Przejdź do komentarzyCztery głębokie rysy w akcie spowiedzi, czyli na ile grube lustra oddzielają nas od rzeczywistości ?
Tekst 4 z 15 ze zbioru: Nic do podbicia
Autor
Gatunekproza poetycka
Formaproza
Data dodania2012-12-23
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1662

Cztery głębokie rysy w akcie spowiedzi, czyli na ile grube lustra oddzielają nas od rzeczywistości?



Leżał. I przypuszczam, że to jego leżenie przeciągało się do czasu, kiedy wreszcie zdecyduje się zaszczycić swoją obecnością niezwykle zacne grono aniołów. Teraz pojmuje, iż jest tego wart tak samo, jak każda, nawet najbardziej przygarbiona starowinka, zawsze kupująca najtańsze mięso i buty na bazarze przy najbardziej uczęszczanym placu targowym. Oprócz wręcz chorobliwej i wiecznej niemożliwości portmonetki kurczowo zaciska dłoń na przedramieniu, kiedy tylko serce niemiarowo odmierzy ceny. Wszak w przepastnych otchłaniach niewiadomego nikt nie odważy się zakłócić wędrówki w czasie. ( Być może, że i ta staruszka bardzo dawno temu zaplatała warkocze. Dziś plecie jedynie trzy po trzy. Trudno więc jest mieć do niej jakieś uzasadnione pretensje ). Jego i jej niebo nigdy nie zapyta nas na rogu ulicy o godzinę tylko chciwie przeskoczy przez szpary w oknach i w końcu wyprze z życia nienasycenie. ( Miewa wprawdzie krótkie postoje w tym procederze, które pozwalają zapominać, lecz jest to proces wyjątkowo lotny ). Wszak grono aniołów to czasami najlepsze miejsce dla czarta. O, tak! Ten to się zawsze wystroi niczym „szczur na otwarcie nowego kanału”. W ciągu jednego dnia handlowego potrafi przekonać klientelę, że podziurawiona para rajstop to tysiąckroć powiększona dziewczyna o czterdziestometrowym ciele lub skośnookie rybne konserwy z grzybami po siedem pięćdziesiąt za sztukę.

Leżał. I wiedział już, że cokolwiek tam jest, ( poza garbem znanej już nam staruszki ), tropi filantropię Boga i przedrzeźnia duchy. To coś, co uprawia wieczną pogoń za ochłapem, za garścią srebrników, za ocalałym z potopu korzeniem z rajskiego drzewa, do mocarstwa królowej tandety i króla śmietnika. Amatorzy śmietnika i życia, podobnie jak on, mają czas na wszystko, w szczególności zaś kolekcjonują pióra ze skrzydeł wieszczy. Bo zupełne nici z takiego nieba gdzie wieszcz nie ma nawet własnego odbicia i niczego w sobie nie odnajdziemy oprócz lęku, z którego całe nasze ciało. Wszechświat jednak nie istnieje bez tej odrobiny jego ciała i zmierza podobno właśnie do miejsca, w którym właśnie leży. Więc za co, z góry, wysławiać Boga, który stworzył dla niego taką golgotę ? Za co sławić inżyniera ludzkiego sumienia, które zostaje natychmiast zagłuszone drobną monetą, wciśniętą w małą dłoń, wyciągniętą na narożniku najbardziej uczęszczanego skrzyżowania ?

Leżał. Wystawiał swoje ciało na ostatni, jesienny ruszt słońca. ( Czart, przebrany za przygarbioną staruszkę, sprzedał właśnie jakiś bezczas i niemiejsce zafugowanej w półświetle dłoni za jedyne szesnaście dziewięćdziesiąt dziewięć ). Szarzy ludzie handlowali złotymi myślami i odblaskiem z  omszałych marmurów własnej litości. Oni sami, kupujący przypisane im niemiejsca, nieziemię, a jednak dotykający co dnia wszystkich kolorów słońca, jak ten, co legł. Dotyk jednak zamknięty już w słowach : czerń – czerwień, czerwień – czerń. Coraz bliżej w polityce do takiego czasu, w którym już nie ma go dla nikogo.

Leży, wsysa się w powietrze, żąda przetrwania przez jeden dzień, egoizmu oraz śmiertelności powyżej przeciętnej w telewizyjnych wiadomościach. Weekend wystygł, pada, mierzwa nadchodzi milowymi krokami, trawi samego siebie w rozmyślaniach. Wtula się w coś tak płytkiego, co głęboko w nim ukryte i czuje wysmażone w sobie, dokładnie wypolerowane, cienkie ostrze mizerykordia. Coraz bardziej kruchy, przez krótką chwilę lśni mniej mechanicznie. Przez dłuższą chwilę mrowi go czarcia wręcz cena w palcach. Cały ma odgłos metalu, ale skóra w pełnym słońcu już nie tak krucha. I zgrzyta, niczym stary telefon do dawno niewidzianych znajomych. Tylko „kablowanie” tak samo dobrze wyuczone jak przed laty.

Znowu prawie ciemno, więc napijmy się, bacznie obserwujący go czarcie. Wszak obaj jesteśmy z materii nielosu, otoczeni niebogiem, podzieleni po równo nieniebem niczym opłatkiem, podzieleni na dwie połowy słowa „nie”.

Leży, albo istnieje, dopuszcza szatana coraz bliżej lewego barku. Kiedy już się tam dobrze usadowi będzie naiwnie wierzył w granice pomiędzy nimi i jakiś opór materii, w dodatku podczas obecność atmosfery porozumienia i pojednania na wielkich bilboardach i reklamach proszków do szorowania. I wreszcie wygarnie wszystko temu natrętowi, bo wszak nie sposób osiągnąć pełnej nirwany. Ale ta, co tutaj zostanie, może służyć za przykładowy model lenistwa, które posiano na próbę, pod nieuczęszczanym już kawałkiem pozbawionego sztachet płotu.

Wszak czasami zupełnie nieokiełznanie grube lustra oddzielają nas od rzeczywistości.



Wstaje, wstaje w końcu, lecz bardziej zmusza go do tego czynu sparszywiałe życie niż tak zwana „potrzeba serca”. ( Czart oskarżył wczoraj czyjąś żonę o bigamię i zażądał natychmiastowego rozwodu ). Wszak największym problemem dla niego zawsze jest on sam, ale kultura wypowiedzi podczas sprawy rozwodowej musi być i nawet taki koniec kiedyś się skończy. Kuriozalna, biurokratyczna tępota trzech zdjęć z lewym uchem do przedłożenia w sądzie spotkała się z wręcz bajkową zaradnością wymyślania nowych powodów do rozwodu i mało wysublimowanych rozstań. Dużo w nich delikatnie wijących się linii i pofałdowanych powierzchni, przepełnionych tłumaczeniami o wskazanych metodach interpretacji. Bo kiedy nasz znajomy szatan stanie się obojętny na wszystkie, stworzone przez siedem dni rzeczy, będzie bardziej odporny na jakikolwiek ich profil. ( Zresztą każda egzystencja dnia nie trwa zbyt długo).

Wstaje, podświadomość jednak ciągle go nurtuje, zmusza do coraz głębszej analizy, a chwytliwe hasła zastępuje w końcu jakaś głębsza refleksja. Musi jednak umieć ją sformułować, znaleźć aktualne znaczenia dla pojęcia wstawania z miejsca. Czart niczym kobieta – pełen szerszych aspiracji, dominujący w trudnych w odbiorze, konceptualnych projektach rozwodu, twierdzący, że wszystko jest dozwolone, jeśli akurat nie jest moralnie naganne. Przeto jego słuch na propozycje rozstania wyostrzył się ostatnio i stał się wręcz natrętnie niepodległy niczym młoda demokracja.      ( W tej właśnie chwili czart podejmował trudny problem damskiej emfazy tuż pod bielizną i polityki rozwartych ud, która zniewala mężczyznę niczym bakcyl konia, szabli, munduru i trunków powyżej stopnia wytrzymałości ). No cóż, nie pozostał niektórym nawet samczy obstrzał różnych opcji.

Czasami pozostaje mu tylko wstydliwa psychoza porwanych wątków, a wygląda na to, że im większa kolejka dam lekkich obyczajów przejdzie przez łóżko i pamiętnik głównego bohatera, tym lepiej. Dobrze byłoby robić tylko rzeczy przyzwoite, za które człowiek nigdy nie będzie się wstydził, ale społeczne dogmaty często są niełaskawe i ograniczają męską tożsamość. Pomyśl, drogi przyjacielu noszący genitalia, czytając ten tekst, na ile świadomy a na ile zestresowany staje się w końcu twój „organ aspołeczny”. Zazwyczaj, tak jak on, stawiasz bowiem jakąś „przypadkową miłość”, budowlę z nierealnych cegieł, co kończy się rozwodem z konsekwencją wyburzenia połowy twojego majątku. „Zdobywanie” fizyczne kolejnej kobiety bywa bardzo wątłą przypadłością wieku młodzieńczego, z którego wyrasta się w sposób naturalny.

Wstaje, naprawdę wstaje. Dwa tysiące lat nowożytnego polotu, mieszkania z jedną samicą od czasów jaskiniowych, wrastania korzeniami w tę ziemię od stuleci. Pamięć o kochankach i zdobyczach wcześniejszych zaczyna gwałtownie pulsować, obniża jego polot, cały świat stawia na rozdrożu. Ale więcej uwagi trzeba czasami poświęcić kwestii konstrukcji ciała kochanki, niźli trójwymiarowemu obrazowi tego, co niczym kajdanki na palcu, co było przedtem atrybutem ciebie samego i tak zwanych „lepszych czasów”, które wyrywają się spod kontroli tak pamięci jak i rozumu. Leżąc nie przewidział jednak jednego – pragmatycznej nadziei na każdą godzinę, dzień i rok, w którym wreszcie będzie się chciało wstać i pogadać z diabłem w miejscach zgoła nieoczekiwanych, które brzmią bardziej tajemniczo i czasami naprawdę archaicznie. A jedynymi bodźcami do jakiejkolwiek motywacji stały się seks, władza, pieniądze i homoseksualizm. Ten ostatni najbardziej z niego kpi, tropi, trzebi i sadzi chwasty w miejscu jego wcześniejszego leżenia, a dłoń mecenasa okazuje się szponem, wyciągniętym w proszalnym geście o to, co w nim najbardziej chore.

Wstaje bez pretensji, bez posądzania go o to, czy o tamto - to uogólniona sytuacja hipotetyczna. Wie, iż czasy dzisiejsze to mierzwa skostniałych kanonów, nieświeży oddech lansowania nowo mowy, w dodatku oświetlonej przez jupitery. Rzeczywistość, kreowana przez powszechnych w tym świecie Lucyferów, to pretekst w kwestii destylacji coraz mocniejszej wódki, by umieć samemu zagłuszyć toń mocno konfesyjną, chociaż wciąż uzurpującą sobie pozory zadziorności w wolnej republice mężczyzny. On musi zawsze być selektywny, paradoksalnie aktywny, nie podlegać unifikacji, nie integrować się z ingerencją w pochwę, w jakąkolwiek pochwę, nawet tę od szabli. Przecież, nawet bez tego, kobieta pełna jest mężczyzny ! I zabierze mu wszystko, nie wliczając połowy jego zafajdanego majątku.

Wstaje - natura błyszczy niczym wysoki dźwięk w doskonałej symfonii, lecz tylko ona posiada prawdziwy wstęp, ekspozycję, eksplozję i kodę. Moralna próżnia, moralna pustka, rozmowa gęsi z prosięciem. Kobieta nie karmi mężczyzny, chyba, że jest jeszcze niemowlęciem – ona go doi. Zrozumiał, że oto próg jedności płci, swoista metamorfoza, co nawiązuje do damsko – męskich stosunków, ale „broń Boże” tylko we właściwym sensie. ( Czart rozpoczyna kolejny dzień dźwiękonaśladowczy, kształtofoniczny, pierwszy dzień nieutworzenia. Jak wynika z definicji w wyrazach jednosylabowych są obrazy wewnętrzne, fantastycznie sielankowe ujęcia tego dnia, namalowane tępym rylcem uwertury ). Świat został wyśpiewany, świat został zamęczony. Jutrzenka zawsze i wszędzie pojawia się pierwsza.

Wstał pierwszy dzień czarta, a zjawisko energii elektromagnetycznej dostrzeżono dopiero przez wszystkie istoty żywe, kiedy dokonał się proces antropomorfizowania misterium tworzenia. Błogostan osiągnięto znacznie później za pomocą entej ekspedycji, tak niezwykłej i niepowtarzalnej jak ikra celofanowa w sosie dzikim za cztery dwadzieścia dziewięć za sztukę.

Ale to zupełnie inna,  niemęska historia.

Teraz trzeba ratować Boga !



Czart pogniewał się nie na żarty za bezlitosną wiwisekcję naszej epoki. Pozwolił jedynie na względną niezależność w kraju myśli. Zdominował i zaczął okupację wyalienowanej religii, moralności oraz kultury, poczym skontrastował je z całym dobrodziejstwem posiadania innego inwentarza. Główny bohater zrozumiał wówczas, że nic bardziej nie łączy niektórych ludzi na przyszłość niż łzy pożegnania. Życie w okupowanej filozofii traci sens, kiedy byle jaka porażka zabija. ( W ten sam sposób zabija również, zawsze wyalienowana, miłość ).

- Gdyby wniknąć w temat głębiej, - mówił czart, - wiele razy popisywaliśmy się wspólnie większym barbarzyństwem i to z o wiele większą skutecznością. „Zew mordu” osiągał czasami wręcz magiczną świadomość kiedy demony zostały uwolnione z naszych ciał, uwolnione ze złudnym poczuciem kontroli nad nimi, hipnozy samokontroli, obniżającej poziom adrenaliny we krwi, bo ci z poranną kawą wiecznie się spóźniają. Zresztą wędrujący po zmroku są w jakiś sposób na pewno opętani. ( Robi się tłoczno, zdradliwie, lepiej żebyś nie patrzył. Teraz trzeba trzymać się blisko siebie ).

Właściwie nic ciekawego, nic niezwykłego, bo nic tak nie ożywia dziennika telewizyjnego jak kilkadziesiąt trupów. Znienawidzony taki raj. ( Kawa się spóźnia jak przeładowane pociągi. Zresztą tak samo, jak do niej śmietanka. Panuje mgła, trzęsienie ziemi, huragan i permanentna zapaść gospodarcza ). Do tego ta jego wręcz wulgarna wręcz ułomność, nielogiczne i niczym nie poparte wyjaśnienia procesu mordowania innych, wymiarowanie abstrakcji, przypadkowość i szał. Zamordowana adrenaliną agresja, zapalczywość i ociemniała nienawiść przeszkadza tak widzieć jak wspominać. Oto człowiek - skrzypek na najwyższym szczycie świata i śledź w kieszeni kangura. I nawet kul, cholera, właśnie zabrakło.

Dominuje chęć dokuczenia każdemu oponentowi a obiektywizm, w tym przypadku, jest ze wszech miar niepożądany. Sformułowania deprecjonują, kiedy za słowem zjawia się pogarda, ironia, złośliwość i uszczypliwości a plucie nie wydaje się już rzeczą brzydką lub hańbiącą.  Asymetria w traktowaniu oponenta wybiera jakieś „obok”, ucieleśnia nienawistne spojrzenia a wyważone sądy noszą zarazem zeza ostrości, surowości i są zaprawione gryzącą ironią. Sól wystygła w nim zupełnie.



Kreacja czy relacja ? Narrator opowiada sny, intryguje nieprzewidywalnym, hiperbolizacją i spontanicznością swojej opowieści. Jego diabeł jest bowiem kronikarzem tylko jego psychiki, a ona, niczym szczur w laboratorium, zaplątany w labirynt języka psychoanalizy. Szczur narracyjny staje się przez to beznamiętnym opowiadaczem, kierownikiem seansu, kierownikiem ściśle zaprogramowanych faz obserwacji labiryntu. ( Dziura w prawej chmurze powiększa się znacznie, dłonie kleją się coraz bardziej ). Osiąga z diabłem nieprzekraczalne linie podziałów czyli alienację, dowodzi odtąd niepodzielnie matecznikiem wszelkich napiętnowanych niepoprawności, w dodatku na poziomie zwykłego, tak bardzo ludzko powierzchownego, oglądu tak zjawisk, jak i rzeczy. Niezależnie od jego proweniencji, ( mowa o czarcie w roli narratora ), obaj czują upływ źródła, swoisty konflikt pomiędzy dezintegracją ciała a domaganiem się pożywienia z regularną częstotliwością. ( Ich ciała do warsztatu snów ! Wszak tym, co nie ma forsy zwykle się pogardza, a nie szanuje za programową uczciwość. W warsztacie narrator skutecznie usypia, przymierzając się do najbezpieczniejszego kąta. I tyle życia jego snom wystarczy, bowiem podział jawy dawno osiągnął swoje apogeum ).

Nic nie widać przez sny. Sino. Tak trwa. Płaczki zamieniają się w parę. Do domu kilkaset kilometrów i dzielenie się z czarnymi dziurami wrodzoną nerwicą. Telefon do starych znajomych wciąż milczy i już nie bardzo wiadomo kto i kiedy zawinił.  W tak dżdżyste dni nawet ryba potrafi poślubić korzeń sitowia, a za druhny bierze urwiska i czarne dziury. Świece straciły chybotliwość, usypiają znów w dół. Lecz snów nie opłaca się jeszcze skazać za młodość albo za fakt, że lubią się ustawicznie i publicznie całować. Narrator przerobił cały temat na otręby niczym kompletnie pijany wikary tackę przed mszą. Lecz kiedy zwróci mu się chociażby najmniejszą uwagę, z pewnością dojdzie do kłótni, a ona, wiadomo – poczuje się jak zdobywca ośmiotysięczników, który wbija w głowy sny niczym czekan w ośnieżone urwisko na dziewiczym szczycie. Kwiaty więdną. Niektórzy kochają się naprawdę... Jest kwaśno i nic już poza tym listopadem, kiedy Bóg poważnie zachorował i został wezwany do grobu, z którego później zmartwychwstał. I kryształowa noc, kiedy płonęły synagogi, listopadowa noc z gradobiciem... Noc o wiele dłuższych noży.

Wszystko osiada, wypija kroplę wody deszczowej i zagłębienia w cegle. Ruch przeszedł w grzywy ognistych choć marmurowych koni. ( Lekkie odrestaurowanie i powiększenie pęcin już im nie przeszkadza ). Starzy bogowie przetopieni już na Chrystusa Pana są dziś jedynie zgrają kilku facetów w zbrojach, strugającą zapomnianą świętość od wielu wieków, rażącym w oczy kłębowiskiem dziwacznych postaci. ( Ponieważ ocalający nie może być jednocześnie ocalonym poważne wątpliwości budzi heroizm smoków. Wszak raz wyważone drzwi ciężko jest zamknąć a smok nie powinien przestać o tym myśleć, bo jego strach przed krwiożerczością zamierzchłych bogów posiada zbyt wielki ładunek przypadkowości, mniej lub bardziej skutecznie ocalały z okrutnej rzezi. Po prostu smok uszedł spod ostrza i emocjonalnie niezrównoważony uniósł się ponad układ z ostrzem piki, koniecznej zbrojnym do spełnienia swych powinności ).

Niekiedy rozmowa przemilczy wszystko. Chmury już jak strzępy. Koszula, twardsza niż stal, do prania tylko w twardej wodzie, bez środka do zmiękczania płynów ustrojowych. ( Uwertura trwa do następnego trzęsienia ziemi, podkreślmy, uwertura oberwania chmury, uzyskująca aktualny model indoktrynacji smoczej jamy i sterowania potrzebami chmur. Gorset muzyczny zresztą zawsze ogranicza ruchy i krępuje gardło ). Rozmowa – jeszcze jedno, wręcz gigantyczne pole bitwy. Też, biedactwo, nie słyszy rozlewu krwi i gry pozorów w działaniach władców światła, zakutych w zbroje psychiatrycznego zakładu. Zakładu o sześć dziewięćdziesiąt dziewięć.

Zdrowy rozsądek stał się dla wstającego deficytowym towarem, strategicznym bombowcem w stanie zawieszenia cudzego ciała. Trzeba mu wyperswadować tragizm rechotu kozła za dawno nie uczęszczanym opłotkiem, toczone detale, odwrócenie dzwonów do góry dnem w całym mieście, pseudoartystyczne wzory do naśladowania, nieudolnych heraldyków czy też wycięć w pilnowaniu jedynie słusznej drogi, kreowanej przez cały naród przez kilkadziesiąt kwartałów. Rozsądek czy plebiscyt na rozstrzygnięcie ilości brudu na naszym małym lądzie ? ( Przyszli nas straszyć ilością śmieciarek, a duże miasta wciąż bardzo się starają, by im się udało).  Zdrowy rozsądek musi straszyć w doborowym towarzystwie, towarzystwie, które potrafi oglądać, czuć, wysłuchać, zeżreć, wychlać, wzruszyć się i zachwycić, a czasami, wręcz złośliwie, głośno „puścić bąka”. Towarzystwo starych znajomych naciąga nerwy aż do pęknięcia wszystkich, nawet najbardziej dookolnych rzeczywistości albo amputowanych ideałów społecznych, takich jak ekonomia, polityka, państwowość, praca i stosunki nie tylko międzyludzkie. Nadrzędny jest ten nasz czart, źródło złych myśli i zjawisk. A świat ? Tego cymbała, ponoć niczym ostatniego bochenka chleba z Kanny, strzeże Bóg !

Wszystko osiada. A jak już spocznie w poświęconej ziemi to takie samotne, jak nigdy przedtem. Wszystko – grube, głęboko wyrżnięte „na dudka”, kosmate i niezwykle często zbyt kolczaste. Stało się. To nie w pełni wyczerpujące, wartościowe, wybrakowane, urastające do rangi symbolu a jednak służące za atrybut potęgi i doskonałości. Wszystko – ciągle obecne, predestynowane do wyższych celów, symboliczne „wszystko” – wygodny rytm sylab. Ciemna istota, tłukąca się na twardej, stężałej uwięzi, nie bojąca się tego, co przyniesie kolejne „jutro”. Koło się zamyka. Oto jest ból istnienia, ciągłe znaki zapytania, co dziwią się wszystkiemu i wszystkim, fascynacja i przerażenie w jednej osobie. Pociągi przelatują przez dworce, wyrzucają z wnętrz kolejne generacje. Zohydziły sobie malowniczość, palec wskazujący Boga, co prostuje im strzępy w głowach, podjudzane przez kolejne zakręty historii. Nic oprócz niego, oprócz rozdeptanych przez wielu dróg ku zbawieniu. I tylko obcasy się buntują przeciw takiemu zdzieraniu. Czas z wymalowaną na tęczowo duszą, drapieżne ptaszysko, przyobleczone w zimne, zaledwie na kartce ocalałe słowo.

Relacja zatem znacznie wyprzedziła kreację. Ktoś, kto zaszedł dalej, twardszy i o wiele sprytniejszy od śmierci, zagrał smokom na dziurawym obojczyku. Nikt bowiem nie był w stanie powstrzymać plotki o ich śmierci, a ich teściowa do dziś nie poczuła powołania do zmieniania czegokolwiek. Twarz zżółkła niczym suknia panny młodej. Obrączka wciąż śni o lepszych czasach. Do drzwi puka harpia – kostucha.

Szatan plami ostatnie słowo skazańca sympatycznym atramentem. Nie posmakował drzewa a nawet oddechu w pocałunku. Są tacy, co ponoć się wciąż kochają... Szczęście jednak nagle ich opuszcza niczym naszego szatana, chociaż w ostatniej chwili uszedł spod ostrza kosy Boga. Pozostał mu jedynie ruch – wzmożony, jednostajnie przyspieszony i wzbroniony. Teraz bierze pomstę za ludzką butę ( z obcasami ), lecz jego działania zdają się mało perspektywiczne i mało skuteczne. Po raz kolejny tłumaczy więc sobie, że oto agresywniejszy, sprytniejszy i bardziej pozbawiony skrupułów znów pokonał słabszego.

Przez całą noc znów padało tak, że lonty komet zupełnie nasiąkły wodą. Czart poczuł brak pewnych postaci, wymarłych w tak nagły sposób jak dinozaury lub Konrad Adenauer, tak, jakby płomiennie przemawiał przeciwko monarchii, a idąc na krzesło elektryczne jeszcze bardziej płomiennie śpiewał. Szatan jednakże nie stał się tabletką na cokolwiek, tylko przewodniczącym sekty „wciskaczy ciemnoty poza maminym cycusiem”.        W konsekwencji wykłady w piekle przeszły swoisty fenomen transfiguracji i odtąd interpretowały jedynie „Kroniki dnia żywego w gęstwinie czystych strun strachu”. Było minęło, jak przerażenie w głębokiej studni. I znikąd teraz nicości.

Ludzie na ogół tylko wtedy oglądają się za siebie, kiedy zobaczą, że coś się tam dzieje. ( Idziemy do ludzi,  więc za chwilę powinniśmy ubrać w coś nasze gołe cztery litery. Śni się zrzucanie na nich bomby biologicznej, a niebo z tego snu odkleja się od galaktyki z taką łatwością jak skórka od jabłka ). Zawiły jest niczym mały owoc splot wszystkich, heterogenicznych wątków i aż dziw bierze, że świat, tak mały jak ten, jednak jakoś przetrwał, chociaż i to wydaje się cudem, zwarzywszy na fakt, co narrator, tak jak cała ludzkość, ma po dziś dzień na swoim sumieniu. ( Wywołani z cmentarnej ciszy poddają się równie destrukcyjnym tendencjom co rzeczywiście istniejący, ci, którzy zawsze pokażą na co ich stać wręcz sielankową pracą u podstaw, doskonałą morderczynią wszystkich zbyt wyuzdanych snów ).

Znicze - pochodnie pamięci. Wspólnie z czartem świętują każdą agonię i wiarę w zmartwychwstanie tuż po długiej zimie. Harfy ognia odzywają się jednak coraz rzadziej, ze swej natury nie statyczne i dość abstrakcyjnie wybrzmiewające. Ale one już wiedzą, że narastające po dźwiękach zdziwienie, podskórna tkanka cechująca każdy desygnat, to sugerowanie czegoś wcześniejszego, zaledwie zwiastującego początek wielkiego pożaru. Tylko tyle, czy aż tyle ważnego w iskrze, przede wszystkim dla pierwszego elementu rozwiązania zagadki płomienia ? Jakim płomień służy teraz bogom, jakiemu mniej wirtualnemu deszyfrantowi ? Dziś trudno odpowiedzieć w arbitralny sposób  czy percepcja odbioru nad wyraz lubi każde odniesienie.  To tak, jak z poezją – jest wartością, która rodzi się by tylko dawać, nawet ponieść na otwartej dłoni dawno zamkniętą kromkę chleba. Krąży na języku substancja, jednaka, twarda i matowa, dobrowolnie upowszechniająca absolutny porządek ciała piszącego i nieład jego duszy. ( Ach, dusza, cóż za archaicznie brzmiące słowotwórstwo ) ?

Dziękuję, postoję. Poglądy równie często odwracają się przeciwko nam samym. Jeżeli wyeliminuje się słabe elementy w tej grze z czartem to już nie będzie czego wykorzystać i nie będzie nawet powszednich uśrednionych, by zrobić z nich słabsze okowy. Linczujemy wszystkich, którzy tworzą puste sensacje, wspomagają bielą biel, choć rasizm mieści się zawsze w zaciśniętej pięści. To, co gubi głównego bohatera, opowiada aroganckie dowcipy w powłóczystym płaszczu, w przydrożnej lub przydworcowej knajpie, wystrojony w jedynie słuszną drogę rozwoju jak ostatni cham. Pył wódki pokonuje nawet najwyższe bariery, dokonuje aneksji łzy na kobiecej rzęsie, uchodzi spod zdmuchnięcia, spod białej chustki – kawałka ginącego honoru podczas oddawania się na łaskę zwycięzcy. ( Trzeba jeszcze wystroić z tego historię o zupełnej zależności od płynu powyżej stopnia wytrzymałości i pewnego rodzaju opętaniu, właśnie przez czarta, na wielowymiarowy sposób. Idąc albo chcąc dojść  tworzyć historię ? Jego expressis verbis, jak się rzekło, to nie ideologia, bo inna tu emocja i systemy wartości ).

Teraz postoi, przeprowadzi na ludziach swoisty test na nadwrażliwość, z pewnością przejrzy się w niej z o wiele większym zainteresowaniem i to całkiem z bliska, z najmniejszego szczytu na tak małej planecie. Instynktownie wyczuje mrowienie pomiędzy łopatkami, zacznie się bać ludzi i wróci tam, postać w miejscu, z którego przybył. Zdecydował, iż nie da czartowi za wygraną ! To ludzie bazgrzą coś na kawałkach celulozy, nie dając chwili spokoju biednym długopisom. Zapuka w ich czoła, poinformuje ich ego, że jego decyzja jest ostateczna i nie mają co go przekonywać do przebywania na kartce. Nie grać, nie grać flażoletami słów ! Zmierzony czyimś sercem, zdrapywany warstwa po warstwie, zasklepiony w zdziwieniach, przejęty na wskroś złodziejskim niepokojem nie potrafi już pociągać za swoje wszystkie sznurki. On – marionetka w rękach czarta, setki tysięcy linek, rozdrobnionych w palcach, twardszych niż stalowy rdzeń. Przeciera szlak ku przetrwaniu, ku ujawnieniu niechcianych już twarzy.

Jak to jest, gdy tylko się tak stoi ? Deszcz uwięził parapet, lenistwo każdy spokój, granica starzejących się brzegów ranty mostów. Mosty kiwają się niczym w głębokiej, sierocej chorobie, dyskutują o filozofii i przemilczanych linach do wyboru. Teraz jeszcze tu jest, przechyla się przez znicze i nie wybiera, komu je postawi. Świat się nagle zatrzymał, Bóg otworzył na niego palce. Nie zrozumiał tego gestu, przepełniony ceną trzy dziewięćdziesiąt dziewięć za sztukę i cudownie go dołującym kapitalizmem.

Dosłownie przed chwilą czart mrugnął do niego szelmowsko.


  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Przeczytałem.
© 2010-2016 by Creative Media
×