Przejdź do komentarzyMruczek
Tekst 4 z 11 ze zbioru: Przyjaciele z dzieciństwa
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2011-02-21
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń3569

Mruczek


Początkowo nie wyróżniał się niczym szczególnym. Popularny,

szarobury dachowiec z ciemnymi pręgami ułożonymi w poprzek ciała. O

ile dobrze pamiętam, przyniosła go mamusia od cioci Geni z Wólki. Był

wówczas małym, sympatycznym, sześciotygodniowym buraskiem, tulącym

się do wszystkich oraz mruczącym podczas głaskania go po główce,

plecach i brzuszku. Nikt nie miał wątpliwości, musiał nazywać się

Mruczkiem. Wszyscy domownicy troszczyli się o niego i go sowicie

doglądali, więc Mruczek rósł i dojrzewał nadspodziewanie szybko i w tym

samym tempie uczył się psocić. Latem wygrzewał się na słońcu, a zimą na

przypiecku. Czasami nawet, ale nigdy z własnej woli, wchodził na płot,

lecz za żadne skarby nie chciał wtedy mrugać, czego nie mogłem

zrozumieć, bo przecież kotek powinien mrugać na płotku, a nie na kolanach

właścicieli lub na piecu. Natomiast jego pasją było nieustanne polowanie.

Pierwszą mysz przyniósł do domu, kiedy miał zaledwie trzy miesiące.


Potem były wróble, kawki, a nawet gawrony. Czasami czaił się również na

kury i kaczki, a nawet gęsi, co spotykało się z ostrą reprymendą dorosłych.

Którejś wiosny, kiedy poczuł się dostatecznie dorosły, samodzielny i

sprawny, zniknął bez śladu. Mijały dni, tygodnie i miesiące oczekiwania

oraz poszukiwań, a Mruczka wciąż nie było. Wszyscy uznali wówczas, że

rozerwały go włóczące się po okolicy psy lub lisy. Nie było wyjścia,

należało sprowadzić do zagrody innego kota. Był nim również szarobury

dachowiec Maciek, łudząco podobny do poprzednika, lecz nieco mniejszy

oraz szczuplejszy. Też szybko zaprzyjaźnił się z domownikami, ale nie był

to już nasz Mruczek.

Jesienią, kiedy chwyciły pierwsze przymrozki, po obejściu zaczęło

nieśmiało krążyć jakieś potężne kocisko. Nie było wątpliwości, to był

Mruczek. Początkowo jakby onieśmielony, zawstydzony i z poczuciem

winy krył się za budynkami oraz unikał kontaktu z ludźmi. Z czasem

wszedł do mieszkania, lecz boczył się na wszystkich, a szczególnie na

Maćka. Musiało minąć kilka dni, by znowu ocierał się o nogi swoich

przyjaciół, wygrzewał na przypiecku, a po kilku kolejnych dniach siadał na

kolanach, prowokował do głaskania oraz mruczał. I dopiero wtedy

zauważyliśmy znikanie dzikości z jego wyrazistych, zielonych oczu oraz

odczuliśmy jego niesamowity ciężar.

W kolejnych latach sytuacja się powtarzała. Mruczek znikał wczesną

wiosną, a wracał jesienią jeszcze większy i cięższy. Jego adaptacja do

domowych warunków wciąż się wydłużała, a w oczach coraz bardziej

dostrzegana była głębia lasu. Którejś jesieni Mruczek jednak nie wracał.

Mijały długie dni oczekiwania, chwyciły pierwsze i kolejne przymrozki,

spadł nawet duży, puszysty śnieg, a jego wciąż nie było. Na próżno

godzinami wpatrywaliśmy się w ciemną ścianę lasu, na próżno

przeczesywaliśmy jego skraj, a potem nawet głębię. Dopiero na

przedwiośniu, kiedy stopniały już resztki śniegu i zbliżał się czas jego

tradycyjnego wyjścia do lasu, ponownie ruszyliśmy na poszukiwanie.

Odnalezione szczątki złożyliśmy w prowizorycznej, leśnej mogile, by na

zawsze został tam, gdzie go tak ciągnęło każdej wiosny.

  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Oj jakie to prawdziwe-rewelacja!
avatar
Tak. W każdej menażerii, szczególnie wiejskiej, musi być kot. Czekałam na kocią opowieść i... oto jest.
avatar
piękne ..kocham koty
© 2010-2016 by Creative Media
×