Przejdź do komentarzyPrzemiany 5/10
Tekst 5 z 9 ze zbioru: Przemiany
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2021-07-21
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń33

Tak więc nasze dni upływały spokojnie, cicho i monotonnie. I, gdy już prawie nacieszyliśmy się tym odpoczynkiem, do mojego mózgu zaczęły docierać sygnały od Irminy. Po raz pierwszy tak intensywnie i precyzyjnie zaczęłam komunikować się z kimś, kto nie był mną. Mimo, że przecież nie widziałam jej ani nie słyszałam, to dokładnie wiedziałam, że chodzi o nią. Nie były to sygnały spokojne, takie, jakie wysyła się w celu spotkania na pogaduchy, ale jakby gwałtowna prośba o natychmiastowy ratunek. 

- Sprowadźcie ją. Irmina chce ode mnie czegoś ważnego. 

Bez słowa sprzeciwu wstali i wyszli 

- Kim ty jesteś Ewelino? - usłyszałam słowa mojej koleżanki, gdy tylko we trójkę przekroczyli progi mojego domu. - I skąd widziałaś, że cię wzywam. Nim przecież skończyłam myśleć o tobie, oni obaj byli już obok mnie. To nie mógł być przypadek. 

- I nie był. 

- Teraz, gdy jesteś tutaj, mogę ci pomóc, lecz musisz mi opowiedzieć, cóż takiego nadzwyczajnego zmusiło ciebie do spotkania ze mną. 

- Zerwałam z Bartkiem. Już nie jesteśmy razem. Ja go kochałam, ale dla niego byłam tylko namiastką żony, którą utracił. Oboje unieszczęśliwialiśmy siebie. On, bo już nie potrafił prawdziwie kochać a ja, bo zbyt mocno pragnęłam jego miłości. Nie mogłam dłużej pozwolić mu na dalsze dręczenie mnie. Pożegnaliśmy się i to na chwilę przed tym, nim spojrzał w taflę Jeziora Zapomnienia. I odtąd jestem już sama. 

- Prosiłaś mnie, bym z tobą zamieszkała. Wtedy to się nie mogło stać, teraz chcę tego i jeśli ty nie zmieniłaś zdania, zostanę. 

- Zostań. 

- A wyjaśnisz mi to, kim jesteś? 

- Tak, o ile ty zrobisz to, o co cię poproszę. 

- O co? 

- Zostań diablicą. 

Irmina przez chwilę patrzyła na mnie, jakby spodziewała się, że żartuję, później, jakby zastanawiała się, jak ma to zrobić, a w końcu spytała tylko: 

- A umiesz to zrobić? 

- Tak. 

- To zrób to zanim się rozmyślę. - Wyszeptała trochę bez przekonania. 

- Dobrze. 

Przytuliłam się do niej i krzyżując swoje ręce na jej plecach, spowodowałam, że przez jej całe ciało przeleciał lekki dreszcz. 

- To już koniec. - Powiedziałam. 

Podeszła do lustra. 

- Niczego nie widzę, - stwierdziła ze smutkiem - jednak żartowałaś. 

- Nie - sprawdź to sama. 

- Załóż jedną z moich sukienek z szafy. 

- A bez niej się nie uda? 

- Uda, ale nie do końca. 

Gdy już była przebrana, znowu podeszła do lustra. 

- Irmino, stań się diablicą. 

W jej okrągłych z wrażenia oczach, widzę afekt swojej pracy. Irmina stoi trochę przerażona a trochę zdziwiona i przygląda się swoim czarnym skrzydłom. Gdy jednak chce dokładniej zobaczyć choćby jedno z nich i przez ramię patrzy na swoje odbicie, zaczyna się rumienić. 

- I po to była ta sukienka. 

- Tak, potwierdzam. 

- A nie powiedziałaś o staniku. 

- Zapomniałam. 

Wszyscy śmiejemy się. A ja uczę ją, jak ma te skrzydła chować i by na razie nikomu o tym, kim jest, nie mówiła. 

Po tej krótkiej instrukcji opowiadam jej prawie wszystko, czego chciała o mnie dowiedzieć. Później, już razem w tafli lustra, patrzymy na Ewelinę i jej córeczkę. 

- Wiedziałam. Ty jesteś wielka. 

- No trochę tak. Niektórzy to się mnie nawet trochę boją. - mówię patrząc na chłopców - i nie pozwalają się nawet dotknąć, bym im jakiejś krzywdy nie zrobiła. 

- Już się nie boję, - mówi Uriel - a po tym co teraz zobaczyłem, oddaję się tobie cały. Rób ze mną, co zechcesz. 

- Ja też.- Wtóruje mu Azazel. 

- Dajcie mi się nacieszyć Irminą. 

Byłam jej przecież bardzo wdzięczna, bo nawet sama tego nie wiedząc zmyła ze mnie winę za jedyny grzech, który tutaj popełniłam. uwolniła mnie od myśli o Bartku, a jego, od myśli o mnie. 

- Abyś jednak tutaj została na stałe muszę coś załatwić. - Czekajcie na mnie. 

W gabinecie Abaddona, odkąd w nim poprzednio byłam, nic się nie zmieniło. Biurko było zawalone, chyba tymi samymi papierzyskami a jego właściciel miał na sobie ten sam wymięty uniform. 

- Dla takich dziwaków potrzeba rzeczywiście wieczności, by zauważyć w nich jakieś zmiany – pomyślałam. 

- Jeszcze ci nie przebaczyłam, że przeniosłeś moją duszę tutaj - Uprzedziłam jakąkolwiek jego wypowiedź. 

- Masz mi to załatwić- Powiedziałam podając mu dane Irminy z instrukcją, co ma zrobić. 

Zgarbił się jeszcze bardziej, ale skinął głową, że nie odmawia. 

- Wróciłam. 

- Wszystko masz już załatwione, ciesz się panno, że na mnie trafiłaś - dodaję ze śmiechem. 

- To ty się ciesz, że masz przy sobie o rok starszą przyjaciółkę, którą z racji wieku, zawsze możesz zapytać o radę. 

Mijają chwile a ja dostrzegam, jak Azazel patrzy na mnie proszącym wzrokiem. 

- Czy coś cię boli? - Pytam, udając, że nie wiem o co mu chodzi. - Masz taką dziwną minę. 

- Nie żartuj ze mnie, już możesz to zrobić. 

- A może zrobię `to` najpierw Urielowi, on ma mniej problemów. Biorę go jednak w objęcia, podobnie jak poprzednio Irminę i krzyżuję ręce na jego nagim torsie. 

- Już gotowe. Możesz się pokazać. 

Azazel stoi ze spuszczonym wzrokiem 

- Dlaczego nie spoglądasz do lustra. 

- Tego tam nie zobaczę. 

- A skrzydła? 

Jego mina weseleje, podchodzi do lustra i patrzy 

- Dziękuję, ładne skrzydła. - Wykrzykuje szczęśliwy. 

- Teraz będziesz mógł ostatecznie dokończyć naszą niedawną rozmowę. 

- I to nie raz. 

Irmina patrząc na to wszystko i słuchając naszego dialogu aż skręca się z ciekawości, by dowiedzieć się o czym rozmawiamy. Nie mogę jej jednak tak od razu zdradzić wszystkich sekretów tego domu. na odczepne mówię jej tylko, że Azazela bolały plecy, przez co miał kłopoty z rozwijaniem skrzydeł. 

Uriel, nie mogąc doczekać się swojej kolejki, przerywa nam rozmowę. 

- Dziewczyny, pogadacie sobie później. 

Po zakończeniu wykrzykuje - Ewelinko kocham cię za to. 

- A temu co było, dopytuje się znowu. 

- A nawet nie pytaj, to tylko taka mała na nikomu niepotrzebna bzdura, która sprawiała mu kłopoty a teraz już mu to przeszło. 

- Nie taka znowu mała - uśmiecha się do mnie z wdzięcznością. 

Wreszcie mogę sam na sam z Irminą bez żadnych przeszkód poplotkować, bo obaj nasi panowie zajęci są, każdy na swój sposób kontemplowaniem nowych, niezauważalnych przez nikogo, prócz nich samych zmian. Wykonują przy tym jakieś dziwne ruchy i zupełnie na nas nie zwracają uwagi. 

- Jesteś zadowolona, że mieszkasz na tym poziomie, pyta mnie Irmina. 

- I tak i nie. 

- Dlaczego? 

- Z dwóch powodów. Oba już poznałaś. To Uriel i Azazel. Jeden by mi w zupełności wystarczył. 

- To pozwolisz mi być z Urielem? 

- Tak. 

- A z Azazelem? - mówi patrząc na niego filuternie. 

- Irmino, nie przedobrzaj. 

Obie śmiejemy się. Dobrze jest mieć przy sobie kogoś, z kim można pogadać sobie o ciuchach, fajnych miejscach do odwiedzenia i wszystkich innych tak ważnych dla kobiet sprawach, o których mężczyźni nie mają zielonego pojęcia. 

Rano, cicho wymykamy się obie z domu. Irminę, która do tej pory przyzwyczajona była do spokoju i ciszy niebiańskich zakątków, cieszy wszystko. Nieomal tańczy z radości, gdy przepychamy się między różnymi stoiskami aby dotrzeć do interesujących nas ciuchów. Szybko zauważa, że to co do tej pory nosiła na sobie, tutaj będzie nie do przyjęcia. Tam, swoją atrakcyjną przecież figurę musiała tonować, tutaj powinna ją podkreślać. Gdy tam jej spódniczki jeszcze dobrze się nie zaczynały, tutaj najczęściej się już kończą. 

- Jakie tu wszystko jest inne i jakie fajniejsze - cieszy się oglądając raz tę, czy inną kreację. 

Po kilku godzinach, obie z ledwością możemy unieść wszystko to, co sobie na początek wybrała. 

- Gdzie się z tym podziejesz? - udaję zatroskaną. 

- A zajmę ci całe piętro, - broni się - ty i tak niczego tam nie trzymasz. 

- A zajmuj sobie. 

Tarabanimy się więc na górę po schodach. Rzucamy wszystko i po chwili Irmina zaczyna robić dla mnie prywatny pokaz mody. Zawsze podziwiałam jej urodę i nawet trochę żałowałam, że taka nie jestem, ale teraz nie wypada mi Bogini i diablicy, poniżać się do zazdrości. Najwyżej, w razie takiej konieczności, sama postaram się wyglądać atrakcyjniej, niż ona. 

- A ładnie mi w tym! - Wykrzykuje co chwilę, zmieniając błyskawicznie kreacje. 

Kiwałam głową, że tak, bo nie nadążam jej odpowiadać. Ale była to prawda. Prawie we wszystkim wyglądała bosko. 

- Będę się mu podobała? - Pyta nagle. 

- Komu? 

- Temu, w kim się zakocham. 

- Ależ tak, będzie tobą oczarowany. 

- A mam duży wybór kandydatów? 

- Jeśli nie liczyć tego, że jako diablica nie możesz się związać z żadnym ludzkim mężczyzną, a spośród tysięcy aniołów i diabłów, w tej chwili tylko dwaj są w pełni sprawni, w tym jeden ostatecznie już zajęty, to myślę, że możesz wybierać do woli. 

- To został mi tylko Uriel. 

- Tak. 

- No i fajnie. I tak nigdy nie mogłam wybierać, to i teraz nie muszę a więc a więc problem wyboru mam już z głowy. 

- Jeśli tak to ujmujesz, to masz słuszną rację. Zakochaj się w nim i żyjcie długo i szczęśliwie przez całą wieczność. 

- Obu nam tego życzę - odgryzła się skwapliwie. 

Rzeczywiście. Z naszym szczęściem, odnalezienie tego jedynego, przynajmniej jak dla nas i to zarówno w Niebie, jak i w Piekle, nie było aż takie łatwe. A tak, mamy ich dwóch jakby podanych nam na tacy i my jesteśmy także dwie, to, jak na początek powinno nam wystarczyć. 

Ciekawe, jak rozwiązują te sprawy ludzie, którzy się tu znaleźli, bo na podstawie naszego jednego, wspólnego Bartka, nie bardzo wiem, jak na to pytanie odpowiedzieć.

- O tutaj jesteście, od rana was szukamy.- Azazel stał oparty o futrynę drzwi. 

- Czy tutaj ktoś się do nas włamał - zaniepokoił się, patrząc na porozrzucane ciuchy. 

- Och nie, w Piekle nikt niczego nie kradnie, bo po co, każdy przecież może mieć to wszystko i to bez takich wyczynów, chyba dobrze o tym wiesz żartownisiu. - Strofowałam go. 

- Ale skoro już jesteś tutaj, to pomożesz nam to wszystko posprzątać, chociaż na coś się przydasz. 

- To ja idę do Uriela - zaczął szybko wycofywać się w stronę wyjścia. 

Obie z Irminą wybuchłyśmy śmiechem. Azazel, raz jeszcze udowodnił, że ci mężczyźni są naprawdę cudowni i czy to ziemscy, anielscy, bądź diabelscy, zawsze są tacy sami. I chyba właśnie to w nich najbardziej kochamy, bo, gdyby było inaczej, to ludzkość już dawno by wyginęła.

- Córeczko, wyglądasz wspaniale, znowu chodzisz taka radosna. 

Mama z uśmiechem patrzy na mnie i wiem, jak bardzo brakowało jej tych wzruszeń. Bez nich ona powoli umierała, tracąc chęć do walki. Teraz obie mamy szansę na przeżycie. Nie wie wszystkiego, co się wydarzyło, ale widzi, że zrywam się znowu do lotu a jej wnuczka już nie ma smutnej miny. 

A to jej wystarcza, by uznać, że mój żal po stracie Marcina, już nie jest taki wielki, jaki był jeszcze kilka dni temu. 

- Może jeszcze poznasz kogoś, kto ostatecznie ukoi twój smutek. - Pociesza mnie w nadziei, że powiem tak. 

- Nie mamo. Mogę być szczęśliwa, pamiętając o nim. Nie muszę koniecznie go zastępować. Ale dziękuję, że tak o mnie się troszczysz. 

Jak sobie poradzę z nieśmiertelnością? Jak sobie poradzę, uciekając z miejsca na miejsce, by nikt nie zauważył, że jestem odmieńcem. Pozornie jest to bardzo proste. W dużym mieście wystarczy wyprowadzić się kilka ulic dalej i już nikogo nie znasz. Ale, jak wytłumaczyć, na przykład przy wymianie dowodu osobistego lub prawa jazdy, że ma się sto osiemdziesiąt lat a wygląda na dwadzieścia. 

Kiedyś będę musiała coś załatwiać. I co wtedy. Dobrze, że chociaż teraz mam kilkanaście lat spokoju zanim Natalka dorośnie i spyta mnie, jak to robię. I co jej wtedy odpowiem, że jestem niezniszczalna. Nie uwierzy, jedyną nadzieją dla mnie będzie to, że ona szybko pozna kogoś, z kim wyjedzie gdzieś na tyle daleko, bym mogła im tłumaczyć, że nie mogę ich odwiedzić, bo ze względu na mój wiek, długie podróże mnie męczą. Ale, żeby tak się stało, to ja muszę mieć szczęście a z nim jak do tej pory mi nie wychodziło za dobrze. 

- Jakie to dziwne. że wszyscy boją się śmierci a ja życia. 

- Oj żebyś mamo wiedziała kim jestem. Lepiej, jednak, że tego nie wiesz.

II

Naprawieni i szczęśliwi. Tyle tylko można powiedzieć o Azazelu i Urielu. Pełno ich wszędzie. Właściwie, to nie wiedzą, jak się zachowywać. Czy być dla nas rycerzami, czy zachowywać się jak macho. Pewnie to drugie. ale wiedzą, że dla mnie naprawienie jeszcze jakiegoś samca na własny użytek nie stanowi przecież żadnego problemu, więc wolą się nie narażać. 

Irminka, ze skromnej anielskiej dziewczyny, bardzo szybko potrafiła przeistoczyć się w diablicę. Przy niewinnej dziewczęcej urodzie, jej nowe troszkę drapieżne oblicze było, jak wisienka na torcie. I tylko jeden mógł ją zjeść o ile sama na to kiedyś zezwoli. Znając już swoją prawdziwą wartość, zaczęła świadomie wymagać, od Uriela gestów świadczących o jego prawdziwym oddaniu i chęci walki o nią. Po raz pierwszy postanowiła, że nie zrobi nic, aby mu w tym pomóc. Ponieważ nie urodził się wczoraj i powinien gładko poradzić sobie z jej wymaganiami a tak przynajmniej w teorii powinno być. 

Ja ze sobą miałam właściwie większy problem. Wykonałam to, o co chłopcy mnie prosili i teraz nie wiedziałam na co mam się jeszcze przydać. Diablicy Ewelinie było teraz dobrze w objęciach Azazela. Bogini Victoria, milczała. Znowu więc zaczęłam zastanawiać się, czy zostałam zabrana z mojej ukochanej ziemi tylko dla spełnienia kaprysu dwóch sfrustrowanych VIP-ów, dla których ich ograniczenia były ważniejsze, niż moje życie 

Gdy tutaj oba światy funkcjonowały sprawnie i żadne sygnały o nadużyciach Michała czy Gabriela do mnie nie docierały, to nawet niezbyt chętne uczestniczenie Stwórcy w całym tym procesie życia i śmierci nawet mnie nie dziwiło. Po prostu, po to miał swoich pomocników, aby wszystkiego sam nie musiał nadzorować. Taka jego postawa nie świadczyła przecież, jak bez żadnych podstaw twierdzili niektórzy, że jego po prostu nie ma. Czy dla takich wymysłów, ja Bogini mam rozpoczynać walkę z urojonymi wrogami. Czy on sam, nasz Stwórca, chce tego, bym zmusiła go do ujawnienia się. A nawet, gdyby tak naprawdę już nie istniał fizycznie, to czy mam zatrząść podstawami Nieba, i ogłosić wszystkim, że jesteśmy sami, aby później, tylko tak dla pozorów sprawiedliwości, znaleźć domniemanych sprawców tej domniemanej zbrodni. I co to wszystko wtedy zmieni. Na ziemi i tak nikt tego nie zauważy, bo w żadnym wypadku takiej informacji tam nie wyślemy. A tutaj może to tylko rozpocząć walkę o ten najważniejszy tron, wywołując jednocześnie zbędny przelew krwi, czyli to, czego już poprzednio nie chciałam doświadczyć. 

Komu tak naprawdę zależy, bym wplątała się w rozwiązywanie nieswojego problemu i by na mnie w końcu spoczęła odpowiedzialność, po ewentualnej przegranej. W tej zabawie nieznanych mi jeszcze uczestników, mogę tylko stracić. Przecież nikim większym niż prastarą anielską Boginią już być nie mogę, bo w tej hierarchii już nic takiego nie istnieje. 

- Mam do was ogromny żal, - ze smutkiem oświadczam moim panom. - To z waszej inwencji jestem tutaj i dla waszej przyjemności, chcecie bym trwała. Żaden z was nie pomyślał nigdy, czego ja chcę. Najpierw, jako Eweliną, próbowaliście mną sterować, później, gdy się o tego wyzwoliłam i przemieniłam w Boginię a następnie i w diablicę, to stałam się użyteczna. Teraz, gdy mam pełną siłę swoich mocy, czujecie się przy mnie bezpieczni. A, gdzie w tym wszystkim jestem ja, ta pierwsza, niewinna Ewelina, którą tak bardzo skrzywdziliście. Czy mam powtórnie zginąć, gdy ktoś zaatakuje diablicę i Victorię. Czy znowu to ja poświęcę swoje życie dla ratowania was wszystkich? Czy tylko taki los mi zgotowaliście? A może się mylę i to wy staniecie w mojej obronie. Czy mogę na was liczyć? Czy tylko pomachacie tymi swoimi skrzydełkami i odlecicie 

- Źle nas oceniasz. 

- To przekonajcie mnie, że się mylę.

Jeszcze do niedawna w kwaterze archanioła Michała pozornie nic się nie działo, a on sam lubił myśleć, że od wieków nikt już nie kwestionuje jego przewodniej roli nad całym Niebem. Nawet Lucyfer, który był przecież kiedyś jego najlepszym druhem, nie miał pretensji o to, że właśnie z namowy Michała, Bóg postanowił zbuntowanych przeciw Jego prawom potępić i odsunąć od swojego tronu. Obu stronom to rozwiązanie podobało się. Potępieni nie po to ogłosili bunt, by trzymać się teraz blisko twórcy tych praw a Michał wolał nie mieć wokół siebie kontrolerów swoich rządów. A ponieważ właściwie reszta już nie liczyła to po złożeniu mu wiernopoddańczego hołdu i podporządkowaniu się wszystkiemu, co zarządzi, mogli nadal spokojnie egzystować na niezmienionych warunkach. 

On, jak i wszyscy pozostali aniołowie, ludzi nie polubił, ale dla tej władzy, którą uzyskał, musiał te swoje animozje jakoś okiełznać i pozornie przyrzec opiekę nad nimi. Taką samą deklarację wymógł na pozostałych z nim aniołach. Mieli odtąd wspierać go i dbać, by nic nie zakłócało ich wspólnego niebiańskiego spokoju 

Sytuacja szybko uspokoiła się. Chwilowy zamęt zamienił się w spokojną egzystencję. Jedyną istotną różnicą było to, że zamiast jednego, były już dwa Królestwa. To ważniejsze, jego i to mniej ważne, Lucyfera. 

Takie rozwiązanie obu stronom przynosić zaczęło tylko korzyści i gdy w końcu Stwórca znalazł się w niebycie, obaj władcy uznali, że taki stan powinien trwać wiecznie i nic w nim grzebać i naprawiać już nie potrzeba. 

Sam Michał nie czuł się już zagrożony. Gabriel, jego największy konkurent do sukcesji od początku ogłosił swój brak zainteresowania władzą i wolał rozwijać swoje pasje. Już od początku, gdy po raz pierwszy zobaczył te nowe dzieci Boga, poczuł, że z tymi istotami nie będzie mu po drodze. Gdy więc pierwsza dwójka z nich podpadła swojemu Ojcu, jako pierwszy zgłosił się, do pilnowania tej eksmisji ludzi z Edenu i zrobił to tak sumiennie, że nie mieli szans na przebłaganie Stwórcy o zmianę Jego decyzji. Później też osobiście przekazał im cały spis związanych z tym faktem przykrości, których będą od teraz doświadczać. Z satysfakcją poinformował ich o śmiertelności, bólu, chorobach i wszystkich innych dolegliwościach oraz niedogodnościach życia na ziemi. Następnie od Boga z wdzięcznością przyjął też misję ogłoszenia ostatecznego końca egzystencji tego gatunku. Z tym, że o ile Stwórca widział to jako początek procesu swojego przebaczania im tego ich pierwszego nieposłuszeństwa, o tyle Gabriel, nie mógł doczekać się tej chwili, jako ostatecznej ich zagłady. W międzyczasie robił więc wszystko, aby móc się nacieszyć niepowodzeniami gatunku ludzkiego. Żaden z archaniołów, nie mówiąc już o aniołach, nie śledził tak dokładnie losów tych istot stworzonych z pyłu, których Bóg ukochał bardziej, niż swoje prawdziwe dzieci. 

Wielokrotnie miał już nadzieję, że koniec jego udręk nadchodzi. Ale ludzkość odradzała się. Ani kataklizmy, ani choroby i epidemie, ani nawet potworne najpierw bitwy a potem i długotrwałe bratobójcze wojny niczego nie przyspieszyły. Nie załamywał się jednak. Pasja została w nim na stałe. Im gorzej było dla ludzi, tym lepiej dla niego. Zresztą nie tylko. 

Jak piękna będzie wieczność dla wszystkich aniołów i diabłów, gdy już ostatni człowiek opuści ziemię. Z tymi, którzy znajdują się tutaj, nikt nie musi przecież nawiązywać żadnych kontaktów. Mają już tę swoją wieczność, to niech się nią cieszą i tyle. Nie są rozwrzeszczanymi bachorami, by musiano ich kołysać. Martwiło go to tylko, że Bóg niewolony przez Michała nie spieszy się z ogłoszeniem miejsca Armagedonu, przez co ludzi przybywa w zastraszającym tempie i w końcu on nigdzie nie nie znajdzie spokojnego zakątka potrzebnego mu do kontemplacji i cieszenia się swoim spokojem. Jak sam stwierdził, taki stan rzeczy zmusza go do częstego odwiedzania ziemi, dlatego od Michała otrzymał prawo do opuszczania Nieba, kiedy tylko będzie chciał, bez konieczności każdorazowego brania zezwolenia i korzysta z tego bardzo chętnie, aby tam zaogniać nawet drobne konflikty, doradzać zgubne strategie i tworzyć nowe wirusy i bakterie potrzebne do rozwoju groźnych chorób. Ale sam widzi, że jego praca przypomina trochę walkę z wiatrakami, bo wprawdzie istoty te nie znalazły jeszcze sposobu na oddalenie śmierci, ale są na tyle inteligentne, że potrafią bronić się przed coraz to nowymi zagrożeniami a na dodatek w jakiś totalny konflikt bez zwycięzców i pokonanych też wciągnąć się nie dają. Lecz wiecznie też trwać nie będą. I to go pociesza. 

I teraz, gdy już wszystko układało się po myśli Michała tak znakomicie, niespodziewanie to poczucie wiecznej stabilizacji zostało zachwiane. Tajni agenci Michała donieśli mu niedawno, że jeden z aniołów wykonał pierwszy w historii obu Królestw lot nad Piekłem. Ale, ponieważ żaden z nich do tego czynu nie chciał się przyznać, to właśnie ten brak przestępcy stał się dla Michała najbardziej niepokojącym dowodem na istnienie spisku. A, gdy na dodatek, rozesłani łowcy nie odkryli także niczego to dla niego był to już wyraźny sygnał do rozpoczęcia nadzwyczajnych działań. Dlatego Michał postanowił, że powinien natychmiast zmusić swoje tajne służby do intensyfikacji działań. Czuł przecież, że tylko on może stać się obiektem ewentualnego ataku, bo tylko on ma tutaj prawdziwą władzę. 

Sam próbował też metodę eliminacji zawęzić krąg podejrzanych. Gabriela, wykluczył prawie natychmiast. Był on nieprawnym optymistą i wielbicielem ludzkich tragedii. Z kolei Metatron od dawna stał się samym dobrem i postanowił nie myśleć, tylko kochać. A, że tak do końca nie wiedział, komu tę swoją miłość ofiarować, dał ją sobie. Rafael natomiast, stał się molem książkowym i nie opuszcza swojej biblioteki. Tak więc Michałowi z tej całej eliminacji wrogów i konkurentów do tronu pozostał tylko archanioł Uriel. Ten inteligentny, obdarzony przez Boga oświeceniowymi ideami, ciągły poszukiwacz różnych rozwiązań mających przywrócić mu jego sprawność, był rzeczywiście idealnym kandydatem Michał aż zadrżał. Tak, Uriel mógł być w coś wplątany. Jego ciągłe kontakty z Azazelem pozwalające mu na przebywanie w obu Królestwach, chociaż do tej pory nie wzbudzały żadnych podejrzeń, to teraz wydały się Michałowi najgroźniejsze. A co, jeśli rzeczywiście ci dwaj niesforni i nieobliczalni globtroterzy coś knują? Musi ich dokładnie sprawdzić i wszystkie ich poczynania skrupulatnie prześwietlić. Bo chociaż jest pewien, że sami o władzy nie mażą, to jednak z pewnością w jej uzyskaniu komuś pomagają. 

Michał zrozumiał, że sam znalazł punkt zaczepienia potrzebny do rozwiązania swojego problemu. 

- Czemu wszystkie moje siły specjalne tak słabo pracują - pomyślał ze smutkiem.

- Ubezwłasnowolniona Bogini. - Tak mogłam myśleć o sobie. Miałam w sobie moc, aby powrócić w tę nicość, z której mnie wyrwali, ale w ten sposób ostatecznie zabiję Ewelinę. Jestem więc zakładniczką swoich trzech postaci i dałam się wplątać w intrygę, której przyczyn ani skutków nie znam. 

Nie wiem też kogo mam za to bardziej winić, archanioła Uriela, za to, że mnie powołał do życia, czy też może diabła Azazela, którego pokochała Ewelina, za to że zaczyna mnie wplątywać w tę niebiańską grę o tron. A może samą siebie, że zgodziłam się na to wszystko i nie potrafię uwolnić Eweliny od siebie. 

Cokolwiek bym teraz nie zrobiła, skrzywdzę albo Ewelinę albo siebie. A tak naprawdę, to krzywdząc jedną z nas, jednocześnie krzywdzę i tę drugą. Dobrze, że chociaż diabliczka jest tutaj szczęśliwa i nie myśli o swojej śmierci a tylko stara się żyć tutaj pełnią życia. 

- Ewelinko, ciągle nie mam ciebie dosyć. 

- Powtórz mi to za jakieś pięćset lat. 

- A co, jeśli wtedy to zrobię. 

- To może ci wtedy uwierzę. 

- A co będzie, - pytam Azazela już poważnie, - gdy Michał jakimś cudem dotrze tutaj do mnie i postanowi mnie zabić? Jak się przed nim obronię, przecież nie mam żadnej armii. 

- Bez Kręgu mu się to nie uda a my postaramy się o to, by nigdy nie udało mu się go skompletować. 

A Ty Victorio, sama możesz wystąpić, przeciwko niemu. W walce z Tobą, on nie ma żadnych szans. I od Ciebie będzie wtedy zależało, czy ma przeżyć, czy nie. Masz też przy sobie Uriela, który jest tak silny, jak Michał i w twojej obronie nie zawaha się stanąć do walki. Ja i Irmina mamy także swoje diabelskie moce, które niczym nie ustępują mocom anielskim. Nikogo więcej nam nie potrzeba. 

Bogini musi w spokoju przemyśleć te zapewnienia Azazela, dlatego chowa się w Ewelinie i znika mu z oczu. 

- Uspokoiłeś mnie, jeśli chociaż część z tego o czym przekonywałeś Victorię jest prawdą. 

- A czy kiedyś ciebie skłamałem? 

- Chyba nie chcesz znać tej odpowiedzi. 

- Nie. nie chcę. Przepraszam.

Miałeś rację Michale, relacjonował wyniki swojego pobytu w Piekle zwiadowca Abel. Coś jest nie tak i to bardzo. Uriel i Azazel mieszkają tam w jednym domu z jakimiś dwiema dziewczynami. Obie są z nimi dobrowolnie i często widuje się całą czwórką w miejscach różnych rozrywek. Zwykle spacerują objęci i zawsze są roześmiani. Gdy ich trochę podsłuchiwałem, w rozmowach zajmują się tylko własnymi uczuciami. 

- Ziemskich kobiet ani aniołowie ani diabły nie tolerują. - Zastanawia się Michał - Więc kim są te ich wybranki? I co to za dziwny układ. 

- Musisz się Ablu bardziej postarać. Inaczej zlecę te obserwacje komuś innemu. 

Mimo tak uspokajających wieści Michał nie wierzy w to, że Uriel łamie wszelkie zakazy moralne i tabu, tylko dla uczestniczenia w tak nędznych rozrywkach. Za tym jego postępowaniem musi kryć się jakaś większa tajemnica.

- Chodź pomasuj mi plecki. - Szepcze Irmina. 

Uriel szybko spełnia jej prośbę 

- A co swędzą cię pod skórą skrzydełka, - żartuje - dawno ich nie prostowałaś. 

- Jeśli chodzi o swędzenie, to nie zgadłeś, ale i ty też dawno czegoś nie prostowałeś. 

- Ty mała świntuszko. 

- Nie taka znów mała.

Już od chwili wejścia do biura Michała, Abel nieomal krzyczy. 

- To nie były kobiety, tylko diablice. 

- Diablice i anielice nie istnieją, przypominam ci, jeśli tego jeszcze nie wiesz - karci go Michał. 

- Może i inne nie nie istnieją, ale te dwie widziałem osobiście. Ich czarnych skrzydeł nie da się zapomnieć. 

Tego już było za wiele, nawet, jak na Michała. Bo albo jakimś cudem z dawnego pogromu uchowały się dwa egzemplarze, które Uriel z Azazelem, gdzieś wynaleźli i zatrzymali w tajemnicy tylko dla siebie, albo Abel przez te wieki postradał już zupełnie zmysły. Ta druga opcja wydała się Michałowi bardziej prawdopodobna. 

- Niczego nie widziałeś i nic nie słyszałeś, to rozkaz. Idź teraz sobie i odpocznij, jeszcze kiedyś ciebie wezwę. 

Abel potulnie wychodzi, ale jest bardzo rozżalony, że Michał tak brutalnie odsunął go od sprawy i on, już na długo nie będzie miał okazji pobuszować po Piekle i zakosztować rozrywek tam oferowanych. 

- Mogłem nie być taki skrupulatny a tak,co nagle, to po diable i po bąbelkach. Znowu będę siedział w tej swojej dziurze i starał się zapomnieć, jak to kiedyś bywało. 

- Zacharielu, mam do ciebie zaufanie. Wytłumaczę ci zaraz, co masz dla mnie zrobić. - instruuje Michał swojego nowego wysłannika. 

- Bez względu na to, czego się tam dowiesz, tylko ty i ja możemy o tym wiedzieć. Takiej misji jeszcze nigdy tobie nie zlecałem, ale wiem, że wykonasz sumiennie wszystkie moje polecenia. 

Takie oficjalne słowa zawsze Michała bawiły, ale innych do tych swoich współpracowników stosować nie mógł, bo wszyscy oni mieli przez te wieki separacji od istotnych problemów ograniczone poczucie humoru. Byli po prostu tępi, jak drewniany nóż ostrzony o kamień. Musiał jednak ich wykorzystywać, bo innych nie miał. 

A sam nie mógł teraz poniżyć się tak bardzo, żeby zaryzykować zobaczenie go na terenie Lucyfera w dość dwuznacznej misji, której skutków nie wiedział nawet, czy da się przewidzieć.

- Chyba zwariowaliśmy, - z przestrachem w oczach mówi Azazel składając i chowając skrzydła - a co jeśli nas ktoś zobaczył. To, że w nocy nas poznać nie mogli, to jedna sprawa, ale, że nas mocno poniosło i to w sytuacji, w której Michał tylko czeka na to byśmy się zdekonspirowali, to sprawa druga. 

- Co się stało, to nie odstanie. Wszyscy jesteśmy sobie winni. Znowu wypiliśmy za dużo alkoholu i pewnie za tę swoją nieodpowiedzialność nieźle odpokutujemy.

- Oni wszyscy mają skrzydła. 

- Tak rozumiem. W Piekle wszyscy są skrzydlaci. 

- Żartujesz sobie ze mnie Michale, chociaż wiesz, że sumiennie szpiegowałem całą ich czwórkę. Sam widziałem. trzy pary czarnych pięknych skrzydeł i jedną parę białych. Ten ich lot widziało wielu diabłów i był to piękny widok, gdy w nocy krążyli nisko nad swoim domem. 

- Nawet sam wtedy swoim oczom nie mogłem uwierzyć, ale to prawda. Nie wszystkie diabły straciły jednak zdolność do lotu. i nie wszystkie diablice wyginęły.- Zachariel zamyśla się i pyta: 

- I co z tym zrobimy? 

- Ty nic z tym nie musisz robić, to jest tylko mój problem. jeśli jeszcze będziesz mi potrzebny, to ciebie wezwę, ale teraz muszę już zostać sam. - Tłumaczy Zacharielowi Michał, wypychając go za drzwi. 

- Muszę ich jakoś uciszyć. - mówi Michał sam do siebie siebie. - Trzeciego świadka już być nie może i tak zaryzykowałem zbyt wiele, wysyłając ich na ten zwiad. Jeśli zdradzą jeszcze komuś, co widzieli, to żadna siła nie powstrzyma reszty do tego, by zażądali ode mnie wyjaśnień o tej całej sprawie. Będę wtedy musiał przyznać, że nawet Niebo nie potrafi załatwić wszystkiego ostatecznie i do samego końca. 

- A Niebo to ja. I będę musiał zejść z tonu i bez walki uznać swoją przegraną a przecież wszystko, co mi szkodzi, to i Niebu też zaszkodzić może. 

Gdy Michał zdecydował się poświęcić siebie dla spraw ważniejszych i przejął całą władzę, to pierwsze czego dokonał, to powołał do życia siły specjalne pod wodzą archanioła Remiela. Ta jednostka już od początku swojego istnienia działała nadzwyczaj sprawnie. Nic więc dziwnego, że była dlatego oczkiem w jego głowie. Trzymane twardą ręką przez Remiela oddziały ochotników, bez zmrużenia powiek wykonywały wszystkie rozkazy, nie dyskutując o niczym i nie podważając nigdy słuszności poczynań ich głównego szefa, czyli samego Michała. Tym razem miał on dla tej formacji dwa zadania do wykonania: uciszyć Abla i Zachariela oraz wyeliminować obie diablice z otoczenia Uriela i Azazela. I, o ile tę pierwszą część zadania pozwolił wykonać Ramielowi według jego pomysłu, to przy realizacji drugiej, życzył sobie, aby odbyło się to bez żadnego rozgłosu i to w taki sposób, aby ani Uriel, ami Azazel nie mogli domyśleć się, kim byli wykonawcy tego wyroku. 

Takie rozwiązanie pozwoli Michałowi na krótki oddech w działaniu i lepsze zastanowienie się, jak całość tego problemu ostatecznie rozwiązać. Akcja powinna rozpocząć się natychmiast, aby przypadkiem jej szczegóły nie wyciekły poza obręb ścian jego gabinetu.

Leżałyśmy właśnie na dywanie oglądając nowe ciuchy. Irmina, ciągle jeszcze nie mogła nacieszyć się tą wolnością, której tutaj doznawała. wszystko ją interesowało i nie przestawało zadziwiać. Jakby bojąc się, że kiedyś może to wszystko stracić, a to co teraz przeżywa jest tylko cudownym snem. Patrzyła na ten świat i na mnie z niedowierzaniem, że jesteśmy i trwamy. Nigdy tak naprawdę nie pytałam jej, co takiego strasznego przeżyła na ziemi, że w końcu nie wytrzymała i zabiła się. Ale w jej oczach ciągle widoczne były ślady tamtych chwil. Jej słodka, niewinna minka i buzia jak z obrazka, były tylko przykrywką tamtej tragedii. 

- Nic ci nie grozi, - pogłaskałam ją po policzku, - ale nie płacz, będę ciebie chroniła. 

To moje przyrzeczenie obrony Irminki, musiałam wprowadzić w życie natychmiast, bo nagle drzwi od tarasu z hukiem otworzyły się i trzech mężczyzn stanęło w naszym salonie. nim zdążyłam się podnieść w naszą stronę poleciały dwa świetliste promienie. 

- Schowaj się za mną- krzyknęłam do Irminy. 

Zdążyła. promień przeleciał milimetry obok niej. drugi promień trafił we mnie. Krzyknęłam: 

- Victorio ukaż się i już po chwili, nim tamci powtórzyli atak z moich rąk wydostały się dwa pioruny kuliste. Trafieni nimi, jakby rozpłynęli się w powietrzu. Trzeci natychmiast rozwinął skrzydła i odleciał w popłochu. Nie poleciałam za nim, szukałam wzrokom Irminy. Była cała i zdrowa, ale trzęsła się, jak w gorączce. 

- Kto to był?- patrzyła na mnie z niedowierzaniem, że tak naprawdę nawet tutaj nie może czuć się bezpieczna i, że jej strach przed utratą wszystkiego jest realny, a moje słowa wypowiedziane przed chwilą mają znaczenie nie tylko symboliczne. Miała rację. Obu nam groziło i grozi nadal całkowite unicestwienie. 

Gdy, w chwilę później, Uriel i Azazel pojawili się obok nas, zobaczyli Irminkę już spokojniejszą i wtuloną we mnie a ja, jeszcze jako Victoria, okrywałam jej drobne ciało skrzydłami, chroniąc nadal przed nieznanym zagrożeniem. 

Takiego widoku nie spodziewali się zupełnie. Nie było ich przy nas tylko kilka minut, ale gdyby nie moja błyskawiczna reakcja i siła Bogini, już by nas nie zobaczyli nigdy. 

Gdy opowiedziałam im wszystko spojrzeli na siebie i usłyszałyśmy: 

- To nasz lot by was zabił, - stwierdził z ogromnym rozżaleniem Azazel - jak mogliśmy być tak nieodpowiedzialni. 

- Michał jest mordercą! 

Na ten temat nie chcieli jednak z nami rozmawiać.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×