Przejdź do komentarzyKonstantin Simonow - Przypadek Połynina /12
Tekst 255 z 255 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2020-01-22
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń207

Siedzieli jeszcze razem dobrą godzinę jak nie więcej, zagryzając toasty wszystkim, co było w kuchni: czarnym chlebem, jajecznicą na skwarkach, blaszanką szprotek, konserwami z mięsem, kiszonym ogórkiem; ktoś chciał nawet postawić na stole angielską szynkę w słynnej sporej trójkątnej konserwie, lecz Połynin, odwróciwszy się i zauważywszy to, machnął na nich ręką, żeby odnieśli to z powrotem: częstować sąsiadów ich własną wieprzowiną po prostu nie uchodziło.


Kiedy ich odprowadzali, major Henniger - który niewiele wypił i z początkowo wesołego gadatliwego gościa zrobił się teraz kwaśny i milczący -  zasiadł za kierownicą *jeepa*, dwaj Bruce`owie i Coller wleźli do tyłu, a pijany, spłakany kapitan Clark usadowił się na przednim siedzeniu obok kierowcy. Krzepko ściskając dłoń pułkownika, powiedział mu jakąś długą uczuciową frazę, której Henniger nie zechciał przetłumaczyć, a Gawriuszyn nie zdążył usłyszeć. I Połynin nigdy już nie dowiedział się, co to było takiego, ponieważ dwa dni później kapitan Clark zginął w walce, wpadłszy z samolotem do Zatoki Murmańskiej.


Henniger, zrywając pożegnanie, dał gniewny klakson, i samochód odjechał.


Pułkownik odprowadził wzrokiem ich odjazd, podniósł głowę i spojrzał w niebo. Zorza polarna, zimno pobłyskując, nieśpiesznie przetaczała się przez cały fimament, i Połynin nagle ujrzał oczami wyobraźni siebie, jak, nabrawszy szybkości, leci teraz na pułapie pięciu tysięcy metrów nad Moskwą, uczepiony gdzieś na drugim lśniącym jej końcu.


- Gricko! - postawszy na zimnie, zawołał. - Majorze Gricko!

- O co chodzi? - powiedział ten, stojąc tuż za nim.

- Idziemy?

- Ano, chodźmy, - rzekł major. - Tylko musisz zabrać swoją futrzaną kurtkę.


I zawrócił do stołówki, przyniósł położoną przy piecu gorąco nagrzaną jego kurtkę i narzucił mu na ramiona.


- Dziękuję, - powiedział Połynin, i, poskrzypując na mrozie futrzanymi untami*), poszli do ziemianki, gdzie razem mieszkali.



3



Godzinkę może pospawszy, wstali z prycz i razem wypili termos mocnej herbaty. Pułkownik chciał jeszcze zwizytować ziemianki swoich lotników, lecz noga wciąż mu jeszcze dokuczała, i postanowił odłożyć to na jutro.


- No, i na co masz tam łazić? - rzekł do niego Gricko, który poza służbą zwracał się do swojego przełożonego jak do przyjaciela, - jedni śpią, drudzy kończą swoje przepustki, jeszcze inni trzeźwieją... U Guliajewa siedzi ważna panienka z Wojentorga**), i sam widziałem, jak ona w stronę jego ziemianki skręcała, - a ty tam poleziesz i wszystkim przeszkodzisz. - I, przedrzeźniając, dodał: *Towarzyszu pułkowniku, pozwolicie kontynuować zajęcia?..*



....................................................


*) unty - futrzane *eskimoskie* wygodne zimowe buty; w Rosji za kręgiem polarnym mieszkają ich właśni rdzenni *Eskimosi*;


**) Wojentorg - cywilna /kobieca/ organizacja, związana ze służbą na rzecz wojny

  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Dziękuję, przeczytałam o kolejnych losach Połynina. A tak żartując, musieli wiele toastów wypić, skoro zagryzali. Rosjanie słyną z tego, że nie zagryzają... "Po pierwszej szklance nie zagryzam" powtarzają bodajże (chyba się nie mylę?) za Sokołowem z "Losu Człowieka". ;)
avatar
Miłego dnia życzę! :)
© 2010-2016 by Creative Media
×