Przejdź do komentarzyLisie fikołki
Tekst 23 z 25 ze zbioru: Pastewne
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaartykuł / esej
Data dodania2021-03-14
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń854

LISIE FIKOŁKI

Minęło ledwie kilkanaście lat, ale dla publicystyki politycznej tyle minionego czasu potrafi odesłać tego rodzaju teksty na półkę typu: kurioza/ ciekawostki/ anegdoty. Nie wszyscy pięknie się starzeją.

Sięgnąłem po „Co z tą Polską?” Tomasza Lisa z braku innych lektur i mimo wszystko nie żałuję. To rzecz napisana tak jak Tomasz wygląda – Ą i Ę, takie obłe zdania, reklama liberalnego spojrzenia na świat. Ale Tomasz wie, że są w naszym języku słowa uznane za brzydkie i raz nawet używa słowa „gówno”, niewykropkowanego. Ja z takimi ludźmi spotykam się czasem – mijamy się w pasażach marketów. Ja takich jak on rozumiem, dla niego tacy jak ja są toksyną pozostawioną w polskim społeczeństwie przez pryl i ożywianą przez błędy, zaniechania rządów III RP. Co i rusz wyłażą na wierzch liberalne miazmaty, Tomasz jest ich uporczywym i gorliwym nosicielem, z uporem maniaka stara się nimi zarażać. Tak, podobnie widzimy problemy drążące naszą rzeczywistość, ale już pomysły na to jak je usunąć  odmiennie lokują nas na odmiennych biegunach.

Książka pisana jest w chwili wchodzenia Polski do UE, co istotne jest. Tomasz na początku książki wspomina o tym, że na początku dorosłego życia wynajmował kawalerkę, by w końcu dorobić się własnego domu w podwarszawskich suburbiach, by być na swoim, u siebie. Pisząc o polskiej gospodarce w chwili wstępowania do UE, krytycznie wyraża się o tym, że państwo polskie wciąż posiada ponad 1000 wielkich firm państwowych, podczas gdy mądrzy Węgrzy i Czesi wyprzedali swój majątek do poziomu 200, 300. Tu oczywiście trzeba znać kontekst chwili – te spółki skarbu państwa to zasoby synekur dla partyjnych działaczy, ale tak działo się wtedy i dzieje się dziś, bo parlament nie potrafi, i nie potrafił, założyć skutecznych wędzideł, ustalić skutecznych mechanizmów kontrolnych, bo można mieć i efektywnie takimi firmami zarządzać, mimo tego, że wujków się tam upycha. Niekonsekwencja – przecież Tomasz, gdy podniósł mu się status materialny zamiast wynajmować kawalerkę powinien wynająć apartament, zamiast kupować dom.

Kolejny z tych liberalnych miazmatów to jego spojrzenie na poziom wykształcenia. Wydaje mu się – absolwentowi dobrego liceum i akademii – że gdy więcej młodych w Polsce skończy studia, to nam wszystkim poziom życia się podniesie. I zmienią się preferencje wyborcze, co wyeliminuje z polskiej sceny politycznej partie – tu chyle przed nim głowę, on to rozumie, że odpowiadają na  i wykorzystują fobie i lęki – pasożytujące na biedzie i wykluczeniu, a także resentymentach. Dziś jednak widzimy wszyscy, że nie potrzeba nam całych stad magistrów, a brakuje nam wykwalifikowanych fizoli. ( Dygresja na temat. Pamiętam z pracy tu i tam. Andrzej wywoził śmieci z hal fabrycznych i skończył studia. Potem wywoził je już jako magister. Tadeusz był monterem elektrykiem w firmie ochroniarskiej i też skończył studia, i robił to co wcześniej, tylko już z wyższym wykształceniem. Tomek, gdy przyjmował się do pracy w betoniarni zataił swoje wyższe wykształcenie. A Owen, gdy stracił pracę w biurze i chciał się zatrudnić jako kierowca ciężarówki usłyszał, że ma zbyt wysokie kwalifikacje. I trzej koledzy z „Sawoxu”, którzy skończyli studia i kursy spawalnicze, i wybrali pracę jako monterzy/ spawacze.) Poza tym wyłazi tu myślenie życzeniowe, marzenie o tym, że ci, którzy trafią na studia zarażą się liberalnym sposobem myślenia – dość spory jednak ich odsetek wybiera inne systemy myślowe. Tak jak ten pan z ONR, który na chwilę trafił do IPN. Lis w chwili pisania tej książki wierzył w to, że chłopaki z zawodówek to podglebie dla popeerelowskiej warstwy społecznej wykazującej się roszczeniowymi postawami, leniwi i głupi. Ja rozumiem, że on, absolwent dobrego liceum, wylizany, wygarniturowany, po wyjściu z teatru czuje absmak spotykając takich, i to musi być głębszy poziom prysznica po interpersonalnym kontakcie z takim rodakiem. Takie myślenie: wyższe wykształcenie uodparnia na chamskie zachowania. Tu jednak te podziały tak nie przebiegają, nie mają nic wspólnego z poziomem wykształcenia. On chyba nie spotkał nigdy chama magistra/inżyniera, albo to wyparł.


Ta książka zestarzała się – to kontekst tamtych czasów, absmak spotkania z ówczesną polską klasą polityków. W tle narracji cały czas jest wstrząsające wrażenie jakie na nas ( choć byli tacy nie „my’) wywarła pokazywana w tv tzw. afera Rywina. Ten wstręt w stosunku do poprylowych elit  - Polska Czarzastych i Kwiatkowskich – wyrażana tu wielokrotnie, przewijająca się  przez całą narrację. Bo potem/teraz jednak ci Czarzaści są fajniejszymi kolegami, niż ci, którzy teraz rządzą. Pierwsza duża afera, pokazana w świetle kamer, jej rozkminianie na ekranie. Ale nawet śladu refleksji na temat tego, dlaczego akurat Rywin do Michnika przyszedł i nigdzie indziej nie skręcił. A może po prostu to był kolejny punkt na jego trasie spacerowej, ale to najlepszy był punkt widokowy.


Warto tą książkę przeczytać dla refleksji Tomasza na temat telewizji publicznej. Normalnie jakby siedział w mojej głowie, te same ma konkluzje. Robi się brzydko po prylu, a potem jeszcze brzydziej. On tam pracował. Relacje wszystkich, których czytałem, są podobne: oni tam trafiają jako idealiści – „ ja wam opowiem jak to wygląda naprawdę” – a okazuje się, że mają opowiadać tak, by wyglądało to tak, a nie inaczej. I jedni to robią tak jak im każą, inni słabiej, bo jednak nie są takimi czopkami jak oczekują ich przełożeni, albo aż tak nie potrafią i potem reklamują się jako niezależni, odporni.

Tomasz o telewizji publicznej  - gdy jeszcze nie miała konkurencji, więc naprawdę mogła trzymać wysoki poziom, kształtować, pokazywać, to początek lat ’90 – pisze tak: „ Telewizja w najlepszym czasie antenowym forsuje jarmarczno prostacką , antyinteligencka estetykę”. Chamówa na całego. Wtedy to zostały wyznaczone standardy. Potem Tomasz idzie do pracy do stacji, która dziś reklamuje się  jako kulturotwórcza, i takie bardziej inteligenckie rzeczy pokazuje w najlepszym czasie antenowym. Albo taką mamy inteligencję. Ja to fizol jestem i może nie rozumiem. Po prostu tu mi się coś nie klei.


Pozycja księgarska ta powstała w czasach, gdy u władzy w Polsce byli  - a, lepiej o nich zapomnieć. I Tomasz patrzy z nadzieją na nowych, tak jak większość rodaków, którzy w nadchodzących wyborach oddali na nich głosy.[i] Wieńcząca książkę opcja 3 scenariuszy spełniła się, moim zdaniem w tym trzecim, najbardziej optymistycznym. A Tomasz z tej książki, patrzący z ufnością, ostrożną, w przyszłość, przeszedł przez rozwód i żółci dobrał do oglądu świata.


Patrząc na komisję sejmową w sprawie tak zwanej afery Rywina, Tomasz mówi, że rozpoznaje w występujących , po wyglądzie, który to krętacz, a który uczciwy. Ja – doświadczenie życiowe mi to nasuwa – też tak mam: ci tacy Ą i Ę, wyczesani, w markowych garniturach – jak Tomasz Lis  -to ludzie  którym ufać nie należy.  I gdy ich spotykam czujniejszy się staję. Bo kiedy oni do mnie mówią „dobro”, to oni nie mówią w ten sposób „zło”, tylko coś jeszcze całkiem innego.

Oj, Tomaszu, Tomaszu, nowym Catem Mackiewiczem ani Kisielewskim to ty nie będziesz.

 
  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Tomasz, Tomasz,
W głowie to masz,
Co łopatą ci wkładali.
Bez łopaty kroku dalej
Już nie zrobisz wcale.

Jako produkt finalny sformatowani przez geny, wychowanie oraz życiowe doświadczenia różnimy się tak bardzo nawzajem, że - mimo wspólnoty języka i tych samych /polskojęzycznych zwykle/ kanałów informacji - nie jesteśmy w stanie się porozumieć nawet we własnej biologicznej rodzinie.

Co się dzieje w krajach wielokulturowych, gdzie ich obywatele rozmawiają w wielu różnych językach??

Może podziękujmy Bogu, że mamy u siebie tylko setną część tego pieprznika, z jakim u siebie borykają się ludzie na innych szerokościach geograficznych i pod innym mniej łaskawym niż to nasze niebem?
avatar
Lisie fikołki (vide nagłówek) to nawiązanie do znanego porzekadła myśliwych, które brzmi tak:

"Każdy lis wraca po s w o i c h śladach".

Urodzony i wychowany w peryferyjnej Zielonej Górze bohater niniejszego eseju zrobił oszałamiającą /jak na takiego prowincjusza/ karierę.

Co zawsze budzi instynktowny sprzeciw naszych rodaków, którzy woleliby, żeby żaden z Lisich Kątów lis nie pchał się przed szereg
avatar
Kariera na szczyt drabiny zawsze jest po cudzych szczeblach. Nie da się tego zrobić inaczej.
© 2010-2016 by Creative Media
×