Przejdź do komentarzyŁańcuszek nieszczęścia
Tekst 76 z 62 ze zbioru: Zrzędzian
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2021-03-05
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń69

Zaczęła mnie gnębić SPRAWA. Nurtować przyczyna jej istnienia. A mianowicie: kiedy rozpanoszyła się w nas niewrażliwość i dlaczego powstaje. Od kogo zależy, kto jej ulega, jaki ma na nas wpływ. Niestety, na jej temat wypowiadają się ludzie, którzy zaledwie otarli się o PROBLEM; ich namaszczona i niepodważalna wiedza o stanie duszy człowieka, jest tak samo głęboka i przenikliwa, jak wiedza turysty o kraju znanym z krótkiego postoju na lotnisku.


I gdy popadłem w zasmucenie, przypomniałem sobie, jak to bywałem świadkiem różnych wydarzeń z udziałem naszych milusińskich. Przypomniałem sobie obrazki z ulic i parków swojego miasta: ulicą idzie matka. Trzyma za rączkę dziecko. Mała dziewczynka lub nieduży chłopczyk są rozbawione, coś gorączkowo mówią, żywo gestykulują, zawzięcie podskakują wdeptując w każdą napotkaną kałużę, starając się dopasować do dorosłego kroku.


Mama obserwuje uważnie mikrusa, dostrzega, że malec jest rozbrykany, zaaferowany, podekscytowany, że rozpiera go energia i wolałby pobiec szybciej, bo wszędzie jest coś ciekawego, nowego, nieznanego, jak na przykład ten dziwny pan jadący ku niemu. Cudaczny pan wygląda na człowieka, lecz chyba nim nie jest, bo czegoś mu brak i w ogóle stanowi zagadkę toczącą się w jego kierunku.


Fąfel wyrywa się i ucieka w przód. Chciałby poznać go z bliska, pragnąłby dowiedzieć się, czemu zamiast nóg ma kółka. Mężczyzna w inwalidzkiej limuzynie uśmiecha się przyjaźnie, zachęcająco. Lubi dzieci. Lubi je, bo są szczere, ufne, bezpretensjonalne. Nawet jeśli zadają głupie pytania, to nie są one podyktowane złośliwością czy prześmiewczymi zamiarami.


Ale zanim zdążył powiedzieć cześć, wszechwiedząca mamusia dopada do córki lub syna, by zapobiec tragedii. Tragedią bowiem byłby kontakt jej dziecka z UFO; człowiek należący do kasty ludzi nietypowych i wybrakowanych jest generalnie be: trzeba trzymać się od niego z daleka, bo jest inny. Nie wiadomo, co takiemu strzeli do głowy i dlaczego jest inny.

Tak jej mama mówiła, tak została wychowana i przekazuje te brednie swoim pociechom. A one, skarcone za chęć poznania drugiego człowieka, dzielą się tymi dyrdymałami ze swoim potomstwem. A ono z rówieśnikami.


Tym sposobem rosną nam pokolenia ignorantów wychowanych na przesądach; rodzice, szkoła, otoczenie, wszelcy ludzie w mniejszym lub większym stopniu kształtują nasz charakter, nasze wewnętrzne „ja”. Chłoniemy świat, a proces ten trwa non stop: mama z parku odziedziczyła te przekonania po swojej mamie, ta od swojej i w ten sposób dochodzimy do biblijnych początków tego łańcuszka.


Bądźmy jednak sprawiedliwi: zdarzają się wyjątki, środowiska wolne od idiotyzmu. Normalne rodziny wychowujące normalne dzieci. Na ogół wszelako żyjemy w kłamstwie, w obłudzie, w masce dopasowanej do okoliczności, do sytuacji, w której jesteśmy: gdy rozmawiamy z dziećmi, przez chwilę wydajemy się sobie ważni, mądrzy, surowi, wymagający, niezastąpieni.


Przeważnie wtłaczamy im do zdezorientowanych głów nasze kompleksy i lęki, skutecznie zarażamy je strachem przed otaczającą rzeczywistością, wszczepiamy obawy wyniesione ze swojego dzieciństwa, wciskamy w nich zabobony, którymi faszerowali nas wujowie, mamy, tatusiowie i kumple z podwórka.


A dziecko widzi i słyszy. Jest w tym początkowym okresie rozwoju, kształtowania się psychiki - zapatrzone w rodziców jak w obraz; bezkrytycznie przyswaja ich słowa, gesty, wyrażenia i poglądy. Uczy się: jak gąbka nasiąka banałami i farmazonami, ufnie i bezkrytycznie wchłania wszystkie pedagogiczne toksyny, uprzedzania, gusła.


Z tym garbem idzie do szkoły. Więc to nie szkoła ponosi winę za jego braki w kindersztubie; przybywa do niej już wyrzeźbione, ulepione przez dom i kolegów z podwórka. I zastanawia się, kiedy my, rodzice, jesteśmy prawdziwi. Czy wtedy, gdy wymagamy współczucia i wrażliwości dla drugiego człowieka, czy gdy zabraniamy się zbliżać do niego.


Toteż na nauczycielu spoczywa obowiązek zmiany mentalności dziecka. Zajęcie syzyfowe, gdyż co z tego, że wszczepi mu do psychiki prawidłowe normy społecznego zachowania, uwrażliwi spaczoną wyobraźnię, ukaże właściwe priorytety, wyprostuje mu hierarchię wartości, spionizuje moralny kręgosłup, skoro po lekcjach wraca ono do swojego środowiska i znowu nasiąka frazesami?


Jak ma go przekonać, jeśli uczeń ma więcej praw od niego? Bez liku, a żadnych obowiązków poza skończeniem budy? Jeśli ma mocne poparcie rodziców, którzy wszelkie próby psychicznej rehabilitacji swojego dziecka traktują wrogo, jako atak, jak szykany i znęcanie się nad jego pociechą?


Więc może by sprokurować kodeks praw i powinności ucznia, szkoły i rodziców? Bo teraz jest tak: dzieci dorastają i podejmują pracę w Instytucjach zajmujących się edukacją maluczkich lub unikaniem niepełnosprawnych. Lub idą w stronę (na stronę?) polityki i zabierają się za decydowanie o przyszłości następnych pokoleń, za radosne tworzenie reform w czymkolwiek, co jeszcze można popsuć, zagmatwać, rozmontować i oskalpować z sensu, choćby w Służbie Zdrowia, Oświacie, Kulturze…


Wychowanie, to dla niektórych rzeka doraźnych teorii, zlepek prowizorycznych metod, niepewny ciąg eksperymentalnych wizji; co przymiarka do edukacji, to przetarg na poronione pomysły i powód do grania marsza żałobnego.


Jak w każdej dziedzinie życia potrzebny jest jakiś długofalowy projekt, jakaś nie tymczasowa, lecz konsekwentnie wdrażana myśl, tak i tu, w kształtowaniu narodowej przyszłości, konieczna jest systematyka, stabilizacja naprawczych planów; wszak nie chcemy mieć w przyszłości społeczeństwa złożonego z rasistów i dewotów! Na to się jednak zanosi (tak sobie gorzko medytowałem, kiedy zaczęto wdrażać pokopane wizje rozmaitych Czarnków).


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×