Przejdź do komentarzyJedziemy na wycieczkę
Tekst 21 z 19 ze zbioru: Bez tytułu
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2021-01-16
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń90

(Ze zbioru opowiadań pt. `Bodajbyś cudze dzieci uczyła`)


Najbardziej sprzyjającym miesiącem  na wycieczki jest maj  i czerwiec. Robi się coraz cieplej, słoneczniej i aż chce się się gdzieś wyruszyć w plener.

Corocznie wybieramy się na wycieczkę z okazji Dnia Dziecka. Nie wiem czemu ale najbardziej utkwiła mi w pamięci ta jedna.

Autokar dawno zamówiony, a pogoda psia. Z nieba leje się woda bez przerwy, ziemia od hektolitrów wody napęczniała jak ogromny balon . Rodzice  dzwonią, pytają

- Naprawdę będzie ta wycieczka? Przeciez dzieci nam się poprzeziębiają.

Dyrektorka nie zrażona odpowiadała:

- To je ubierzcie odpowiednio do pogody, nieprzemakalne ubranie,  buty. Przecież jest ciepło, nic im nie będzie - uspokajała  pytających.

Rodzice odchodzili nie  przekonani do końca i jeszcze uważniej zaczęli śledzić prognozy pogodowe.

Rano w dniu wycieczki lało jak z cebra.  Na szczęściu po śniadaniu trochę się przetarło. Według godzinowej prognozy miało jedynie siąpić. Parna pogoda nie zachęcała do zabierania nieprzemakalnych płaszczy i kaloszy, było w nich za gorąco. Dzieci zostały sprawnie zapakowane do dwóch autokarów. I czekały na odjazd.

Jeszcze przy autokarze kręcili się policjanci, sprawdzający pojazdy, jeszcze   panie pomoce i kucharki nie zdążyły zapakować dzieciom butelek z wodą i słodkich bułek na drugie śniadanie. Ostatnie tłumaczenia nauczycielek, że nie zabieramy zabawek  i mamy być grzeczni odbyły się przy szumie  silników.Wreszcie wszyscy byli gotowi. Opóźnieni  ale szczęśliwi ruszyliśmy.

W autokarze nie było pasów bezpieczeństwa i dzieci musiały mocno się trzymać w czasie zakrętów, nie mówiąc o tym, że kierowcy musieli ostrożnie sterować kierownicą.

Podekscytowane dzieci co trochę wstawały, wyglądając przez okna  lub próbując wstawać. Krzyki i śmiechy musiały zostać uciszone, żeby kierowcy spokojnie spogladali na  ulicę. Stanęłam, obawiając się, ze kiedy spocznę na  siedzeniu nie będę wszystkich mogła mieć na oku. Wyjechaliśmy już z miasta i droga przebiegała  w miarę spokojnie. Autokar przyśpieszył. Wtem nagły skręt przerwał monotonię jazdy. Jeden z dokazujących chłopców znalazł się niespodzianie w przejściu na podłodze. Rozległ się płacz. Na szczeście upadł na pupę i nic się nie stało.

Kiedy dotarliśmy na miejsce  czyli do gospodarstwa agroturystycznego, nadal mzył drobny deszcz. W przeciwdeszczowych kurtkach było za gorąco,  a zdjąć je znaczyło być mokrym.Udaliśmy się w stronę leśnej drogi. Deszcz zanikał, powoli  wyszło słońce.  Fruwały nam nad głowami gęste chmary komarów. Należałam do nielicznych osób, którymi  te sprytne owady nie były zainteresowane. Byłam szczęściarą. Komary siadały na dłoniach  na na czole, butach i spodniach, one  były wszędzie. Odstraszacz w sprayu odganiał je tylko na kilka chwil. Inwazja brzęczącego wroga  przestraszyła dzieciaki, więc odwracaliśmy uwagę maluchów jak się tylko dało.

- Dzieci, popatrzcie, widzieliście wiewiórkę?

Wszystkie głowy odwróciły się w tym samym kierunku.

- Ja widziałam, ja, ja...

Wiewiórka dawno zniknęła wśród czubków drzew  a krzyki przedszkolaków jeszcze nie umilkły.

W końcu dotarliśmy do gospodarstwa agroturystycznego. Stare chałupki nie zachwyciły nikogo, natomiast grill i plac zabaw najlepsze na świecie.

Dzieci patrzyły podejrzliwie na malutkie skibki wiejskiego chleba. Zdziwione, że mają jeść go bez masła i wędliny.

Za to zwykła słaba herbata  z cytryną cieszyła się ogromnym powodzeniem.

- Dzieci, dzieci, czy wiecie skąd się bierze mleko?

- Taaaaak, ze sklepu! - odkrzyknęła raźno dzieciarnia.

Pan prowadzący z uśmiechem sprostował:

- Nie, mleko pochodzi od krowy.

Dziewczynki spojrzały z obrzydzeniem na  sporej wielkości  zwierzę  z rogami i wymionami.

- Jak to?

- Normalnie  - ciągnął pan Piotr -  krowę  trzeba wydoić czyli wycisnąć z niej mleko, które zostaje przygotowane do odwiezienia do sklepów.

-  Nigdy nie napiję się mleka - szepnęła Marysia - ta krowa strasznie brzydko pachnie.

- No, coś ty -  odpowiedział Pawełek - my kupujemy w kartonie i to na pewno ze sklepu a nie od tej... krowy -  spojrzał na  zwierzę  spokojnie przeżuwające siano.

Krowę wyprowadzono a na jej miejscu pojawiła się  mała becząca owieczka.

- Oo, jaka śliczna! - rozległ się głośny podziw - można pogłaskać?

-  Tak, tylko ostrożnie, bo ona się bardzo boi - odparł pan Piotr - jest jeszcze malutka.

Las wyciągniętych dziecięcych rączek nie zmalał i do jagniątka ustawiła się kolejka.

Zaraz przyprowadzono mamę owcę, by jej dziecko się zbytnio nie stresowało.

- Ooo, ona też ma wymiona jak krowa - zauważył Pawełek -  też z niej się wyciąga mleko?

- Pewnie - odpowiedział pan Piotr - ale owce hoduje się głównie na wełnę.

- Znów zmyśla - powiedział cicho Pawełek do Marysi - moja mama ma szalik z wełny i wcale nie wzięła go od  żadnej owcy tylko ze sklepu z ubraniami.

Pan Piotr wziął kłębek zgrzebnej surowej wełny. Owce się goli z wełny a potem wełnę się przędzie - pokazał szary motek.

- A nie zimno im potem jak się je ogoli? - zmartwiła się Marysia.

- Nie, wełna zresztą im szybko odrasta.

-   O!Tatuś się codziennie goli - wykrzyknął Pawełek - ale wcale nie zbiera włosów,

- A co z nimi robi? - zaciekawiła się Marysia.

- Nie wiem, bo jak się tatuś goli zamyka się w łazience.


Kiedyś z wełny robiło się zapaski, spódnice i spodnie na zimę - pokazał zielono -czerwony pasiak - wystarczyło wełnę ufarbować i zrobić na  tej maszynie materiał.

Mało kto słuchał pana Piotra. Wszystkim nagle zachciało się albo do toalety albo pić. Kolejka do toalety stała się nagle bardzo długa.

Zaprowadziłam potem dzieci na plac zabaw. Ani się obejrzeliśmy  jak trzeba było wracać.  W autokarze kilkoro maluchów zasnęło.

Dzieci wracały zmęczone, ale szczęśliwe.


  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Gdybym się znalazła wśród małych uczestników opisanej wycieczki, to byłabym równie szczęśliwa, mimo iż zapach krowy nie wzbudziłby nadmiernego entuzjazmu ;)

P.S. Trzeba poprawić parę literówek :)

Serdecznie, z uśmiechem wokół głowy :-)
avatar
Befana_di_campi, dziękuję. Rzeczywiście, nie dostrzegłam literówek. Mój błąd.
Wycieczka była tak radosna jak wiosenna pora owego roku. Choć kleszczy i komarów wtedy była niespotykana mnogość.
avatar
Nauczycielka klasy pierwszej szkoły podstawowej wbiega do biblioteki szkolnej.
- Jadziu, masz jakąś planszę z rysunkiem kury?! - pyta zrozpaczona.
- Tam z tyłu są jeszcze takie PRL-owskie, a co się stało.
- Pytam dzieci, jak wygląda kura, 1/3 wie jak wygląda kura, 1/3 widziało coś, może to była kura, 1/3 nie wie, co to jest kura.

Studentka-praktykantka w klasie piątej podstawówki tłumaczy dzieciom na matematyce znaki mniejszości i większości. Rysuje na tablicy wagę szalkową. - Co to jest? - pytają dzieci. - Waga -odpowiada studentka z szeroko otwartymi oczami. - A gdzie ma cyferki?
© 2010-2016 by Creative Media
×