Przejdź do komentarzyWiarygodność chwilowo słuszna
Tekst 53 z 85 ze zbioru: ŻYCIE W NIEBYCIE
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaartykuł / esej
Data dodania2020-12-31
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń892


Nie można umieć na 100%. Człowiek pobieżny, uważający się za erudycyjnego macho, popełnia śmiertelny grzech próżności: ma skażone, toksyczne, wąskie pole manewru, dysponuje chybotliwym zestawem argumentów, które są w zasadzie słuszne, niejako właściwe i ogólnie wyznawane: dopóki nie puknie się w głowę i nie odkryje nowych.


Ulega czarom samo pychy: im mniej wie, tym łatwiej mu lawirować pomiędzy interpretacjami. Orientuje się co prawda, że komuś biją dzwony, lecz co to za powód do dumy, skoro nie zna ich znaczenia dla samotności dzwonnika, ma blade rozeznanie o jego rodzinie i jeszcze skromniejsze pojęcie o ilości spróchniałych schodów prowadzących na wieżę, gdzie mieszka, nie mówiąc o ewolucji ludwisarstwa w Kolumbii.


Lecz kiedy już nareszcie przekopał się przez encyklopedyczną wiedzę o kraju, skąd bije dzwon, i gdy stał się niekwestionowanym autorytetem w temacie „Kolumbia”, jedzie po mapie spłoszonym wzrokiem i widzi, że tuż obok rozciąga się Wenezuela, jego następna, rozdzwoniona ignorancja, kolejna przestrzeń nasycona sidłami dylematów, strefa, w której dzwony stanowią ledwie szczyt góry lodowej, bo oto pojawiają się przed nim dodatkowe zagadnienia związane z dziejami metalurgii podczas wypraw krzyżowych.


A gdy już przebrnął przez problemy związane z dzwonami, dowiaduje się, że w Hiszpanii, krainie byków i Picassa, też jest co nieco do przyswojenia i tam też można popisać się nieuctwem.


*

Co jakiś czas rozmaici uczeni biją na alarm: LUDZIE, NIE KUPUJCIE TEGO, BO TO TRUCIZNA I ZGROZA! Ale w tak zwanym międzyczasie wielu łatwowiernych dało się nabrać. Kupili, pilnie przestrzegali diety i… wyszli na wsteczniaków, bo inna, poważna grupa naukowców doszła do tryumfalnego wniosku, że… masło jest znowu dobre, a margaryna, to fuj.


Raz dowiaduję się, że herbata szkodzi i powoduje zdrowotne deficyty, a po miesiącu słyszę, że wprost przeciwnie, pomaga i zapobiega. Jednego dnia dają mi cynk, że kawa jest cacy i namawiają: nabywaj, stosuj, używaj! A ty, człeku, snuj rozwlekłe przypuszczenia, czyja prawda okaże się prawdziwsza.


W zależności od zapotrzebowania mam dzisiaj prawdę jednorazowego użytku, a jutro mieszane uczucia, bo kto mi powie, kiedy przestaną obowiązywać obie, a w zamian otrzymam trzecią?


*

Kiedy czytam doniesienia prasowe, książki o rewizjach naszych poglądów, o powstawaniu i tworzeniu sensacyjnych hipotez, rewelacyjnych interpretacji czy tak obecnie modnych teorii spiskowych, gdy media aplikują mi codziennie lewatywę z reklam, serwują najświeższe i najmodniejsze informacje, jak dziecko zaczynam zadawać sobie pytania: PO CO MI TA WIEDZA?


Moja rezerwa wobec naukowych nowinek datuje się od momentu, gdy przeczytałem andersenowską bajkę o kostiumologicznych przygodach nagiego króla. W związku z tym, że streszczenie przekracza limit na frazesy, powiem krótko, iż choć podobała mi się dawniej, to teraz - nie za bardzo; niby to bajka zawierająca prawdę i niby powinna budzić we mnie uczucia pozytywne, wszelako - po zastanowieniu - budzi we mnie dosyć sprzeczne myśli.


Z jednej strony oczywistością jest artykułowanie nagiej prawdy, bycie otwartym, szczerym do (cudzego!) bólu i niezakłamanym, z drugiej zaś obłażą mnie wątpliwości: czy zawsze należy ją mówić? Czy prawda (po trupach do szczęścia) nie jest okrucieństwem czynionym w dobrej wierze?

*

Obłęd z IQ polega na badaniu intelektualnej wyporności. Narodził się w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku i trwa do dziś. Podejrzewam, że gros dobrowolnych uczestników (frustratów – kamikadze) odskakuje z przerażeniem na widok wyników swojego testu. Ponieważ jest to test wykonywany na czas.


A z czasem żartów nie ma; czy to geniusz, czy małogabarytowy filozof, bez wyjątku każdy z nich musi wykazać się refleksem i zdolnościami do sprinterskiego myślenia. Inaczej padanie na płask jak babka z zakalcem i okrzykną go tumanem.


W tych zawodach nie startuję: bywam wybitnie powolny w myśleniu i jak mnie kto pogania, skutek jest ten, że mam konwulsje i nic do mnie nie dociera. Toteż uchodzę za flagowego cymbała i jeśli daję się namówić na taką imprezę, to tylko wtedy, gdy jestem w samobójczym nastroju i szukam potwierdzenia, że trzeba mi wyzionąć ducha; może i jestem cymbałem, może i mulę bez opamiętania, ale jak sobie uświadomię, że w tego rodzaju badaniach legitymuję się rezultatami gorszymi od kuwety, zalewa mnie krew.


Niemniej jednak od IQ zaczęło się gmeranie w psychicznych flakach; psychologia podparła się biologią, biologia zawołała na pomoc chemię i wkrótce okazało się że między kobietą a mężczyzną są fundamentalne różnice. Sprawa dotyczy nie tylko banalnej anatomii, ale i usposobienia. Okazało się, że charakter kobiety i w ogóle jej myślowe przebiegi, odmienne są od męskich zachowań.


Niby żadna rewelacja, bo od dawna mówi się o Wenus i Marsie. Ale dotychczas była w mocy nieprawdziwa teoria, że człowiek numer jeden podobny jest do człowieka numer dwa. Z czego konkluzja, że jakkolwiek pomiędzy Marsem, a Wenus istnieje płciowa rywalizacja i forsowny pojedynek na odrębne umiejętności, to przecież obydwie zainteresowane strony mogą się porozumieć.


Tymczasem teoria najnowsza i w związku z tym prawdziwsza od poprzedniej głosi buńczucznie, że Wenus z Marsem prowadzą nieprzejednaną walkę i o porozumieniu nie ma mowy. A walka to krwawa i bezpardonowa. Walka, w której nie ma miłości, a nad światem panują stereotypy. Zmysłów też nie ma, bo nawet nasze poczynania zależne są od fizjologii. Czyli: kiedy kobieta zachwyca się zachodem słońca lub czymkolwiek, to nie dlatego, że widok ten poruszył jej serce, ale dlatego, że ma w sobie odpowiedni hormon, a gdy mężczyzna pragnie pójść z żoną do kina, to nie dlatego, że chce, ale dlatego, że zabrakło mu pigułek.


W ten sposób można wszystko naukowo wyjaśnić, obłupić z magii, czaru, tajemnicy. Spostponować wszelki cud. Nie ma nic świętego. Historia, to efekt biologicznego uwarunkowania. Romantyzm? To rezultat chemicznych reakcji; gra w durnia z amatorami tischnerowskiej g. prawdy. Zachowania społeczne też nie mają znaczenia, bo ludzkimi poczynaniami rządzi Jaśnie Oświecony Obywatel Steryd, a zawracanie sobie głowy psychologią to kit.




  Spis treści zbioru
Komentarze (6)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Wszystko, co JEST, jest - jak to pisała Orzeszkowa - "czasowe i przemijające". Im dłużej żyjesz, tym bardziej to rozumiesz.

Nic pewnego pod tym Słońcem gorejącem, bo Heraklitejskie "panta reje" są doświadczeniem wszystkich żywych i umarłych na Ziemi.

Wszystko płynie - a już zwłaszcza te 5-minutowe g...prawdy :(

To dramat, że nie mamy - oprócz odwiecznych podatków - niczego, czego mógłbyś się jakoś w tym swoim przymusowym życiowym spływie uczepić
avatar
Czarny sceptycyzm prowadzi wyłącznie do nihilizmu i anarchii, więc pozostaje nam jedno:

programowy optymizm.

Skąd czerpany??

Z faktu, że mamy dzieci?
avatar
Nie ma nic świętego /pisze Autor w ostatnim akapicie/. Historia to efekt uwarunkowania biologicznego. Romantyzm? To rezultat chemicznych reakcji; gra w durnia z amatorami Tischnerowskiej g...prawdy.

Otóż mamy jeszcze inną deskę zbawienia: dzieci, które

pilnie na nas patrzą i od nas wszystkiego uczą.

"Takie będą Rzeczpospolite, jakie młodzieży naszej chowanie!" - 400 z kawałem lat temu wołał hr. Jan Zamoyski
avatar
Nie karmmy młodzieży g...prawdami!

Uczmy ich dzielności, pracowitości, poczucia własnej godności, kreatywności, otwartości na zmiany, -ości, -ości, -ości, -ości i miłości do ludzi i Matki Ziemi
avatar
Bardzo fajny tekst. Sceptycyzm wobec tego co nas otacza to bezpieczna strategia. Niestety duża część badań jest sponsorowana przez zainteresowanych takimi a nie innymi konkluzjami - płacę więc wymagam.
avatar
Jedynym skutecznym narzędziem ludzkiego poznania jest gromadzona przez tysiąclecia nauka oraz mozolna, dzień po dniu jej weryfikacja. Przed Kopernikiem był Ptolemeusz, a po Koperniku Galileo Galilei.
© 2010-2016 by Creative Media
×