Przejdź do komentarzyZakon Kultywatorów [2/5]
Tekst 2 z 5 ze zbioru: Zakon Kultywatorów
Autor
Gatunekhorror / thriller
Formaproza
Data dodania2022-11-14
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń116

Zaprawdę musiałem zrobić sobie kilka minut przerwy, bowiem nic nie wskazuje na to, bym miał zakończyć swój wywód prędko – szczególnie gdy właśnie teraz zaczyna się główny wątek, od którego poruszenia usilnie z początku się wzbraniałem. Mam jednak na uwadze dobro nie tylko moje, lecz również mych ewentualnych potomków, rodziców, siostr i brata, ale i całej ludzkości, która kiedykolwiek mogłaby zderzyć się z czymś tak ohydnie sprzeniewierzonym jak to, co – daj dobry Boże – zdołam opisać dalej.

Przez wiele dni po pamiętnej, sobotniej nocy zastanawiałem się nad sensem słów, które wypowiedział Jaśmin. Ich echo nadal rozbrzmiewa w mej głowie, lecz pierwotny efekt, jaki te diabelskie podszepty wywołały w mym umyślę najwidoczniej uleciał. Z początku zachodziłem w głowę, jak to się stało, iż moja świadomość ucięła się w momencie trzykrotnego powtórzenia wcześniej wspomnianej sekwencji, a powróciła dopiero kolejnego dnia, gdy obudziłem się w domu drgając, pokryty zimnym potem. Bezgłośna recytacja musiała zadziałać podobnie do hipnozy, lecz jak głęboko nie sięgnąłbym pamięcią w rejony wiedzy medycznej i ezoterycznej – bycie w transie nigdy nie prowadziło do tak szybkiej i długiej utraty pamięci.

Bowiem abyście Wy, czytelnicy, byli świadomi tego, że dopiero po ubiegłorocznej, lipcowej nocy – czyli po pamiętnych, szkaradnych wydarzeniach – zyskałem dostęp do treści wymazanych mi wtedy na blisko dziesięć miesięcy. Jakże plugawe są to wspomnienia, za których ponowną utratę zapłaciłbym najwyższą wręcz cenę!

Niemal cały październik trudziłem się, by dojść do tego, co wydarzyło się po mym wpadnięciu w hipnozę. Było to całkowicie zrozumiałe zachowanie. W niedzielę po ognisku obudziłem się w stanie przypominającym wysoką gorączkę. Zmartwiłem się, sądząc, że musiałem się czymś zatruć, lecz alkohol jak i kiełbasy nie wykazywały wówczas jakichkolwiek oznak zepsucia. Dodatkowo wątpliwości te rozwiała Gabrysia, do której zadzwoniłem zaraz po przebudzeniu, ze strachem wylewającym się oczami i uszami. Obiekt mych miłosnych westchnień zadziałał na mnie krzepiąco, twierdząc, iż po opowieści o Swarożycu, nastąpiło podsumowanie spotkania toastem oraz rozejście się w nienagannej atmosferze zgromadzonych na bulwarze. Ja wraz z Gabrielą, Ignasiem, Jaśminem, Izą i Andrzejem miałem udać się jeszcze na krótki spacer, podczas którego poruszaliśmy tematy wcześniej opowiedzianych historii. Na koniec odprowadziłem szatynkę do domu, kończąc soczystym pocałunkiem nasze rozstanie.

Przerażająca jest jednak wzmianka o Swarożycu. Gabriela bowiem, jak i reszta ludzi których zdążyłem o to zapytać – twierdzą chórem, iż to właśnie opowieść o wspomnianym bogu ognia była tą ostatnią. Nikt z nich nie przytaczał tej, która sprowadziła na mnie hipnozę oraz wywołała w reszcie słuchaczy coś, co ciężko nazwać utratą pamięci, lecz bardziej jej częściowym wymazaniem. Bowiem wszyscy oni zdawali identyczną relację, pomijając fragment szybkiej opowieści o Le’Ractu oraz następującej po nim recytacji. Przyjąłem więc wreszcie, że mój podchmielony umysł wdarł się w konszachty z samymi sługami piekieł, którzy to za możliwość wysłuchania straszliwych opowieści kazali płacić zdrowiem na umyśle – mówiąc w skrócie – po prostu za dużo wypiłem. Tak więc przez pewien okres czasu nie poruszałem tematu ogniska, zapominając o nim na tyle, na ile się dało.

Do końca roku kalendarzowego zdążyłem mocno podciągnąć swą wiedze wkraczającą w obszary przedmiotów profilowych. Nie czułem, się już w okolicy średniego poziomu klasowego z prawdopodobieństwa oraz algebry – za to mogę podziękować Ignasiowi. Począwszy od drugiego tygodnia października spotykaliśmy się po lekcjach w szkolnej auli, gdzie traktowaliśmy głównie o zagadnieniach matematycznych. Nie potrzeba było miesiąca, byśmy przerobili wszystkie podręcznikowe tematy przeznaczone do realizacje na cały rok szkolny. Sprawa miała się podobnie z geografią. O ile ma wiedza z zakresu nauki o ziemi nigdy nie była na niskim bądź też wysokim poziomie – o tyle wytrwałe wertowanie zbiorów kartograficznych, geologicznych i hydrologicznych dostępnych w lokalnej bibliotece pozwoliły mi i Radkowskiemu na zajęcie solidnej pozycji w klasowym rankingu wiedzy o naszej planecie. Niestety moje umiejętności lingwistyczne zawsze nieco kulały z powodu dziecięcej, do końca nie wyleczonej wady wymowy, niemniej jednak nie dawałem za wygraną i wraz z Gabrysią, z którą już w listopadzie byłem w związku, ukończyliśmy teoretyczną i praktyczną część podręcznika do angielskiego. Ciekawym odnotowania faktem była obecność Ignasia w szkole. O ile wykreślenie Izy i Andrzeja z listy uczniów nie wzbudzało we mnie większych podejrzeń – podobno wyjechali za granicę, a ja sam nie widziałem ich od przełomu listopada i grudnia – o tyle mój łysy przyjaciel zaraz po starannie zakończonej, skumulowanej profilowej sesji nauczania pod koniec grudnia ulotnił się, pozostawiając mnie pierwszy raz z mieszanymi uczuciami.

Radkowski bowiem przez cały okres naszej kilkumiesięcznej przyjaźni przybrał rolę wiarygodnego kompana, z którym można było się pouczyć, pośmiać ale i porozmawiać. A to ostanie interesowało go tym bardziej, im dłużej się znaliśmy. Z pespektywy czasu widzę to lepiej, lecz wtedy – gdy roztrząsaliśmy sens interesujących nas tematów – nie docierał do mnie fakt, iż najprawdopodobniej byłem niejawnie przepytywany i kwalifikowany. Zaklinam się na wszelkie bóstwa! Gdybym wtedy wiedział, co się wokół mnie dzieje, prędzej pozwoliłbym sczeznąć memu ciału w najgorszych pieczarach, niż dopuścić do tego, co stało się później.

Przed zniknięciem Ignasia zdążyłem jednak odbyć z nim kilka głębszych rozmów oscylujących wokół październikowego ogniska. Nie nawiązywałem oczywiście do tematu ostatniej, rzekomo jedynie przeze mnie słyszanej opowieści. Chodziło o sprawy związane z samą ideą takich spotkań, weryfikacją zaproszonych jak i opowiadających czy też o bibliografię nieziemskich niekiedy treści wypowiadanych na głos. Co by jednak nie mówić – jego wyjaśnienia pozostawiły we mnie nutkę niepokrzepionej ciekawości, którą później aż z haniebną nawiązką nadrobiłem. Radkowski bowiem zdążył wspomnieć jeszcze na jakiś czas przed nagłym zapadnięciem się pod ziemie, iż są w planach kolejne ogniska o charakterze jeszcze bardziej okultystycznym niż to poprzednie, oraz że nie omieszka dać mi znać, gdy tylko dowie się więcej na ten temat.

Tak więc od początku stycznia na lekcje w naszej klasie uczęszczało osiemnaście osób. Ja, Gabrysia, tępy bliznowaty Kuba wraz z otoczką adorujących mu świrów i ruda kokietka Terlewska ze zgrają cepowatych dzid. Od początku nowego roku kalendarzowego wiadomo już było, kto jest względnie normalny, kto zdrowego na umyśle jedynie udaje, a kto nawet nie kryje się z własną głupotą. Koniec końców – według mojej subiektywnej opinii – do grupy tych pierwszych kwalifikowałem się jedynie ja z moją już wtedy partnerką.

Nie innego zdania był prowadzący nasze zajęcia katecheta. O ile na początku roku szkolnego ksiądz Marek realizował swój program w odpowiednim tempie, o tyle sprawa nie wyglądała już tak kolorowo z nastaniem stycznia. Warto zaznaczyć, iż nauczyciel religii radził sobie z rozwydrzoną hołotą nie lepiej, niźli pijak próbujący zrobić jaskółkę. Lekcje w sali naznaczonej czterema krzyżami wielkości dłoni dorosłego mężczyzny przebiegały z początku w bardzo przyjemnym tonie. Każdy słuchał, lub też udawał, że słucha. Natomiast katecheta przechodził przez kolejne segmenty biblijnego nauczania z niemałą chyżością. Jego tempo zostało nieco sfolgowane na przełomie listopada i grudnia, wcale nie z powodu narastającego, klasowego gburostwa.

Wspominam w myślach pewną sytuację, która mogła mieć powiązanie z ledwie widoczną zapaścią umysłową księdza. Po zakończeniu rozważań na temat piątego przykazania, gdy do końca godziny lekcyjnej pozostało niespełna pięć minut, katecheta zapytał nas swym łagodnym, mentorskim głosem, czy są jakieś pytania dotyczące omawianego materiału. Poruszaliśmy bowiem zagadnienia wkraczające nie tylko w rejon chrześcijańskich zasad, lecz również w pewne kruche i tajemnicze rejony metafizyki – o ile ciągle obracaliśmy się na gruncie rzeczy względnie tożsamych z wiarą chrystusową. Wtedy też zauważyłem, jak Andrzej siedzący kilka ławek przede mną, szepcze coś nerwowo do ucha Izy, a blada twarz dziewczyny zaczyna nabierać purpury. Gdy po jakimś czasie nikt nie podniósł ręki, ksiądz zachęcił nas jeszcze ochoczej do podjęcia tematyki jednego z wydawać by się mogło najważniejszych przykazań. Przyglądałem się dalej posturze Izy, która będąc niezmiennie traktowana podszeptami niskiego, szpakowatego przyjaciela, zatkała sobie usta dłońmi i co kilka sekund drgała. Gdy wybił dzwonek, wszyscy wyszliśmy z sali prócz trójki osób – księdza Marka, Izy i Andrzeja, którzy mniej więcej po pięciu minutach również opuścili klasę. Na twarzy katechety malował się obraz odrazy; unikał również naszego wzroku, wlepiając go tępo przed siebie. Spytałem następnie Izę, okazując pobieżne zainteresowanie tematem – nie chciałem zdradzać tego, iż zauważyłem możliwie jako jedyny jej nietypowe zachowanie podczas ostatnich minut lekcji religii – czy wszystko w porządku, co ona potwierdziła ochoczym, ponadprzeciętnie promiennym uśmiechem, wyjaśniając jednocześnie, że zjedzona z rana kanapka z łososiem musiała jej zaszkodzić. Natomiast od następnej lekcji ksiądz Marek omijał dalekim wzrokiem ławkę, w które siedzieli niosący niegdyś elektryczne lampy nastolatkowie, a samo tępo brnięcia przez kolejne zagadnienia biblijne zwolniło. Zachowanie katechety odmieniło się nieco, gdy dwójka przyjaciół wyjechała za granicę, lecz nie długo dany był mu spokój, bowiem już wtedy narastało klasowe chamstwo i degeneracja – oczywiście generowane wyłącznie przez klub wielbicieli bliznowatego i rudej – nie wyłączając od udziału w nikczemnych uczynkach ich liderów. Dlatego więc wcześniej wspomniałem, iż zasady i tradycje w Collegium Gostomianum podupadły na znaczeniu. O ile dużą część uczniów dałoby się wrzucić do worka z napisem „normalni”, o tyle porównywalnie spora grupa wylądowałaby w koszu z napisem „nowomodny zbytek społeczny”. Chociaż muszę w tym momencie uderzyć się w pierś i szczerze przyznać, iż jest to mój subiektywny pogląd. Być może nie nadążałem za tym, co świat przygotował dla mnie i moich  rówieśników i aż trwoga przeszywa me ciało na samą myśl o tym, jak to wszystko będzie wyglądać, gdy – o ile uwolnię się od koszmaru zapoczątkowanego podczas pierwszej październikowej soboty – dorosnę.

Muszę przyznać, że w tak niechlujnym otoczeniu ciężko było utrzymać skupienie pozwalające na komfortowe czerpanie wiedzy. Niemniej jednak zdążyłem do tego czasu z przedmiotów profilowych wysunąć się mocno na prowadzenie, przez co nie musiałem już tak usilnie skupiać się na bieżących tematach. Z coraz większą tęsknotą wyczekiwałem więc weekendów, gdzie mogłem spędzać czas przy swoich lekturach, grać w gry komputerowe czy też spotykać się z moją lubą. Istnym, wypoczynkowych katharsis miały okazać się dla mnie ferie, a to z powodu, który zaraz opiszę.

Już na początku stycznia stwierdziliśmy z Gabrysią, że należałoby skonsumować nasze uczucie w jakimś zjawiskowym i pamiętliwym miejscu. Nie należeliśmy do osób stroniących od bliskości fizycznej, przeto te ponad dwa miesiące rozwijającej się nieustannie relacji wystarczyło, by dojść do wniosku, że tego chcemy i to właśnie w miejscu, które mieli – paradoksalnie – ufundować nam rodzice. Sandomierskie Centrum Kultury ostatnimi laty podupadło w kwestii działalności prospołecznej. Z kretesem odcięto dopływ finansowania dla chóru San-Do-Mir, formacji tanecznej Paradox i kina „Starówka”, co wznieciło powszechne niezadowolenie społeczne. Grożono nawet wtargnięciem siłą do siedziby SCK i dokonaniem przymusowego audytu, co najwidoczniej podziałało na lokalne władze.

Bowiem właśnie w styczniu ustami dyrektor placówki podano prasie komunikat o zorganizowaniu nadzwyczajnej, nowej atrakcji dla dzieci i młodzieży. Chodziło o kolonie zimową nad którą patronat miało objąć SCK. Turnus miał trwać równe siedem dni i odbyć się w czwartym tygodniu lutego, a więc – bez zdziwienia – w momencie, gdy w województwie świętokrzyskim wypadały ferie.

Nasi rodzice bez chwili namysłu zaakceptowali pomysł zimowego wyjazdu, choć tutaj muszę przyznać, że gdyby wiedzieli, co zamierzamy – oraz że jesteśmy parą – to nie byliby tak zachwyceni. Z niecierpliwością poczęliśmy oczekiwać na koniec trzeciego tygodnia lutego, w którym już zajęcia szkolne odbywały się niezbyt profesjonalnie. Większość osób miała wystawione oceny półroczne – i to o dziwo pozytywne – więc nauczyciele przymykali oczy na pojedyncze nieobecności oraz jeszcze większą (naprawdę!) niesforność uczniów na zajęciach. Rozumiałbym luzowanie zasad panujących w szkole, gdyby zastosowano je jedynie do tej przyzwoitej części młodzieży – lecz nie potrafię pojąć kroku absurdalnego, wymierzonego tym samym w spójność i stabilność szkoły jako całości.

Ostatni dzień nauczania przedostatniego tygodnia lutego przypadł w piątek, a ja już wtedy czułem, iż prędzej sczeznę, niż oddam się w szpony klasowej bandy i zobojętniałych na ich wybryki edukatorów. Mógłbym donieść na całe to kumoterstwo, lecz szkoda mi było czasu i nerwów na przepychanie się w odpowiednich instancjach państwowych ze zgrają nieokrzesańców. W czasie długiej przerwy – gdy buzujące we mnie emocje sięgnęły zenitu – złapałem Gabrysie za rękę i wyszedłem przed szkołę by nieco ochłonąć, a tam spotkałem niespodziewanie mojego łysego przyjaciela, który miał dla mnie wiadomość o iście szatańskim charakterze.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×