Przejdź do komentarzyMichaił Sałtykow-Ssiedrin - Ród Gołowliowych. Rozdział 2 - Jak to w rodzinie/11
Tekst 130 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-04-13
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń181

- Bliskim swym byt zabezpieczyć, - dodała, patrząc w okno.


Paweł Władimirycz leżał bez ruchu i i ostrożnie wykaszlał się, żadnym gestem nie okazując, słucha czy też nie. Rozpacz matki wyraźnie już mu dokuczyła.


- Kapitał można przecież za życia z rąk do rąk przekazać, - mówiła, między wierszami rzucając czytelną propozycję i ponownie pod światło oglądając swoje ręce.


Chory drgnął, lecz matka nie zauważyła tego i swoje ciągnęła dalej:


- Kapitał, kochany... nawet samo prawo przewiduje jego przekazywanie. Bo to rzecz nabyta: wczoraj był, a dzisiaj już go nie ma. I nikt nie może żądać wtedy rachunku - komu chcę, temu i oddaję.


Paweł Władimirycz nagle złośliwie zachichotał.


- A co? historię Pałoćkina pewnieście sobie przypomnieli! - zasyczał. - Ten też *z rąk do rąk* żonie kasę swoją przekazał, a ta z kochankiem uciekła! Na koszt mężulka!

- Ja, mój drogi, kochanków nie mam!

- To uciekniecie bez kochanka... z kapitałem!

- Jak ty mnie dobrze znasz!

- Nie, wcale nie znam... Na cały powiat głupka ze mnie-ście zrobili - no, i świetnie! jestem tym ostatnim durniem patentowanym! I niech nim będę! Patrzcie tylko, co wymyślili - kapitał im daj z rąk do rąk! A samemu co? Na żebry pod cerkiew, do klasztoru czy gdzie przykażecie mi iść potem skórę ratować i stamtąd patrzeć, jak będziecie się tymi moimi pieniędzmi rozporządzali?


Wypowiedział to jednym tchem, z narastającym ponurym gniewem i denerwując się, aż całkiem zaniemógł. Najmniej przez kwadrans potem kaszlał ze wszystkich sił tak, że aż dziw, iż tak żałosny szkielet ludzki tyle jeszcze miał w sobie mocy. W końcu wrócił mu spokojniejszy oddech, i przymknął powieki.


Arina Pietrowna w zagubieniu rozejrzała się dookoła. Ciągle jeszcze do tej chwili nie wierzyła w swoją klęskę, teraz zaś definitywnie utwierdziła się, że każda jej następna próba przekonania umierającego może jedynie przyśpieszyć moment kolejnego tryumfu Pijawki. A ten już stawał przed oczyma wyobraźni matki. Oto idzie za trumną brata, oddaje mu swój ostatni pocałunek Judasza, i dwie paskudne łezki pociekły mu po policzkach. Oto i opuszczono trumnę do dołu; *żegnaj, bracie!* woła Porfiszka trzęsącymi wargami, wznosząc oczy do nieba i starając się przydać głosowi nutę cierpienia, w ślad za czym półobrotem zwraca się do Ulituszki za nim i szepce: kutię, nie zapomnijcie kutię wziąć do domu! i na czyściutkim obrusiku postawcie... żeby braciszka i tam u nas jeszcze raz uczcić! Oto skończyła się już stypa, w trakcie której Judaszek bez wytchnienia wychwala przed popem zasługi nieboszczyka i ze strony swego słuchacza otrzymuje pełną aprobatę dla tychże pochwał. *Ach, bracie, bracie! nie zechciałeś pożyć z nami!* woła, wychodząc zza stołu i podnosząc dłonie do góry pod błogosławieństwo ojczulka. Oto wszyscy, bogu dzięki, już wreszcie sobie pojedli i nawet wyspali się po sytym obiedzie. Judaszek przechadza się teraz jak panisko po swoich już pokojach dworu w Dubrowinie, przejmuje meble i rzeczy, wciąga je do rejestru i od czasu do czasu podejrzliwie spogląda na mamunię, jak ma jakieś wątpliwości.


Wszystkie te nieuniknione sceny miotają się przed oczyma Ariny Pietrownej, i jak żywy dźwięczy w jej uszach przenikliwie maślany głos Krwiopijcy, zwrócony do niej:


- A pamiętacie, mamuniu, brat miał takie złote spinki do mankietów... śliczne takie, zakładał je jeszcze na święta... i gdzie to się one podziały - pojęcia nie mam!


Nie zdążyła jeszcze zejść z antresoli na dół, jak na pagórku przy cerkwi już ukazała się znana kolaska, w cztery konie zaprzężona. Na honorowym miejscu, bez czapki zasiadał Porfiry Gołowliow i czynił na mijany chram znak krzyża; naprzeciwko niego siedzieli dwaj jego synkowie, Pietieńka i Wołodieńka. Serce matki skoczyło do gardła: *Poczuł sęp, że trupem zalatuje!* - pomyślała; bliźniaczki też się wylękły i bezradnie tuliły do babci. W domostwie, dotąd tak cichym, raptem wszczął się alarm: trzasnęły kolejne drzwi, wylegli ludzie, rozległy się krzyki: pan jedzie! pan jedzie! - i wszyscy mieszkańcy dworu hurmem wysypali na główny ganek. Jedni żegnali się krzyżem świętym, inni po prostu stali, wyczekując, każdy jednak dobrze wiedział, iż to, co było, jak ten złoty sen już minęło i stanowiło jedynie krótkie preludium, że dopiero teraz nastanie to prawdziwe, rzeczywiste, z prawdziwym z krwi i kości gospodarzem u sterów. Wielu starym zasłużonym sługom *za poprzedniego pana* wydawano miesięczną pensję; wielu swoje krowy trzymało na pańskim sianie, miało ogrody i w ogóle *żyło swobodnie*; ma się rozumieć, wszystkich interesowało pytanie, czy ten ich *nowy pan* pozostawi stare porządki, czy też zmieni je na te w Gołowliowie, o którym to wszak sporo od lat słyszano.

  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Dla mnie świetne.
avatar
Cały rozdział pierwszy *Rodu Gołowliowych* można przeczytać na www.latarnia-morska.eu. Nie chciało mi się dublować całej tej pracy, więc znajomość z bohaterami tej powieści zaczynamy tutaj od scen rodzinnych we dworze w Dubrowinie.

Jak u A. Hitchcocka dalej będzie już tylko straszniej i straszniej
© 2010-2016 by Creative Media
×