Przejdź do komentarzyALFA NOVA 2 z 4
Tekst 4 z 5 ze zbioru: ALFA NOVA
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2018-12-12
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń480

ALFA NOVA część 2 z 4



14.


Ogród zimą nie jest zbyt ciekawy. Łyse drzewa i krzaki, trawy obsypane śniegiem, trawniki przykryte białą kołdrą... Hall wpatrywał się w ten ponury, ciemniejący z każdą minutą obraz, siedząc na sofie w salonie Stelli. Drzwi tarasowe zamknięte na głucho, na dworze zimno...

– Neurotoksyna ZTX siedem, tak? – przerwał mu rozmyślania Paweł.

– Anka mi mówiła, że badali całą linię tego ZTX – odparł Hall.

– Ale po co nam neurotoksyna? To nie to... – Stella była wyraźnie sceptyczna.

Zapadła cisza. Siedzieli sobie przy stole, popijali kawkę, pojadali słodycze, było ciepło i przytulnie. Tylko ten obraz za oknami tarasu...

– No, nigdy nie mów nigdy – przerwał ciszę Paweł. – Nie szliśmy tym tropem, prawda, ale...

– No właśnie. – Hall przestał patrzeć przez okno. – Ania mówiła, że szczepy numer sześć i siedem, ale przede wszystkim siedem, mają bardzo silne działanie. Niewiarygodnie silne. A cała linia ZTX nie występuje na Ziemi w sposób naturalny. – Sięgnął po filiżankę. – Znaczy, nigdzie nie występuje. Jest całkowicie sztuczna i obca. Nieorganiczna. Nie szczepy, a klasy raczej. Na bazie związków krzemu. A to daje duuuże szanse... – Wypił łyk kawy.

– Ale mówiłeś, że na razie nie badali tego na próbkach, jedynie sztucznie? – Paweł także sięgnął po filiżankę.

– Tak.

– I jak na to wpadli? – spytała Stella. – Przypadkiem?

– I tak i nie – odparł Hall. – To jest jak broń biologiczna, czy chemiczna raczej. Trepy z niejednej armii cały czas pracują nad takimi rozwiązaniami. – Popił kawę i ostawił filiżankę na stół. – Ale pewnie szukają po omacku. Anka też to znalazła trochę przypadkiem. Pracowała nad czymś innym, stosując nasze algorytmy z Alfy.

– Przecież wyraźnie zabroniłam. To zbyt ryzykowne. Mamy pracować na tutejszych komputerach, miejscowych programach i w ogóle...

– Nie, nie, spokojnie – odparł Hall. – Czy przeniesienie z głowy, tak, z pamięci, do czystego komputera, bez internetu, jest dopuszczalne? A Anka ma fenomenalną pamięć, wiesz. I na komputerach zna się najlepiej z nas wszystkich. Poza tym, te algorytmy były jej potrzebne do czegoś tam innego. Nie pamiętam już. A wyszło tak, „boczkiem, boczkiem”, po cichu, coś zupełnie innego. No i mamy ZTX. – Hall sięgnął po ciastko i zaczął je jeść.

– A te algorytmy są ze sto lat do przodu, w stosunku do tutejszych.

– Tak, ale to nadal...

– Jasne, jasne – Hall szybko wszedł Stelli w słowo. – To produkt uboczny. Ale uważam, że trzeba to zbadać. Dobra, niech ci będzie. Też ubocznie, po godzinach. A co to nas kosztuje? Tyle, co nic.

– Ubocznie, to można jakiegoś konia trojańskiego wprowadzić – zauważyła Stella.

– No i niech ci będzie z tym koniem – teraz Paweł jej przerwał myśl. – Trzeba będzie jakiejś stajni dla niego poszukać. Ale nie u nas, a u nich.

Hall i Paweł roześmiali się.

– A... metody?... – Stella ciągnęła dalej.

– Przecież można połączyć jedno z drugim. Epidemia dżumy plus ZTX. I masz swojego konia. – Hall wyciągnął dłoń w geście wykładania czegoś.

Zapadło milczenie, wpatrywali się w siebie nawzajem. Stella zajrzała im po kolei głęboko w oczy, po czym cicho i bardzo powoli, rozciągając słowa, spytała:

– No, dobra... Anka to prowadzi?

– Oczywiście – pierwszy odezwał się Paweł.

– To jej – potwierdził Hall.

Stella przyłożyła dłoń do ust, zastanawiała się długą chwilę, po czym wyprostowała się w fotelu i zaczęła mówić, zdecydowanym tonem, powoli:

– Dobra. Czego potrzebuje?

– Ma tam wszystko na miejscu – odparł Hall. – Robi badania laboratoryjne, podstawowe. Potem przejdą na tkanki. Przede wszystkim nerwowe, ale nie tylko. To zajmie parę miesięcy. A potem można przejść do testowania na zwierzętach. No, a co dalej, to... Ty jesteś szefową.

– No tak... A po co jej były potrzebne nasze algorytmy?

– Do usprawnień, ogólnie – odparł Hall.

– Do jakich, kurrr... usprawnień!?

– Ciszej, Stella, bo obudzisz Małą. – Paweł patrzył na nią łagodnie.

– Do czego jej to było potrzebne? – powiedziała Stella odrobinę ciszej, ale już bardziej stanowczo.

– Oj, tak ogólnie... – zaczął Hall.

– Ogólnie, cholera, do czego?

– Oj, do przeliczeń biochemicznych – Hall też już się spiął. – Standaryzowanie danych... Jak ty to sobie wyobrażałaś, że na tych ich kompach da się szybko przebadać milion genotypów?

– A wy... też na tym pracujecie, co?

Paweł i Hall spoglądali na siebie przez chwilę.

– Pewnie, że tak – wypalił pierwszy Paweł.

– Musisz o wszystkim wiedzieć? – Hall uśmiechnął się do niej słodko i wzruszył ramionami.

– Z kim ja tu, kurwa, pracuję! Wiecie, idioci, jakie to ryzykowne?

– A gdzie tam. – Paweł machnął ręką, ale czuł, że łatwo i lekko nie będzie. – Anka już dawno opracowała doskonałe filtry, później dane z naszych algorytmów przechodzą przez dokładne sito, żeby się pozbyć echa. Zapis na nośnikach jednorazowych, autodestrukcyjnych. Dopiero takie dane przenosimy na czyste komputery.

– Hall, do kurwy nędzy – powiedziała Stella cicho, wolno, zaciskając zęby ze złości, – dlaczego ja nic o tym nie wiem?

– Bo byś nam zabroniła... Biorę to całkowicie na siebie.

– Ja cię zamorduję...

– Dobrze... Ten system jest pewny i bezpieczny. Całkowicie szczelny i sterylny.

– My wszyscy ponosimy za to winę – wtrącił się Paweł. – No, może poza Piotrkiem, bo on latał po całym świecie, zbierał próbki. Jeżeli to jest jakaś wina. Pomyśl, Stella, mamy dzięki temu w całości opracowany genotyp. Wiemy, który gen za co odpowiada. Nawet nasi, na Alfie, nie doszli aż tak daleko. I tak szybko. Wartość błędu jest poniżej setnej promila. Wiesz, co to znaczy?

– Tak. Że chcesz się bawić w Boga.

– Nie. To nie tak, Stella – powiedział Hall. – To oni, tutaj, mogą tak myśleć. Te dane, które mamy, to jedynie stop–klatka. Zdjęcie. Zatrzymany w kadrze moment. A życie to czas.

– Oczywiście – poparł go Paweł. – Życie to ocean. A to, co my mamy, to tylko jedna kropla. Dokładnie opisana, ale jedna. Chcesz policzyć wszystkie krople wody w oceanie? Nie zdążysz. To jak kwantowa zasada nieoznaczoności.

– Jest tak astronomicznie wielka ilość kombinacji – teraz zmienił go Hall, – niepoliczalna, że nie ma sensu bawić się w Boga. Bo Bóg to chaos, przypadek... Nie jesteś ciekawa, czy Marcin będzie podobny do mnie? Co? Nie będzie. I będzie jednocześnie. Paweł, my jesteśmy do siebie podobni?

– Pewnie. Dwóch facetów... Tylko, czy aż?...

Stella siedziała nieporuszona, lekko przygarbiona, z zaciśniętymi szczękami i spoglądała na nich krzywo.

– Kurwa... – Zacisnęła pięści ze złości. – Wykończycie mnie obaj.

– Stella, ładnie to tak, przy dziecku? – spytał łagodnie Hall.

– Zamknij się, bo jeszcze mi nie przeszło...


15.


W dobudowanym niedawno skrzydle, obok głównego budynku Firmy, mieściły się laboratoria. Stella bardzo dbała o kwestie bezpieczeństwa, więc nie wszędzie można było wejść. Tak też było i tutaj. Dwie śluzy, prowadzące do sekcji tajnej, skutecznie odgradzały od świata zewnętrznego. Mieściła się tam sala operacyjna i kilka innych, ściśle strzeżonych obiektów, za kolejnymi śluzami. Był tam też nieduży pokój, w którym właśnie teraz przebywali Stella, Hall oraz Marcin, leżący na łóżku przy ścianie. Obok miał mały stolik, a na nim otwarty laptop, z którego sączyła się jakaś cicha muzyczka. Stały też dwa krzesła, jakby akurat dla nich.

– I co? Wszystko poszło dobrze? – spytał Marcin, podnosząc się lekko na łokciach.

– Technicznie biorąc, tak. Ale... – Hall zrobił zafrasowaną minę.

– Weź go nie strasz. – Stella szturchnęła go z uśmiechem i Hall zaśmiał się, ubawiony miną Marcina.

– Wszystko okej, chłopie. – Puścił do niego oko.

– No to co, do cholery...

– Nic. Sprawdzamy nasz mały eksperyment. – Stella uśmiechnęła się do Halla ponownie.

– Że niby co? Jestem jakimś waszym królikiem?

– Nie, coś ty. Nasza Gwiazdka też ma poczucie humoru, nie wiedziałeś?

– Humoru... A co tu jest do śmiechu... Jak sprawy w Londynie?

– Pozamiatane – odparła Stella. – Aha. Konfiskuję ci twój prywatny przydział złota. Całe dziesięć kilo. Od dzisiaj masz gołą pensję, jak wszyscy pracownicy.

– Ale... No dobra. – Marcin kiwnął ręką. – Narozrabiałem, to muszę ponieść karę. Okej.

Stella usiadła na krześle obok, a Hall wziął drugie i przeszedł z nim na drugą stronę łóżka, ustawił je sobie blisko Marcina i klapnął z westchnieniem.

– No właśnie – zaczęła Stella. – Dzisiaj dostaniesz jeszcze dwie kroplówki – uśmiechnęła się do niego, – a jutro rano do roboty. Jasne? Baśkę wysyłam na twoje miejsce, do Adama. Już zdążyła się wdrożyć. Z nią przynajmniej nie będzie kłopotów.

– Miejmy nadzieję – bąknął Marcin.

– Miejmy nadzieję – ciągnęła dalej Stella. – A ty jutro przejmiesz jej obowiązki. Bo ja jestem jeszcze na macierzyńskim i nie chce mi się wracać do Firmy. Jest mój Wojtek, ty, a ja steruję najważniejszymi sprawami z domu. Jasne?

– Tak jest, szefowo.

– Ty. On już mówi jak ty, Hall. – Stella uśmiechnęła się do Halla.

– E tam...

– Aha. To jest ten wasz „eksperyment”, tak? Te same geny?

– No... – zaczął Hall.

– A... Jak Jane? – spytał Marcin.

– Jutro ją wybudzimy – odparła Stella.

– Kolejny „eksperyment”, co? Kto?...

– Tereska – rzucił Hall. – Trzeba się było na kogoś zdecydować.

– Aha... – Marcin usiadł na łóżku i poprawił sobie kołdrę. – No to jestem ciekawy efektu... Tylko będziecie musieli ją trzymać na krótkiej smyczy... I jak wy to sobie wyobrażacie, co?

– Idziemy w ciemno, Marcin – powiedziała Stella wzruszając ramionami. – Inaczej się nie da.

– Ty, Hall, czujesz się pewnie jak ojciec, co? Czy starszy brat? A może mistrz i uczeń? Co?

– Pyskaty się zrobił. Jak ty. – Stella z uśmiechem kiwnęła Hallowi głową.

– Eee... Dobra, Marcin... – powiedział Hall naśladując głos szefowej. – Pogadaliśmy sobie, pośmialiśmy się... I koniec. – Wrócił do swojego głosu. – My tego nie zrobiliśmy dla jaj. Z konieczności to zrobiliśmy. Rozumiesz? Równie dobrze mogliśmy ci dać geny Adama, Olafa, Pawła, czy inne. Mogłeś dostać jakiekolwiek z naszej bazy danych. Ponad milion próbek, połowa męskich. Dostałeś takie same jak ja, ale to tylko nakładka. Nakładka, rozumiesz? I zupełnie inaczej zareaguje z oryginałem. Tak, że nie gadaj mi tu o żadnych eksperymentach. Możemy sobie z tego pożartować trochę i to wszystko.

– I żeby przez te twoje fochy – Stella dołączyła do Halla, lekko podnosząc głos – nie przyszło ci do tego twojego durnego łba, żeby sabotować misję. Bo nie zrobiliśmy tego złośliwie. Bo uważaliśmy to za konieczne. Pojmujesz?

– Nie wrzeszcz na mnie – odciął się skrzywiony Marcin.

– Możesz się na nas jeszcze trochę boczyć. Do jutra. – Stella ściszyła głos. – Ale nie masz prawa obciążać nas swoją historią.

– Bo geny nie mają tu nic do rzeczy? – spytał Marcin.

– No, wreszcie. – Hall pokiwał głową.

– Przenikliwy, jak ty.

– Nie dołuj go...

– W pierwszym odruchu tak myśleliśmy – ciągnęła dalej Stella, – przyznaję. Ale to absurd. I ty też o tym wiesz.

– No to po co ta cała szopka z wymianą?

– Nakładka – wyjaśnił Hall. – Trochę inne wymieszanie. Jakaś zmiana może być, sami nie wiemy.

– I efekt psychologiczny – dodała Stella.

– Czyli, mówcie mi „królik”.

– Masz. A ten znowu swoje.

– A może chcesz zmienić imię? – spytał z przekąsem Hall. – Hall Dwa. Co? Hall Drugi. Albo, po prostu, Drugi?... Kretyn...

Zamilkli. Marcin wpatrywał się w gołą, białą ścianę na wprost.

– Dobra. – Spojrzał na nich zdecydowanie. – Do jutra mi przejdzie.

– Słuchaj, Marcin. – Stella wpatrywała się w niego uważnie. – Bo to ważne. Jesteś Marcin. Z Alfy. Z Pierwszej. Z Holdingu. I tyle. Koniec, kropka. Bo nikt nie będzie poświęcał misji dla ciebie. Misja jest ważna, a nie Marcin, czy Stella. Zespół. Jasne?... Nikt z nas nie będzie się zastanawiał, czy ci się coś nie popieprzyło w tym twoim zakutym łbie. Jasne? Nie będziemy tracić czasu i energii, żeby cię śledzić, czy co. Bo jest nam potrzebny Marcin. Koniec.

– Tak jest – poparł ją Hall.

– Dobra – rzucił krótko Marcin. – Dotarło.

– Uff, myślałem, że pójdzie łatwiej. – Pokręcił głową Hall.

– Co chcesz, to jednak szok – podsumowała Stella.

Zamilkli na chwilę, patrząc na siebie nawzajem.

– A co z nią? – zapytał w końcu Marcin.

– Myślałem, że już ci przeszło?

– Przeszło, nie przeszło... – Marcin cicho westchnął i starał się nie patrzeć ani na Stellę, ani na Halla.

– Hall by tak nie mówił. Widzisz... – Stella pokręciła trochę głową, jakby smutno.

– Co z Jane? Zobaczymy.


16.


Teresa z Tomkiem i z dziećmi mieli duże mieszkanie w centrum i nie chcieli się stamtąd nigdzie przeprowadzać. Dlatego Stella postarała się, aby było dobrze „zabezpieczone”, jak sama mówiła. Nawet Teresa nie wiedziała dokładnie, co to znaczy, ale nie przeszkadzało to nikomu z domowników. I nie było widoczne. Normalne, przestronne mieszkanie, typowe meble w dobrym guście, typowy sprzęt, duży, płaski telewizor na ścianie. W salonie, w którym kończyli właśnie kolację, stało przy jednej ze ścian małe, dziecięce łóżeczko, także typowe.

– A Wojtek i Tomek tak się od razu zgodzili, żeby nas tu zostawić samych? – zapytał Paweł. – Przecież oni też są w Firmie.

– No, łatwo nie było... – powiedziała Stella odkładając sztućce na talerz. – Zakupy świąteczne... Wojtek też mi czasem staje okoniem, ale jakoś sobie radzę. Ech...

– A myśleliście, jak to będzie potem? – spytał Hall, popijając czerwone wino. – The day after? Co? Z waszymi dziećmi, mężami... Z Hanką? Paweł?

Zaczepiony brutalnie, Paweł aż odłożył głośno sztućce na talerz i pokręcił głową z dezaprobatą, patrząc gniewnie na Halla.

– „Nawet mi, kurwa, tego nie mów”... – zacytował ze złością.

– Jasna cholera, Hall, jak ty wszystko potrafisz spieprzyć – oburzyła się Stella. – Dosyć. Nie ma tematu. Null. Zero. Koniec. Mamy się zająć Jane. No? Jak tam? – Spoglądała na wszystkich gniewnie.

– To w końcu miała tę operację, czy nie? – zapytała Teresa.

– Nie. Doszliśmy do wniosku, Stella, Paweł i ja, że to nie ma sensu. – Hall odstawił kieliszek z winem na stół. – To nic nie da. No bo co by to zmieniło?

– Nic. Faktycznie – zgodziła się z nim Julia. – Osobowość, to osobowość. Już ukształtowana, z pamięcią, ze wszystkim.

– To co z nią jest? – dopytywała się gospodyni.

– A nic. Śpi. – Paweł sięgnął po sztućce. – Już trzecią dobę. Cholera wie, co z nią zrobić? Nie mam w ogóle żadnego pomysłu. Dopuścić ją do księgowości? Absurd. Logistyka? Pi-er? Tam też coś może zmalować... – Wrócił do przerwanego posiłku.

– Wysłać by ją do Mongolii. Na placówkę. – Hall wzruszył ramionami.

– No, tam kiedyś nielubianych dyplomatów wysyłano do ambasady. Na zsyłkę. – Julia uśmiechnęła się na takie rozwiązanie problemu. – Tyle, że my tam nie mamy żadnego oddziału – dokończyła myśl.

– To się stworzy jakąś filię. – Stella wzruszyła ramionami, przeżuwając kęs mięsa.

– Ale tam będzie poza wszelką kontrolą – zaperzyła się Teresa. – A jak się zaweźmie, to nam narobi takiego bigosu, że nigdy tego nie wyprostujemy. – Sięgnęła po szklankę z wodą.

– No właśnie. – Stella dziabnęła następny kawałek. – I tego się najbardziej boję. Wolę już ją mieć tutaj, pod ręką. Skierować ją na jakiś boczny tor...

– A co ona wie? Hall, ty z nią gadałeś. – Teresa kiwnęła mu głową.

– Coś tam wie... – zaczął wyjaśniać Hall. – Raz się lekko sypnęła. Ale to tak cwana bestia, że jak później próbowałem, to nic z niej nie wyciągnąłem. Cwana sztuka... To znaczy, według mnie, jest tak... Wie, że mamy jakiś sekret... – Zamyślił się na chwilę. Julia sięgnęła po swoją wodę i upiła trochę w tym czasie, inni wpatrywali się w niego, czekając. – Nie zna go, ale wie, że jest. Tak. To pewne. Bo niby po co tak staraliśmy się ich wyciągnąć?

– To po co ją wyciągałeś? Dostałaby parę lat i byłoby po sprawie – powiedziała Julia odstawiając szklankę na stół.

– W pudle też mogłaby namieszać. Jakiś wścibski dziennikarz, czy co?... Ale to był mimo wszystko błąd... Za szybko poszło, wyciągnąłem ją z rozpędu, razem z Marcinem. Może niepotrzebnie. A na pewno za szybko.

– I teraz będzie nam siedzieć na karku i patrzeć na ręce. – Stella popiła trochę wina.

– Ona myśli, że szykujemy jakiś duży przekręt, albo coś w tym stylu – ciągnął dalej Hall. – I nie da się jej powiedzieć, że to tajemnica handlowa, sprawy patentowe czy coś takiego. Ona jest jak pies myśliwski. Poczuła trop. I nic jej już nie zatrzyma.

– Ty ją możesz zatrzymać – wypaliła Teresa i pozostali przenieśli wzrok z Halla na nią.

– Co? – spytała Stella.

– Hall? – zdziwiła się Julia.

– Ja? – Hall trochę osłupiał.

– No ty, ty... – Teresa już się zapalała, to było widoczne. – Teraz mi to przyszło... Ale jaja... – Klepnęła się dłońmi po udach i spojrzała na Halla z dziwnym uśmiechem. – No pewnie... – Stuknęła go lekko w bark pięścią. – A, ty cholero jedna. Babiarzu pieprzony...

– Ale ona nawet mi się za bardzo nie podoba. I wolę brunetki...

– Ale ja nie o tym. – Machnęła ręką, zniecierpliwiona. – To znaczy, o tym, ale inaczej... O, to będzie rozgrywka! Normalnie, mistrzostwo świata... Nie rozumiecie, widzę?

– Nie. Mów wreszcie – rzuciła Stella.

– A, ja już chyba pojmuję... – zaczął Hall z bolesnym uśmiechem. – Oj, Tereska... Taką mi krzywdę robisz?... A ja cię tak lubię...

– Ale o co chodzi? – spytał Paweł, zupełnie zdezorientowany.

– Tereska, ja ci byłem taki wdzięczny za tamtą myśl o haremie, a ty mnie teraz tak?... Dziewczyno...

– Cicho bądź. – Teresa spoglądała na niego z uśmiechem, nie wiadomo jednak, czy szczerym. – Dobrze ci tak, kogucie stary. Za te wszystkie dziewczyny, co przez ciebie płakały, będziesz miał teraz pokutę.

– A... – Rozjaśniła się Stella. – Chyba pojmuję... Aleś ty cwana, Teresa...

– Coś mi świta, ale mów, Tereska. – Julia dołączyła do Stelli.

– To jest tak – zaczęła Teresa, rozentuzjazmowana. – Ten stary lis, zbereźnik...

– No, no... – przerwał jej Hall.

– ...zawsze podrywał dziewczyny, a potem je rzucał. Nie? Ale, „nosił wilk razy kilka”, albo, „trafiła kosa na kamień”. No. Raz może mu się trafić, że się naprawdę zakocha, i to bez wzajemności.

– A, piękne... – Stella spoglądała na Halla ze złośliwym uśmieszkiem i wcale tego nie ukrywała. – Mów dalej.

– Nasza śliczna Jane – ciągnęła Teresa jak w transie, – jak się zorientuje, to mu nie da... No. I po Hallu.

Może sekundę trwała cisza, a potem, jak na komendę, wszyscy ryknęli śmiechem. Tylko Hall uśmiechnął się lekko. Po chwili zaniepokojona Teresa wstała szybko, podeszła do łóżeczka i uspokoiła się widząc, że ten hałaśliwy śmiech nie zbudził jednak dziecka. Wróciła więc zaraz na swoje miejsce, rozradowana.

– Litości, dziewczyny... – Hall starał się jeszcze, ale wiedział, że już było po sprawie. Nawet Paweł się śmiał, wstał i podszedł do niego.

– Ale żeś się wp... wpakował w bagno, chłopie. Aż mi cię żal. Daj pyska.

– A idź mi w cholerę.

To wywołało kolejny wybuch śmiechu, chociaż odrobinę ciszej.

– Cicho, bo mi Piotrusia obudzicie – dobitnie, ale cicho, powiedziała Teresa, nadal z uśmiechem na ustach i w oczach.

– No dobrze, dobrze, phe... – Julia parsknęła, chcąc się uspokoić. – Mów dalej, Tereska. Bo to jak miód po prostu... – Wymownie spojrzała na Halla.

– Ładny mi miód. – Hall udawał zagniewanego, ale sam był bliski, żeby nie ryknąć śmiechem. – A wy co? Jakieś kumoszki z Windsoru? A ja Falstaff?

– Cicho bądź. Mów, Tereniu. Mów, złota. – Stella nie mogła się doczekać szczegółów.

– Ale jaja... – parsknął Paweł.

– A ty też jesteś dobry...

– Ale to dla dobra sprawy...

Znowu wszyscy ryknęli śmiechem, nawet Hall już nie udawał obrażonego.

– Hall, ty jesteś znakomitym aktorem – zaczęła Teresa, – możesz trochę poudawać, że jesteś śmiertelnie zakochany. No, trzeba to zrobić subtelnie, bo to „cwana bestia” jest, jak sam mówiłeś. Ale ty sobie poradzisz przecież. Wierzymy w ciebie.

– Nie bierz mnie pod włos, Złota.

– A im dłużej Hall będzie biednym, zakochanym głupcem – ciągnęła niezmordowanie Teresa, – tym dłużej nasza piękna Jane, tfu, niech ją cholera, będzie zadzierać nosa i myśleć tylko o nim. Ale nie: jak mu dać, tylko, jak nie dać. I o niczym innym nie pomyśli.

– A jak pomyśli? – spytał Paweł.

– A my to od czego niby jesteśmy? – odparła zaczepnie Stella. – Tu wszystko będzie pod totalną kontrolą. Nie damy tej angielskiej małpie naszego kochanego Halla. – Przytuliła się do niego mocno i pocałowała go głośno, z mlaśnięciem, w policzek. – Nie, dziewczyny? No, sorki, Paweł też, nie? Paweł?

– Jasne. No, daj pyska, bracie.

Jak na komendę wszyscy zaczęli się do niego zbliżać, obejmować go i obcałowywać, a on udawał zagniewanego, chociaż bawił się przy tym setnie.

– Ha, teraz: „bracie”. A razem z tymi trzema wiedźmami... No... uknułeś taką intrygę... Dobra... Nie, no... Ale... No, już... Obślinicie mnie tylko, wy wiedźmy...

– Ja ci dam wiedźmę, ty kogucie jeden... – Teresa dała mu kuksańca w bok ze śmiechem.

– No dobra... – powiedziała Stella wracając na swoje miejsce, uspokoiła się nieco, a teraz, zadowolona, z uśmiechem od ucha do ucha, założyła sobie ręce za głowę i wyprostowała się. – Plan genialny... A jak coś pójdzie nie tak?

– To się go skoryguje – odparł Hall wzruszając ramionami. – Ale, a propos tej totalnej kontroli. Wasi mężowie też w to wchodzą?

– No pewnie – powiedziała Stella.

– To będzie taki dodatkowy smaczek – poparła ją Julia. – I Hania też. I może jeszcze ktoś?

– Nie, nie – ostudziła je Teresa. – To ma być zrobione subtelnie. Co za dużo, to niezdrowo. Trzeba się dobrze zastanowić, kto w to wchodzi... O, Wojtek na przykład by się nadał...

– Fakt. – Julia kiwnęła głową. – Za dużo też niedobrze. Jeszcze się ktoś sypnie. To musi być klarowne.

– A. Jeszcze jedna uwaga – wtrącił Hall. – Co ja mam zrobić, z moimi... hm. Dziewczynami?

– Pomyślimy, pomyślimy... – Stella była planem zachwycona, więc zgodziłaby się na wiele.

– A to w praniu wyjdzie samo – wypaliła Teresa.

– No, ale ja mogę uschnąć.

– W praniu? – rzuciła Julia i znowu wybuchł ogólny śmiech.

– Cicho, do cholery... – Teresa spojrzała gniewnie na swoich gości i już leciała do łóżeczka.

– Gwiazdko ty moja... – zaczął ponownie Hall.

– No dobra, dobra... – Stella uśmiechnęła się do Halla. – Co jakiś czas wyślę cię do Londynu, niby na jakąś inspekcję... Może być?

– Życie mi wracasz, kochanie ty moje...

-- Ćwicz, ćwicz. Niedługo będziesz tak gadał do tej... Angolki.

Zaśmiali się wszyscy serdecznie, trochę już ciszej.


17.


Jane przebywała w takim samym pokoju, jak wcześniej Marcin. Mówiła coś głośno i nerwowo do Julii i Pawła, gdy do pokoju wszedł Hall. Jane na jego widok przerwała i wpatrywała się w niego, wściekła. Hall bez pośpiechu podszedł bliżej, uśmiechnął się miło do Julii i Pawła, potem spojrzał i na nią, ale już bez uśmiechu, zimno.

– O, cześć, moja droga. Jak się spało?

– Gdzie ja jestem? Coście mi zrobili?

– Co? My?... – zdziwił się Hall. – Jak widzisz... – przeciągnął łagodnie ręką po pomieszczeniu, jak pilot oprowadzający wycieczkę – ...jesteś w super tajnej kryjówce naszego super tajnego laboratorium. A co zrobiliśmy? Nic, śpiochu. To znaczy, dostałaś kilka kroplówek – kiwnął głową wskazując „motylka” na jej dłoni, – bo śpisz i śpisz, już parę dni. No, odwodniłabyś się przecież... Jesteś głodna?

– Głodna? No jasne. Co to w ogóle ma być, co? Jestem głodna jak diabli. I zła jak osa.

– To znaczy, normalnie. – Hall nawet na to się nie uśmiechnął do niej, chociaż chciało mu się śmiać. – Tylko uważaj na to swoje żądło, lalka.

– No widzisz, zdrowa jesteś, znaczy się – dodała Julia.

– Właśnie – dołączył Paweł. – A ty masz do nas jakieś pretensje. No, kto tak długo śpi?

– Czego wy chcecie, co? – Jane zaczęła podnosić głos ze wściekłości i tych kpin w żywe oczy. – Co to? Więzienie jakieś? Coście mi zrobili?...

– Kochanie, jesteś dla nas zbyt cenna. – Julia usiadła spokojnie na krześle i uśmiechnęła się do niej złośliwie.

– Nie po to wydaliśmy na ciebie kupę kasy – Hall nic nie zmienił w wyrazie swojej twarzy, – żebyśmy teraz mieli cię tu torturować, czy co ty tam sobie dumasz w tej durnej blond główce.

– Eee, Julia pomoże ci się teraz umyć i ubrać, a potem zapraszamy na obiad. Do jakiejś dobrej knajpy. Co ty na to? – spytał Paweł.

– No, widzę, że się zgadzasz. – Hall wyręczył Jane. – Świetnie... Chodź, Paweł. Zostawmy dziewczyny same.


18.


„La pasta” specjalizowała się oczywiście w kuchni włoskiej, jak wskazywała nazwa. Od czasu do czasu zaglądali tu wszyscy z Firmy, bo było blisko i smacznie. Dlatego przyszli tu z Jane i tego dnia.

Kelner właśnie odszedł od ich stolika, a Hall wpatrywał się z uśmiechem w duży talerz z jego ulubioną pizzą. Stoliki obok były puste, z oddali dochodził jedynie ściszony gwar miasta. Jane i Julia zaczęły jeść jakąś zupę, a Paweł od niechcenia skubał Prosciutto.

– No, super... Lubię tu przychodzić. To jest pizza! Palce lizać. – Hall oderwał rękami jedną z ósemek i zaczął jeść ze smakiem.

– O, ja za rzadko bywam na mieście ostatnio – rzuciła Julia.

– No tak. Ciąża, dziecko... Wiadomo – powiedział Paweł bawiąc się widelcem.

– Ale masz za to coś lepszego. Rodzinę – dodał Hall z pełnymi ustami.

– No pewnie. – Julia uśmiechnęła się do niego ciepło. – A i tak Stella każe mi wracać do pracy. Tyle, że wytargowałam pół etatu. No, nawet takie podzielone. – Wróciła do jedzenia zupy.

Jane nie za bardzo ich słuchała, skupiona na zaspokojeniu pierwszego głodu. Paweł przesunął talerz z przystawkami na brzeg stolika, pokazując, że nie jest zbyt głodny.

– Ale to bardzo dobry układ. – Paweł uśmiechnął się do Julii. – Dwie godziny do południa, dwie po... Mieszkasz blisko, możesz się zająć dzieckiem...

– Mam opiekunkę, ale zawsze...

– Julia, oczywiście – powiedział miękkim głosem Hall.

– No, a co ze mną? – spytała Jane, odkładając łyżkę do pustego już talerza. – Dla mnie też macie jakiś „oczywisty” układ?

– No pewnie. – Hall przełknął kolejny kawałek pizzy i sięgnął po swoje piwo. – Do kasy cię nie dopuścimy, bo narozrabiałaś. Co? Mówię, jak jest. Ale mamy pewien problem, którym możesz się zająć. AIDS. – Popił swoje piwo.

– Co? – zdziwiła się Jane.

– Dobrze słyszałaś – odparł i pociągnął jeszcze jeden łyk.

– No tak – powiedziała Julia odsuwając swój talerz. – My się koncentrujemy na genetyce, nowotwory... dobrze wiesz. A mieliśmy się zająć także tym. Nawet były już pewne przymiarki. Od kilku miesięcy dostajemy zapytania i monity z różnych stron, że nic nie robimy w tym kierunku. Wiedzą, bo Fundacja jest transparentna. I naciskają.

– O, jedzie wasz obiad. – Hall, jedząc kolejny kawałek pizzy, ruchem głowy wskazał im kelnera podążającego w ich stronę i pchającego przed sobą wózek z zamówionymi daniami.

– No, super. – Paweł obejrzał się we wskazanym kierunku.

Zamilkli wszyscy na chwilę, czekając na kelnera, a potem na to, aby sprawnie zebrał talerze po zupie.

– Eskalopki cielęce dla pani? – kelner spytał Julię, siedzącą najbliżej i już z gracją stawiał przed nią zamówione danie.

– Tak, tak. Dziękuję.

Kelner ujął w rękę duży talerz z dymiącą górą makaronu i zwrócił się do Jane:

– A dla pani podwójna porcja spaghetti bolognese, prawda? – Z miłym uśmiechem postawił przed nią talerz, ale ona patrzyła nie na niego, tylko na gorący makaron wymieszany z sosem. Aż westchnęła, wyprostowała się i uśmiechnęła, widząc to cudo przed sobą.

– No, pięknie wygląda... I pachnie... Dziękuję. – Przygotowywała się do ataku, sięgając po widelec i łyżkę.

– I, oczywiście, pańskie risotto... – Kelner zgrabnie postawił przed Pawłem talerz.

– Tak, dziękujemy...

– I jeszcze wino dla pani... dla pani woda... dla pana także woda... Bardzo proszę... Wkrótce podam Państwu zamówioną kawę i lody. Życzę smacznego. – Kelner stawiał przed nimi napoje, potem z zawodową gracją starego fachowca wykręcił swoim wózkiem i oddalił się niespiesznie.

-- Dziękujemy bardzo – pożegnał go Hall. – No, lubię tu przychodzić...

Jane zaczęła nawijać makaron na widelec, pomagając sobie łyżką, ale była zbyt głodna, żeby zwracać uwagę na konwenanse, więc po chwili łyżkę odłożyła, jako niepotrzebną.

– Fundacja jest transparentna – ciągnął Hall, – jeżeli chodzi o postępy prac i tak dalej. Ale szczegóły są tajne. Wiadomo, konkurencja... Jesteśmy non-profit, ale patrzą nam na ręce różne instytucje. Jesteśmy częściowo finansowani przez różne fundusze, granty, dotacje, to są najczęściej pieniądze publiczne...

– Właśnie. – Julia ukroiła sobie kawałek mięsa. – Dlatego tak nas zabolała ta wasza wpadka w Londynie. Co, za mało zarabiałaś? – Widelec z kawałkiem cielęciny powędrował do jej ust.

– To zupełnie nie tak... – Jane przełknęła makaron. – Przecież myśmy tylko grali na giełdzie. Zebraliśmy trochę kasy z innego źródła i nam nie poszło. Zrobili z tego wielką aferę... – Wzruszyła ramionami. – A skąd Fundacja ma pieniądze? Od Holdingu.

– Ale są powiązania. Transparentne właśnie. – Julia odkroiła kolejny kawałek mięsa.

– No, a jak to się zaczęło, z Fundacją? Kto ją założył?

– Bajkowy miliarder ze Stanów – Hall odpowiedział Jane z pełnymi ustami.

– Aha. Akurat. – Jane nawijała sobie makaron na widelec. – Miliarderzy są chytrzy. Ci bajkowi też.

– A kto cię wyciągnął z pudła? – Hall nachylił się do niej. – Nie zastanawiałaś się nad tym? Wiesz, ile kasy na ciebie poszło? Trzeba mieć układy, tam na górze, żeby wszystko ładnie posprzątać.

– I ty jesteś ten „czyściciel”? – Spojrzała na niego ironicznie. – Jak Reno w tym, no, w „Nikicie”?

– A czy ja mam tutaj jakieś walizki z chemikaliami? – Hall zaczął się rozglądać wokół siebie, zajrzał nawet pod stół. Potem sięgnął po kolejny kawałek pizzy, odgryzł kęs i kontynuował. – Pomyliłaś filmy. Oum... Dobra ta pizza. Ale najbardziej lubię chyba hawajską. Z ananasem... A frutti di mare zawsze mi śmierdzi...

– Jane, wracajmy do tematu – powiedział Paweł, odkładając widelec. – Nie jesteś biologiem, ale jesteś „kumata”, jak by to powiedział Hall. Organizacja, logistyka, strategia... Powinniśmy się zająć AIDS ze względów prestiżowych. Nie oczekujemy od ciebie, czy od całego zespołu Wiktora, jakichś cudów, wiele osób połamało sobie już na tym zęby...

– Są szczepionki, leki, właściwie, dwa rodzaje... – powiedziała Julia, operując elegancko nożem i widelcem na swoim talerzu. – Można tak w skrócie... Jedno, to podejście wirusowe. A drugie, genetyczne. Terapia genowa. I to jest bliskie naszemu działaniu...

– Amerykanie mają swój gen, trdxh dwadzieścia cztery – wtrącił Hall i odsunął od siebie pusty prawie talerz, a potem sięgnął po szklankę z piwem. – Kodujący białko, eee, zapomniałem. No, to blokuje rozwój infekcji. Formowanie się wirionów.

– CD cztery cztery – podpowiedziała mu Julia.

– No. I inne... My nawet zaczęliśmy iść w tym kierunku, ale za dużo było innej roboty, sama wiesz.

– Ponad milion próbek – dopowiedział Paweł. – No, a teraz mamy taką bazę danych... I można „to” wyjąć z lodówki.

– Ale ja się na tym kompletnie nie znam – powiedziała Jane, zwalniając nieco tempo jedzenia.

– Ale na biznesie się znasz – odparł Paweł. – Pi-er, kontakty...

– Szpiegostwo przemysłowe... – dopowiedziała Jane.

– Chyba zwariowałaś – szybko zareagował Hall. – Ukraść? My chcemy sami coś znaleźć i dobrze to sprzedać. Po drugie, prace są wszędzie na świecie utajnione. Bo to są ogromne pieniądze. A jeszcze służby patrzą nam na ręce i inni... Szalona... Ciebie chyba coś pogięło... – Pokiwał głową, ze zdumieniem i dezaprobatą, dokończył piwo i odstawił pustą szklankę na stół.

– Ty chyba naprawdę myślisz, że my tu, w Fundacji, jesteśmy jakimiś szpiegami, nie? – Julia spojrzała na nią trochę z politowaniem i trochę z ironią, kończąc eskalopki.

– No a nie jest tak? Fundacja jest na was. Dwunastu członków Rady. Tu nie ma żadnego miliardera z Teksasu.

– No tak... – Hall rozparł się wygodnie na krześle i patrzył na nią ironicznie. – Przylecieliśmy tu z kosmosu, przywieźliśmy tonę złota i diamenty, a teraz badamy ludzkie DNA. Ot, tak, bo akurat nie mamy co robić. Takie hobby.

– Altruistycznie – dorzucił Paweł.

Julia zaśmiała się pod nosem i spojrzała na Jane ironicznie.

– Węszysz, węszysz, a tu nic. Zanim powstała Fundacja, ciężko pracowaliśmy wszyscy. Grzebałaś w naszych papierach, to wiesz. Ja, na przykład, byłam kilka lat w Stanach. Tam dobrze płacą, wiesz?

– To pieniądz robi pieniądz – rzekł Paweł. – Chyba to rozumiesz, nie? A co mogą robić biolodzy z pieniędzmi? Otworzyć sklep w Galerii? Albo knajpę, taką jak ta?

Julia uśmiechnęła się do Pawła.

– Ona cały czas jest przekonana, że my tu szykujemy jakiś gruby przekręt na dotacjach, a oni, tam, w Londynie, popsuli nam szyki.

– Mogliśmy cię zostawić, radź sobie sama. Jak taka mądra jesteś. Ale nasza kasa poszła na ciebie. Rozumiesz? Jesteś nam coś winna.

– Wy tu, kurwa, wszyscy myślicie – wkroczył Hall z ciężką artylerią, – że kasę trzeba koniecznie ukraść. A wystarczy trochę pogłówkować, to można całkowicie legalnie zarobić STRASZNE pieniądze. Tylko u niektórych z myśleniem kiepsko. Robiłaś na giełdzie i co? Kanał... Ech... – Pokiwał głową z politowaniem. – Warto było skubać na grosze angielskich podatników? Co? Angolka?

Jane spojrzała na niego ze złością znad makaronu... Paweł właśnie skończył swoje risotto i odsunął talerz. Potem sięgnął po szklankę i popijał powoli wodę. Jane sięgnęła po swoje czerwone wino i wypiła prawie całe jednym haustem.

– Badania genetyczne to żyła złota. – Paweł się rozkręcał. – Nie dość, że mamy własną kasę, że zarabiamy na giełdzie, to jeszcze pchają się do nas przeróżne instytucje, proszą nas, żebyśmy wzięli od nich dotacje, czy różne granty na badania... Spójrz na firmy farmaceutyczne. Miliardy... Ile oni wydają na same durne reklamy... – Popił wodę. – Na byle gówno, że tak powiem... I jakie mają przy tym zyski!... A jak coś się znajdzie, to po prostu... Nasza własna kopalnia złota. – Wzruszył ramionami z uśmiechem.

– Chyba dociera do niej wreszcie. – Julia uśmiechnęła się miękko, serdecznie do Halla.

– Miejmy nadzieję. – Wzruszył ramionami.


19.


– Denerwuje mnie ten ekspres. – Stella kiwnęła głową, niezadowolona. – Zawsze czegoś chce. Albo „dolej wodę”, albo „dosyp kawę”, albo „przepłucz system”...

– To kup taki, jak jest w biurze, na dwadzieścia osób, automat.

– Ale ile on miejsca zajmuje...

– To nie marudź – ucięła krótko Julia, potem wzięła filiżankę ze swoim cappuccino z kuchennego blatu i przeszła do salonu. Ekspres skończył nalewać drugą filiżankę i Stella ujęła ją za uszko i poszła za Julią.

– Tak, a teraz jeszcze muszę przepłukać spieniacz.

– Strasznie marudna się zrobiłaś od tego siedzenia w domu.

Julia usiadła w fotelu, stawiając filiżankę na stole. Stella postawiła swoją i wróciła do kuchni.

– Zawsze coś... Wojtek też mi ostatnio działa na nerwy... – zauważyła, kręcąc się chwilę przy ekspresie, a potem wróciła do salonu i usiadła. – Gdyby mnie tak nie ciągnęło, to byście mnie zobaczyli dopiero zimą.

– Sama tak mam... – Julia zamieszała kawę. – No... może i dobrze, że wracasz, bo ja... No...

– Co? – spytała Stella z roztargnieniem, ale po chwili zaczęła się jej przyglądać uważniej. – No nie. Jesteś w ciąży? Przecież to dopiero cztery miesiące...

– Jeszcze nie wiem... – bąknęła Julia, starając się nie patrzeć jej w oczy. – Boję się kupić sobie test.

– Głupia... – Stella uśmiechnęła się do niej serdecznie i poprawiła się w fotelu. – Powinnaś się cieszyć. Tu nie ma żadnych koncesji... Tu MY jesteśmy Komisja... Ale... – Uśmiech zszedł jej powoli z ust i machnęła ręką, jakby trochę zrezygnowana.

– A ty co jesteś taka zdołowana?

– A, tak, ogólnie...

– Ogólnie, ogólnie. Jasne... Wiecznie to samo...

Pomilczały chwilę.

– A jak tam nasza piękna Jane? – spytała Stella, żeby zmienić temat.

– No, działa. – Julia sięgnęła po filiżankę. – Jakby nawet nie zauważyła, że nie ma tu Marcina. Dobrze, że go odesłałaś do Stanów.

– Tu by się tylko pętał, przeszkadzał Hallowi... On jest bankowcem, to niech tam sobie siedzi w Nowym Jorku i zarabia dla nas pieniądze.

– Pewnie. – Julia upiła łyk kawy.

– Wiesz – Stella zamieszała swoje cappuccino, – myślałam, że już coś z tego będzie, a tu, widzę, nic. Może on ma taką „strategię działania”?

– Czasami to mi się wydaje, że on zna nas lepiej, niż my same – powiedziała Julia i upiła trochę kawy. – Jakby w nas czytał. A czasami widzę w nim tylko prostaka i chama... Ale to przecież cały Hall, nie?... Nie wiem.... Daj mu trochę czasu.

– Chyba tak... Co innego poderwać jakąś panienkę na imprezie czy w dyskotece, co innego tutaj... – Stella także wypiła odrobinę kawy.

– No... Tak sobie wyobrażałam, że on może ją zahipnotyzuje, albo jakaś telepatia...

Zaśmiały się obie.

– Nie... – stwierdziła Stella. – Ona jest za cwana na takie numery. To musi być „działanie gruntowne”.

– Tylko, żeby ten nasz „ogrodnik” za bardzo nie przesadził. Ma zrobić, co obiecał.

– No...

Uśmiechnęły się do siebie i zajęły się swoimi cappuccino.


20.


– Piękne te twoje forsycje – powiedział Paweł, spoglądając przez zamknięte drzwi tarasowe na ogród.

– Nie? Wojtek zajmuje się ogrodem, ma do tego rękę.

– Super...

Stali w salonie blisko tarasu i wyglądali przez okna na zewnątrz. Stół był zastawiony, jakby czekali na gości.

– I mamy jeszcze jeden problem – odezwała się po chwili Stella. – Jakby ich było mało.

– Ale to jeszcze nic pewnego. Może Adam przesadza? Analizował ostatnie operacje Marcina i jest po prostu zaniepokojony.

– Tak czy siak...

– Miał go mieć na oku, wiem... – Paweł spojrzał na Stellę uspokajająco. – On gra też opcjami, a po Londynie bardzo chce się wykazać, odrobić straty...

– Zobaczymy... Anka też coś może będzie wie... dzieć.

Przerwał jej odgłos dzwonka przy furtce i Stella natychmiast przeszła do przedpokoju i nacisnęła przycisk domofonu. Potem otworzyła drzwi i chwilę jeszcze czekała. Paweł poszedł w ślad za nią. Po kilku sekundach do środka weszła uśmiechnięta Ania z dziecięcym koszykiem w lewej ręce.

– No, jesteście... – Stella od razu pocałowała ją na powitanie w policzek. – Nareszcie. – Pocałowała ją w drugi.

Za Anią pojawił się Hall, ciągnąc dużą walizkę na kółkach.

– Cześć, cześć. – Ania uśmiechnęła się do Pawła i podali sobie ręce na przywitanie.

– Cześć, Ania.

– Jak tam lot? – spytała Stella. – Wszystko w porządku? Jak tam nasze maleństwo?

– A ja? – Hall postawił walizkę na podłodze przy wieszaku, a potem ściągnął kurtkę i powiesił ją na haczyku wieszaka. Potem przywitał się z Pawłem uściskiem dłoni.

– A co? Chcesz buzi? – spytała Stella.

– To mała Klaudia? – zapytał Paweł.

– No, pokaż ją, pokaż... – Zaaferowana Stella zajrzała do koszyka.

– Klaudia. – Dumna Ania prezentowała swoje dziecko. – Dwa miesiące. Ładna, nie?

– Super... Daj mi ją, a ty ściągaj kurtkę. No, chodź do mnie, kruszynko...

Stella odebrała od Ani koszyk z niemowlęciem, a Ania ściągnęła okrycie i torebkę i podała to wszystko Hallowi. Hall odebrał jej rzeczy i powiesił kurtkę na wieszaku, a torebkę położył na komódce, stojącej obok.

– Wojtek poszedł z Sylwią na spacer, nie mógł się już was doczekać... Oj, malutka... Napijecie się najpierw kawy?

– Nie, nie. Ja tylko bawarkę.

– He, he... – zarechotał Hall. – To ci babiniec. Żłobek się tu zrobił, a nie porządna firma...

– Cicho, ty się nie znasz. – Stella przeniosła ostrożnie koszyk podróżny w głąb salonu i postawiła go na sofie, a Ania podążyła za nią. – Śliczne dziecko. I jak ładnie śpi... Chodź, Ania, zobaczysz pokój mojej Sylwii.

– No właśnie. Mam coś dla niej. Hall, gdzie jest moja torebka?

– O tu, na stoliku. – Hall sięgnął po torebkę i podszedł do rozradowanych matek. – Już ci daję.

– Chodź, Anka...

Podniecone Stella i Ania wyszły z salonu, a Paweł i Hall popatrzyli za odchodzącymi z lekkimi uśmiechami.

– No, teraz to je wetnie na pół godziny – podsumował Hall.

– To co? Po koniaczku?

– Ano, po koniaczku.


21.


Siedzieli przy zastawionym stole, ale nie było żadnej radosnej atmosfery. Spoglądali na siebie trochę skonsternowani.

– Jeszcze jeden kłopot... – zaczęła Stella.

– E, tam. Przesadzasz, jak zwykle... – Hall starał się rozładować napięcie. – To akurat jest bardzo dobra wiadomość.

– Byłaby. Byłaby, gdyby nie główny cel.

– Ale o co ci chodzi, Stella? – zaoponowała Ania. – Ja wiem, że mamy robić coś zupełnie innego, ale... Jak się już trafiło? No?

– „Coś zupełnie innego” – zgryźliwie rzuciła Stella. – No właśnie.

– Ale to nam da takiego kopa... – Paweł chciał ją uspokoić. – Pomyśl tylko...

Stella spojrzała na niego ze złością, jak na kogoś głupiego...

– Kopa. No... Świetnie to ująłeś. Brawo. Lepiej już nie można – mówiła powoli, dobitnie, jak to ona. – Naprawdę świetnie. Brawo... Dopóki jesteśmy małym trybikiem, bez jakichś konkretnych wyników, giniemy w tłumie... – Wzięła do rąk filiżankę z zimną już kawą i odstawiła ją po chwili z powrotem na stół. – Nikt nas nie dostrzega. Nikt. Taka tam sobie fundacja. Cicha, gdzieś na zadupiu. Nikt się nam nie przygląda. Takie tam sobie małe laboratorium. A, prowadzą jakieś tam badania. Można machnąć ręką... A wy chcecie to wszystko rozbuchać! Będziemy jak na widelcu... A za rok przyleci Trzecia. Spytają: „macie?” A ja co im powiem? Że właśnie opatentowaliśmy nowy lek? Że przełom w medycynie?... Dla kogo?... Pytam. Dla kogo?... Dla nas? Dla jakich „nas”? Co?

Zaległa głucha cisza. Dopiero po kilku sekundach Hall wstał z fotela i nie mówiąc ani słowa podszedł do barku w komodzie.

– Komu nalać? – spytał otwierając drzwiczki, nie odwracając się do nich.

– Nalej. – Zrezygnowana Stella nawet nie spojrzała w jego kierunku.

Hall napełnił koniakiem trzy kieliszki i z dwoma wrócił do stołu. Postawił je przed Stellą i Pawłem, potem wrócił po swój i zasiadł po paru sekundach na swoim miejscu.

– Napiłabym się... – Ania żałośnie przełknęła ślinę.

W milczeniu wypili koniak, jak gdyby jej w ogóle nie słyszeli. Stella bawiła się swoim kieliszkiem, a Paweł podał swój Hallowi.

– Nalej jeszcze.

Hall dopił swój alkohol, odebrał kieliszek od Pawła i wstał, aby nalać ponownie. Po chwili wrócił na miejsce z pełnymi kieliszkami, podał jeden Pawłowi. Obaj wypili do połowy i trzymali je w dłoniach.

– Ciągnęłam to, jak jakaś głupia. Jak w amoku jakimś... – tłumaczyła im Ania.

– Wierzę. To jak los na loterii. – Paweł uśmiechnął się do niej niepewnie.

– Nawet, jak już byłam na porodówce...

-- Tragikomiczne – rzucił Hall, wychylił resztę koniaku i postawił pusty kieliszek na stole.

Stella poszła w jego ślady. Milczeli wszyscy jeszcze chwilę.

– Olaf i Piotr to dokończyli – ciągnęła Ania. – Ja od tygodnia wciągam się w to z powrotem. Właśnie zaczęliśmy testy kontrolne, już drugie, bo nie mogliśmy uwierzyć...

– Daruj sobie – przerwała jej Stella. – Nalej mi jeszcze, Hall.

Paweł dopił swój koniak i podał pusty kieliszek Hallowi, który drugą ręką sięgnął po kieliszek Stelli. Hall wstał i podszedł do barku. Wszyscy myśleli w tym czasie intensywnie, co dalej. Hall nalał im koniak, postawił kieliszki na stole przed nimi i wrócił do barku ze swoim.

– Nie zamieciemy tego pod dywan. – Nalał sobie porcję. – Nie da rady... – Odwrócił się do nich i wrócił na swoje miejsce. Usiadł i zakręcił kieliszkiem w dłoni. – A ile czasu patent jest tajny? Tak, żeby nikt do niego nie zajrzał? Chyba osiemnaście miesięcy? Trzeba sprawdzić... – Popił trochę alkoholu. – To by nam dało trochę czasu. Tylko pytanie, czy ciągnąć dalej temat?...

Stella i Paweł także sięgnęli po swoje kieliszki i spoglądali to na siebie, to na Anię, to na Halla, popijając alkohol.

– Ja już sama nie wiem... – zaczęła Ania.

– Zamknąć temat, po ponad roku badań? – zastanawiał się głośno Hall. – I co? Szukać innych rozwiązań?... A jakie szanse daje ten twój ZTX, co? Bo będziemy się starać o patent, a program badawczy zamkniemy?... No, to jest dopiero podejrzane! – Łyknął duży haust z kieliszka.

– Właśnie. Nie możemy zamykać – podsumował Paweł.

Stella przełknęła koniak i odstawiła pusty kieliszek.

– Anka, co z tego twojego cudu da się jeszcze wycisnąć dla nas?

– Szanse są spore. – Ania kiwnęła głową. – Ale trzeba przestawić trochę system. Trzeba by się trochę cofnąć. No, nie na sam początek, ale z miesiąc, dwa...

– Innego wyjścia nie widzę. – Stella wzruszyła ramionami. – Nie wiem, czy ci gratulować, czy nie?... I czego. Hall, masz papierosy?


22.


Hall stał na korytarzu przed oszklonymi drzwiami pierwszej śluzy i czekał na Teresę. Widział przez szkło, jak uśmiecha się do niego, ściągając z siebie jednorazowy kombinezon. Potem wepchnęła go do jakiegoś pojemnika i dotknęła dłonią czytnika. Drzwi śluzy otworzyły się bezgłośnie i Teresa wyszła na korytarz, ubrana w biały T-shirt i białe spodnie.

– No, już jestem – powiedziała i podała mu policzek do pocałunku na powitanie, a on cmoknął ją przyjaźnie. – Co tam? Masz to dla mnie?

– Jasne, jasne, Theresa.

Podeszli kilka kroków w stronę wyjścia i Teresa otworzyła drzwi do jednego z pomieszczeń. Weszli do środka, przechodząc szybkim krokiem wzdłuż przeróżnych maszyn, urządzeń i stołów, przy których kręciło się kilka osób.

– Bo już czekam na to i czekam... Jak zwykle, u ciebie...

Skierowali się do drzwi opatrzonych tabliczką z napisem „Theresa. Private”. Teresa otworzyła je czytnikiem biometrycznym i weszli do środka.

– Jasne, jasne...

– No tak. Tobie, Hall, coś dać do roboty, to wiadomo... No.

Prywatny gabinet Teresy nie był zbyt duży, raptem biurko, trzy fotele, umywalka i szafka, na której stał ekspres z zestawem kubków i szklanek. I szafa pełna segregatorów, do której właśnie podeszła Teresa, otwierając drzwi i przeglądając się w lustrze, umieszczonym na ich wewnętrznej stronie.

– Chcesz kawę? – spytała, poprawiając sobie włosy.

– Jasne.

– No to zrób. Mnie też.

Hall podszedł do ekspresu i włączył go.

– No to gdzie to masz?

– E, na tym penie, położę ci na biurku – powiedział Hall, podszedł do biurka, położył pen drivea na blacie i wrócił do robienia kawy.

– Dane kompletne? – spytała Teresa, przeglądając się w lustrze.

– Jasne, jasne – odparł Hall, nastawiając płukanie systemu.

– No. – Teresa odwróciła się do niego z uśmiechem. – Dla mnie cappuccino – powiedziała i po chwili siedziała już w swoim fotelu.

– Bardzo proszę.

Rozległ się odgłos mielenia kawy.

– To opowiadaj – powiedziała Teresa, poprawiając sobie siedzisko.

– O czym? – Hall zajął się mlekiem.

– No, o Jane.

– A o czym tu mówić?

– No, to już kilka miesięcy przecież. Jakieś postępy, co?

– E tam... – Hall wzruszył tylko ramionami.

– Hall... Ja myślałam, że będziesz ją jakoś czarował, jak to ty zwykle... – Uśmiechnęła się do niego, ale był zajęty kawą. – A ty ją po prostu ignorujesz. To taka twoja strategia, co?

Hall odwrócił się do niej z krzywym uśmiechem i pokiwał głową.

– Oj, Terenia, Terenia...

– Coś ty się zrobił taki markotny ostatnio? Chory jesteś, czy co?

Hall wziął filiżankę kawy i jakąś łyżeczkę z leżących obok ekspresu w pojemniku na sztućce i zaniósł wszystko to na biurko, postawił przed Teresą.

– Nie tam... – bąknął i wrócił do ekspresu.

– No widzę... Przecież to już prawie pół roku. Myślę sobie: on ją ignoruje, a ona, na początku jak trusia cicho siedzi, jak zbity pies...

Hall nastawił sobie espresso i maszyna zaczęła mielić głośno kawę. Podstawił filiżankę.

– Teraz to się już rozkręciła, ba, podoba mi się nawet jej robota, nie węszy... Nawet, jakby zaczęła cię kokietować... Nawet nie „jakby”...

Teresa zamieszała kawę, a Hall stał jeszcze, oczekując na swoją porcję.

– Bo myślała, że ją będziesz czarować, a ty nic. No, ty stary lisie, muszę przyznać...

– Tereska... – Hall wziął swoją filiżankę, wyłączył ekspres, podstawił pojemnik na wodę i usiadł naprzeciwko niej z krzywym uśmiechem.

– No co? Pełen szacun. Każda by się na to złapała, ty cholero... – Uśmiechnęła się do niego pogodnie i po chwili puściła oko. – Kiedy atakujesz? Musi jeszcze trochę zmięknąć? Co?

– Teresa, nie męcz mnie tą blondi.

– Jakież to męczarnie, biedaku... To po co ci ten cały babiniec?

– Ty też mnie masz za „kolekcjonera”?

– A nie jesteś?

– Jak ty mnie jednak mało znasz, Terenia... – Hall pokiwał głową. – A ja ciebie traktuję jak swojego najlepszego kumpla. Sorki... A kobiety... Absolutnie nie czuję do nich żadnej potrzeby rywalizacji. – Przymknął na moment oczy. – Dla mnie każda kobieta to żywe dzieło sztuki... Ja nie muszę was w ogóle zdobywać. Ja się wami cieszę, po prostu. Bo życie jest piękne... Jesteście jak nagroda, jak spełnienie... Jak sól. – Sięgnął po swoje ulubione espresso i upił mały łyk.

– Jaka głębia myśli... Żadnej rywalizacji?

– Chyba cię to nie obraża? – spytał z lekkim uśmiechem, odstawiając filiżankę na biurko, a Teresa sięgnęła po swoje cappuccino.

– A na ciebie można się obrazić?... Diable jeden... Fakt. Jesteś babiarz, ale ja cię bardzo lubię. A to... E... Ale coś cię gryzie. Nie ona, to co?

– Co, co... To, co nas wszystkich.

– A, ty o tym. – Spochmurniała i odstawiła filiżankę.

– No o tym, o tym.

– Jezu, Hall, odpuść sobie.

– Teresa, trzeba prawdzie spojrzeć prosto w oczy. Nie można tego odwlekać w nieskończoność.

Zaległo ciężkie milczenie. Spoglądali sobie w oczy, głęboko. W pewnym momencie Teresa ciężko westchnęła.

– Najbardziej mnie wkurwia brak łączności. Nie wiem, jak ja to wytrzymam. Jeszcze prawie cały rok. My nic nie wiemy. A może rozkazy się zmieniły? Może będzie inaczej?

– Inaczej, inaczej... – Teresa wzruszyła ramionami.

– Wy wszyscy poszaleliście. Wszyscy. Rzuciliście się na to życie tutaj, jak szczerbaty na suchary.

– A ty co? Mało to miałeś bab?

– Pewnie. Pewnie... A myślałaś, że jak przyjdzie co do czego... No? Jak spojrzysz w oczy Tomkowi? A twojemu Piotrusiowi?... I co im powiesz?...

– Hall... – powiedziała Teresa błagalnie.

– Nie uciekniesz od tego.

– Koszmar... – powiedziała Teresa, położyła głowę na blacie biurka i przykryła ją dłońmi.

– No, żebyś wiedziała...

Dopiero teraz cisza była głucha. I długa. I dopiero po dobrej chwili przerwał ją Hall.

– Teresa, ty jesteś z Pierwszej. Dawaliście nam sygnał przed naszym lądowaniem. Skąd? Gdzie jest nadajnik i odbiornik?

Teresa podniosła głowę i spojrzała na niego.

– Ty chcesz...

– Stella nie może nic o tym wiedzieć. Muszę sprawdzić, czy już nadszedł sygnał. Może coś się zmieniło... Muszę, bo zwariuję.

– U Stelli w domu. – Teresa nagle się opanowała i mówiła teraz szybko i rzeczowo. – W piwnicy. To jest właściwie bunkier. Nie wejdziesz tam... I nie masz klucza dostępu... No i są kamery, plomby, cały nasz system bezpieczeństwa...

– Skąd wiesz?

– Przed waszym przylotem byliśmy tam wszyscy, razem. Sam tam nie wejdziesz. Poza tym, mogą być jakieś szyfry, kody... Ja ich nie znam. No i jeszcze, skąd wiesz, że jest już jakiś sygnał? – zamilkła na chwilę, zastanawiając się nad czymś jeszcze. – Ze względów bezpieczeństwa sygnał przychodzi na miesiąc przed lądowaniem następnej ekipy. Zakodowany.

– Kurwa...

– Jesteśmy udupieni...

Znowu zaległa cisza, ale teraz oboje myśleli intensywnie, co mogliby zrobić...

– Hall?... – spytała cicho Teresa, ale Hall tylko kiwał głową, jakby czemuś zaprzeczając.

– Hall?...


23.


Mazury są przepiękne, szczególnie na początku lata. Lasy, pola, jeziora... Są jagody, są już pierwsze grzyby, jest ciepło, a jak się jeszcze trafi słoneczny dzień, jest po prostu pięknie. I te aromaty... Co prawda, w kwietniu las dopiero budzi się z zimowego snu, ale jak trafi się słoneczny, piękny dzień, to spacer rekompensuje zupełnie te braki.

Na skraju lasu, blisko jeziora, na poboczu drogi stał zaparkowany samochód przy krzakach jałowca. Od strony wody nie było drzew, dlatego słońce oświetlało srebrnego, starego opla.

Jezioro nie należało do tych największych i trudno było tu dojechać, dlatego wokoło było pusto, jeśli nie liczyć jednego wędkarza na starym pomoście, daleko od samochodu. Ryby tego dnia chyba nie brały, bo rybak siedział tam od paru godzin, prawie bez ruchu. Prawie, bo od kilku minut zaczął się wyraźnie wiercić, zniecierpliwiony. W końcu zaczął zwijać cały swój sprzęt. Wreszcie założył na plecy stary, spłowiały brezentowy plecak, ujął złożone wędzisko w rękę i zszedł z pomostu. Skręcił na ścieżkę i doszedł nią do leśnej drogi. Zaczął iść w kierunku samochodu, mijając po drodze duży, stary dom z czerwonej cegły, z dużym obejściem.

Gdy do samochodu zostało mu ze sto metrów, zza krzaków jałowca i starego opla wyszedł na drogę Hall. Szedł sobie naprzeciwko wędkarza spacerowym krokiem, rozglądając się niespiesznie dookoła. Na widok rybaka uśmiechnął się przyjaźnie, potem urwał króciutką gałązkę jałowca z krzaku obok drogi, zerwał z niej kilka igieł i wsadził sobie do ust. Gdy zbliżyli się do siebie na odległość kilku kroków, przystanął.

– Dzień dobry. Jak tam rybki?

– E, za gorąco dzisiaj – powiedział wędkarz i zwolnił.

– Fakt, gorąco. Widziałem, że pan był tam, na pomoście. Zapali pan? – Hall wyciągnął otwartą paczkę papierosów w stronę rybaka.

– No, można. – Wędkarz przystanął, poczęstował się, Hall podstawił mu zapalniczkę z płomieniem, potem sam też zapalił papierosa.

– A ja, widzi pan, na spacer się wybrałem... Szkoda, że grzybów jeszcze nie ma... Pan tu może mieszka w okolicy?

– No, we wsi. Z kilometr stąd.

– A, to dobrze trafiłem. Niech mi pan powie, co to za dom, ten czerwony, co? – Hall kiwnął głową w kierunku starego domu z cegły. – Mieszka tam ktoś? Bo rozglądałem się, ale nikogo nie było. Ani nawet pies nie zaszczekał. Obejście puste...

– A, to stara gajówka. – Wędkarz obejrzał się za siebie.

– Aha, to pewnie gajowy w lesie gdzieś?

– A nie, panie... To letników jakichś, chyba z Warszawy, czy skąd – odparł wędkarz, poprawiając sobie stary plecak.

– Hm... Bo widzi pan, ja tak pytam... Kolega mnie prosił, on szuka jakiegoś fajnego, starego domu, z charakterem, z jakąś historią, wie pan, a to piękny dom, duży... No, ale jak tu letnicy jacyś to mają... – Hall zaciągnął się papierosem.

– E tam. – Wędkarz machnął lekceważąco ręką. – Ze dwa lata tu nikogo nie widziałem, żeby ktoś przyjechał.

– Co pan powie? Taki dom?... To gajówka, mówi pan? No, to ma pewnie swoją historię... Eee, kupują sobie niektórzy bogaci takie piękne chałupy, a potem nie korzystają... Bez sensu.

– Ano...

– No... – Uśmiechnął się przyjaźnie Hall. – Mam parę dni urlopu, to przyjechałem. Co mam siedzieć w domu... Piękny las... A nie wie pan, jak by się z tymi właścicielami skontaktować?

– A to najlepiej w gminie się pan dowie. A co? Chce pan to kupić?

– Ja to nie, nie mam tyle kasy. – Hall wzruszył ramionami z uśmiechem. – Ale ten mój kolega?... Zrobię parę fotek, to mu pokażę. Piękne miejsce... Ryby tu biorą?

– No, jest i lin i szczupak, a okoni ile... Ale dziś za późno przyszedłem... No widzi pan, satelitę nawet sobie założyli, miastowi, i teraz nie przyjeżdżają. Aż dziw, że im tego talerza jeszcze nikt nie zwędził.

Wędkarz obrócił się znowu i pokazał Hallowi papierosem duży talerz widoczny na odnowionym niedawno dachu domu. Hall zaczął się wpatrywać dokładnie w to miejsce.

– Ano, faktycznie... Talerz tam widać... Znaczy, złodziei tu nie ma. – Uśmiechnęli się do siebie ze zrozumieniem. – No, to kolega się ucieszy, bo jakby co...

– No, spokojnie tu.

– He, jak to dobrze pogadać z kimś na drodze... Zawsze się człowiek czegoś ciekawego dowie... A jakiś dziwny ten talerz...

– E, nie znam się. A ten dom to tak ze sto lat już chyba ma. No to do widzenia. – Wędkarz wyciągnął dłoń do Halla.

– No, dziękuję panu, do widzenia. – Hall odwzajemnił uścisk, uśmiechnął się jeszcze na pożegnanie i zapatrzył się na stary dom z cegły pośrodku lasu.


24.


– Nie, nie i jeszcze raz nie!

– Ależ, Gwiazdko ty moja...

– Weź mi tu... Gdzie z łapami... Ni cholery nie pojedziesz. Masz już bilet, jutro rano lecisz do Londynu. Koniec rozmowy.

– Stella, kochana moja... Te kilka dni przecież nic nie robią. Wrócę w poniedziałek rano...

– Nie. Powiedziałam wyraźnie. Znikasz gdzieś ostatnio na całe dnie, nie ma cię w pracy...

– Ale tam. Wszystko idzie do przodu...

– Aha, akurat. I jeszcze miałeś zająć się tą cholerną Angolką, a ty co? Znalazłeś sobie jakąś nową lafiryndę... Na weekend w góry? Nie... Nie ma mowy. Lecisz jutro i tyle.

– Niunia. To tylko kilka dni później. Proszę cię...

– Nie. Rozmowa skończona.


25.


Teresa kręciła się niespokojnie po mieszkaniu. Wyłączyła telewizor, poszła po coś do kuchni, ale zaraz potem wróciła do salonu. Usiadła na brzegu sofy, żeby chwilę później przejść do drugiego pokoju. Za chwilę wróciła, odgarnęła firanki i wyjrzała przez okno.

Drgnęła, słysząc pukanie do drzwi i szybko przeszła do przedpokoju. Otworzyła drzwi i Hall wszedł do środka.

– No i? – spytała nerwowo, jeszcze zanim zamknęła za nim drzwi.

– Wiesz, lekko nie było... – Hall zrobił żałosną minę, ale zaraz potem uśmiechnął się od ucha do ucha i puścił do niej oko. – Lecę w poniedziałek.

Teresa westchnęła ciężko i oboje przeszli do salonu.

– No, super... – Usiedli oboje w fotelach, Teresa wpatrywała się w niego uważnie. – Na laptopie masz programy do dekodowania. – Głową wskazała mu leżący na stole zamknięty notebook, obok leżał gruby kabel. – A to „przejściówka”, kabel dwusystemowy.

– A skąd ty to masz? – spytał zdziwiony Hall, biorąc do ręki kabel.

– Nie pytaj – zgasiła go Teresa.

– No dobra... – Hall odłożył przewód, podobny do kabla z zasilaczem do laptopa, z prostokątnym czymś pośrodku. – A nikt się nie zorientuje? – Spojrzał na Teresę.

– Nie. Spoko. Tylko ten klucz... Nawet nie wiadomo, czy może być tylko jedna osoba... Jak nie, to nici.

– Mam dwa dni, to coś wymyślę.

– W tym woreczku strunowym jest folia z moimi odciskami palców, znaczy, prawej dłoni. Powinno zadziałać... System bezpieczeństwa może być zdublowany...

– A co mi tam. Idę na pałę. I co mi zrobi? Wyrzuci z pracy?

– No, he, he... Ale że ty wpadłeś na to, że jest drugie centrum łączności... Głupia jestem.

– Musi być. Rezerwowe. Z naszego statku.

– Właśnie. Ale nie wiadomo, czy tam. Aha, chcesz coś do picia? Kawę?

– Nie. Ale masz może mineralną? Gorąco dzisiaj.

-- No, siedź. Zaraz ci przyniosę. – Teresa wstała i wyszła do kuchni.

Hall także wstał i powoli zrobił parę kroków za nią.

– A po co jej ta dacza na Mazurach? Nikt z nas tam nigdy nie był, nawet na jakimś głupim grillu. To nie jest dziwne? – spytał.

Teresa wyszła z kuchni i podała mu szklankę z wodą.

– Dzięki, Terenia.

Usiedli z powrotem w fotelach. Hall napił się wody i odstawił szklankę na stół.

– Okamerowany teren, las, jezioro...

– Ale pewności nie masz.

– No nie mam, nie mam. Najwyżej wpadnę. Zresztą, w ogóle nie wiadomo, czy jest już ten cholerny sygnał.

– A nasze zabezpieczenia?

– A po co, myślisz, jeździłem na to zadupie z pięć razy ostatnio? Żeby sobie połazić po lesie?... – Hall wzruszył ramionami. – Mają cztery zwykłe kamery, oprócz tego sześć naszych, dobrze ukrytych. I nasze pasywne czujniki w ziemi, pewnie z gazem usypiającym. W środku na pewno też coś mają... Ale to wszystko betka, bo przesyłają sygnał tutejszym internetem satelitarnym... – Uśmiechnął się do niej znacząco. – Wystarczy rzucić jakąś cegłówką w talerz, że niby awaria... Śmieszne, jak na Stellę. Nie chciała instalować naszych systemów łączności... Tam coś jeszcze musi być...

– No tak, tak... Zdublowane pewnie. Standardowa procedura. Cholera... – Teresa nie ukrywała swego zdenerwowania.

– No?...

– Nic. Mam nadzieję, że ci się uda. A może jednak jechać z tobą, Hall?

– Nie. Trzymajmy się planu. Ty musisz zostać tutaj, przypilnować Stelli. Bo jakby jej się zachciało nagle jechać na weekend na Mazury...

– Coś wymyślę. Nie wiem jeszcze co, ale wymyślę... A plomby? Będzie wiadomo, że ktoś przy tym grzebał.

– A to już jest najmniejsze zmartwienie – powiedział Hall wzruszając ramionami i przekrzywiając lekko głowę.

– A co zrobimy potem? Jak nic się nie wyjaśni?

– To coś wymyślimy. Antidotum, jak coś znajdziemy... Ale nie możemy znaleźć. Rozumiesz? Do tej pory nic nie znaleźliśmy, to może tak zostać. Zresztą, przecież tak naprawdę, bardzo trudno coś znaleźć. To wszystko jest bez sensu przecież, sama wiesz.

– Hall, na kompie masz programy dekodujące, deszyfrujące, inne tam drobiazgi, do kamer, oprócz tego masz tu, na penie. – Dała mu pen drive`a. – Nasze. Od Anki. Świeżutkie.

– To ona też wie?

– No, nie gniewaj się. Wprowadziłam ją w to, bo... no... Bo. Jest w tym najlepsza.

– No jest. Fakt... – Hall spojrzał na nią uważnie. – I co? Tak sobie gadałyście przez telefon?

– Hall, do cholery...

– A jak ona ci to przesłała?

– Czasami to mi Stellę przypominasz, wiesz? – obruszyła się Teresa.

– Konspiracja, kurwa... No dobra. Mleko się rozlało i tyle.

– No, wraca stary Hall, super–kogut...

– Teresa...

– No co? Co? No dobra... Sorki. Ja tak z przyzwyczajenia... Przecież wiesz...

– No... – Uśmiechnął się do niej. – Dobra. To co? Idę... W piątek po południu jadę, na miejscu będę wieczorem, wiem gdzie są kamery, te ich i te nasze... No, Teresa, idę...

Wstali oboje, patrząc sobie w oczy. Stali tak jeszcze chwilę.

– Hall?...

– Teresa?...

– Tylko wróć.

– Przecież muszę.


26.


Stara ceglana gajówka była nadspodziewanie dużym budynkiem, z równie dużą piwnicą... Pewnie przechowywano w niej kiedyś płody rolne, węgiel, różne zapasy. Nieduże, łukowate okna piwniczne miały drewniane okiennice, były też zakratowane. Prawdziwa leśna forteca.

Ale Hall dostał się do niej bez większego trudu.

Wszystkie zewnętrzne zabezpieczenia sforsował, bo znał Stellę i jej metody. Najbardziej obawiał się, że ktoś usłyszy jak otwiera solidne, drewniane drzwi gajówki dużym łomem. A potem trochę „miejscowej” elektroniki, ukryte fachowo kamery, alfiańskie czujniki, zdublowane, tak jak mówiła Teresa i biometryczny zamek w stalowych drzwiach do piwnicy. I był już w środku. Zewnętrzny system łączności nie działał, mógł więc bezpiecznie buszować po całej piwnicy. Tyle, że było tu ciemno, bo odciął zasilanie. Te awaryjne też.

Z latarką–czołówką na głowie zszedł po betonowych schodach do dużego pomieszczenia, dosyć mocno zagraconego. Pod ścianą stały trzy stare regały z surowych desek, z zakurzonymi słoikami i butelkami, obok zepsuty rower, jakieś stare worki po ziemniakach, kosze i inne rupiecie. Było też sporo różnych starych narzędzi. Pod ścianą na wprost wejścia stał stary, obdrapany stół, przy nim dwa równie stare krzesła. Wszystko tu było wiekowe. Obok stołu była, przykryta spłowiałą płachtą materiału, jakaś skrzynia. Podniósł zakurzoną plandekę i od razu znalazł zupełnie nowe, duże stalowe pudło.

Zastanawiał się przez dobrą minutę, jakie też tu mogą być pułapki, ale doszedł do wniosku, że nie ma żadnych. Jedynie aktywowanie autodestrukcji, co jemu nie przeszkadzało, bo powinien zdążyć. Więc solidną kłódkę, zamykającą pokrywę, otworzył po prostu łomem.

Po podniesieniu pokrywy ujrzał dużą, czarną walizkę z materiału przypominającego plastik. Wyciągnął ją i położył na stole. Przyglądał się temu uważnie, po czym zdjął plecak i wyciągnął z niego laptop z kablem od Teresy i położył obok. Wyprostował uchwyt walizki, ustawiając go dokładnie w położeniu prostopadłym i nacisnął równocześnie oboma kciukami dobrze zakamuflowane przyciski na rączce. Coś zgrzytnęło w środku.

Podniósł jedno wieko walizki i ujrzał dwie płaskie płaszczyzny wypełniające całość. Na tej leżącej na stole było kilka małych otworów i rząd dwudziestu kwadratowych kostek, jak płaskie klawisze. Nacisnął pierwszy z brzegu i w tym momencie zaświeciło się fioletowe światło w jednym z otworów. Otworzył zahibernowanego wcześniej laptopa, wprowadził hasło i podłączył do niego kabel. Następnie drugą końcówkę kabla wcisnął w otwór z fioletowym światłem, aż coś zaskoczyło metalicznie. Na ekranie laptopa ujrzał białą ośmioramienną gwiazdę na niebieskim tle. Ramiona gwiazdy stanowiły niepołączone ze sobą linie. Otworzył jakiś program i obraz ekranu zmienił się w rząd cyfr. Wbił je w odpowiedniej kolejności w klawisze walizki. Moment później obok wprowadzonego do walizki kabla zaświeciło się zielone światełko, jednocześnie ekran laptopa zmienił obraz na gwiazdę, której linie zaczęły się ze sobą łączyć.

– No, Gwiazdko ty moja, autodestrukcja wyłączona... – powiedział do siebie na głos.

Przysunął sobie jedno z krzeseł i usiadł na nim ostrożnie, a siedzisko lekko zatrzeszczało.

– No dobra, to otwieramy ten Sezam...

Zaczął wystukiwać coś na klawiaturze laptopa, zerkając na klawisze walizki, ale nic się nie zmieniło. Powtórzył całą operację, ale bez rezultatu. Dopiero za trzecim razem z walizki doszedł jakiś dźwięk, a ekran zmienił się w lekko pulsującą szachownicę, dziesięć na dziesięć pól. Zaczęły się ze sobą zmieniać, aż ustawiły się w odpowiedniej kolejności. Niektóre klawisze na płaskiej przestrzeni wnętrza walizki zaświeciły się fioletowo.

Hall pokręcił głową i wyjął z kieszeni na piersi pen drive`a od Anki. Wprowadził go do laptopa, poczekał aż wyświetli mu się jego zawartość, wybrał jeden z folderów i wszedł do programu dekodującego. Coś tam wystukiwał na klawiaturze, aż pokazał mu się zmieniający się rząd cyfr. Po chwili odczytał właściwy kod i wprowadził go do walizki, naciskając wyświetlone klawisze. Fioletowe światło zmieniło barwę na zielone.

Hall wyprostował się na krześle, a po chwili, powolnym ruchem, nacisnął na klawiaturze laptopa Enter.

W tym momencie zapaliło się kolejne światło na wierzchniej pokrywie walizki, białe, i w górę, na wysokość jednego metra, wystrzeliła wachlarzowata wiązka hologramu. Hall wystukał coś na laptopie i wiązka zniknęła, natomiast na ekranie komputera ukazał się obraz ośmioramiennej gwiazdy. Po chwili gwiazda zniknęła, a na monitorze Hall ujrzał twarz. Dużą twarz osoby przypominającej bajkowego elfa, o oliwkowej cerze. Długie uszy, lekko skośne oczy, długie, jakby lekko fioletowe włosy. Hall uśmiechnął się na ten widok. Postać zaczęła coś mówić w jakimś obcym, trochę śpiewnym języku.

– Abogama, abogama, samoruen dornek...

Zaskoczony Hall wpatrywał się przez chwilę w ekran, zastopował obraz, a potem zaczął wystukiwać coś na klawiaturze, zastanowił się, dopisał coś jeszcze. I ponownie wcisnął Enter.

Obraz na ekranie ożył.

– Uwaga, uwaga, załogi statków Alfa Jeden, Alfa Dwa – zaczął mówić elf na ekranie. – Komunikat nadzwyczajny. Na Ziemi jest dwunasty kwietnia dwa tysiące szesnastego roku, czasu ziemskiego, lub odbieracie ten komunikat wcześniej, co nas cieszy. Witajcie. W imieniu Rady Naczelnej programu ALFA NOVA, odwołujemy niniejszym wszystkie rozkazy dla załóg Alfa Jeden i Alfa Dwa...

– Ale jaja... – zaśmiał się głośno Hall sam do siebie, wpatrzony w ekran. Nagle, jakby coś sobie przypomniał, zatrzymał obraz. – Czekaj, czekaj, ptaszku, przecież ja ciebie miałem nagrać jeszcze na komórkę... – Wyciągnął z kieszeni spodni telefon, włączył go i zaczął kamerować ekran laptopa. Potem ponownie włączył przekaz.

– ...odwołujemy niniejszym wszystkie rozkazy dla załóg Alfa Jeden i Alfa Dwa – ciągnął swoją wypowiedź elf na ekranie. – Dwa lata po starcie misji Alfa Dwa, potwierdzono aktywne życie w innym rejonie kosmosu, na planecie TRBY 14/10. Oddalona jest ona od Alfy o około czterdzieści dwa lata świetlne. To młoda planeta, wiek około czterech miliardów lat, grawitacja prawie taka sama, jak nasza. I pierwsze badania i te najnowsze, z wielką precyzją wskazują na aktywne życie na TRBY 14/10. Badania potwierdziły, że geologicznie i biologicznie planeta ta jest na etapie odpowiadającym na Ziemi erze mezozoicznej...

Hall zaśmiał się głośno, uważając, aby wszystko dobrze się nagrało na komórkę. Kiwnął głową, jakby nie dowierzając.

– Ja pierdolę... Dinozaury, ha, ha, ha...

– ...bardzo bogate złoża surowców, nienaruszony ekosystem...

– A pewnie, pewnie... Polowania na Dino będą sobie urządzać...

– ...W związku z tym, Rada Naczelna zrezygnowała z wysyłania kolejnej misji na Ziemię, koncentrując wszystkie wysiłki naszej ojczystej planety na programie kolonizacyjnym TRBY 14/10, której nadano nazwę Alfa Dwa... Sygnał, który odbieracie, wysłano tak, aby można go było odebrać, po rozszyfrowaniu, od razu po wylądowaniu Pierwszej ekspedycji. Sygnał czeka na was od dwa tysiące dziesiątego roku...

– Ja pierdolę... – Hall wpatrywał się w ekran z niedowierzaniem.

– ...W związku ze zmianą planów, odwołujemy niniejszym wszystkie poprzednie rozkazy dla Alfy Jeden i Alfy Dwa. Rada Naczelna programu ALFA NOVA przesyła wam nowe rozkazy. Rozkazujemy: Pierwsze. Zniszczyć wszystkie dowody wskazujące na jakąkolwiek naszą obecność na Ziemi. Drugie. Zniszczyć wszystkie dowody wskazujące na nasze cele kolonizacyjne w stosunku do Ziemi. Trzecie. Zero kontaktu z Alfą. Czekać na sygnał od nas, co roku w dniu dwunastego kwietnia, czasu ziemskiego. Czwarte. Działać nadal, jako nielegalni szpiedzy. Zbierać informacje, rozbudowywać bazę. Piąte. Przygotować się na przylot naszej nowej misji, tym razem dyplomatycznej, powtarzam, dyplomatycznej, na Ziemię. Szóste...

Hall nacisnął jakiś klawisz na klawiaturze, zatrzymując przekaz.

– Dobra, dobra. Pogadałeś sobie, a teraz spadaj...

Wyłączył kamerę w komórce i schował ją do kieszeni. Siedział tak chwilę, zamyślony.

– Ale jaja...

Nagle wyciągnął telefon z powrotem z kieszeni, włączył go, przełączył się do Galerii i odtworzył fragment nagrania, żeby sprawdzić, czy coś się w ogóle nagrało.

– ...To młoda planeta, wiek około czterech miliardów lat... – Dobiegł go głos z telefonu.

Hall ponownie wyłączył komórkę i schował ją do kieszeni. Siedział tak jeszcze przez chwilę, aż zaczął mu się pojawiać uśmiech na ustach.

– No... Mam cię, ptaszku...


27.


Bawili się bardzo dobrze, u Stelli na grillu w ogrodzie. Wszyscy byli w wyśmienitych humorach, większość trzymała w rękach jakieś kieliszki czy szklanki z napojami i wchodzili właśnie przez taras do salonu.

– Ale się objadłem... Steki wyśmienite! – powiedział Paweł, idąc powoli za Stellą.

– A mojej sałatki nie pochwalisz? – obejrzała się za siebie z uśmiechem.

– Steki jak zawsze robił Wojtek, a Stella sałatkę – wyjaśnił Hall, podążający za nimi z Jane.

– I wszystko jasne. Cała nasza szefowa – podsumowała Julia, siadając w fotelu przy stole.

– Nasza kochana szefowa – dodała Teresa, zamykając za wszystkimi drzwi tarasowe.

Paweł usiadł wygodnie w fotelu obok Julii, rozparł się, Stella i Teresa podeszły do sofy, żeby na niej usiąść. Hall i Jane, trzymając się za ręce, pozostali na środku salonu, spoglądając na nich z miłymi uśmiechami, pogodnie.

– Dobra – powiedział Hall, starając się naśladować głos Stelli. – Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, a teraz do roboty...

Wszyscy się zaśmiali. Stella i Teresa usiadły sobie wygodnie.

– Ja ci dam, łobuzie jeden. Przedrzeźniać mnie tu będzie! – Stella pogroziła mu palcem.

– No, kochani, a teraz moja kwestia... – Hall spoglądał na nich radośnie. – Jane i ja zapraszamy was wszystkich, bardzo serdecznie, na nasz ślub... Kochamy się, jak już pewnie wiecie, a teraz pobieramy się.

Patrzyli na nich, Jane i Halla, lekko oszołomieni, nadal jeszcze z uśmiechami na twarzach, a po chwili uśmiechy te poszerzyły się u wszystkich jeszcze bardziej.

– No, gratulacje... – Pierwsza zareagowała Stella, wstała i podeszła do nich. – A jak ci się udało go usidlić? – spytała i już całowała Jane w oba policzki, serdecznie. – Przecież to nasz super Hall. – Teraz całowała Halla. – Bardzo się cieszę. Nareszcie wszyscy w komplecie. – Ściskała dłoń Jane.

Teresa też już była przy nich, Julia i Paweł podchodzili, uśmiechnięci wszyscy, radośni.

– Ty draniu! – Teresa z udawanym gniewem, ale i z uśmiechem na ustach, uderzyła Halla pięścią w klatkę piersiową. – A mówiłeś, że kochasz tylko mnie!

Zaśmiali się wszyscy, a Hall porwał ją w objęcia, przytulił mocno i pocałował głośno w oba policzki.

– Pewnie, że cię kocham, Teresko ty moja! Mmm...

Puścił ją po chwili, bo już byli blisko Julia i Paweł, a Jane złapała go ze śmiechem za ucho jak niesfornego uczniaka.

– No, no. Uważaj, co mówisz.

– Ja kocham wszystkie kobiety! W ogóle, cały świat. I nawet te cholerne elfy, a co, też kocham – rzucił rozradowany Hall.

Teresa już się serdecznie całowała z Jane, nawet się uścisnęły mocno, szczerze. Jakoś tak się zakręciły, że Julia nie mogła się do nich dopchać.

– No, puść mnie do nich, Tereska... No... Naprawdę szczerze... – Julia najpierw obcałowała się z rozradowaną Jane... – Naprawdę szczerze... Bardzo się cieszę... To świetna wiadomość... – ...a potem z Hallem. – Ale się porobiło... Super.

– Ale jaja, co? – Teresa stała obok, cała podekscytowana.

– Moje gratulacje, Jane... – Paweł wreszcie przebił się przez tłum, żeby pocałować ją w dłoń, potem w oba policzki. – Hall, no, chłopie... – Ścisnął mu mocno dłoń. – Wszystkiego dobrego... Daj pyska... Piękna z was para... Ach, co to będzie za ślub!...

– Właśnie. A kiedy? – zapytała rozradowana Teresa.

– Chcieliśmy zrobić weselisko na Boże Narodzenie, wiecie, tak klimatycznie, świątecznie... – Wyraźnie rozpromieniony Hall spoglądał na nich z szerokim uśmiechem. – Ale robimy za miesiąc.

Wszyscy bez wyjątku parsknęli śmiechem.

– No pewnie. Wszystko jasne – rzuciła Teresa. – Tylko powiedzcie mi, proszę, kto tu się bardziej starał, co?

Nastąpił kolejny wybuch śmiechu.

– Jakoś tak wyszło – odparł szybko Hall, wzruszając ramionami.

– Wyszło?.. Czy weszło?... – rzuciła równie szybko Julia, po czym rozległa się kolejna salwa serdecznego śmiechu.

– A kiedy wy się zaręczyliście? – spytała Stella, kiedy udało jej się opanować śmiech.

– Wczoraj. – Hall z udawanym zdziwieniem wzruszył ramionami.

– Ty stary kogucie... – Teresa uśmiechnęła się do niego serdecznie.

– No, no... Tylko bez takich, Tereska. Teraz to ja jestem poważny gość. Zaobrączkowany.

– Jane – spytała Julia, – a ty się nie boisz, że on będzie chciał... No wiesz?...

– E, gadanie. – Uśmiechnięta, szczęśliwa Jane machnęła lekceważąco ręką. – Już ja go przypilnuję, nie bój się. – Z udawanym gniewem spojrzała na Halla.

– Mogę jej nie zdradzać. – Wpatrywali się sobie głęboko w oczy. – Nie mam z tym żadnego problemu. A odrobina strachu... – Spojrzał na pozostałych z lekkim uśmiechem i, lekko mrużąc oczy, powiódł ręką dookoła jak jakiś dyrygent. – ...przecież ani jej, ani mnie, nie zaszkodzi.

– Uważaj... – Jane ze śmiechem dała mu kuksańca w bok.

– Ech, ty... – Teresa pokiwała głową z radosnym uśmiechem.

-- Mała szczypta soli daje cały smak. – Powiódł po wszystkich wokół rozradowanym wzrokiem, naprawdę szczęśliwy... – Ech, życie jest pię–ękne...




  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×