Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - Ród Gołowliowych, rozdz. IV - Siostrzeniczka/12
Tekst 174 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-05-27
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń116

Bezwstydne kose spojrzenia Judaszka na jej biust natychmiast jej przypomniały, że za jej plecami wyrósł jakiś straszny garb, z którym skwitować się nie będzie tak łatwo. I kiedy po naiwnych pytaniach służby w Pogoriełce, po znaczących westchnieniach woplińskiego batiuszki i jego popadii, a także po kolejnych kazaniach Pijawki została sam na sam ze sobą, gdy wszystkie te przeżycia na spokojnie rozważyła, miała już niezbitą pewność, iż tamta *panienka* odeszła na zawsze, że odtąd dla wszystkich pozostanie jedynie komediantką z żałosnego teatru, i że położenie rosyjskiej aktorki bardzo nieznacznie różni się od sytuacji pierwszej lepszej dziewki spod latarni.


Dotychczas żyła jak we śnie. Obnażała się w *Pięknej Helenie*, grała pijaną w *Pericoli*, śpiewała wszelakie bezeceństwa we *Fragmentach hercogini Herolstein*, a nawet żałowała, że na teatralnych deskach nie jest przyjętym przedstawianie ,,la chose,, i ,,l`amour,,*); wyobrażała wówczas sobie, jakżeż uwodzicielsko poruszałaby kibicią i z jakim szykiem kręciła trenem swojej sukni. Nigdy jednak do głowy jej nie wpadło głębiej się zastanowić nad tym, co tak naprawdę na scenie robi. Starała się jedynie, żeby w jej grze wychodziło wszystko u niej *miło*, *elegancko* i jednocześnie podobało się oficerom z kwaterującego w mieście pułku. Czym wszakże są i jakiego rodzaju wrażenia wywołują w tych oficerach jej cielesne poruszenia - o to siebie nie pytała.


Wojskowi stanowili w teatrze gross widowni, więc wiedziała, że to od nich zależał jej sukces. Wdzierali się za kulisy, bezceremonialnie dobijali do drzwi jej garderoby, nawet kiedy była jeszcze na wpół rozebrana, zwracali się do niej poufale - a ona patrzyła na to jak na zwykłą formalność, rodzaj nieuniknionej konieczności rzemiosła aktorskiego, i pytała siebie wyłącznie o to, czy *miło* odgrywa w tych okolicznościach przypisaną sobie rolę. Ciała swego ani duszy jednak nie traktowała jako własności publicznej. I oto dzisiaj, kiedy ponownie przez moment poczuła się *panienką*, zrobiło się jej wprost nie do zniesienia wstrętnie. Miała wrażenie, jakby zdjęto z niej wszystko do ostatka i wyprowadzono taką nagą na widok dla pospólstwa; jakby te podłe oddechy, skażone oparami wina i stajni, za jednym zamachem ogarnęły ją od stóp do głowy; jakby na całym ciele poczuła dotyk tych spoconych rąk, oślinionych warg i błądzenie zmąconych, pełnych fizycznej żądzy oczu, żądających od niej odpowiedzi, czym jest ta *la chose*?


Dokąd pójść? gdzie zrzucić ten swój garb, co przygniatał jej ramiona? Pytanie to beznadziejnie miotało się jej po głowie, nie znajdując i nawet nie szukając rozwiązania. Toż i to było swego rodzaju snem: zarówno tamto życie, jak i dzisiejsze przebudzenie - wszystko było snem. Zmartwiła się dziewuszka, rozżaliła - nic więcej. Przejdzie i to.  Bywają dobre chwile, bywają też gorzkie - tak to już jest, normalna kolej rzeczy. I jedne, i drugie zawsze prześlizgują się w niebyt, w niczym nie zmieniając raz rozpoczętej drogi. Żeby nadać sobie całkiem inny kierunek, niezbędny jest wielki uporczywy wysiłek, potrzeba nie tylko moralnej, lecz i fizycznej odwagi.


To prawie jak samobójstwo. Chociaż przed nałożeniem na siebie swoich własnych rąk przeklinasz swój los, choć dobrze wiesz, że śmierć dla ciebie to wybawienie, jednak narzędzie tej śmierci mimo to drży w twojej dłoni, nóż ześlizguje się po gardle, kula z pistoletu zamiast trafić prosto w łeb, celuje niżej, masakruje. Tak jest i tu, tylko jeszcze trudniej.  Tu również musisz zabić swoje poprzednie *ja*, lecz - uczyniwszy to - samemu przecież wciąż nadal żyjesz. Owo *nic* (w samobójstwie klasycznym osiągane przez błyskawiczny spust cyngla) - tutaj, w tym szczególnym indywidualnym przypadku, które nazywamy *odnowieniem*, *zmartwychwstaniem* osiąga się dzięki nieskończonemu szeregowi surowych, nieledwie ascetycznych usiłowań i zmagań. I otrzymuje się w finale jednak *nic*, gdyż nie da się nazwać normalnym istnienie, którego codzienną treścią jest wyłącznie sama walka ze sobą, wyrzeczenia i blokada starych potrzeb. Kto ma zniewieściałą wolę, kto jest nadgryziony przez robaka łatwego życia - temu na samą perspektywę podobnego *odnowienia* zakręci się w głowie. I instynktownie, odwracając się i zamknąwszy oczy, wstydząc się siebie i zarzucając sobie małoduszność - ten ktoś ponownie podąży swoją dawną utartą koleiną.


Ach! wielka to rzecz - życie wypełnione pracą! Lecz dostępne  jest ono wyłącznie dla tych silnych duchem oraz tych, co zostali na nią skazani przez jakiś przeklęty grzech. Jedynie dla nich nie jest ono straszne. Ci pierwsi, rozumiejąc sens i potencjał trudu, potrafią w nim odnaleźć radość i swoje spełnienie; dla tych drugich codzienna praca jest przede wszystkim wrodzonym obowiązkiem, a dopiero później - nawykiem.


.........................................................


*) ,,la chose,, i ,,l`amour,, - z francuskiego *te rzeczy*, miłosne sceny

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×