozbawieni, popijali piwo lub wino, dojadali wyśmienite steki wołowe z różnymi dodatkami i sałatkami.

– Hall, ty masz łeb na karku. – Rozochocona Stella upiła trochę wina. – Niech mnie... He, he, he... Świetne.

– I oni sami nam jeszcze za to zapłacą – wszedł jej w słowo Adam, po czym wszyscy ryknęli śmiechem.

– Dokładnie – podsumowała Stella.

– To jest najśmieszniejsze w tym wszystkim... – Rozbawiony Marcin kiwał głową z uśmiechem.

– No dobra, he, he... Ale tu, przypominam, nie gadamy na te tematy. Co innego w domu. – Stella uśmiechnęła się, spoglądając na wszystkich znacząco. – Zrobimy sobie kawkę, weźmiemy szampana i pogadamy o szczegółach w salonie. Wojtek musi dziś siedzieć do późna w pracy, to tego...

Zaśmiali się wszyscy znowu.

– Co prawda, z tymi dotacjami i grantami nie możemy przesadzać, ale...

Stelli przerwał kolejny, głośny wybuch śmiechu.


7.


Rozbawione towarzystwo przeniosło się do salonu, bo też już i zaczęło być zimno. Zamknęli za sobą drzwi tarasowe i tak jak weszli, niektórzy usiedli sobie w fotelach czy na sofie, inni stali z kieliszkami w dłoniach. Na stole stały talerze z zakąskami, ciastkami, pełny bufet.

– No dobra... – zaczęła Stella i powoli gwar rozmów przycichał. Adam stał obok niej i pociągał z e-papierosa. – To co?... Zaczynamy? Witam wszystkich na otwarciu naszego Funduszu Farmaceutycznego...

Rozległy się śmiechy i oklaski.

– Hall, twój pomysł jest świetny, chłopie. – Stella uśmiechnęła się do niego serdecznie. – Nie mieliśmy dokładnego planu działania, ba, w ogóle go nie mieliśmy, tylko jakieś bzdurne wytyczne, nie przystające do rzeczywistości tutaj, teraz mamy. Brawo. To jest naprawdę ekstra... Pod przykrywką działalności non-profit, szukając nowych lekarstw na choroby genetyczne, nowotworowe i co tam jeszcze sobie wymyślimy – uśmiechnęła się szeroko, – możemy zebrać próbki DNA od milionów ludzi. Genialne. Możemy szukać naszej super–toksyny. Potrzebujemy czegoś, co wyeliminuje wszystkich ludzi. I tylko ich. I co ulegnie potem autodestrukcji... W spadku po ludzkości dostaniemy całą infrastrukturę, samochody, fabryki, farmy, ropę... wszystko. Super.

– Na dodatek oni sami nam za to zapłacą – dodał Adam i wszyscy się głośno zaśmiali.

– Jest wśród nas ośmiu biologów. Wy zajmiecie się swoją działką, zakładanie firm farmaceutycznych, badania, biotechnologia, laboratoria, wiadomo... Pozostała czwórka, Barbara, Adam, Marcin i ja, stworzymy wam podstawy finansowe. Mamy tyle złota, że możemy rozkręcić tu niezły biznes. Do tego celu stworzymy Holding, gdzie cały zysk, a i nie tylko, przeznaczony będzie dla Funduszu. Mamy tydzień, aby wszystko dobrze zaplanować. Proponuję, żeby połowa z nas przeniosła się do Londynu, tam już mamy naszą filię. Piotrek, Olaf, Barbara i Wiktoria już tam polecieli, ale tylko na dwa dni. W Londynie potrzebujemy czterech biologów i dwie osoby do biznesu. Taki sam zestaw tu, w Łodzi. No i musimy stworzyć sobie bardzo dobrą legendę...

– No dobrze – wtrąciła się Teresa. – Ale ja mam tutaj rodzinę, przyjaciół...

– Wiem – odparła Stella. – I jak chcesz, zostaniesz tutaj, jak dojdziemy do jakiegoś konsensusu. Nie ma problemu. Twój Tomek raczej nie będzie chciał się przenosić do Londynu. Okej.

– No właśnie – wyjaśniała dalej Teresa. – O to mi chodzi. Przecież ja ma dwójkę małych dzieci.

– Jakim cudem? – zapytała zdziwiona Julia.

– A, to z pierwszego małżeństwa mojego męża.

– A, aha.

– Nas, nowych, przecież tu nic nie trzyma – włączyła się Ania. – Dla mnie bez różnicy, Londyn czy Łódź.

– Dogadamy się. – Stelli nie schodził uśmiech z ust. – Marcin, na przykład, chętnie poleci do Angoli, nie?

– Pewnie – odparł Marcin. – Znam tam jedną niezłą babkę. Była tu na stypendium.

– Wszystko sobie dobrze ułożymy, spoko – ciągnęła dalej Stella. – Ja też bym wolała zostać tutaj, Teresa. Mój Wojtek pracuje w dużym banku...

– No właśnie. – Teresa machnęła otwartą dłonią na znak zrozumienia.

– Adam, jeśli się zgodzi – Stella spojrzała na niego pytająco, – mógłby polecieć z Marcinem...

– Nie widzę żadnego problemu – odparł spokojnie Adam, pociągając dymka ze swojego e-papierosa.

– Dzięki, Adam... Tu wszystko jest do dogrania. Baza jest tutaj... Rozkręcaliśmy firmy komputerowe, innowacyjne, także biotechnologia, więc przestawienie się na genetykę i farmację nie stanowi żadnego problemu... Jesteśmy jedną drużyną... Dajmy sobie tydzień na sprawy organizacyjne. A potem Pierwsza przechodzi operację zmiany DNA. No... I rusza nasza operacja ALFA NOVA... – Uśmiechnięta Stella podniosła do góry kieliszek szampana. – Za powodzenie naszej misji...


8.


Siedzibą Holdingu i Funduszu był duży, nowoczesny budynek na skraju miasta, zakupiony od jakiejś upadającej hurtowni. „Firma”, bo tak o całej organizacji mówiono w skrócie, rozbudowywała się. Powiększono parking, dodano jedno duże skrzydło i właśnie budowano magazyny i garaże, na prawo od głównego budynku. Firma dynamicznie się rozrastała.

Nowe laboratoria mieściły się w dobudowanym dużym skrzydle na lewo od głównej siedziby. Tam właśnie szedł zamyślony Hall, niosąc teczkę z jakimiś dokumentami. Wszedł do budynku, minął schody i podążył długim korytarzem, przeciętym w połowie potężnymi oszklonymi drzwiami, stanowiącymi śluzę. Zatrzymał się kilka metrów przed nią i zapukał do drzwi z prawej strony. Po chwili usłyszał głośne „proszę” Teresy, wszedł więc do środka.

Duże pomieszczenie laboratorium było zastawione rzędami stołów, biurek i najrozmaitszych maszyn. Mniej więcej w połowie sali, przy drzwiach z napisem „Theresa. Private”, Teresa obsługiwała jedną z wirówek. Przekładała z pojemników, stojących na stole, probówki z różnokolorowymi płynami do okrągłych koszyków w wirówce. Gdy wszedł Hall, Teresa zamknęła właśnie klapę urządzenia i włączyła je. Rozległ się cichy pomruk pracującej wirówki.

Teresa, ubrana w biały fartuch, w zaawansowanej ciąży, podeszła z uśmiechem do Halla.

– Cześć, Terenia. Co tam nowego? Jak zdrówko? – Hall pocałował ją w nadstawiony policzek.

– A, cześć. Wszystko dobrze. Przyszły nowe próbki od Piotrka, z Chin. Będzie roboty na jakiś miesiąc. Nie mogę się doprosić nowych pracowników.

– A te od Pawła przyszły wreszcie? – spytał Hall i położył teczkę z dokumentami na dużym stole, obok którego stały dwa obrotowe, białe taborety.

– Te z Kenii? Jeszcze nie. Wiedziałbyś, gdybyś nie był taki latawiec. – Kiwnęła mu głową z uśmiechem pobłażania.

– E tam... – Hall przysiadł na jednym z taboretów i pokręcił się na nim przez chwilę. – Słuchaj, Terenia... mam sprawę...

– No, co jest?

– Eee... Tereska, czy my mamy jakieś antybiotyki?

– A na co ci?

– E, tego... – Hall starał się nie patrzeć jej w oczy. – Słuchaj... Wiesz, złapałem chyba coś... No wiesz...

– To znaczy? – spytała Teresa starając się nawiązać z nim kontakt wzrokowy.

– Cholera, no... Zaczęło mnie tam coś piec, rozumiesz ?... – Spojrzał na nią. – No, złapałem jakiegoś syfa – powiedział szybko.

Teresa z wrażenia aż przysiadła na taborecie obok.

– O, masz ci... a to dopiero... – Pokręciła głową i po chwili uśmiechnęła się uszczypliwie. – Łajdaczysz się na prawo i lewo, zamiast normalnie, założyć rodzinę...

– Wam tu, kurwa, odbiło wszystkim na tym cholernym zadupiu – prawie wybuchnął ze złością. – Same ciężarówy... Sorki... Ale, zamiast brać się do roboty...

– A po co?

– No właśnie...

Zamilkli oboje na chwilę, nie patrząc na siebie. Potem Hall wziął ją za rękę, spojrzał jej głęboko w oczy i powiedział:

– Przepraszam, Teresa.

– E, wszyscy tu wariujemy... – Machnęła drugą ręką. – Idź do lekarza. Do jakiegoś specjalisty...

– Byłem właśnie. No, ale... to była kobieta. – Wzruszył ramionami i uśmiechnął się do niej niepewnie. – Ładna nawet. No i tego... – Puścił jej dłoń.

– No i? – spytała z uśmiechem i kiwnęła głową z politowaniem.

– Nagadałem jej coś tam... A poza tym, pomyślałem, że jak zrobią jakąś analizę...

– Ty mi tu nie ściemniaj...

– Nie masz pod ręką jakiegoś dobrego antybiotyku?

– Nie mam. Nie mam. Jak się jej wstydzisz, to idź do innego lekarza. Faceta – prychnęła, uśmiechając się ironicznie. – Ha, pomyślałby kto, taki kogut, pies na baby, a boi się jednej lekarki...

– Bardzo ładna jest, cholera jedna, taka brunetka...

– Pacanie jeden, tyle bab już tu naobracałeś...

– A pewnie. Takie sztuki tu chodzą, że grzech byłoby nie spróbować tego miodu – zapalał się Hall.

– Ty! Żebyś ty czasem nie złapał hifa. No, to by się dopiero narobiło...

– A, to bym sobie zmienił geny i tyle...

– Ha, ha. Ale śmieszne... – Teresa zakręciła się na taborecie. – No i teraz masz za swoje. Ja mam jednego faceta, jest mój i tyle.

– A. Ty, to co innego. Instynkt macierzyński. Wszystkie już jesteście brzuchate... A mnie dali takie geny, widać, że nic, tylko bym młócił.

Zaśmiali się głośno, serdecznie, jak starzy kumple.

– O, znalazł się młynarz, widzicie go! Uważaj, żebyś nie został z tym twoim cepem sam.

Umilkli na chwilę.

– No, ale ja ciebie rozumiem – zaczęła Teresa. – We mnie też się coś zmieniło... – umilkła. – Wiesz co? Niby powinnam się solidaryzować ze wszystkimi kobietami, ale... Tak sobie pomyślałam, że... czemu nie?... Wiesz co? Ty załóż sobie harem – parsknęła głośno.

– A co ja, jakiś Arab jestem, czy co?

– Oj tam, zaraz jakiś Arab – Teresa ponownie parsknęła. – Chociaż masz taką urodę, południową, przystojniaku... Nie możesz mieć tu czterech żon, wiadomo. Ale cztery kochanki? Co? I wszystkie z brzuchami, jak ja – znowu parsknęła śmiechem. – No? Jak nie możesz inaczej?...

– Cztery?

Teresa ponownie parsknęła, rozbawiona.

– No, a ile chcesz?

Hall uśmiechnął się radośnie, i do niej i do siebie samego i wzruszył powoli ramionami.

– Phy... Bo ja wiem?...

– He, he, he, ty kogucie jeden... – Ubawiona Teresa uśmiechała się do niego i kiwała głową, jakby z niedowierzaniem. – Jeszcze z jednego kłopotu nie wyszedł, a już pakuje się w następne... Najlepiej, zacznij od tej lekarki. Będzie blisko... Co za model... Jak ci się tak podoba?... I łaskawie weź pod uwagę, że niedługo rodzę ja, a potem Julia. I pójdziemy na macierzyński. Może przestaniesz się wreszcie obijać, bo ciebie tu zastać, to cud prawdziwy. Latasz za tymi babami, jak jakiś głupi, to teraz masz za swoje.

– No mam, mam – potwierdził, kiwając głową. – Ale... Taki harem?... – Uśmiechnął się na tę myśl. – No?... Tereska! Jesteś wielka! – Wstał nagle, uradowany, jakby doznał właśnie jakiegoś olśnienia, objął ją serdecznie i pocałował mocno w oba policzki.

– A idź mi, cholera, jeszcze coś od ciebie złapię! – Teresa starała się odepchnąć go w udawanym gniewie.

Hall powoli wyprostował się, rozradowany.

– Kocham cię, Tereska! A świat jest pię-ękny!

Obrócił się z wyciągniętymi na boki ramionami, jak gdyby tańczył jakiś gruziński czy kozacki taniec. Teresa patrzyła na niego z uśmiechem i tylko kiwała głową.

– Pacanie jeden...


9.


Są szpitale lepsze i gorsze. Ten był akurat średni, ani zbyt brudny, ani za czysty. Ale Teresa tu właśnie chciała rodzić, więc Hall (cały w skowronkach, jak gdyby on sam został ojcem) gnał teraz przez korytarz oddziału położniczego, szukając sali numer trzysta osiem. Wyminął dwie panie w zbyt dużych szlafrokach, prawie zderzył się przy tym z lodówką, stojącą nie wiadomo dlaczego akurat tutaj i rozglądał się po drzwiach, szukając tych właściwych. Potem zahaczył o wózek z talerzami, sztućcami i wazami z zupą. Dostrzegł w końcu salę, w której miała być Teresa. Dostrzegł także, w tym samym momencie, Dorotę. A ona dostrzegła jego.

Stali tak, zaskoczeni oboje, przyglądając się sobie. Wreszcie Hall podszedł do niej z uśmiechem.

– Dorotka! Co za spotkanie...

– Hall? Co ty tu robisz?

– A, no, właśnie przyszedłem odwiedzić moją przyjaciółkę. Wczoraj urodziła syna. Piotruś mu dała... – Hall wyczuł, że raczej nie powiedział tego, co powinien.

– A coś ty taki uradowany? To twoje? – zapytała Dorota, świdrując go wzrokiem.

– Nie. Coś ty, Dorotka. Terenia to moja najlepsza kumpela.

– Kumpela?... Ty draniu... – Dorota zmierzyła go gniewnym spojrzeniem, więc Hall odsunął się odrobinę. – To pewnie jeszcze jeden babsztyl z twojej kolekcji, co?

– Dorotko, kochanie, przecież mówię...

– A mów sobie, ty... Parszywcu jeden... – Dorota stawała się coraz groźniejsza i głośniejsza.

– Oj, przecież ci mówiłem, że nie...

Przerwały mu jakieś odgłosy na korytarzu, a potem doszedł ich jakiś kobiecy głos:

– Dorota? Co tam za hałasy?

W tym momencie otworzyły się drzwi do sali numer trzysta osiem i ukazała się w nich Teresa, już po porodzie, bez brzucha, ubrana w niebieski szlafrok frote.

– O, Tereska. No, moja kochana... – zaczął Hall i znowu pomyślał, że nie powinien tyle gadać, podszedł więc do niej szybko, objął ją (jednak) czule i pocałował w policzek. Teresa właśnie zamykała drzwi do sali i uśmiechnęła się do niego serdecznie. – Tak się cieszę... Jak się czujesz? I jak tam maluszek?

– Wszystko w porządku, zdrowy.

– No to wspa...

W tym momencie Dorota, która gotowała się już od kilku chwil, nie wytrzymała i podeszła do Teresy.

– To twój facet? – spytała groźnie.

– Eee... Hall? Nie...

– No przecież widzę...

– Dorotko droga, to moja koleżanka z pracy, Teresa. Zaraz pewnie...

– Hall, jak możesz... – zaczęła Teresa.

– No właśnie. On tak kłamie... – Dorota stała roztrzęsiona, gniewna, ze łzami w oczach, niepewna.

– No, ale ja przecież... – Hall cofał się odrobinę, bo stał zbyt blisko Doroty, ale na przeszkodzie stanął mu ten cholerny wózek. Talerze, sztućce, nawet wazy z zupą zaprotestowały głośno. Dwie panie w szlafrokach zerkały w ich stronę, zaciekawione całą sytuacją. – Cholera...

Na dodatek Dorota podążała tuż za nim.

– Ty draniu jeden... Ja ci oczy wydrapię, zobaczysz...

– Dorota, co ty? Opanuj się...

– Ale proszę go puścić – wkroczyła zdecydowanie Teresa. – Ja tu czekam na mojego męża, a Hall to tylko kolega z pracy, naprawdę. No, uspokój się dziewczyno. Gdzie jest ten mój Tomek?...

– Dorota, uspokój się, ludzie patrzą...

– Ludzie, ludzie...

– Hall, ty idź lepiej do windy, weź sobie na dole kawę czy co i poczekaj tam na Tomka. Ty kogucie jeden cholerny... Musisz mnie tak denerwować teraz? I nie pokazuj mi się tu sam, jasne? A my tu sobie wyjaśnimy wszystko z panią Dorotą...

Hall zaczął już powoli cofać się korytarzem.

– Dorota, to naprawdę nie tak, jak myślisz. Przyjdę później do ciebie, porozmawiamy spokojnie...

– Dobra, Hall, idź już, idź... – Teresa opanowała sytuację, a Dorota stała obok niej, nie bardzo wiedząc, jak się zachować.

– Ja bardzo panią przepraszam, nie wiem, jak mogłam pomyśleć... – Oczy Doroty zrobiły się bardzo mokre. – Ale jak go zobaczyłam tutaj... – Szukała w kieszeniach fartucha jakiejś chusteczki.

Hall już gdzieś zniknął.

– No tak, wiem. Głupio wyszło... – Teresa rozluźniła się i uśmiechnęła do dziewczyny. – Jesteś jeszcze jedną ofiarą tego podrywacza. Przecież to babiarz, nie wiedziałaś?

– No... – powiedziała Dorota wycierając sobie oczy.

– Wiem, zawrócił ci w głowie. On to potrafi... Nie wiem, ma jakieś feromony, czy co? Diabli wiedzą. – Teresa objęła ją ramieniem. – Przykro mi to mówić, ale nie ty pierwsza, nie ostatnia...

Dorota, słysząc to, zaczęła głośno łkać.

– No, nie płacz... To fajny facet, ale nie dla ciebie.

– Rzucił mnie, drań jeden... Ze dwa miesiące temu... – Wycierała sobie oczy chusteczką higieniczną. – Wydzwaniałam, szukałam go po całej Łodzi, a on nic. Przepadł. Najpierw mówił piękne słówka, obiecywał, a potem... – Chlipnęła i pociągnęła nosem.

– No, nie płacz... Albo, popłacz sobie, może będzie lepiej... – powiedziała Teresa i zaczęły iść w stronę dyżurki pielęgniarek, w głębi korytarza. Po chwili Teresa zdjęła rękę z jej ramienia.

– Ja przepraszam, ale... No... – Dorota chlipnęła znowu, zaczęła szukać czegoś po kieszeniach, wyciągnęła paczkę chusteczek i od razu zaczęła wycierać sobie nos jedną z nich.

– Dobrze, dobrze, nic nie mów... Wszystko wiem. On by ciebie i tak rzucił. Lepiej prędzej, niż później. Pocierpisz, popłaczesz sobie, to i prędzej ci przejdzie. Taki nasz los... A później znajdziesz sobie kogoś porządnego... No, już...

– A... jak się z nim pracuje?

– E... Jest trochę roztrzepany, wszędzie go pełno. I niczego nie dokończy, bo już leci za czymś nowym. Tak jak z kobietami. Żadna go na dłużej nie zatrzyma. No, chyba, że trafi na taką, co mu się oprze. Ale to nie ty, dziewczyno, nie ty...

Dorota znowu zaczęła łkać.

– No, popłacz sobie, dziewczyno, popłacz. Idź do pokoju pielęgniarek, zrób sobie melisę czy coś takiego, bo tu tylko straszysz inne kobiety. No, idź. Idź do siebie. – Teresa patrzyła za odchodzącą Dorotą. Potem powoli odwróciła się i popatrzyła w kierunku windy. – No, Hall, kogucie jeden cholerny... – powiedziała do siebie. – Już ja cię urządzę, czekaj no...


10.


– Dziewczyny namawiały mnie na jakieś ciuszki dla małej, w prezencie. – Hall uśmiechnął się do Stelli, wręczając jej wielki bukiet czerwonych róż. – Ale przecież ty się na tym lepiej znasz, dlatego przychodzę do ciebie z kwiatami.

Weszli do salonu, na środku którego stało dziecięce łóżeczko.

-- No chodź, chodź. Przychodzę... Ja cię tu wezwałam. Ale kwiaty piękne, dziękuję.

Podeszli oboje do łóżeczka. Wpatrywali się chwilę w leżące dziecko.

– Jak wasze zdrowie? Mała śpi? – Hall nachylił się nieco.

– Tak. Niedawno ją karmiłam i zasnęła. Zdrowiutka.

Spoglądali na śpiące dziecko, uśmiechnięci.

– A ty?

– W porządku.

– No, super... Uhu, śpi maleństwo...

– Jak idzie praca? – spytała Stella, poprawiając niewidzialną fałdkę na kołderce.

– Pełną parą – odparł Hall. – Jak byłaś w szpitalu, przekroczyliśmy milion próbek w naszej bazie DNA. Wyobrażasz sobie? A mieliśmy mieć sto... Stopujemy ten etap.

– Oczywiście. Teraz tylko badania.

– No. – Hall wyprostował się. – Toksykologia i genetyka. I zakaźne. Cały czas myślę o AIDS, ale to chyba nam nie wypali. Wiesz...

– Wiem.

– O, budzi się?

– Nie... Śpij, Sylwia. Śpij, kochanie...

– Sylwia. Ładnie. Teresy Piotruś ma już ze dwa miesiące... No, a jak tam twój Wojtek? Zadowolony?

– Ba. Ty wiesz, że chyba ja bardziej chciałam mieć chłopca? Teraz, to on jest szczęśliwy tatuś swojej córeczki. Chcesz kawę?

– Aha.

Stella przeszła z kwiatami do kuchni, a Hall pochylił się znowu nad łóżeczkiem.

– Ładniutka. Jakąś wstążkę powinnaś powiesić przy łóżeczku, tylko nie wiem, czy to ma być czerwona, czy niebieska? Co?

– Co?

– A, nie. Nic takiego – powiedział Hall, potem odwrócił się i zrobił parę kroków w kierunku kuchni. – Słuchaj... Ciebie nie ma, Tereski nie ma, Julia na ostatnich nogach... Miałaś znaleźć kogoś na wakat...

Stella wyszła z kuchni, niosąc tacę z dwiema filiżankami kawy i przeszli do salonu. Postawiła tacę na stole, usiadła w fotelu, Hall w sąsiednim. Stella rozstawiła filiżanki.

– Ty, oczywiście, podwójne espresso?

– Tak, tak, dzięki.

– No tak...

– Bo zostaliśmy z Pawłem we dwójkę. Jest kilkunastu pracowników, ale brakuje nam osoby na stanowisko Tereski. Musisz kogoś wybrać.

– Rozpisz konkurs – rzuciła Stella biorąc filiżankę ze stołu. – Może złapiemy kogoś kumatego z zewnątrz. Bo z załogi nikogo nie widzę. Wszyscy mają klapki na oczach, robią wszystko od A do Zet, ale nic więcej. Zero strategii. – Upiła łyk kawy.

– O, to, to.

– Myślałam, że ty to ogarniesz, ale gdzie tam. Ledwo wyrabiasz się ze swoją działką. I wiecznie latasz za tymi babami... Aż mi głupio o tym mówić, ale ty się jakoś ogarnij, chłopie. Paweł latał samolotami po całym świecie, zbierał materiał, nie jest tak obeznany z całością, a ty... – powiedziała i upiła kolejny łyk kawy.

– No, co ja?

– Jak motyl... – Odstawiła filiżankę na stół. – Z kwiatka na kwiatek. Teresa namawiała cię, żebyś założył sobie harem... Ale się naśmiałyśmy... A ty to chyba wziąłeś dosłownie, kogucie jeden... – Uśmiechnęła się do Halla pobłażliwie.

– Co ja poradzę? Takie geny dostałem – odparł Hall i sięgnął po swoją kawę.

– Geny, geny... Ile ty masz tych swoich bab?

– Obecnie? Trzy. – Hall uśmiechnął się do niej łagodnie.

– Obecnie... – Stella podniosła wzrok do góry z uśmiechem.

– W tym dwie w ciąży. – Popił kawę, starając się nie pokazać, że chce mu się śmiać.

– No, toś się postarał – parsknęła Stella. – A wyleczyła cię ta twoja... Jola, tak?

– No, chyba tak, skoro jest ze mną w ciąży?...

– Jezu, cały czas o seksie. Ale to twoja wina. Zamiast się zająć pracą... Jestem zła na ciebie właśnie o to. Muszę wiedzieć, czy sam zajmiesz się całością, strategicznie... – Sięgnęła po filiżankę i upiła trochę kawy. – Czy robić konkurs. Bo ja bym na ciebie machnęła ręką i brała kogoś z zewnątrz.

– To bierz.

– Coś się tak nabzdyczył? To ważne. I o to właśnie mam do ciebie pretensje.

– Pretensje, to ty powinnaś mieć do Marcina. – Hall wzruszył ramionami. „A czy mi zależy na jakimś awansie?”, pomyślał.

– Jeszcze i to – powiedziała Stella, odstawiając filiżankę.

Przez chwilę trwało milczenie.

– I co z nim? – przerwał ciszę Hall.

– Nie wiem. – Stella wzruszyła ramionami, wpatrując się w łóżeczko ze śpiącą córeczką.

– Defraudacja... To brzmi groźnie.

– Gorsze są wyłudzenia i łamanie przepisów podatkowych. Zdefraudował nasze pieniądze, to ogarniemy sami.

– Na razie jest w areszcie, tak? I ta jego blondi też?

Stella tylko kiwnęła głową i pomilczeli przez chwilę.

– Chcę, żebyś tam poleciał. Jeszcze dziś, jak coś będzie. Na miejscu jest Adam, ale chcę, żebyś to ogarnął. Żebyś go odwiedził w areszcie, pokazał, że można inaczej. Bo on się chyba zakochał.

– Nie miał w kim. Suka jedna.

– Musicie go wyciągnąć z pudła i przywieźć tutaj. Zapłacić, co trzeba, wyciszyć... Rozumiesz?

– Oczywiście. – Wzruszył ramionami.

– To wszystko może trochę potrwać, dlatego myślę, że konkurs będzie najlepszy. Bo ty będziesz w Londynie, a tutaj sprawy trzeba ciągnąć dalej. Tylko pamiętaj, kogucie jeden, żebyś tam nie narozrabiał. Żadnych panienek. Zero. Rozumiesz? Tu już masz trzy... Jak ty to właściwie robisz? To znaczy, jak to zorganizowałeś, co? One wiedzą o sobie nawzajem? – Stella sięgnęła po filiżankę i znowu popiła trochę swojego cappuccino.

– A, to dłuższa historia. – Hall machnął ręką od niechcenia i także sięgnął po kawę. – Chcesz, to was poznam. Właściwie, to powinienem to wszystko poukładać... Czas by był już... – Wypił trochę i odstawił swoją małą filiżankę.

– I mówisz, że trzy ci wystarczą? – zaśmiała się cicho Stella i popiła trochę kawy.

– Takie geny... – Hall rozłożył bezradnie ręce, sam ubawiony tą rozmową.

– Geny mówisz, geny... geny... – Stella odstawiła powoli filiżankę, czymś zaaferowana. – Genialne...

– Co, ja?

– Nie... No, przyznaję – spojrzała na niego z uśmiechem, – masz w sobie trochę geniuszu... Ale bez przesady. Słuchaj.

– No?

– Ty go tu przywieziesz i zmienimy mu geny. Kopia twoich. Rozumiesz? On ma po prostu złe geny. I dlatego ta cholerna Angolka tak go omotała – powiedziała i spojrzała mu bardzo głęboko w oczy. – Gdyby był taki jak ty...

– To by się nie dał tak frajersko podejść – dokończył Hall. – Zgadza się.


11.


Budynek londyńskiego aresztu był chyba wpisany do jakiegoś rejestru zabytków, i to tej gorszej klasy. Stare, ceglane mury z zewnątrz, kamienne łuki w sklepieniach korytarzy, klinkier, jak w jakichś pruskich koszarach. I rzędy grubych, drewnianych drzwi ze stalowymi okuciami.

Sala widzeń miała obdrapane ściany, malowane ze sto razy olejną farbą w jednym, zielonawym kolorze. Okna łukowe wysoko, z siatkami zabezpieczającymi. Po obu stronach pomieszczenia rzędy drzwi obitych blachą, z małymi okienkami. Stare też były krzesła i stoły, ustawione równo w jednym rzędzie. Z nowości Hall zauważył jedynie kamery.

Siedział właśnie teraz po jednej stronie stołu, Marcin po drugiej. Nie słuchał jego wyjaśnień, rozglądał się dookoła... Inni odwiedzający także siedzieli po tej stronie co on, zaś aresztowani naprzeciwko, wszyscy przy swoich stołach, z rękami na blatach. Trzech facetów, aresztantów, rozmawiało z trzema kobietami. Przyglądali się im strażnicy, było ich ośmiu, cały czas pilnie studiując ruchy siedzących osób. „Pewnie drugą ósemkę mam za plecami”, pomyślał.

„Koszmar”, przemknęło mu jeszcze. Marcin, z podbitym lewym okiem i opuchniętą szczęką, mówił coś do niego.

– Kretyn jesteś i tyle – Hall przerwał mu gwałtownie.

– Wiem.

– Dałeś się wmanewrować jak dziecko tej całej Jane. I zobacz, gdzie teraz jesteś... A po co wam były te przekręty podatkowe? Ty się stuknij w ten durny łeb! Co to za działalność non-profit, żeby skubać podatki? Wiesz ty, ile teraz trzeba będzie się narobić, żeby to wszystko odkręcić? I żebyś nie poszedł siedzieć, na dodatek... Straty finansowe to jedno, ale zła opinia!... To już poszło w świat.

– Mówiłem ci, to wszystko było zupełnie przypadkowe... A Adam jest bardzo dobry w Pi-erze. Odkręci.

– Oczywiście, że odkręci. Ale smród pozostanie. No i coś ty taki potłuczony, co?

– Jak to się mówi, wpadłem na klamkę. Niezgodność poglądów.

– Klamka? Hm... A klamka jak się czuje?

– Nie najlepiej.

– Chociaż coś... Nie bój nic, poradzimy sobie. – Uśmiechnął się do Marcina, po raz pierwszy odkąd go tu zobaczył i mrugnął do niego. – Najważniejsze, żeby cię stąd jak najszybciej wyciągnąć. Tu są wszędzie kamery, pewnie i mikrofony, więc mówię ogólnie.

Rozejrzeli się ospale, ze znudzeniem, po sali.

– Masz bardzo dobrego adwokata – ciągnął Hall. – Już wszystko zagłaskuje. Jeszcze parę dni i zabiorę cię do Łodzi.

– Tak szybko? Super. Bałem się, że to potrwa. – Marcin wyraźnie się ożywił.

– Ba. Wiesz, ile kasy na to pójdzie? Dobra, ja nie o tym... – Hall machnął ręką. – Coś ty się tak uczepił tej całej Jane, co? Przecież to ona cię tak na to nakręciła...

Kilka stołów dalej jedno z widzeń wyraźnie się skończyło. Mężczyzna zaczął coś głośno mówić, kobieta jeszcze głośniej mu odpowiedziała i wstała, odsuwając z hałasem krzesło. Odwróciła się gwałtownie i podeszła do najbliższego strażnika, wzburzona, mówiąc coś do niego. Otworzyły się drzwi i kobieta wyszła szybkim krokiem z sali widzeń. Mężczyzna, którego odwiedzała, wstał powoli i ociężałym krokiem podążał w stronę Marcina.

– Ha... Wiesz, powiem ci szczerze, że ja ją chyba kocham... Albo raczej kochałem. Sam już nie wiem. Dopiero tutaj oczy mi się otworzyły... Chciałem... Ale ona nigdy taka nie była. Taka pazerna. Myślałem, że... że to miłość. Nie jakiś tam seks, rozumiesz? A ona mnie tak uwaliła...

– O, Polacy. Cześć – odezwał się do nich nieznajomy aresztant, duży facet o byczym karku i z wieloma tatuażami.

– No, „Sami swoi”, nie? – Hall odpowiedział mu cytatem i kiwnął wesoło głową.

– He, he, no... – Aresztant chciał wyciągnąć do niego rękę na powitanie... – Rysiek jestem... – ...ale pod czujnym okiem wszystkich strażników szybko cofnął ją do swojej piersi. – Ryszard Wolski.

– Marcin i Hall – odparł Hall z uśmiechem. – „Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki”, nie?

– No, he, he, to z „Misia”, nie?

– No... Rysiek, mam do ciebie biznes. Mogę?

– Wal. – Rysiek także się do nich uśmiechał.

– Sam widzisz, kolega mi się tu, kurwa, natknął na jakąś klamkę. – Głową wskazał Marcina.

– No, widać.

– A to złoty chłopak jest. Dosłownie. – Hall mrugnął do Ryśka.

– Eee?

– No wiesz... Tykać go, to tak, jakby drzeć studolarówki, łapiesz?

– Pewnie. Co mam nie łapać?

– Masz adwokata?

– E, taki tam... Papuga z urzędu. – Rysiek machnął ręką.

– No to już masz nowego. Przyjdzie jeszcze dziś, przyniesie ci suweniry.

– Brzmi ciekawie. – Mina Ryśka też to mówiła.

– No bo to jest bardzo ciekawe. Dasz mu namiar na tego, co tu rządzi. Dostaniesz dziesięć procent tego, co ten najważniejszy. Łapiesz? A mój kolega – Hall kiwnął głową na Marcina – będzie miał lekkie życie, żadnych klamek. Nie?

– No. Już ma. Jasne – odparł Rysiek, uśmiechając się do nich przyjaźnie.

– „Sami swoi”, nie?

– „Nasi tu byli”. Tak ktoś wydrapał u mnie, pod celą.


12.


Różnica pomiędzy salą odwiedzin u Marcina, a salą dla aresztowanych kobiet, była pozorna. Strażników zastąpiły strażniczki i to wszystko. Inny budynek, ale w zasadzie... Nie było też innych odwiedzających, Hall pomyślał, że tu też coś pewnie uległoby zmianie.

Otworzyły się grube, drewniane drzwi obite blachą, z zakratowanym okienkiem i strażniczka wprowadziła ładną blondynkę przed trzydziestką. Ta rozejrzała się po sali, ale widząc jedynie Halla, podeszła od razu do niego. Strażniczka powoli podeszła do swojej koleżanki, która była tu cały czas i oparła się o ścianę ze znudzonym wyrazem twarzy.

– Pan do mnie? – zapytała blondynka po angielsku.

– Jane? – spytał Hall, spoglądając na nią wzrokiem pozbawionym jakichkolwiek emocji.

– Tak.

– Siadaj, proszę. – Hall wskazał jej krzesło, a Jane usiadła. – Będziemy rozmawiać po polsku, skończyłaś przecież filologię słowiańską, nie? Dziadek Polak... Jestem Hall, przyjaciel Marcina.

– Jane. Jane Austin.

– Wiem.

I zapadło dłuuuugie milczenie. Hall częściowo tak to sobie zaplanował, ale też nie bardzo wiedział, jak zacząć. Ale po co ma się w ogóle gdzieś spieszyć? Lepiej poczekać. Podenerwować ją tą przedłużającą się ciszą. Hall wpatrywał się jej w oczy i starał się robić to zupełnie neutralnie, bezosobowo, bez żadnych emocji, jak gdyby był znudzony. Ale nie. Nie może jej pokazać, że jest znudzony. Musi ją tą ciszą załatwić. Tak jest. To najlepsza taktyka. To nie jest wymuszanie zeznań krzykiem, bo co on może się od niej dowiedzieć, czego już sam nie wie?... Patrzeć jej prosto w oczy, bezosobowo. Jakby jej tu nie było. Ona nie istnieje.

Jane raz uciekała wzrokiem, potem wracała, ale siedziała bez ruchu. W pewnym momencie zaczęła nerwowo ruszać palcami dłoni, potem cała zaczęła się jakby wyginać. „Pęka”, pomyślał Hall. „Jeszcze kilka sekund. Jeszcze chwila. No. Teraz już mogę”, pomyślał.

– I co się tak wdzięczysz? Na mnie to nie działa. Ja takie jak ty jadam na śniadanie. Możesz sobie odpuścić. – Machnął ręką z wyraźnym znudzeniem i przechylił lekko głowę.

„Dobrze idzie”, pomyślał. „Już pękała, ale to ja zacząłem rozmowę, jakby na przekór sobie, podtrzymując jej opór. Bardzo dobrze. Można dawać jej lekkie fory. Tak jest. Podciągać lejce i luzować. Podciągać i luzować. Teraz minutę patrzeć jej prosto w oczy, a jak zacznie uciekać, lekko poluzować smycz. Jest mocna, to nie byle jakaś tam sroka... Już znowu ucieka wzrokiem, ale jeszcze nie teraz, za chwilę, jeszcze trochę sobie poczekamy”...

– Jeszcze, widzę, nie dotarło...

I znowu milczenie. Długie milczenie. Bardzo długie. Znowu patrzą sobie prosto w oczy, siłują się wzrokiem, idą na przetrzymanie... Trochę to potrwało, ale w pewnym momencie Jane zaczęła marszczyć brwi, jakby intensywnie o czymś myślała.

„Aha... Już wiem, co ty tam kombinujesz”, przemknęło Hallowi przez głowę.

– Olewam Marcina... Wali mnie to wszystko – rzekł Hall po chwili i wyprostował głowę.

Znowu zamilkli na dłużej. „Nie ma się co spieszyć. Po co? Niech się podenerwuje. Jest niby ładna, ale nie w moim typie. Blondynka? Nie. Ale jest silna, cholera jedna... Więc trzeba ją złamać tą ciszą. I nagłymi zwrotami. Ale powoli, mamy czas. Mamy bardzo dużo czasu”.

Halla zaczynały już łzawić oczy, ale wpatrywał się w nią bez żadnej przerwy.

A Jane znowu zaczęła uciekać wzrokiem, zniecierpliwiona, ale też zaniepokojona. Bo dziwna to była rozmowa. „Właściwie, co on od niej chce? I po co tu przylazł?... Gbur jeden... Za parę dni jej adwokat i tak ją stąd wyciągnie, w najgorszym razie dostanie mały wyrok w zawieszeniu... Z wolnej stopy... Ale ten tu, typek jeden... Może jej pomoże i wyciągnie ją z tego koszmarnego miejsca wcześniej?... Kiedy wreszcie stąd wyjdzie, na Boga?... Marcina na pewno będą chcieli wyciągnąć, to i ją mogą przy okazji. A przecież nic wielkiego się nie stało. Za parę dni będzie po sprawie, tak czy siak”... myślała.

Zaczęła przełykać ślinę, spoglądać gdzieś na boki, ale ciągnęło ją do tego wzroku, wbitego w nią bezsensownie... Zauważyła, że on zaczyna powoli kiwać przecząco głową.

– Nic nie ugrasz... Przyjechałem tu posprzątać brudy. Jeden mam przed sobą – powiedział.

– Ale to nie moja wina – wypaliła szybko. – To Marcin wszystko...

Znowu zaległa długa cisza. Teraz zaczęli się wpatrywać nawzajem w oczy, siłować się wzrokiem, ona już ze złością, „co za cholerny typ!”, myślała, a Hall zastanawiał się: „ciekawe... a zresztą, cholera wie, jak to było... Ale ty jesteś zbyt mocna. Sam Marcin by tego nie zrobił, chociaż to przecież prawie drobiazg... Cwana bestia”...

Trochę to trwało, to mierzenie się nawzajem wzrokiem, ale w pewnym momencie Jane zaczęła znowu kręcić się na krześle, ale nie ze zniecierpliwienia, bo na jej twarzy pojawił się grymas, na który Hall czekał. „Chce coś powiedzieć? Nawet wiem, co. Nie. To ja tu mówię dzisiaj”, pomyślał i uśmiechnął się do niej szyderczo.

– Myślałaś, że będę stawał w jego obronie? Nieee... W dupę kopany, on też pójdzie kiblować...

Ponownie zaległa długa, ciężka cisza. „Trzymać ją w tej ciszy jak najdłużej. Jak długo się da. Ona już nie pęknie, dawno by się już rozsypała, cholera jedna... Inna by się już dawno wściekła na jej miejscu, diabli nadali... Znowu ucieka wzrokiem... Już się znowu wierci na krześle... Trzymać dystans. I patrzeć prosto w oczy, bezosobowo... Ale się kręci”...

– Nie... Wymyśl coś innego, blondi... I nie zacinaj się tak, bo brzydniesz. – Skrzywił się machinalnie.

Jane wzruszyła ramionami, jakby się poddawała, ale Hall nie zwracał na to uwagi, „niech się jeszcze trochę pomęczy”, pomyślał. Dobrą chwilę trwała jeszcze ta cisza... A Jane zrezygnowała już chyba i zmieniła wzrok, już nie był taki bojowy, była już bardziej ugodowa, żeby nie powiedzieć potulna.

– No to co będzie? – spytała wreszcie dosyć cicho.

Hall nic nie zmienił w swojej postawie, nadal był kamienny i bezosobowy, wpatrywał się w nią zimno, obojętnie, ale bez żadnych widocznych emocji. W końcu zdecydował, że jej wzrok jest pytający, a nie zaczepny i że może już jej odpowiedzieć. Ale musi ją jeszcze później wkurzyć, rozdrażnić. Najlepiej na sam koniec wizyty.

– Trzy albo cztery lata – odparł wreszcie. – Twój Marcin też. Ja tylko mam wyczyścić papiery. Spłacę wasze zobowiązania, ładnie przeproszę, podźwignę nadszarpnięty wizerunek... I wracam. Sam... Zostaliście skreśleni.

Jane aż podskoczyła na swoim krześle, niemile zaskoczona. „Trzy lata?”, pomyślała z przerażeniem. „Nie. Niemożliwe”...

– Jak to?

– A spodziewałaś się, że... Że co?

– Jak to: „co”? Że nas stąd wyciągniecie...

Znowu zaległa ciężka cisza. Hall siedział nieporuszony, wpatrując się jej w oczy, teraz jakby z lekką ironią... Jane zaczęła być ponownie wściekła... Zaczęła głośniej, szybciej oddychać. I znowu zaczęli mierzyć się wzrokiem, kto kogo dłużej przetrzyma...

– Za dwa, trzy dni przyjdę jeszcze raz. – Hall nie spuszczał z niej wzroku, pozbawionego jakichkolwiek emocji. – Może ostatni, bo mam dużo pracy. Przyniosę ci jakieś suweniry. Co chcesz? Fajki? Jakiś ciuch? Albo tampony?

– Coo?

– To co? Fajki?

– Ale ja dużo wiem... – wypaliła szybko Jane.

– Dobra. Tampony.


13.


Adam mógł się pochwalić dużym, widnym salonem w najmodniejszej dzielnicy Londynu. Przestronne mieszkanie w nowoczesnej aranżacji robiło wrażenie, ale przecież działał na giełdzie, a to zobowiązuje.

Rozsiedli się wygodnie w fotelach, każdy ze szklanką piwa w dłoni, wpatrując się w duży ekran zawieszony na ścianie i konferując przez Skype ze Stellą.

– Nie, nie. Najwięcej szkód narobili nam w Pi-erze. Finanse już ogarnąłem – powiedział Adam i łyknął sobie piwo. – Marcin wyjdzie za kaucją i zniknie. Mam dla niego już nowe pa...

– My gadamy przez Skype? – przerwała mu szybko Stella.

– Kur...

– I wszystko się jakoś uładzi. Nie będzie żadnych problemów, Gwiazdko ty moja – wskoczył równie szybko Hall i uśmiechnął się do kamery nad monitorem. – A jak tam Sylwia? Zdrowa? – Odstawił szklankę na stolik.

– Zdrowa, zdrowa. Przybiera na wadze.

– A Julka?

– Jeszcze się trzyma. Ma termin za trzy dni, a jeszcze dziś była w pracy. Mówiłam jej, żeby...

– Daj jej spokój. Jak się dobrze czuje? Ona jest z żelaza dziewczyna...

– No, żebyście wiedzieli.

– Dobra – włączył się Adam. – Wracając do sprawy, on wychodzi jutro. Powinnaś go przejąć, Stella.

– Ale wszystko legalnie, rozumiecie? Legalnie.

– Się załatwi, kochana. – Hall sięgnął po piwo i wziął porządnego łyka.

– Ja na razie dam sobie radę sam, ale jak się wszystko uspokoi, przydałby mi się ktoś obeznany... – Adam także popił swój ulubiony napój.

– Jasne. Gadałam z Baśką, mówi, że chętnie poleci do Londynu.

– No i super – powiedział Adam odstawiając szklankę na stolik. – W finansach straty wyniosły jakieś siedem procent. Trochę jeszcze na koszty „różne”, no, łącznie jakieś dziesięć procent. Może jedenaście.

– Sporo – odparła Stella, widoczna jako obraz na monitorze.

– Gorzej z wizerunkiem – ciągnął Adam, – ale to się odbuduje. Też będą koszty. Cała górka poszła w cholerę.

– Mogło być gorzej. – Hall odstawił szklankę na stolik. – Lepiej zapłacić, doklepać, pogłaskać... – Pogmerał w miseczce z orzeszkami i wpakował sobie ich sporą garść do ust.

– Podstawowa sprawa jest nieruszona – dorzucił Adam.

– To najważniejsze. – Obraz Stelli na ekranie sięgnął właśnie po filiżankę z kawą.

– Pomimo tych strat, badania idą do przodu. Nawet więcej, powiem. Jest bardzo, bardzo dobrze. Dokładnie opowie ci wszystko Hall, jak wróci.

– A co z nią?

– Nie wiadomo, ile wie. I co – odparł Adam.

– Gadałem z nią parę razy. A umiem to, wiesz, Stella. – Hall sięgnął po piwo, żeby przepłukać orzeszki.

– No i?

– Jest tak... – Wziął łyk piwa. – To cwana bestia... Z nim, to wiesz co dalej, nie? Gadaliśmy już o tym. A ona... Gwiazdko ty moja! Mamy jeszcze nasze sześć kobiecych zestawów DNA? – Hall odstawił szklankę na stolik.

Przez chwilę trwała cisza, nikt nic nie mówił.

– Ty chcesz... – przerwała milczenie Stella.

– No oczywiście. Przylecimy we trójkę. Tylko musisz się zastanowić, jaki zestaw jej podać...

Cała trójka wybuchnęła śmiechem.

– Na pewno nie mój.

– Nie, nie. Twój od razu skreśliliśmy. Jedna „Gwiazdka” nam wystarczy. Ale Tereska na przykład... – Hall uśmiechnął się do niej.

– No... Ale się porobiło... Ja p...

Hall sięgnął znowu po piwo i uniósł szklankę jak do toastu.

– Ulżyj sobie, kochana...

– To wydaje się być bardzo ciekawe rozwiązanie, Stella – włączył się Adam.

– Ale ona i tak niczego nie zapomni.

– Pralnia... – Hall kiwnął do niej głową. – Mówi ci to coś?

– Ehe... He, he, he... – roześmiała się Stella. – Niech cię cholera, Hall, ty...

– Bardzo mi przyjemnie, Gwiazdko ty moja. – Uśmiechnięty Hall ponownie podniósł szklankę jak do toastu. – Całusy... Paa.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×