Przejdź do komentarzyMichaił Sałtykow-Ssiedrin - Ród Gołowliowych. Rozdział 2 - Jak to w rodzinie/3
Tekst 122 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-04-08
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń178

Pierwszym ciosem dla nieograniczonej władzy Ariny Pietrowny było nie tyle samo zniesienie pańszczyzny, ile przygotowania, które to zniesienie poprzedzały. Początkowo tylko słuchy, potem szlacheckie zebrania z ich adresami, później gubernialne komitety, jeszcze później komisje redakcyjne - wszystko to trwożyło i siało zamęt. Fantazja Ariny Pietrowny, i bez tego aż nadto bogata, przed jej oczyma rysowała całą masę bzdur. To raptem do głowy przyjdzie pytanie: jakżeż to ja teraz nazywać będę Agaszkę? chyba Agafiuszka... czy też może wypadnie tytułować ją Agafią Fiodorowną! To znowu wyobraża sobie, jak chodzi po pustym dworze, a tu ciżba zebrała się w czeladnej, i tak wcinają, aż uszy im się trzęsą! Jak obżarstwo się znudzi - pod stół resztki zrzucą! Albo inny obrazek: zagląda do piwnic, a tam Julka z Fioszką tak te poliki se napychają, tak napychają! Już miała je skrzyczeć - i w pół słowa zamarła. *Jakżeż to im co teraz powiedzieć! Toż oni już wolni, nawet sądu na nich nie ma!*


Jakby nonsensowne nie były podobne głupstwa, jednak to właśnie z takich drobiazgów tworzy się potem cała fantastyczna rzeczywistość, która z głową wciąga człowieka i całkiem paraliżuje jego działania. Ni stąd, ni zowąd Arina Pietrowna wypuściła ster rządów i w ciągu dwóch ostatnich lat nic tylko załamywała ręce:


- Choćby już cokolwiek! niechby już nawet i jaśniepaństwo przepadło! a tu pierwsza odezwa! odezwa druga! ni bogu świeczka, ni diabłu!


W tym czasie, w sam chaos komitetów, zmarł też jej mąż, Władimir Michajłycz. Odszedł na tamten świat pogodzony ze wszystkim, wyciszony, wyrzekłszy się Barkowa i swoich *kupletów*. Ostatnie jego słowa brzmiały:


- Błogosławię mego Boga, że nie dopuścił, bym stanął przed jego majestatem razem z tym bydłem!


Scena ta głęboko zapadła w chłonną duszę Ariny Pietrowny, i śmierć męża wraz z fantasmagoriami o przyszłości w jej oczach całemu dziedzictwu Gołowliowa przydały jakiegoś beznadziejnego kolorytu. Jak gdyby i dwór, i wszyscy jego mieszkańcy - wszystko razem szykowało się ku zagładzie.


Porfiry Władimirycz z nielicznych skarg, wylanych w listach matki, ze zdumiewającą intuicją odgadł ten zamęt, jaki zawładnął jej zamysłami i planami. Już nie czyniła jak dawniej wymówek i nie pouczała, a przede wszystkim pokładała nadzieję w bożej pomocy, *która w naszych lekkomyślnych czasach nawet sług nie pozostawia, co dopiero zaś tych, co swoim dostojeństwem byli najtrwalszym oparciem i ozdobą cerkwi.* Judaszek instynktownie pojął, że skoro mamunia zaczyna zsyłać się już na niebiosa, to znaczy, że w głębi duszy skrywa jakąś dojmującą otwartą ranę. I wykorzystał to z właściwą sobie lisią chytrością.


Tuż przed zakończeniem kwestii uwłaszczenia całkiem niespodziewanie zawitał do Gołowliowa i zastał matkę przybitą, nieledwie zamęczoną.


- I co? jak? Co mówią w Petersburgu? - było jej pierwszym pytaniem po wzajemnym powitaniu.


Porfisza spuścił głowę i siedział w milczeniu.


- No, nie! wejdź, proszę, w moje położenie! - ciągnęła Arina Pietrowna, po minie syna zgadując, że dobrego nie ma co i wyglądać, - samych poganek dziewek siedzi u mnie teraz ze sztuk 30 - co z nimi robić? Jak zostaną na moim karku - to czymże ja je wykarmię? Dziś mam wszystkiego w bród: i kapustki, i kartofelków, i chlebka, to i posilamy się do syta, bogu dzięki! A nie ma ziemniaczków - kapuśniaku nagotować przykażesz; kapustki zabraknie - ogóreczkiem nadgonisz! Toż wtedy przecież ja sama będę musiała na ten bazar biegać, za wszystko pieniążkiem płacić, kupować, pod nos podtykać - gdzież to ja taką hordę wyżywię!


Porfisza patrzył miłej mamuni w twarz i gorzko na znak współczucia się uśmiechał.


- Jak ich wszystkich na cztery wiatry rozpuszczą: lećcie, kochaniutcy, gdzie was oczy poniosą! - to ja nie wiem! Nie wiem, nie wiem, nie wiem, co z tego będzie!


Pijawka uśmiechnął się, jakby i jemu również bardzo zabawnym wydawało się to, *co z tego będzie*.


- Nie, mój kochany, ty się nie śmiej! To sprawa tak poważna, tak istotna, że chyba tylko jeśli jeden bóg da im rozum - to wtedy... Powiem choćby o sobie: przecie i ja nie kość ogryziona, i mnie też gdzieś trzeba urządzić. Co ze mną? Przecie jakieś kształcenie i ja otrzymałam? Potańczyć i pośpiewać, gości przyjąć - cóż ja teraz bez tych swoich poganek pocznę? Ni co podać, ni ugościć, ni co ugotować choćby tylko dla samej siebie - przecież ja, kochany, nic nie umiem, nic nie potrafię!

  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Dzięki Pani tłumaczce, mamy niezłą lekturę, na wolne chwile.
© 2010-2016 by Creative Media
×