Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - Ród Gołowliowych, rozdz. III - Bilans rodzinny
Tekst 142 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-04-28
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń143

Że kiedyś może nastąpić chwila, gdy sama stanie się *zbyteczną gębą* - nigdy jakoś nad tym Arina Pietrowna nie pomyślała. I oto chwila ta podkradła się - i podkradła akurat wtedy, gdy staruszka na własnej skórze odczuła, że moralne i fizyczne jej siły już zostały nadszarpnięte. To zawsze przychodzi nieoczekiwanie; często bywa, że człek, od dawna nadłamany, nadal się krzepi, w sobie przemaga i stoi twardo jak przedtem - aż tu raptem skądsiś z boku pada ostateczny cios. Przypilnować ten moment, mieć świadomość jego zbliżania - jest bardzo trudne; należy po prostu w milczeniu poddać się, bowiem jest to ten sam cios, który z dzielnego zucha w okamgnieniu i bezapelacyjnie czyni z nas jedno rumowisko.


Niewesołe było przed laty położenie Ariny Pietrownej, kiedy, zerwawszy z Judaszkiem, opuściła z sierotkami swoje Gołowliowo i zamieszkała w Dubrowinie, lecz wówczas przynajmniej wiedziała, że Paweł Władimirycz, chociaż koso patrzy na ich wtargnięcie, przecież jest człowiekiem dostatnim, dla którego dodatkowy kęs dla niej i bliźniaczek nie stanowi różnicy. Obecnie sprawy przyjęły całkiem inny obrót; oto dziś stała na czele rodziny, gdzie wszystkie *kęsy* były skrupulatnie liczone. Dobrze znała ich cenę, bo, spędziwszy życie na wsi, w kontaktach z prostym ludem dokładnie przyswoiła sobie owo chłopskie pojęcie o stratach, jakie przynosi każda *zbyteczna gęba* w gospodarstwie i bez tego mizernym. Jednak tuż po przeprowadzce do Pogoriełki z początku pokrzepiała się na duchu, zaaferowana urządzała swoje nowe gniazdko i wykazywała jak dawniej jasność w zarządzaniu także tym mająteczkiem. Gospodarstwo obecne wszakże było żmudne, drobiazgowe, wymagało nieustannie osobistego nadzoru, i chociaż na wstępie z entuzjazmu sądziła, iż osiągnięcie dobrego bilansu tam, gdzie z kopiejek tworzą się rubelki, a z rubelków setki, nie będzie żadną filozofią, prędko jednak musiała przyznać, że jest to przekonanie mylne. Filozofii istotnie w tym nie było, ale także nie było ni poprzedniej ochoty, ni dawniejszych sił.


W dodatku nastała już jesień, i to w szczytowym momencie prac na wsi; zaczęły się słoty, co kładło mimowolny kres wysiłkom Ariny Pietrowny. Pojawiły się starcze niedomagania, nie pozwalające na wychodzenie z domu, jesienne wieczory stały się długie i tęskne, skazując wszystkich na fatalną bezczynność. Staruszka denerwowała się i rwała do działania, lecz nic nie mogła uczynić, całkiem nic.


Nie mogła też nie zauważyć, że coś niedobrego dzieje się również z sierotami. Niepokoiły je jakieś niesprecyzowane plany przyszłości - plany, w których rojenia o własnej pracy szły w parze z marzeniami o przyjemnościach, naturalnie, jak najniewinniejszego rodzaju. Były to i wspomnienia z pensji, gdzie się wychowywały, i przeczytane wyrywkami idee o ludziach czynu, i nieśmiała nadzieja pochwycenia jakiejś szansy z pomocą znajomości wyniesionych z instytutu dla dziewcząt i wejścia tym sposobem na szerokie salony, w jasne królestwo ludzkiego żywota. Nad całym tym zamętem w głowach panienek górowała jedna dokuczliwa i bardzo konkretna myśl: wszelkimi siłami opuścić wstrętną Pogoriełkę.


I oto pewnego pięknego poranka Aniusia i Liubusia oświadczyły babci, że dłużej pozostawać na tej wsi nie mogą i nie chcą. Że to do niczego niepodobne, że one w tej Pogoriełce nikogo prócz popa nie widują, a i ten na ich widok nieustannie, nie wiedzieć czemu, wszczyna jakieś gadki o dziewicach, co pogasiły swoje kaganki, i że w ogóle - *tak nie można*. Obie mówiły ostrym tonem, bo bały się babcinego zakazu, i tym bardziej dodawały sobie odwagi, im bardziej oczekiwały z jej strony płomiennego gniewu i sprzeciwu. Lecz - dziwna rzecz - Arina Pietrowna wysłuchała ich narzekań nie tylko bez złości, ale nawet nie przejawiając pokusy jałowego pouczania, w co tak obfituje bezsilna starość. Niestety! Była to już nie ta władcza niewiasta, która w nie tak przecież odległych czasach stanowczo oznajmiała: *Wyjadę do Choćkowa i wnuczki zabiorę ze sobą*.


W przemianie tej brała swoje nie tylko starcza niemoc, ale i przebudzone zrozumienie tego, co jest tak naprawdę najważniejsze, lepsze, bardziej sprawiedliwe. Ostatnie przejścia nie tylko ją wyciszyły, lecz także oświetliły również te zakątki jej horyzontów, gdzie widocznie jak dotąd myślą nigdy jeszcze nie zaglądała. Zrozumiała, że w każdej istocie kryją się określone dążenia, które długo mogą drzemać, jednak, raz rozbudzone, nieodparcie ciągną człowieka tam, gdzie przeziera promień jego sensu życia, ten niosący ulgę promień, jakiego od tak dawna wypatrywały oczy pośród beznadziejnej mgły teraźniejszości. I raz pojąwszy zasadę podobnej przemożnej determinacji, nie miała już sił, by z nią walczyć. Co prawda namawiała wnuczki, by odstąpiły od swego zamiaru, jednak robiła to słabo, bez przekonania; niepokoiła ją przyszłość sierot, tym bardziej, że sama nie miała żadnych znajomości w tzw. wielkim świecie, ale wszak czuła, że rozłąka z dziewczętami to nieuchronna konieczność. Co będzie z nimi? - pytanie to co i rusz powracało ze zdwojoną siłą, przecież ani tym, ani żadnym innym nawet straszniejszym pytaniem nie powstrzymasz kogoś, kto wyrywa się ku swobodzie. A sierotki tylko to jak te nakręcone powtarzały - rzucić Pogoriełkę!


I rzeczywiście, po kilku wahaniach i odroczeniach terminu, uczynionych z myślą o nerwach babci - wyjechały.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×