Przejdź do komentarzyTrzecia Planeta
Tekst 1 z 1 ze zbioru: opowiadania SF i fantasy
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2026-01-22
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń18

Trzecia Planeta


Ruta nie mogła zasnąć przez zamieć, z niecierpliwością oczekiwała na wąski pasek słońca. Dziś śniła o łące i kwiatach, które widziała tylko w szklarniach. W marsjańskich koloniach ich nie było. Od kilku lat mieszkała z rodzicami na Antarktydzie, gdyż stała się modna, jako jedyny zamieszkały kontynent. Dziesięć miliardów ludzi rozpierzchło się po Układzie Słonecznym i Systemie Alfa Centauri. Wielu, przyzwyczajonych do ciężkich warunków, budowało piękne  domy czy przerabiało opuszczone stacje badawcze na luksusowe rezydencje.

Wątły promień padł na powieki, postanowiła wykonać swój plan, zobaczyć góry. Do tej pory widziała je tylko raz w życiu, na wycieczce przedszkolnej do Doliny Marinerów, doskonale zapętała widok słońca opierającego się o niewielkie kępki mchów i odbijające się w zielonymi od sinic bajorach krawędziami.

Blask oświetlał zatokę, powietrze przepełniał zapach ptasich odchodów. Wiedziała, że matka wyśle ją do Goldbergerów po warzywa, korzystając z okazji, złapała snowtaxi. Pogoda wyklarowała się , można było rozpocząć misję.

-Panienka się nie boi?- Zapytał taryfiarz.

- Nie, skąd, raz w życiu trzeba pójść w góry!- Oznajmiła.

- Nie w tym wieku i nie nocą!-

- Mam siedemnaście lat i wyrosłam z nocnych strachów.-

- Harda jesteś!-

Ruta tylko się zaśmiała, spoglądała przez okno na martwe pustkowie, księżyc pulsował światłami kolonii, co chwilę widać było przybywające transportowce. W końcu dotarła na miejsce, w dali majaczyła jedna z osad.

Nagle niebo zasnuło się, wzbiły się potężne tumany śniegu, ogarnął ją strach, że umrze tu, zupełnie sama, a jeśli przeżyje, będzie mieć szlaban na gry 4D. Wspinała się na skalne podłoże, spostrzegła niewielki otwór jaskini , gdzie mogła ukryć się przed zamiecią. Świecąc unitelem, ujrzała długi, szeroki korytarz, ciekawa udała się w jego głąb, tysiące stalaktytów błyszczało, jakby wzniesiono je celowo, przykucnęła nad jednym z podziemnych jezior. Przyjrzała się sobie, czarne włosy, skośnawe oczy, pełne usta i ptasi nos, którego nie cierpiała, ojciec mawiał, że to po dziadku.

Coś przemknęło nad jej głową, pomyślała o szukającym jej policyjnym dronie, pacnęła go ruchem dłoni, była zaskoczona widząc dziwną miazgę, o owadach uczyła się tylko na lekcjach paleobiologii.

Ujrzała ogromne drzwi, otwarły się, prowadząc do pulsującej kolorami sali zakończonej kolejną parą drzwi. Wybrała te z lewej, jak ją uczono w szkole. Przeszła przez długi korytarz zakończony kolejnymi drzwiami, za nimi stała szklana winda, do której wsiadła. Mknęła coraz szybciej, było tak ciepło, że Ruta zdjęła kurtkę i bluzę. Winda zatrzymała się na końcu kolejnego korytarza przechodzącego w olbrzymią salę wypełnioną starodawnymi meblami. Pomyślała, że to jedno z muzeów ukazujące dawne życie na Ziemi i pewnie jeszcze kiedyś odwiedzi je z klasą. Między pokojami przemknął przystojny szatyn, mógł mieć czterdzieści parę lat, zerknął w jej stronę, zawstydziła się, gdyż jej koszulka zbyt mocno opinała biust. Pomślała, że to jakiś aktor. Ciekawska zerknęła w jego stronę, siedział nad książką, taką prawdziwą, jakich już nie drukują od stu lat. Ponownie na nią spojrzał, przywołał ją gestem. Założyła bluzę, choć było niemiłosiernie gorąco.

-Usiądźcież!- Rzekł.

- Gdzie jestem?- Spytała.

- Nie powiedzieli waćpannie?-

- Szczerze, to miałam ochotę iść w góry, rozpętała się zamieć i znalazłam tą jaskinię.-

- Zachciało im się mię żywot przywrócić, bo wojny planują o planetę przy jakiejś Gwieździe Barnarda, a tam lud bitny i ich wytrzebić pragną.-

Coś o tym wspominali w wiadomościach ale była przekonana , że chodziło o jakieś niebezpieczne zwierzęta.

- Współczuję.- Westchnęła.

- Tylko te księgi mi zostały.- Wskazał na nie, Rucie zrobiło się go żal, objęła go ramieniem.

-Jak się zwiecie?- Szepnął jej do ucha.

- Ruta Smith- Wiłkomirska, pierwsze po matce, drugie po ojcu, od dwóch lat mieszkam na Antarktydzie ale pochodzę z Marsa.-

- Stanisław Żółkiewski herbu Lubicz.-

- Herb Lubicz to nazwa kolonii?-

- Nie, znak rodowy.-

Zapytała , czy opowie coś o sobie, wtem włączył się film na temat jej rozmówcy. Bagaż doświadczeń tego człowieka był taki bogaty. Byli z dwóch innych światów, on całe życie spędził na Ziemi, był przystosowany do jej grawitacji, Ruta, mimo dwóch lat spędzonych na Antarktydzie, często się potykała, a na początku bała się wychodzić bez skafandra, on bez problemu oddychał mieszanką tlenu i azotu, ona musiała brać specjalne pastylki. Nawet pachniał inaczej niż mieszkańcy Marsa.

Oddaliła się, by wrócić, on poszedł za nią.

- Uczyńże mnie wolnym! Daj mi odjeść, co żem miał uczynić, uczyniłem!-

Nie chciała nikogo zabijać, wzięła go za rękę, podążali jednym z korytarzy , skalne podłoże przeciekało, byli gdzieś pod oceanem. Zawyły syreny, otoczyły ich hordy androidów, Żółkiewski radził sobie z nimi doskonale, tnąc szablą. Ruta przypomniała sobie kilka chwytów z kursu samoobrony . Szabla zahaczyła o sufit, alarm zawył przeraźliwie, woda zaczęła zalewać korytarze, porwał ich nurt, chwycili się metalowej listwy, światła migały szaleńczo. Nie wiedzieli, jak się zatrzymać, nie myśleli o tym, jak długo płynęli. W pewnym momencie poczuli, że wody ubywa, otoczyło ich ostre, żółte światło błyskające  w dali. Zmieniało barwy, aż w końcu zniknęło. Gdy winda tylko przyjechała, ukazał im się pełen światła korytarz jaskini prowadzący w górę. Bez problemu pokonywał go, gdy Ruta, zmęczona działaniem grawitacji, musiała iść na czworakach.

-Ej!...- Krzyknęła.

Nikt nie odpowiadał, nagle poczuła bolesne szarpnięcie za ramię. Podmuch wiatru otrzeźwił ją, nad głową migotało tysiące gwiazd, było zimno lecz nie zauważyła ani śladu śniegu lecz coś podobnego do regolitu, wzgórza oświetlał wątły blask księżyca.

- Widzi pan.- Wskazała na księżyc.- Tu jest kilkadziesiąt kolonii, ludzie tam żyją i pracują.-

Przechyliła głowę w stronę niebiesko-czerwonej kropki.

- Tam się urodziłam i wychowałam.-

Jej łzy wsiąkały w spragniona deszczu ziemię. Wtuliła się w jego ramiona.

- Czymże jest wieczność żywota? Cierpieniem! Nie można zwyciężać wiecznie, należy miejsce dać innymi, by z dorobku pradziadów korzystali. To ,co żesz o mnie poznała, już się nie zdarzy! Nic dwa razy dziać się nie może i jeszcze w celach niecnych.- Rzekł.

- Prawda.- Wyszeptała.

Zaniepokojona nie wiedziała ile czasu upłynęło, nie wzięła tabletki, chyba się zaaklimatyzowała,  nie czuła zmęczenia, nie wymiotowała. Tymczasem jej towarzysz coraz wolniej oddychał, oparła jego głowę o swoje kolana.

- Wracam, Ruto. Wiedz, że człek wiecznie żyje ale w pamięci i zaświatach.-

Wydał ostatnie tchnienie, gwiazdy migotały. Ruta, świecąc tylko unitelem, pochowała go. Zmęczona, położyła się na ziemi. Jej oczom ukazały się kępy krzewów i  niewielkie wzgórza, nie mogła być na Marsie. Kątem oka zauważyła ruiny dawnego domu, powyrywane płoty straszyły z daleka . W środku znalazła tylko mapę z napisem AUSTRALIA i ulotkę sprzed stu lat.

TWÓJ KOSMICZNY SEN, MIESZKANIA NA MARSIE JUŻ ZA 100 $. WPROWADZKI OD ROKU 2086!

Wszyscy odlecieli, czuła się panią świata. Biegła przed siebie, zachwycając się pojedynczymi kwiatami, owadami i ptakami. Przycupnęła gdzieś na szczycie wzgórza. Nic dwa razy się nie zdarza, miał rację.

Usłyszała kroki, zbliżała się doń grupka ciemnoskórych ludzi. Dołączyła do nich. Myliła się, kontynenty nie były  bezludne.


KONIEC


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×