Przejdź do komentarzyZegarmistrz
Tekst 5 z 9 ze zbioru: Opowiadania
Autor
Gatunekfilozofia
Formaproza
Data dodania2011-02-19
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1547
Książę stał w otwartym oknie i mimo przenikliwego mrozu, cieszył oko rozpościerającym się zeń widokiem na zalany słońcem, czerwony dach zamku i górującą nad nim zegarową wieżę. W prostopadłościanie murów umiejscowiona była olbrzymia tarcza, wypełniona rzymskimi cyframi po których niezauważalnie, lecz konsekwentnie poruszały się sporych rozmiarów wskazówki. Wspaniały zegar - stwierdził już nie po raz pierwszy książę. Ilekroć spoglądał na to arcydzieło mechaniki na nowo odkrywał jego piękno i kunszt wykonania. Chronometr latami niestrudzenie odmierzał czas. Nigdy też się nie zdarzyło, aby choć na chwilę stanął. Specjalnie zatrudniony pracownik miał obok mechanizmu niewielki pokoik, dzięki czemu w dzień i w nocy mógł kontrolować jego pracę.  

Ponieważ zegar, jak wspomniałem, działał doskonale tak naprawdę jedynym zadaniem mechanika było nakręcanie, raz na dobę, jego olbrzymiej sprężyny. Od czasu do czasu, na polecenie astrologa, dokonywał również niewielkiej korekty wskazań.  

Życie w księstwie zostało całkowicie podporządkowane rytmowi zegara co na owe czasy było czymś niespotykanym. Ludzie wstawili, pracowali, szli spać dokładnie według jego wskazań. Tam gdzie zegar nie był widoczny, na przykład ze względu na odległość, znajdowały się drewniane wieże zwieńczone podobnymi do niego olbrzymimi traczami. Konstrukcje rozstawione były tak, aby obsługujący je żołnierze mogli przez długie, miedziane lunety dojrzeć wskazówki. Jakakolwiek zmiana ich położenia była natychmiast powielana na kolejnych tego typu konstrukcjach co powodowało, że w krótkim czasie docierała do najdalszych zakątków księstwa.  

Oczywiście, zważywszy na odległość, istniało pewne opóźnienie jednak ze względu na niewielkie rozmiary państwa i doskonałą sprawność żołnierzy nie wynosiło ono więcej niż piętnaście minut nawet dla najodleglejszych jego zakątków. Chronometr był jedynym tego typu, dostępnym dla mieszkańców urządzeniem, dzięki czemu wykonywali swoje prace niemal w tym samym czasie.  

Czas to zjawisko stałe i nie podlegające koniunkturze. Dlatego w chaotycznie ostatnio zmieniającym się świecie był to punkt odniesienia na który książę Zygfryd mógł zawsze liczyć. Wszystko wyglądało na to, że i tym razem go nie zawiedzie.  

Spojrzał na położone za murami miasta pola wśród których biegła kręta, piaszczysta droga. To na niej za chwilę zobaczy oddział eskortujący więźnia. Książę niecierpliwie oczekiwał jego przybycia. Wprost nie mógł się doczekać spotkania. Za kilka dni minęłoby piętnaście lat od czasu, gdy Graf von Bardov został skazany na banicję, a teraz, po tak długim czasie, miał stanąć przed jego obliczem.  

Swego czasu ojciec księcia Gustaw Sprawiedliwy chcąc przerwać bezmyślny rozlew krwi, zabronił pojedynków honorowych tak modnych w ówczesnej Europie. Zagroził, że każdy kto złamie jego zakaz, dla przykładu, zostanie skrócony o głowę. Niestety, Bardov zazdrosny o piękną dziewczynę, wyzwał na śmiertelny bój swojego konkurenta - margrabiego Schwartza. Po krótkiej, lecz trzeba przyznać uczciwej walce, wysłał biedaka szybko i sprawnie na drugi świat. Byłby za to położył głowę na katowskim pieńku, gdyby nie interwencja jego pięknej siostry.  

Gertruda wybłagała na Gustawie łaskę. Zauroczony niezwykłą urodą niewiasty, zmienił wyrok. Po raz pierwszy i ostatni zrobiono wyjątek. Zamiast głowy hrabiego ścięto głowę czarnego orła, który był herbem rodu Bardov, a w jej miejsce wstawiono pięcioramienną gwiazdę. Nie koniec na tym bowiem Graf musiał opuścić kraj i pod groźbą dekapitacji przez następne piętnaście lat nie wolno mu było nawet myśleć o powrocie.  

Niestety, czy to na skutek nieuwagi, czy zwykłej niecierpliwości pojawił się o kilka dni za wcześnie. Nie uszło to uwadze szpiegów księcia. Ten, usłyszawszy o tym, kazał go pojmać i jak najszybciej sprowadzić na zamek. Nie mógł zmarnować takiej okazji. Chciał koniecznie naprawić błąd jaki, jego zdaniem, popełnij ojciec.  

Książę nie mógł zrozumieć jak można było, pod wpływem kobiecej urody, zmienić prawomocny wyrok. Przecież taki czyn podkopywał fundamenty państwa i podważał autorytet suwerena - Jedynego Źródła Prawa.  

Ile to razy, przy podobnych sprawach, zmuszony był odpierać próby powoływania się na precedens. Gdy ogłaszał wyrok, widział na twarzach podsądnych ów ukrywany grymas buntu z powodu niesprawiedliwości jaka ich dotknęła. On Wielki Sędzia i Jedyne Źródło Prawa nie mógł na to dalej pozwalać. Dziś będzie miał okazję, aby to zmienić.  


***  


Jeźdźcy powoli zbliżali się do miasta. Przodem na dużym czarnym koniu jechał wielki, barczysty mężczyzna. Ręce miał związane z tyłu co powodowało, że jego sylwetka była nieco pochylona. Ubrany był dość lekko jak na tę porę roku. Miał na sobie jedynie brązową, skórzaną kurtkę i tegoż samego koloru płócienne spodnie. Jego głowa obwiązana była białą, zakrwawioną chustą. Kruczoczarne włosy wraz z bujna brodą uniemożliwiały dokładne rozpoznanie rysów. Nienaturalna postawa jeźdźca powodowała, że z każdym krokiem konia kołysał się to do przodu, to na boki.  

Oddział powoli wyjeżdżał zza pagórka. Gęsty, sosnowy las został daleko w tyle. Przed Grafem rozciągał się teraz widok na miasto i górujący nad nim zamek.  


Tuż za murami położone były pokryte śniegiem pola. Przedzielone gęsto miedzami, wyglądały z daleka jak chusteczki rozrzucone przez przechodzącego tędy, zakatarzonego olbrzyma. Przy drodze z rzadka rosły karłowate drzewa smagane przez północne wiatry, powykręcane we wszystkie możliwe strony, podobne do starych wędrowców, którzy aby odpocząć na moment przysiedli na poboczu traktu.  


Licha, piaszczysta ziemia nie dawała ludziom odetchnąć. Mimo, że pracowali przez cały dzień, ledwo wiązali koniec z końcem. Ciężkie było życie w tym zakątku świata, lecz mimo to Bardov inaczej zapamiętał te okolice. Nic dziwnego wszak wspomnienia zwykle bywają przyjemne.  

Na prawo dojrzał niewielki mostek przycupnięty nad bystrą, górską rzeką. Pod wpływem tego widoku stanęły mu przed oczami sceny z młodości, kiedy to w jego pobliżu razem z kolegami łowił ryby.  

- Beztroskie czasy - westchnął i wzrokiem powędrował dalej.  


Za mostkiem znajdowała się osada. Wydawało mu się, że znów słyszy rozbawione głosy dziewcząt siedzących na ławie i z zainteresowaniem wyglądające kawalerów. Jego serce wypełniło znane mu ciepło, a przez jego lędźwie przebiegło przyjemne uczucie. Jak przed laty, poczuł w wyobraźni miękkość kobiecego ciała. Wydawało się, że znów dotyka twarzą kobiecych włosów, muska nosem, chłonąc ich wspaniały zapach.  


Lubił zabawy włosami. Podniecały go. Podczas miłosnych igraszek zwykł mocno łapać je w ręce i unosić wysoko. Potem bardzo powoli wypuszczał z dłoni tak, aby tworzyły pasma z wolna opadające na nagie plecy dziewczyny. Szczególnie podniecały go włosy uplecione w długi warkocz, który skręcając lekko, delikatnie sunął wzdłuż szyi kobiety i dalej, niczym wąż, szybko przemykał między półkulami jej piersi. Przez moment zasłaniając pępek, podążał wzdłuż brzucha, by ostatecznie zakryć swoim końcem wstyd dziewczęcia. Zwykł wtedy brać ów pędzelek w dłonie i delikatnie, niespiesznie pieścił nim różę miedzy jej udami.  


Kochał kobiety, a one przepadały za jego towarzystwem. Kiedy wygnano go z ojczyzny, starszy brat zaprosił go do Italii, gdzie szybko podbił niewieście serca. Wysoki brunet z tajemniczego, północnego kraju, szorstki w obyciu, lecz przy tym bardzo towarzyski nie uszedł ich uwadze. W porównaniu z wyperfumowanymi, zniewieściałymi kawalerami stanowił nie lada atrakcję.  


Oczywiście, Bardov nie był obojętny na ich westchnienia, jednakże mając za sobą przykre doświadczenie, stał się dyskretniejszy w zalotach. Omijając hordy zazdrosnych kochanków oraz mężów gotowych rozszarpać wielkiego niedźwiedzia, uprawiał miłość dyskretnie w ukryciu nie obnosząc się zbytnio ze swoimi podbojami.  


Nie byłoby jednak prawdą stwierdzenie, że młodość strawił jedynie w kobiecych alkowach. Owszem, czas w nich spędzony stanowił pokaźną część jego życia, niemniej również inne sprawy zaprzątały mu głowę. Ponieważ jego młody umysł chłonny był wiedzy, tedy zaczął uczęszczać na uniwersytet w Padwie.  


Był bardzo pojętnym studentem. W krótkim czasie zapoznał się z podstawowymi naukami jakie były dostępne w ówczesnym, naukowym świecie i pod ich wpływem doszedł do wniosku, że jego życie przypadło na przełomowe czasy i to nie tylko w sztuce inżynierii, ale również w dziedzinie polityki i pojmowaniu roli jaką przyszło pełnić możnym tego świata.  


Lata mijały szybko i czy nie znalazł na to czasu, czy też odpowiedniej osoby wszak koniec końców nie założył rodziny. Ciągle, mimo sprzyjających mu okoliczności, czuł się w Italii obco, a jego myśli coraz częściej biegły ku ojczystym stronom. Często wspominał dzień w którym przyszło mu opuścić kraj i ową sylwestrową, pogodną noc, kiedy to w świetle księżyca pędząc szybko na gniadym rumaku, przekraczał granicę.  


Gustaw Sprawiedliwy wprawdzie pozwolił mu spędzić Boże Narodzenie z najbliższymi, lecz rozkazał, jeszcze przed końcem roku, opuścić księstwo. Teraz, po tylu latach, Bardov wprost nie mógł się doczekać powrotu. Przygotowania podjął wiele tygodni wcześniej i kiedy minęła magiczna data, ruszył pełen nadziei na odmianę jaką zapowiadał Nowy Rok.  


Z zamyślenia brutalnie wyrwał go koń, spłoszony przez przejeżdżający obok wóz. Graf odruchowo chciał chwycić uprząż, lecz poczuł jedynie ból w nadgarstkach, przypominający mu o tym, że jest skrępowany. Zapewne spadłby z konia, gdyby nie jeden z żołnierzy, który przytrzymał zwierzę za uzdę. Klacz jeszcze jakiś czas parskała jednak po chwili uspokoiła się i znów zaczęła leniwie człapać.  


Okolica niewiele zmieniła się od czasu, gdy opuszczał ojczyznę, lecz mimo to Bardov dostrzegł kilka różnic. Nad ponurym zamczyskiem, jak dawniej, górowała wysoka wieża, lecz teraz na jej murach lśniła złotym blaskiem zegarowa tarcza. Widział po drodze wiele podobnych, ustawionych na wysokich masztach, oświetlanych w nocy za pomocą pochodni i powoli zaczął domyślać się po co zostały wybudowane.  


Pod kopytami zadudnił zwodzony most. Jeźdźcy wjechali do miasta. Oddział wraz z więźniem powoli wspinał się po krętych średniowiecznych uliczkach. Pierwsze na co Graf zwrócił uwagę to kontrast miedzy stolicą księstwa, a miastami w Italii. Tamte już dawno wyzwoliły się spod krepujących je więzów jakimi były mury i swobodnie rozlewały po najbliższej okolicy. W niektórych miejscowościach, aby nie ograniczać ich rozwoju, mury zostały całkowicie zburzone. Postęp w dziadzinie artylerii spowodował, że straciły na znaczeniu, a ich rolę przejęły budowane w strategicznych punktach, ziemne bastiony. Miasta zaczęły oddychać pełna piersią. W księstwie było jednak inaczej. Wydawało się, że jakby na przekór ruchom wskazówek zamkowego zegara, czas się tutaj zatrzymał.  


Kolejną rzeczą, jaka nie uszła uwadze Grafa, była panująca wszędzie, wszechogarniająca pustka. Na ulicach, zwyczajnie, nie było nikogo.  

- `Dziwne` - pomyślał - `gdzie do licha wszyscy się podziali`?  

Wnet jednak dostrzegł przebiegającego pod murem chłopca. Dzieciak przystanął na chwilę, by przyjrzeć się przybyłym, lecz zaraz potem szybko pobiegł przed siebie. Wyglądało na to, że gdzieś jest mu bardzo spieszno.  


Z tego co Bardov pamiętał, wjazd oddziału z więźniem wywoływał zwykle spore poruszenie. Najbardziej podniecone tym faktem były właśnie dzieci, które biegnąc za końmi, krzyczały udając jeźdźców. Dorośli, w zależności od tego kim był pojmany, wiwatowali lub przeciwnie wyzywali od najgorszych. Dlatego często się zdarzało, że w kierunku więźnia leciały kwiaty lub dla odmiany kamienie. Wszystko zależało od nastroju tłumu. Czasami emocje sięgały zenitu i aby pojmanego nie zlinczowano, eskorta musiała być bardzo brutalna.  


- `Co stało się z mieszkańcami` - pomyślał Graf i poczuł przyjemny zapach dobiegający z pobliskiego domu - .`Czyżby do cholery wszyscy poszli na obiad`?  

Zmęczony całonocną jazdą smętnie wodził wzrokiem po bruku na którym leżały resztki sylwestrowej zabawy. Wśród nich dostrzegł kolorowe zwoje papieru w kształcie tubek.  

- `To przypomina mi … hm. To przypomina mi… tak na pewno, to są chińskie smoki. Takie same widziałem w Wenecji, ale na coś takiego mógł sobie pozwolić tylko doża. No, no kogo w tej dziurze stać na taki luksus` - pomyślał -. `Papier, kosztowna rzecz`.  

- `Nowy Rok, chińskie smoki… Nowy Rok. Chyba rozumiem o co chodzi … na pewno`!  

Gwałtownie ścisnął nogami konia. Posłuszne zwierzę przyspieszyło kroku, by już po chwili zacząć biec kłusem w kierunku zamkowej bramy. Zdziwieni zachowaniem więźnia żołnierze, nie mając wyboru, szybko podążyli za nim.  


***  


Książę dojrzał z okna komnaty mężczyzn jadących przez dziedziniec. Wśród nich zauważył barczystą postać. Był prawie pewny, że to Graf. Chwilę przyglądał się uważnie, po czym szybkim krokiem ruszył do biblioteki.  


Biblioteka, była to sporych rozmiarów, wysoko sklepiona komnata w której książę zwykł przyjmować interesantów. Stanowiła pewnego rodzaju sanktuarium w którym nagromadzone przedmioty miały przypominać przybyłym o tym co dla władcy jest najważniejsze. Prawo - czas - porządek tak można byłoby pokrótce streścić jego dewizę. Nie na darmo więc, obok obrazów przodków, wisiały gotowe już zegary oraz równie wiele urządzeń, których budowa jeszcze się nie zakończyła.  

Salę wypełniał delikatny stukot mechanizmów, prawie niedosłyszalny świergot małych zegarów oraz szum olbrzymich przekładni i trybów. Co chwilę można było usłyszeć jęk ogromnych sprężyn uwalniających energię swych zwojów. Powietrze dostojnie cięły olbrzymie wahadła zakończone ciężarem wielkości rycerskiej tarczy. Nad nimi umieszczone były wielkie cyferblaty zakryte szklanymi szybami szlifowanymi, jak soczewki w lunetach, u najlepszych holenderskich jubilerów. Samo szkło, pierwszej klasy, pochodziło ze znanych w Europie czeskich hut. Kupowane dyskretnie w małych seriach od wielu dostawców tak, aby nikt nie mógł się domyśleć do czego mogły służyć.  

Salę wypełniał dzwięk niezliczonej ilości zapadek i łożysk, który powodował, że ludzie ściszali rozmowy, bojąc się zakłócić panującą tu tajemniczą wręcz mistyczną atmosferę.  


Pod ścianami stały ciężkie stoły na których w drewnianych oprawach, przybite łańcuchami, leżały ogromne księgi. Dzieła pisane ręcznie, zawierały zbiór praw obowiązujących w królestwie. Kodeksy dotyczyły nie tylko najważniejszych rzeczy, lecz regulowały niemal każdy przejaw życia mieszkańców. Paragrafy, zapisywane z pokolenia na pokolenie, tworzyły niemały zbiór. Jednak najwięcej zapisów przybyło za panowania obecnego władcy. Książę lubował się w ich wymyślaniu. Dzieląc czas między dwie namiętności - mechanikę i prawo, stworzył ich zaiste krocie.  


Salę przykrywał sufit wyobrażający niebo. Nie było to co prawda planetarium, lecz znajdowały się na nim podstawowe gwiazdozbiory z odpowiadającymi im znakami zodiaku. Planety przedstawione zostały pod postacią dziewcząt i młodzieńców.  

Między innymi Mars, srogi wojownik, w purpurowej zbroi. Wenus z pięknymi, opadającymi, blond włosami oraz chyży Merkury ze skrzydełkami u sandałów biegnący w bliżej nieokreślonym kierunku. W tej to bajecznej scenerii książę Zygfryd miał zwyczaj udzielać audiencji. Tutaj też zwykł rozmyślać o sprawach królestwa.  


Książę szybko zbliżał się do drzwi. Usłużni wartownicy otworzyli przed nim ciężkie podwoje. Kiedy wkraczał, rozmowy ucichły. Idąc po długim, czerwonym dywanie, widział jak kolejne głowy w ukłonie, poruszane niczym klocki domina, jedna po drugiej, opadają nisko. Spojrzał po najważniejszych dworzanach.  

- `Dziwne, ale nie widzę astrologa` - pomyślał siadając na tronie. W końcu dostrzegł jego łysą głowę. Znajdował się w dalszym rzędzie i jak inni oddawał mu pokłon jednak tym razem nie patrzył na władcę, aby jak zwykle próbować odgadnąć jego wolę. Stał skromnie z tyłu, wyraźnie nie chcąc rzucać się w oczy.  

- `Zwykle pcha się do przodu lub stoi pod tronem` - zauważył Zygfryd.  

Jednak książę nie zaprzątał sobie nim dłużej głowy. Przecież czekał na przyjaciela z dzieciństwa.  


Użycie słowa przyjaciel byłoby tu jednak wyraźnym nadużyciem. Co prawda znali się od dziecka jednak dzieliła ich różnica tak charakterów jak i wyglądu. Graf wysoki, przystojny, lubiany zwłaszcza przez młodsze pokolenie. Książę, przeciwnie mały, cherlawy był jego zupełnym przeciwieństwem. Zamknięty w sobie potrafił godzinami przesiadywać w samotności. Owszem, czasami, próbował to zmienić, szukając kontaktu z rówieśnikami, lecz zwykle po kilku oficjalnych zdaniach odchodził z godnością i raną w sercu. Zdawał sobie bowiem sprawę z tego, że tylko pozycja następcy tronu powodowała, że koledzy oszczędzali mu przykrych docinków. Czuł niemal namacalnie ową gęstą atmosferę, która pojawiała się niemal idealnie wraz z jego nadejściem.  

Herold obwieścił przybycie więźnia. Książę skinął ręką. Po chwili przed obliczem władcy stanął Graf. Ponieważ stał w dość dużej odległości, książę nie mógł dojrzeć jego twarzy. Sięgnął, więc po szkło oprawione w drewnianą rękojeść, lecz nie znalazłszy go w miejscu, gdzie zwykle leżało, wstał z tronu i podszedł bliżej. Widząc, że władca kieruje kroki w stronę więźnia, jeden z żołnierzy uderzył Grafa w ramię, żądając w ten sposób, aby uklęknął. Miało to nie tylko upokorzyć go wobec majestatu, lecz również spowodować, by oczy Bardova znalazły się na wysokości oczu księcia. Było przecież rzeczą nie do pomyślenia, aby Graf patrzył na niego z góry.  

Książę nie rzekłszy słowa, zaczął obchodzić go dokoła przypatrując się z uwagą. I wtedy, nagle, powróciły wspomnienia.  


Bardov zawsze był dla niego wyzwaniem. Książę od dzieciństwa starał się mu dorównać. Natura była jednak bezlitosna. Z biegiem czasu Graf przerósł go o głowę i rósł dalej zdawało się bez końca. W próbach siły nie miał z nim praktycznie szans i zapewne tylko przez grzeczność czy z wyrachowania Bardov pozwalał mu czasem położyć się na łopatki.  


Zygfryd nie brał udziału w turniejach, ponieważ nie lubił koni. Długo też ich nie dosiadał. W końcu, zmuszony przez ojca, dokonał tego wyczynu, lecz po kilku groźnych upadkach zrezygnował z dalszej rywalizacji. Odtąd był tylko biernym obserwatorem widowisk z zazdrością patrzącym na Grafa w którego kierunku z trybun panny rzucały kwiaty.  


Powoli stawał się milczący i ponury. Zaczął stronić od ludzi. Teraz większość czasu spędzał w swojej pracowni, gdzie obmyślał różne, sprytne urządzenia, których z biegiem lat, przybywało coraz więcej. A to tajemne przejścia, a to zapadnie czy ruchome drzwi otwierane za pomocą ukrytych przycisków. Doskonałe katapulty miotające pociski na wielkie odległości. Wszystko po to, aby … czymś zapełnić czas, którego, zaiste, miał w nadmiarze. Koniec końców zaczął rozmyślać o nim samym i jego uniwersalnym charakterze.  


Młodemu księciu wydawało się, że tak naprawdę wszystko go na tym świecie zawodzi i tylko czas jest jedyną rzeczą na której może polegać. Chcąc mu się bliżej przyjrzeć, zaczął rozmyślać o tym czy nie można byłoby go dotknąć lub zmierzyć. Zaczął, więc konstruować zegary. W wyniku tego ponad stulecie przed Christianem Huygensem zaprzągł wahadło do pracy. Jego wynalazkiem był również wychwyt do dziś stosowany w zegarach. Będąc jednak samotnikiem nie rozgłaszał swoich dokonań. Przeciwnie, starał się, zazdrosny, ukryć je przed światem. Z biegiem lat zainteresowanie przekształciło się w obsesję. Pomału, gdy zegary wypełniły już całą bibliotekę, zaczął tworzyć ich wizerunki na zewnątrz. Rozkazał budować ogromne wieże, które niczym wielkie chochoły wkrótce zapełniły kraj.  


Mimo to Książę dalej nie zaznał upragnionego spokoju. Nadal szukał oparcia w jak mniemał, zwodniczym i zdradzieckim świecie. Potrzebował jeszcze czegoś stałego, niezmiennego na czym mógłby, podobnie jak na czasie, polegać bez reszty.  

W końcu znalazł. Tym czymś stało się dla niego prawo. Zachwycały go paragrafy skrupulatnie regulujące społeczne życie. Z podziwem patrzył na drobne zapiski rzymskiego prawa, które potrafiły przetrwać stulecia i dalej oddziaływać na współczesny mu świat. Z biegiem czasu sam zaczął je tworzyć i podobnie jak w przypadku zegarów, zaangażował się w to bez reszty. Z połączenia tych dwóch rzeczy, a mianowicie prawa i czasu stworzył system rządów, który po odziedziczeniu władzy, narzucił poddanym.  


System okazał się doskonały. Życie ludzi zostało prawie idealnie wyregulowane. Nie było w nim miejsca, a właściwie czasu na przestępstwa. Nad wszystkim czuwało prawo, które rozstrzygało każdą, nawet najdrobniejszą kwestię.  

Mijały lata i ku radości księcia, lochy zaczęły powoli pustoszeć. Prawnicy zaś, dotychczas zapełniający sale rozpraw, zaczęli zajmować się jedynie tworzeniem nowych przepisów.  


Jednak po pierwszej euforii przyszła chwila refleksji. Książę odnajdując analogię między prawem, a mechaniką, o dziwo, zaczął się niepokoić tym doskonałym stanem rzeczy. Dlaczego? Ano dlatego, że prawo uważał za pewnego rodzaju złożony mechanizm, który mimo, że idealny potrzebuje, tak jak każdy, ciągłego smarowania. Według władcy owym smarem mógł być tylko uczciwy proces i wykonana bez zbędnej zwłoki kara. To jej obecność oddziaływała na ludzi, przypominając im o koniecznym posłuszeństwie. Brak kary mógł spowodować, że cały system stałby się ofiarą własnego sukcesu.  


To właśnie osoba Grafa miała tu decydujące znaczenie. Księcia cieszyło nie tylko to, że w końcu znikną demony przeszłości, ale również pokładał nadzieję w jego … krwi. To ona, właśnie, miała stanowić ową oliwę systemu. Widząc jego olbrzymi kark już wyobrażał sobie jak spada na niego katowski miecz. Przez moment popadł w ekstazę. Poczuł jak ślina wypełnia mu usta. Opanował się jednak i przez zaciśnięte zęby wysyczał.  

- Witem Grafie. Czy, aby nie za szybko przybyłeś ?  

Bardov skłonił się nisko i wypowiedział życzenie.  

- Książę, wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.  

- W Nowym Roku - powtórzył władca - a czy ty myślisz, że go dożyjesz?  

Niezrażony tym Graf powtórzył słowa jeszcze dobitniej.  

- Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku ! -. Gdy po raz drugi wymawiał te słowa na jego twarzy pojawił się drwiący uśmiech.  

- Przestań mi tu gadać o Nowym Roku. Zacznij martwić się o swoją głowę, bo niechybnie zaraz spadnie do kosza! - rzekł już nieco podenerwowany książę.  

Nim Graf zdążył ponownie się odezwać przed oblicze władcy wystąpiła strolog i skłonił się nisko. Wyraźnie doszedł do wniosku, że najwyższy czas przerwać tę scenę.  

Panie… .  

Słucham! - rzekł krótko książę.  

- Nie na darmo Graf składa tobie życzenia. Wszak mamy dziś pierwszy stycznia 1583 roku - powiedziawszy to astrolog skłonił się jeszcze niżej.  

Jak to, do cholery, pierwszy stycznia! - krzyknął zdziwiony książę - przecież do końca roku zostało jeszcze kilka dni.  

Panie … . Łaskawie nam panujący na Stolicy Piotrowej, Papież Grzegorz XIII, w swojej mądrości podarował nam nowy kalendarz. Raczył usunąć dziesięć dni, które niepotrzebnie pojawiły się na przestrzeni stuleci oraz dokonał pewnych regulacji, które zapobiegną temu w przyszłości.  

Książę stał zdumiony. Uczony chcąc odciągnąć jego uwagę od zaistniałej sytuacji, podjął próbę zainteresowania go nowym kalendarzem. Jednak Zygfryd nadal stał bez słowa i nie słuchając w tej chwili dalszych jego wywodów, próbował ogarnąć wszystkie, możliwe konsekwencje wynikłe z tego niecodziennego zdarzenia. Mimo, że miał mętlik w głowie, jedno powoli stawało się jasne. Graf i tym razem ocali skórę, a on, niestety, nie ma już na to wpływu.  

Dura lex, sed lex. - pomyślał patrząc na księgi przykute do stołów.  


***  


Książę przypomniał sobie wczorajszy wieczór, kiedy po wielu miesiącach wracał z wyprawy wojennej. Droga była długa, a ponieważ nie lubił koni, szybko zrezygnował z jazdy wierzchem i przesiadł się do karocy. Jechał sam, miał więc wiele czasu na rozmyślania. Był zły, bardzo zły ponieważ nie pokonał wroga, który zapewne wiedząc, że nie dałby radę wojskom księcia w bezpośrednim starciu, specjalnie unikał walki. Co prawda, po wielu miesiącach podchodów udało się, poprzez negocjatorów, ustalić termin decydującej bitwy, lecz gdy Zygfryd przybył o wyznaczonej porze, przeciwnika … nie było. Stchórzył - pomyślał - Poddał się bez walki. W pierwszym momencie bardzo go to ucieszyło, lecz po chwili dostrzegł, że sprawy wcale nie wyglądają aż tak dobrze. Wojska przeciwnika nie zostały rozbite i zapewne za jakiś czas wzrosną w siłę. Książę zaś dysponował aktualnie największą armią na jaką było go stać. Ponieważ był już grudzień i brakowało paszy, pościg nie wchodził w rachubę. Wszak nikt o tej porze nie prowadził wojen. Musiał zrezygnować i szybko wracać przed nadejściem mrozów. Siedział teraz w powozie zły, nudząc się przy tym niemiłosiernie.  


Na wojnie, jak to na wojnie podczas przemarszu nie było zbyt wielu rozrywek. Sięgnął, więc po wino i zaczął nim zalewać robaka. Kiedy wjeżdżał do stolicy był już nieźle podpity, żeby nie powiedzieć pijany. Spojrzał przez okno i zauważył jakieś zamieszenie. Przysunął się do szyby i zaczął patrzeć na ludzki tłum szczelnie wypełniający wąskie uliczki. Mieszkańcy krzyczeli i wiwatowali. Jeden drugiemu padał w ramiona krzycząc przy tym radośnie. Książę od razu skojarzył to ze swoim powrotem. Uradowany, przez okno karety, zaczął machać do rozbawionych mieszkańców. Zastukał laską w dach, dając w ten sposób stangretowi znak, aby zatrzymał konie. Chwiejnym krokiem wysiadł z karety i usiłował zbratać się z tłumem.  


Nie wiadomo co byłoby dalej, gdyby nie rozsądek adiutanta. Szybko z pomocą stangreta odciągnął księcia od ludzkiej ciżby. Kiedy mężczyźni starali się wepchnąć go z powrotem do powozu, władca krzyczał:  

- Zobaczcie jak mnie kochają! Oni wiwatują na moją cześć! Cieszą się ze zwycięstwa!  


W końcu zmęczony podróżą padł na siedzisko. Alkohol oraz emocje dokonały swego. Zygfryd zasnął kamiennym snem, a gdy kareta zajechała przed zamek, służba zaniosła nieprzytomnego do sypialni. Położono go do łóżka na którym w ubraniu spał do rana. Gdy nazajutrz wstał, mocno skacowany, wspomnienie wczorajszej przygody nieco poprawiło mu kiepski humor. Książe był zadowolony z urzędników, którzy, jak sądził, przekuli porażkę w zwycięstwo. Teraz jednak uświadomił sobie jak bardzo się mylił, wziąwszy sylwestrową zabawę za tryumfalne powitanie zwycięzcy. Nagle uświadomił sobie, że to nie przeciwnik, lecz on nie stawił się o wyznaczonej porze.  


Jego gorycz przebrała miarę. Głośno krzycząc, kazał się wszystkim wynosić. Wystraszeni dworacy, jeden po drugim, zaczęli szybko opuszczać salę.  

- Ty zostajesz - krzyknął do astrologa, który jako jeden z pierwszych skierował się do wyjścia - z tobą jeszcze nie skończyłem.  

- Panie, co mamy zrobić z więźniem - zapytał dowódca strażników eskortujących Bardova.  

Książę nie od razu odpowiedział. Chwilę toczył wściekłym wzrokiem po sali po czym zmierzył nim Grafa. Przez rozchylone nozdrza szybko wdychał powietrze. Po nabrzmiałej od gniewu, czerwonej twarzy ciurkiem spływał mu pot.  

- Zabierać mi go sprzed oczu i … puścić wolno - słowa te wycedził przez zęby, po czym szybko, tak, aby nikt tego nie zauważył, odwrócił się do okna. Po rozgrzanym policzku, z wolna, zaczęła mu spływać łza bezsilności.  


***  


Duże płatki śniegu gęsto spadały na ziemię. Książę obserwował je uważnie. Śledząc drobinki, próbował nadążyć za ich ruchem, aż do momentu gdy nikły w ciemnościach. Nie było to łatwe zadanie, bowiem śnieg unoszony pędem powietrza wirował wesoło, czasami unosząc się, to opadając, kręcąc kółka, umykał przed wzrokiem. Ta zabawa powoli go uspakajała. Emocje znów ustępowały zdrowemu rozsądkowi. Wnet zaczął chłodno kalkulować, ale ta wyjątkowa i niespodziewana jasność umysłu nie wróżyła niczego dobrego. Zygfryd wiedział, że jeszcze dziś spotka go coś przykrego i nieuniknionego. Nie martwił się tym jednak na zapas. Korzystając z okazji, zaczął analizować sytuację.  


Zdawał sobie sprawę z konsekwencji politycznych, jakie niosło za sobą niestawienie się na polu bitwy. Wszystko wskazywało na to, że tym razem, to on nie podniósł rękawicy. Będzie to zapewne miało swoje reperkusje zwłaszcza tu na północy, gdzie prawo feudalne miało jeszcze duże znaczenie, a takie wartości jak honor rodu, władcy czy rycerza były w cenie. Jego księstwo było niewielkim państwem wciśniętym, jak kilka mu podobnych, między wielkie potęgi. Mogły one jednym skinieniem ręki anektować takie maleństwa i tylko dlatego tego nie robiły, by nie zakłócić delikatnej równowagi jaka istniała między tuzami. Równowagi dzięki, której takie mini państwa stawały się, w ich polityce, języczkami uwagi. Każde mocarstwo brało pod opiekę małą drobinę i niby to występując w jej interesie, tak naprawdę załatwiało swoje sprawy.  


Mimo to, taka sytuacja miała pewne zalety, umożliwiała bowiem przetrwanie u boku silniejszego. Wymagało to jednak od władcy utrzymywania dobrych stosunków ze wszystkim możnymi tego świata oraz dbanie o dobre imię i honor. Niestety tym razem został on nieco nadszarpnięty.  


Książę ciężko westchnął. Wyraźnie nadchodzący rok nie zapowiadał się zbyt dobrze. Nie miał złudzeń co do postawy Bardova, który zapewne po takim przywitaniu, dumny, wnet zacznie spiskować. Jedyne na co mógł Zygfryd liczyć to na kochliwość Grafa, która już raz doprowadziła go do katastrofy. Musiał jednak przyznać, że po tylu latach tak naprawdę nie było wiadomo czy przypadkiem Bardov się nie ustatkował. Przez chwilę rozważał tę kwestię w końcu jednak przypomniał sobie o astrologu i odwrócił się od okna.  


- Dlaczego mnie o tym, durniu, nie powiadomiłeś ?! - zaczął ostro.  

- Panie, wysłałem aż trzech posłańców.  

- Trzech? A co się, mój drogi, z nimi stało?! - książę spytał z nutą drwiny w głosie.  

- Wróg zabił ich skrytobójczo.  

- Wszystkich?  

- Tak, Panie.  

- Dlaczego więc nie skorzystałeś z systemu wież?!  

- Książę, wszak system sięga tylko do granic.  

- Pokaż którędy jechali.  

Z tego co na mapie pokazał astrolog wynikało, że co prawda udali się trzema różnymi drogami, jednak wszystkie, o dziwo, przebiegały przez gesty las, gdzie lunety obserwacyjne były bezużyteczne. Jeszcze jedno było zastanawiające. Wszystkie napady dokonano poza terenem księstwa. Zbieg okoliczności - zastanawiał się książę - czy to możliwe, aby wróg znał każdą trasę, a jeżeli tak to od kogo? Spojrzał podejrzliwie na astrologa. Wiedział o jego rozrzutnym trybie życia i umiłowaniu do zabaw na które wydawał na nie krocie. `Chciwy lis. Czyżby to on?` -. Jednak na razie podejrzenia pozostawił dla siebie. Poza nieudolnością, nie mógłby mu niczego zarzucić.  

- Mój drogi czy w związku ze zmianą daty skorygowałeś już swój horoskop? - przerwał w pół zdania astrologowi.  

- Nie panie, nie miałem na to czasu. Musiałem zająć się innymi sprawami  

- Koniecznie musisz to zrobić - powiedział z naciskiem - a teraz odejdź! A, jeszcze jedno. Szczęśliwego… Nowego… Roku !  

Ostatnie słowo wypowiedział twardo, patrząc przy tym uczonemu prosto w oczy. Przez ciało astrologa przebiegł dreszcz. Krew odpłynęła mu z twarzy. Stał blady jak ściana. Z przejęcia przełknął ślinę. To wszystko nie uszło uwadze księcia.  

- Dziękuję, panie - odrzekł zmieszany i skłoniwszy się, wyszedł.  

- `Strach go obleciał i bardzo dobrze` - pomyślał książę -. Teraz na pewno popełni błąd. Wystarczy tylko poczekać.  


Wieczorem Zygfryd dostał gorączkę. Wezwany medyk starał się zbagatelizować sprawę, lecz jego troskliwe ruchy zaprzeczały słowom. Co chwilę z uwagą spoglądał na księcia, ale mimo obaw zalecił jedynie leczenie przeziębienia. Nim opuścił sypialnię nalegał, aby władca koniecznie pozostał w łóżku.  

- Głupi konował - pomyślał Zygfryd –. Co ten stary dureń może wiedzieć. Świeże powietrze dobrze mi zrobi i może w końcu ustąpi ten cholerny ból głowy.  

Wstał i szybko się ubrał. Podszedł do szafy i wyciągnął z niej wielką, metalową oliwiarkę. Otworzył wieczko, by sprawdzić czy jest pełna po czym wyszedł z sypialni kierując swoje kroki w stronę wieży. Nie wybrał drogi prowadzącej przez zamkowe korytarze, lecz od razu poszedł w kierunku wyjścia na dach.  

Miedzy boczną, a zegarową wieżą znajdowała się szeroka, drewniana platforma usadowiona mniej więcej w połowie wysokości spadzistego dachu. Umożliwiała ona bezpieczne przejście oraz podziwianie rozgwieżdżonego nieba.  


Metalowe drzwi zaskrzypiały. W ich wnętrzu pojawił się Zygfryd. Przeszedł przez próg i stanął w głębokim śniegu. Rozejrzał się dokoła po czym powoli ruszył przed siebie. Kiedy przeszedł już kilka kroków, usłyszał szmer, lecz nie zwrócił na niego uwagi. Po chwili szmer pojawił się ponownie tym razem znacznie głośniejszy. Zygfryd przystanął, ponieważ jednak nic, poza spadającym z dachu śniegiem, nie zauważył, ruszył dalej. To co po chwili zobaczył, zdziwiło go niezmiernie.  


Odsłonięte dachówki zaczęły dziwnie się zachowywać. Jedna po drugiej, to unosiły się, to opadały tworząc coś w rodzaju, rozchodzącej się wzdłuż dachu, fali. Gąsiory wieńczące konstrukcję również wykonywały ruchy przypominające pełzanie olbrzymiego, gadziego grzbietu. Krokwie, jakby na przekór zdrowemu rozsądkowi, wyginały się we wszystkie możliwe strony. Cały dach na przemian, to zaczynał puchnąć, to zapadał się niczym klatka piersiowa oddychającego, żywego organizmu. Na tym tle Książę dostrzegł w ciemności niewyraźną postać.  


Maszkaron, który przez dziesięciolecia, rękoma podpierając głowę, zdobił zamkowy gzyms, nagle się poruszył. Obrócił w kierunku księcia kamienną głowę i zapewne zdziwiony tym nowym widokiem patrzył na niego przez chwilę w bezruchu. Następnie uniósł tułów na dłoniach i odrywając swoje pół-ciało od kamiennej podstawy, zsunął się z postumentu.  

Niczym żebrak-kaleka, podciągając korpus na rękach, zaczął podążać w kierunku Zygfryda.  

Stwór zdobny w ciężkie, kamienne skrzydła podszedł do niego i popatrzył mu prosto w oczy. Książę, ujrzawszy jego diaboliczne spojrzenie, cofnął się upuszczając oliwiarkę.  


Kamienny posąg spojrzał za nią chciwie. Zdeformowaną, szponiastą dłonią chwycił naczynie, a jego wyjątkowo szpetne oblicze wykrzywił grymas uśmiechu. Mocno przyciskając oliwiarkę do piersi, jak dziecko swą ukochaną zabawkę, zaczął tulić do siebie. Następnie uniósł ją na wysokość głowy, by przez chwilę, oglądając ze wszystkich stron, cieszyć oczy obłym kształtem. Potem, nie zważając już na Zygfryda, chwycił ją w zęby i dalej zaczął wlec swe chrome ciało po dachu.  


Książę nie mógł śledzić losów Maszkarona bowiem w miarę jak ruchy dachu stawały się coraz gwałtowniejsze, drewniany podest zaczął niepokojąco skrzypieć, dając tym samym znak, że zaraz runie. Zygfryd mocno chwycił balustradę i spojrzał ze zgrozą przed siebie.  


Na końcu dachu tkwiła metalowa rynna zakończona głową smoka. Widział jak unosi się nieco do góry, wyrywając przy tym utrzymujące ją kotwy. Zapewne był to dla niej spory wysiłek, gdyż na moment znieruchomiała zbierając siły. Po chwili ruszyła ponownie, czyniąc przy tym spustoszenie wśród metalowych okuć dachu. Kiedy w końcu pokonała krępujące ją jarzmo, niezwłocznie podążyła w kierunku Zygfryda. Rury tworzące szyję smoka, skrzypiąc i trzeszcząc niemiłosiernie, zdawały się wysuwać bez końca. Wielka, metalowa głowa zawisła tuż nad księciem i lekko kołysząc się, spojrzała na niego pustką oczodołów. W głębi gardzieli zadudnił metaliczny głos.  


- Poznajesz mnie książę? To ja jestem twoim przeznaczeniem.  

Zygfrydowi głos wydał się znajomy. Czyżby to był... - lecz nim dokończył myśl, smok znów zaryczał.  

- Tak, to ja. Poznajesz mnie. To ja jestem twoim… przekleństwem. Chcesz mnie pokonać? Nic z tego! Twoje prawo zawiedzie cię tak samo jak czas. Nic mi nie zrobisz, głupcze!  

- Odejdź maro przeklęta - krzyknął Zygfryd – idź do piekła. Nie boję się ciebie. Pokonam cię gadzino.  


Wymówiwszy te słowa, Książę sięgnął po miecz, który nie wiadomo skąd pojawił się u jego boku. Uniósł go wysoko i ciął szyję potwora. Stara, miedziana blacha, po uderzeniu, powinna się rozpaść na kawałki, lecz nic takiego nie nastąpiło. Ostrze odskoczyło tak nagle, jakby uderzyło w skałę. Zygfryd poczuł przenikliwy ból w nadgarstku. Broń wypadła mu z ręki, a on cofnął się zdziwiony. Następnie schylił się i nie spuszczając wzroku z przeciwnika, chwycił miecz oburącz. Ująwszy go mocno z całej siły wykonał następny cios. Wnet usłyszał gwałtowny trzask pękającego żelaza. Resztki broni wypadły mu z ręki. Kiedy stał, patrząc z niedowieżaniem na leżące u jego stóp złamane ostrze, ze smoczej głowy dobył się szyderczy śmiech.  

- Nie pokonasz mnie. Twój czas już minął, a ty odchodzisz wraz ze starym rokiem. To ja jestem jutrzenką i nadzieją na nowy.  

- Mylisz się - książę krzyczał ochrypły z przejęcia głosem - . Myślałem o tym od dawna. Wahałem się, ale teraz wiem, że to zrobię. Tak, zrobię to i piekło pochłonie ciebie i twoich pobratymców. Zmienię prawo tak, aby cię pokonało. Zapiszę na wieki broń doskonałą: Domniemanie Winy. Tak …Domniemanie Winy to oręż, którym uratuję księstwo, a jego ostrzę zatopię w twym plugawym sercu!  


- Nie odważysz się. Nie doważysz się tego zrobić - zaryczał smok – . Pokolenia przeklną cię na wieki!  

- Lecz następne wychwalić będą. Zrobię to, by cię pokonać i zatłuc na śmierć. Mój kraj stoi u boku Wielkiej Potęgi. Doprawdy, nie cofnę się przed niczym, aby zniszczyć moich wrogów.  


- Ty podły karle zgiń, przepadnij! – wyrzucając z siebie słowa, smok wykonał gwałtowny ruch w jego kierunku. Książę zasłoniwszy głowę, upadł na kolana. Z ust zaczął toczyć pianę. Próbował się jeszcze podnieść, ale w końcu zabrakło mu siły. Ściskając w dłoniach śnieg, legł na deskach chybotliwego przejścia. Przez moment, nieprzytomny, rzucał się w amoku, lecz po chwili znieruchomiał.  


Książę leżał tak dość długo i z pewnne zamarzłby do rana, gdyby na dachu nie pojawili się dwaj żołnierze. Ostrożnie podeszli do leżącego. Stali tak przez moment niezdecydowani. Następnie spojrzeli w kierunku drzwi gdzie znajdował się nadworny medyk. Lekarz skinął głową. Halabardnicy z należnym szacunkiem podnieśli Zygfryda. Ujęli go pod ramiona i powoli powlekli w stronę wieży. Gdy opuścili dach, zapanował spokój i tylko wygnieciony śnieg świadczył o scenach, które się tutaj rozegrały.  


***  


Setki mil stąd nad mapą kontynentu siedział starzec. Pochylony w świetle kandelabra przyglądał się skomplikownym liniom, które niczym węże, wiły się wyznaczając granice między państwami. Przez chwilę dumał nad poplątanymi losami Europy, lecz dziś jego serce wypełniało uczucie spełnienia. Był dumny z tego co uczynił.  

- `Kto wie, może usunięcie tych kilku dni zostanie w przyszłości docenione jako próba zapanowania nad chaosem. Może będzie krokiem, który jeszcze bardziej przyciśnie narody do serca Kościoła` - rozmyślał.  


Grzegorz XIII nie mógł przewidzieć, że tą drobną manipulacją czasem, gdzieś hen w małym księstwie spowoduję katastrofę i obudzi rojenia chorego umysłu, którego szał zniszczy i tak już kruchą europejską równowagę.  

Powoli przez kontynent, ze wschodu na zachód, kroczył Nowy Rok i tym razem nikt, ale to doprawdy nikt nie był wstanie tego zmienić.
  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Dziękuję Fred z przeczytanie i komentarz.


Ogólnie.
W opowiadaniu zawarłem studium szaleństwa, które ukryte ujawnia się pod wpływem pewnych wydarzeń.Przedstawiam w nim, wprowadzoną w życie, koncepcje państwa zrodzonego wskutek alienacji bohatera, a wszystko to w kontekście pewnych globalnych zmian.Myślę, że mimo objętości opowiadania warto je przeczytać.
avatar
Dziękuję z przeczytanie i oceny.Co do komentarzy to mogę tylko stwierdzić, że większość z nich nie dotyczyła tekstu.

pozdrawiam Rafał
avatar
Ale kultura powinna obowiązywać wszędzie
szczególnie wśród ludzi pióra.
Język bardzo przystępny wręcz lekki
Przypomina mi wręcz baśń
avatar
Fascynujący, wyrafinowany jest świat fikcji,ten specyficzny klimat bajkowego czasu, który tworzysz. Zdaje się być nawet nieprawdopodobnie prawdziwy. Drobnych usterek językowych nawet się nie zauważa.
© 2010-2016 by Creative Media
×