Przejdź do komentarzyDorosła blond Zosia-Samosia
Autor
Gatunekprzygodowe
Formaproza
Data dodania2020-02-19
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń233

Dorosła blond Zosia-Samosia


Jestem samowystarczalna. Mam tak z natury. Taką mnie rodzice spłodzili i nic poradzić na to nie mogę… I chcąc nie chcąc, idę sobie przez życie jako… Zosia-Samosia:


„Bo ja sama wszystko wiem

I śniadanie sama zjem,

I samochód sama zrobię

I z wszystkim poradzę sobie!”

(J.Tuwim)


No, serio! Często tak mi się wydaje, że ze wszystkim sama sobie poradzę. A często też i radzę. Jasne, że są też pewnie sytuacje albo rzeczy, z którymi jednak ni jak poradzić sobie nie mogę, lecz zawsze wpierw próbuję To taki wewnętrzny mus. Ale kiedy do mojej blond palicy wreszcie dotrze, że nic, że kicha, że samej mi nie wyjdzie to czy tamto, to jakoś niekomfortowo się wtedy czuję. Dlaczego? No jak to dlaczego, bo muszę kogoś o pomoc poprosić. Zosie-Samosie już tak mają. Wiem, że niezbyt to dobra cecha. Ale cóż zrobić? Takie nie sieją. Takie się rodzą.

Dziś zabrałam się za moje auto. Odkurzanie, mycie, polerowanie. Wszystkie te prace szły mi na rockowo, bo też i w rytmie rock and roll`a. To mój ulubiony gatunek muzyki do czynności sprzątania. Bo do samej już jazdy to ja techno preferuję. No dobrze, wypucowałam ja te swoje autko z każdej strony i na koniec zabrałam się za kontrolę wszystkich „płynów fizjologicznych”. Nie, nie moich, auta. Podniosłam klapę (no, tę z przodu, bo z tyłu to mam bagażnik) i najpierw zabrałam się za:


1. Płyn hamulcowy. Zaglądam do zbiorniczka jak sroka w kość i stwierdzam, że jest pełny. No, super! Ale że ja taka nadgorliwa, dla całkowitej pewności sprawdzam dalej. W tym celu spuszczam jeszcze dźwigienkę hamulca ręcznego i zerkam, czy kontrolka gaśnie. O, zgasła. A to już dobitnie świadczy o tym, iż wszystko jest okey.


2. Płyn chłodzący. To łatwizna do sprawdzenia. Wszak jest kolorowy i widać wyraźnie przez ściankę zbiornika ile jego jest. Ha, mam go tyle ile trzeba. Wyraźnie widzę, że jego poziom zarysowywuje się pomiędzy znakami minimum a maksimum. A to właśnie jest ten właściwy poziom.


3. Płyn do spryskiwacza. Łeee, to jeszcze większa łatwizna do sprawdzenia. Zbiorniczek jest przeźroczysty i nawet największa ślepota... o przepraszam, niedowidzący, zauważy ile jego jest. Ja może aż taką ślepotą nie jestem, ale lubię do końca sprawdzić, więc otwieram jeszcze korek wlewu zbiorniczka i zapuszczam żurawia do środka. A nie, jednak trochę muszę dolać. Dobra, już dolewam, i to razem z tym nowo zakupionym płynem zapachowym o nazwie „Zielone jabłuszko”. Ależ mi będzie w autku pachniało.


4. Olej silnikowy. To pestka, żadne tam wielkie sprawdzanie. Bagnecik sterczy sobie tylko palucha trzeba w jego kółeczko wsadzić i ciągnąć do góry. No! Wyciągnęłam. Wycieram chusteczką higieniczną jego końcówkę z oleju (bo też żadnej już czystej szmatki na podorędziu nie mam) i jeszcze raz wsadzam go do środka miski olejowej… i wyjmuję na powrót. No i proszę, z końcówki bagnetu odczytuję, iż oleju też mam tyle ile trzeba. Widzę wyraźnie odbitą kreseczkę oleju pomiędzy minimum a maksimum. A to jest właśnie tyle ile trzeba. Cieszę się bardzo, bo to oznacza, że od ostatniego pomiaru nic nie ubyło. Silnik nie zżera oleju… Hurrraaa! Serce mojego autka pracuje jak się patrzy.





Kiedy tak zadowolona stoję z bagnetem w ręce, podchodzi do mnie sąsiad z naprzeciwka i rechocze na mój widok. Nie wiedziałam o co facetowi chodzi, ale że jestem po porządnej kindersztubie, uśmiecham się do niego i witam:

— Dzień dobry, panie Stanisławie!

— A dzień dobry, dzień dobry, sąsiadko! Widzę, że się autka dogląda. No, z pani to naprawdę zaradna kobitka… choć blondynka… — wyhamowując rechot, skrzekliwym głosem zwraca się do mnie pan Stanisław.

— Ejże, panie sąsiedzie, bo się pogniewamy! — zawołałam wesoło, przerywając mu. — A cóż to pan ma przeciw blondynkom?

— A nic, nic, uchowaj Boże! Ale kiedy przez okno zauważyłem jak pani grzebie przy aucie, to przypomniał mi się taki kawał. Specjalnie przyszedłem, żeby go pani opowiedzieć. A więc niech pani słucha:


Blondynka dzwoni do warsztatu samochodowego:

- Coś mi spod auta kapie, takie ciemne, gęste...

Mechanik:

- To olej.

Blondynka:

- OK., to oleję!


No myślałam, że go oleję, tj. poleję… i to olejem prosto z miski olejowej. Też mi dowcip wydeklamował! Ot i los blondynki… Zosi-Samosi.



  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Ależ, olej to.
avatar
Ależ, jasne, że bez olania się nie obeszło... Olej z bagnecika trzymanego przez blond Zosię-Samosię w ręku nakapał na buty sąsiada. Niechcący, ma się rozumieć. ;D
avatar
:) Jedna poprawka: *ni jak - nijak (razem).
PS. Znam ten dowcip, tylko w bardziej hardcorowym wydaniu:
Żona dzwoni do męża:
- Kochanie, świeci mi się takie czerwone, jakby konewka do podlewania kwiatów i z niej kapie...
- Olej!!!
- Dobra, olewam. Paa, jadę, bo się śpieszę...
avatar
Oczywiście, że razem, Hardy... Sie wie. Nijak nie mogę pojąć, dlaczego jest osobno. :)
Dziękuję również za inną wersję dowcipu. Dobrze, że chociaż Twoja bohaterka blondynką nie jest. ;)
© 2010-2016 by Creative Media
×