Przejdź do komentarzyKONKURS
Tekst 3 z 10 ze zbioru: Rajska poczekalnia
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2012-11-03
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1654

(Jest to jeden z rozdziałów ciągle powstającej powieści).

W czasach mojej młodości ojciec stale próbował mnie motywować do kontynuowania tradycji pisarskich w rodzinie. Pewnego razu, gdy miałem jakieś piętnaście lat, napisał za mnie pracę na konkurs literacki, ogłoszony w miejskiej bibliotece, na temat ”Świat za dwadzieścia lat”. Napisał, choć wyraźnie sobie tego nie życzyłem. Jednak gdy wszedł do mojego pokoju i wręczył mi czterostronicowy tekst - mówiąc stanowczo, poważnie, niemal żołnierskim tonem - zrozumiałem, że nie zniesie mojego sprzeciwu.

- Masz i zanieś to do biblioteki. Zwycięstwo jest twoje.

Niosąc opowiadanie czułem się upokorzony, przeczuwałem że nic dobrego z tego nie będzie. Nawet usiadłem na ławce i zapoznałem się z tekstem – głupio oddać pracę, nie mając kompletnie zielonego pojęcia o jej treści, tudzież przesłaniu. Był to jeden z niewielu tworów taty, które przeczytałem…

Pokrótce utwór przedstawiał świat zniszczony wojnami nuklearnymi, w którym nieliczni ocalali ludzie tworzą niejako stada i poszukują czystej wody. Toczą stale walki z mutantami, powstałymi po skrzyżowaniu szczurów, kotów i ludzi. Wojna staje się na tyle dramatyczna, ze nie rodzą się nowe pokolenia i życie na ziemi umiera śmiercią naturalną.

Lektura zbytnio mnie nie zachwyciła. Od młodzieńczych lat nie lubiłem fantastyki, sztucznych tworów, zaś wszystko wolałem argumentować faktami, praktyczną wiedzą. Uwierzyłem, jeśli dotknąłem, poczułem, podparłem obliczeniami, wzorami… Tak zresztą potoczą się moje późniejsze losy – zostanę chemikiem i odkrywca naukowym. Będę stale dążył do tworzenia rzeczy niemożliwych, ale naprawdę, nie jak mój ojciec – tylko na papierze i w głowach czytelników.

Mimo wielkiej niechęci, poszedłem i wręczyłem zdziwionej bibliotekarce pracę. Była niezwykle zadowolona i zaskoczona faktem, że syn najsłynniejszego pisarza jakikolwiek mieszkał, mieszka i będzie mieszkał w mieście, idzie  w ślady ojca. Tato często bywał gościem różnych spotkań autorskich organizowanych przez bibliotekę. Mało tego, kilkanaście lat później będzie nosiła jego imię, pomimo niezbyt miłego końca wzajemnej współpracy…

Praca zdobyła pierwsze miejsce wśród jury konkursu, a rywale nie mieli żadnych szans. Naprzeciwko znanego i cenionego pisarza fantastycznego stanęły głownie dzieci i młodzież z miasta i okolicznych wsi. Początkowo czułem się strasznie głupio, ale z czasem zapominałem o moralnym zeszmaceniu, wraz ze wzrostem popularności wśród koleżanek w szkole.

Całą zabawę popsuła nauczycielka języka polskiego, pani Halina, znająca bardzo dobrze moje predyspozycje pisarskie. Wiedziała, że nie potrafię napisać sensownego wypracowania na dowolny temat, a co dopiero mówić o złożonym i dojrzałym opowiadaniu fantastycznym. W poczuciu społecznego obowiązku skontaktowała się z organizatorami konkursu i poważyła autentyczność mojej pracy. Sprawy już nie dało się zatuszować, ze względu na artykuł wraz z moim zdjęciem z główną nagrodą w gazecie lokalnej. To żałosne, ale otrzymałem zestaw pięciu książek fantastycznych, w  tym dwóch autorstwa mojego ojca.

Gdy mnie wezwano do biblioteki, tato, mimo mojego wyraźnego sprzeciwu, poszedł zdenerwowany razem ze mną. Gdy wszedł do pokoju kierowniczki, chyba widać było jego wojenne nastawienie, bo ta zaczęła mówić bardzo łagodny głosem:

- Panie Wiesławie zaszło małe nieporozumienie. Podejrzewamy, że autorem konkursowej pracy w rzeczywistości jest pan. Krzysiek raczej sam by nie napisał tak cudownego opowiadania. O dziwo zwróciła się od razu do taty, kompletnie nie patrząc na mnie

- Słucham? – zacisnął pięści, ale jakby nieco zahipnotyzowany jej spokojnym tonem, próbował zapanować nad sobą. – Sam widziałem jak chłopak pracował nad tym tekstem wieczorami – kłamał. Wieczorami spotykałem się z pewną dziewczyną i popijając w piwnicy wino jej ojca, poznawałem pierwsze tajniki sztuki miłosnej.

 - Była u nas jego nauczycielka z języka polskiego i potwierdziła, że to nie mógł napisać Krzysiek. Bardzo mi przykro – nadal była nad wyraz grzeczna.

- Widzę tu niezły spisek! – ojciec krzyknął i zaczerwienił się. – Kończymy nasza współpracę raz na zawsze!

- Ale ma pan jutro spotkanie autorskie w urzędzie  miasta…

- Nic nie mam i nic nie muszę! Nie ma miejsca dla artystów w tym mieście. Święto pieroga to maksimum waszych kulturalnych możliwości. Czepiacie się biednego chłopca, półsieroty. Nie wstyd wam?

Stałem obok ze spuszczoną głową, pociągając delikatnie ojca za rękaw. „Chodźmy już stąd i nigdy nie wracajmy” – chodziło mi w kółko po głowie do momentu błyskawicznego opuszczenia biblioteki, zakończonym hukiem trzaskanych drzwi.

Przez najbliższy miesiąc nie uczęszczałem do szkoły, nie wychodziłem ze swojego pokoju, stale oglądając w telewizji programy naukowe. Ostatecznie ojciec skłócił się z każdą ważną osobą w tym mieście, byliśmy zmuszeni sprzedać dom i wyprowadzić się gdzie indziej. Pojechaliśmy do małego miasta na prowincji, zamieszkaliśmy na obrzeżach, w miejscu gdzie wielki pisarz może spokojnie pracować nad nową powieścią. To nic, że miałem kilka kilometrów do centrum. W gruncie rzeczy przyzwyczaiłem się do życia na uboczu, spokojne mogłem się uczyć i poznawać  przydatne mi  w przyszłości nauki z dziedziny fizyki jądrowej, atomowej, ciała stałego, niskich temperatur, czy fotoniki.

Kilkanaście lat później spotkałem na rynku w Krakowie panią Halinę, nauczycielkę języka polskiego. Szła w grupie starszych ludzi, oprowadzanych przez przewodnika. Od razu mnie poznała, machając za mną ręką z daleka. Bardzo się spieszyłem do pracy, ale z grzeczności nie mogłem zignorować tej pokojowo usposobionej starszej pani.  Po przywitaniu z miejsca zaczęła mnie przepraszać za aferę z konkursem. Zdziwiła się, gdy podziękowałem jej za finał tamtych wydarzeń. Wyjaśniłem jej, że gdybym jakimś cudem został pisarzem, nigdy nie pracowałbym naukowo.

- Krzysiu, cieszę się, że nie przyczyniłam się do stworzenia kolejnego pisarza w stylu twojego ojca. Ten świat i tak ma za dużo proroków zagłady… Musisz mi wybaczyć, ale wtedy, gdy przeczytałam opowiadanie konkursowe, od razu domyśliłam się, że wyszło spod ręki twego ojca – mówiła przepraszającym, dobrotliwym tonem.

- Nie szkodzi, ja już o tym zapomniałem – uśmiechnąłem się, starając niejako ją pocieszyć.

- Muszę ci coś wyznać – kontynuowała zawzięcie. – Byłam wielką fanką twórczości taty i omal z tego powodu nie popełniłam samobójstwa… - przeszyła mnie swoim nauczycielskim spojrzeniem, takim, jakim zapamiętałem jeszcze z czasów szkolnych. – Po odkryciu prawdziwego autora opowiadania konkursowego miałam problemy ze snem, dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Na dokładkę, kiedy po kilku miesiącach ojciec opublikował to słynne opowiadanie, w którym przedstawił wizję przyszłości z nauczycielami w tle, postanowiłam skończyć ze sobą – przerwała na chwilę i badawczo mi się przyjrzała. – Pamiętasz to wydanie ojca?

- Nie bardzo. Jakoś mnie to nigdy nie ciekawiło…

Teraz wiem, że we wspomnianej opowieści tato pokazał świat, w którym zanim dziecko będzie miało zaszczyt nauki w jakiejkolwiek szkole, musi przejść test egzaminacyjny u wyszkolonych robotów – nauczycieli. Test oczywiście zdają tylko dzieci bogatych rodziców, którzy odpowiednio wcześnie opłacają komisję nadzorującą funkcjonowanie maszyn. Ludzie już nie są belframi, bo władza doszła do wniosku, że ten zawód może być śmiało wykonywany przez zaprogramowane roboty.

- Mniejsza z treścią… Nawet nie wiesz, co wtedy poczułam. Mistrz niejako przelał mnie na papier, ukazując mnie w bardzo złym i nieprawdziwym świetle. Nie mogłam tego znieść i postanowiłam ze sobą skończyć. Na szczęście tabletki były za słabe – przespałam dwadzieścia cztery godziny, zwymiotowałam i dalej żyłam…

- Naprawdę mi przykro. To straszne, co pani mówi – szczerze mnie zatkało, zwłaszcza określanie ojca jako mistrza.

- Chodziłam na terapię i jakoś z tego wyszłam. Mam kategoryczny zakaz czytania jakiejkolwiek fantastyki… - niespodziewanie urwała. - Miło było cię znów spotkać, musze już iść!

Bardzo mi przykro, ale ja będę nie prorokiem, ale twórcą zagłady. Gdy tylko śmiercionośny płyn zostanie użyty niewłaściwie przez armie, pani Halina poczuje go na własnej skórze. Siedząc w domu, czytając gazetę i głaskając kota, będzie popijać herbatę z dużą ilością śmiertelnej substancji. Umrze w wyniku rozłożenia się, i tak już podstarzałych i mocno wyeksploatowanych, organów wewnętrznych. Pocieszające jest to, że nie poczuje bólu, tak szybko i skutecznie morduje broń wymyślona przeze mnie. Na pewno  jest ze mnie dumna i cieszy się, że nie zostałem pisarzem!

  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Wojtku, świetne opowiadanie! Jestem pod wrażeniem. Napięcie, można się świetnie wciągnąć w sytuację narratora, który musi udawać, że jest autorem opowiadania ojca. Całość logiczna, droga życia narratora dobrze poprowadzona, świetna pointa.
Brak przecinków w paru miejscach, np. "przeczuwałem, że nic dobrego", "w miejscu, gdzie".
Zmieniłabym wyrażenie "od młodzieńczych lat", na "wczesnych", albo "dziecięcych", bo akcja opowiadania w tym miejscu już się toczy "w latach młodzieńczych". Chyba chodzi o czasy jeszcze wcześniejsze.
Brak myślnika, oddzielającego w dialogu słowa nauczycielki: "Krzysiek by nie napisał tak cudownego opowiadania" od narracji.
Zmieniłabym też wyrażenie "zanim dziecko miało zaszczyt" na np. "zanim dziecko dostąpi zaszczytu".
Ale to wszystko drobiazgi. Dla mnie jest to bardzo dobre opowiadanie, tekst widzę jako całość i nie odczuwa się, jakby było tylko częścią większego utworu.
avatar
Bardzo dziękuję za opinię i cenne uwagi! W oryginale poprawię błędy.
Ps. Ostatnio mam mało czasu pisać, bo jak nie praca, to opieka nad córką, ale jak mam wolną chwilę, poświęcam ją na "naskrobanie" choćby jednego zdania. Opinię na Publixo motywują mnie do dalszej pracy, także dzięki!
© 2010-2016 by Creative Media
×