Przejdź do komentarzyucieczka przed nieznajomym, dziwny staruszek, jawa czy sen?
Tekst 1 z 1 ze zbioru: Szczęśliwi szaleńcy
Autor
Gatunekhorror / thriller
Formaproza
Data dodania2010-09-28
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1978








W geście rozpaczy oglądnęła się za siebie z trwogą potykając się o porzucone śmieci i podarte gazety, których nie zauważyła pomimo światła ulicznych latarni. Choć ulica była wyludniona i pogrążona we śnie, z ciemnych kątów każdy cień rzucał się w jej stronę niczym prześladowca. Budynki odbijały echo tylko jej kroków, choć wydawało jej się, że słyszy inne kroki, ciężkie, szybkie… męskie. Skręciła w prawo, w wąską, ciemną uliczkę. Przez chwilę przebiegło jej przez myśl, że może to być ślepy zaułek, było jednak za późno by się wycofać. Zapanowała zupełna ciemność, nie dochodziło nawet mdłe światło latarni z głównej ulicy. Już nie biegła, nie miała sił, a złowroga ciemność spowiła wszystko dookoła. Szła po omacku mając nadzieję, że nie poczuje pod ręką niczego innego niż obskurne mury starej, zaniedbanej kamienicy. Bała się szczurów i myszy, może bardziej jak bezdomnych, którzy potrafili ni z tego ni z owego wyłonić się w środku nocy spod stosu brudnych szmat, czy kartonowych pudeł w najmniej odpowiednim momencie. Łapiąc łapczywie oddech spojrzała w stronę głównej ulicy. Ciszę nocy zagłuszył na chwilę tylko przypadkowo przejeżdżający samochód. Potem znowu nastała świdrująca w uszach cisza. Słyszała tylko swój głośny oddech i szybkie bicie serca. Dziwiła się, że jeszcze bije i nawet ją nie boli, przecież mama powtarzała jej zawsze, żeby unikała stresów i dbała o siebie, bo ma chore serce. A może już nie żyła? Uszczypnęła się z całej siły i mocno zacisnęła szczęki, żeby nie krzyknąć. A więc żyła.

Stała przytulona do kruszącego się muru kamienicy. W ani jednym oknie nie paliło się światło. Zapach zgnilizny i moczu wywołał u niej mdłości. Musiała przesunąć się w inne miejsce żeby nie zwymiotować. Po kilku chwilach ciszy miała nadzieję, że jej prześladowca zrezygnował z polowania na nią. Serce powoli wracało do swojego rytmu, tylko nogi miała jak z waty. Wolno, bezszelestnie, krok za krokiem skradała się w stronę wyjścia z uliczki. Chciała wyrwać się z ciemności, znaleźć jakąś żywą duszę by poczuć się raźniej i wrócić do domu, poczuć się wreszcie bezpiecznie.

Znalazła się tuż za kręgiem bursztynowego światła z latarni na głównej ulicy. Przy wyjściu z uliczki nie było nikogo. Na drodze panował spokój. Od północy do piątej nad ranem zawsze było najspokojniej. Wolno przejechał radiowóz, w którym siedziało dwóch policjantów objadających się hamburgerami z pobliskiego Mc`Donalda. Zanim uzmysłowiła sobie, że przejechała policja warkot silnika umilkł. Poczuła rozpacz. Chciała rzucić się na bruk i bić rękami w twardy kamień. W ostatnim geście rozpaczy chciała rzucić się w ślad za radiowozem w nadziei, że jeszcze nie odjechał zbyt daleko, że może któryś z policjantów zobaczy ją. Już miała wkroczyć w krąg światła, gdy na jego tle pojawił się cień masywnej sylwetki.

Stał pod światło. Widziała tylko zarys jego masywnej sylwetki z metrową rurą, którą trzymał w ręce. Dobrze wiedziała, że to on. Nawet w ciemności widziała jego ostre rysy, zimne oczy w wąskich szparach i ten grymas na ustach, który w jego mniemaniu był uśmiechem. Gdy tylko zobaczyła jego oczyska wlepione w siebie w sklepie, zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Miała nadzieję uciec, gdy tylko wyjdzie ze sklepu, ale on wyszedł tuż za nią. Nie zdążyła się schować w ciemnej bramie. Zastanawiała się czy nie jest czarcim pomiotem z domieszką psa, miała wrażenie, że idzie jej tropem, jak pies, wąchając ślady jej butów, łapiąc jej zapach przerażenia i strachu, którym była przesiąknięta.

    Zrobił krok w stronę jej kryjówki. Echo stąpnięcia odbiło się od ścian śpiących kamienic. Skąd wiedział, że stoi właśnie w tym miejscu? Czyżby widział w ciemności? Jeśli tak, jej dalsza ucieczka nie miała sensu. Skazana była na porażkę. Co jednak oznaczała porażka? Jakie myśli kotłowały się w umyśle takiego człowieka? Mocno zaciśnięta dłoń na rurze zwiastowała ból, ogromny, bez granic, nie do wyobrażenia ból. Nie chciała go poczuć. Oczyma wyobraźni widziała krew, nawet czuła jej zapach. Zapach swojej krwi, wypływającej z jej ran.

Serce podeszło jej do gardła. Z każdym uderzeniem tamowało oddech. Cała krew spłynęła jej do stóp, które stały się ciężkie. Przygwoździły ją do kamiennej uliczki nie pozwalając jej na dalszą ucieczkę.

–     Wiem, że tu jesteś – usłyszała jego ochrypły, złowróżbny głos, a następnie cichy, krótki chichot. – Uwielbiam polowania.

Nie chciała słyszeć tego głosu. Każdy wyraz przyprawiał ją o drgawki, był jak wyrok. Wyrok śmierci. Nigdy nie pragnęła tak bardzo żyć, jak teraz, gdy w jednej chwili mogło się to zmienić. Miała jeszcze tak wiele do zrobienia…

–     Wyjdziesz z nory, czy mam przyjść po ciebie?

Znowu miała wrażenie, że on widzi w ciemności, że patrzy na nią jak bez ruchu stoi przytulona do ściany, jak stara się wyrwać śmierci i że tylko on wie iż to nie możliwe. Napawa się widokiem jej trwogi, podnieca go ostry, coraz gęstszy zapach strachu.

    Zrobiła krok w głąb ślepej uliczki mocno przywierając do mrocznej kamienicy. Spod jej ręki posypało się kilka ziaren piasku ze ściany wywołując cichy szum. Z czarnej otchłani, ku której zmierzała, wydobyło się miauczenie. Tak niespodziewane, że aż dziwne. Jeśli już miała mieć tej nocy towarzystwo wolała koty niż szczury i myszy. Po chwili ponownie rozległo się miauczenie, tylko tym razem bliżej, tak jakby zwierzę szło w jej kierunku wyczuwszy człowieka, zdradzając jednocześnie jej kryjówkę. Czyżby też było w zmowie z jej prześladowcą? Może to wcale nie był kot, tylko stworzenie z piekła rodem w skórze niewinnego zwierzątka, które podstępnie zostało postawione na jej drodze. Teraz była w potrzasku. Kolejne miauczenie rozległo się tuż koło niej. Poczuła miękką, kocią sierść na swoich nogach. Zwierzę najwyraźniej czekało na pieszczotę. Natarczywie ocierało się o jej nogi zachęcając do zabawy. Nie widziała go, ale czuła aksamitną sierść kota, była pewna, że jest czarna jak smoła.

–     Kici kici kici – zawołał mężczyzna robiąc kolejny krok ku ciemnej, ślepej uliczce.

Kot na chwilę zamarł nasłuchując nawoływania. Na powtórne wołanie zareagował, zaczął wolno skradać się w krąg bursztynowego światła z ulicznej latarni. Nie był czarny tylko bury, wygłodzony, prążkowane boki trzymały się na żebrach. Czubek ogona zmieniał położenie wyrażając swoje zadowolenie z zainteresowania. Gdy znalazł się w zasięgu metrowej rury, mężczyzna zamachnął się, jak golfista na polu celując w małą piłeczkę.

Zamknęła oczy, wiedziała co nastąpi za chwilę. Nie chciała tego widzieć. Usłyszała tylko przeraźliwe, przepełnione bólem, miauknięcie kota i głuche uderzenie. Gdy spojrzała w stronę wyjścia z uliczki, zwierzątka nie było w zasięgu światła. Usiłowała wypatrzeć je w ciemności, ale to było nie możliwe.

Musiała uciekać, jak najdalej od tego miejsca. Nie chciała by spotkał ją taki sam los jak kota. Mężczyzna robiąc krzywdę zwierzątku uświadomił jej jakie ma zamiary względem niej. Nie miała już żadnych złudzeń. Jeśli nie ucieknie, poczuje siłę mięśni mężczyzny, którą wyładuje przez rurę.

Wolno posuwała się wzdłuż ściany. Już nie zwracała uwagi na sypiące się ściany kamienicy, na odór moczu i gnijących śmieci w kątach ulicy. Liczyła się tylko zwiększająca się odległość pomiędzy nią, a prześladowcą. Mężczyzna jakby wyczuł, że ofiara umyka mu. Zaczął iść w głąb uliczki. Wychodząc zza bursztynowy krąg światła zniknął z jej oczu. Teraz nie wiedziała, gdzie jest. Równie dobrze mógł być tuż obok niej i złapać ją za rękę kończąc jej ucieczkę, która nie miała i tak szans powodzenia.

Pod ręką poczuła malowane drewno. To były drzwi. Drzwi nadziei dla niej. Bez trudu znalazła klamkę. Serce rozbudzone szansą ocalenia biło się w piersi jak oszalałe. Nacisnęła mosiężną, olbrzymią klamkę. Drzwi… ani drgnęły. Jeszcze raz nacisnęła opierając się całym ciałem o drewno. Parę razy uderzyła drzwi biodrem. Nie otworzyły się.

–     To nie możliwe – szepnęła do siebie nie mogąc uwierzyć w to, że stoi przed drzwiami i nie może ich otworzyć by ukryć się, ostatnia nadzieja przysnęła jak bańka mydlana.

–     Idę po ciebie – usłyszała w ciemności za sobą.

    Ciszę przerwał złowróżbny chichot. Miała wrażenie, że w ciemności to nie człowiek zmierza ku niej tylko diabeł w czystej postaci, zamiatający śmieci ogonem, pokryty piekielnym futrem, o oczach bazyliszka.

    Rzuciła się w ciemność, biegnąc na oślep. Nie mogło ją już spotkać nic gorszego. Potknęła się o coś. Nie zdążyła złapać równowagi. Poczuła ból w kolanach, który na chwilę sparaliżował ją, nie pozwalając wstać. Ręce napotykając jakąś śliską maź nie dały jej oparcia. Uderzyła barkiem o kamienną ulicę. Zacisnęła zęby by nie krzyknąć z bólu. Przekonana była, że jeszcze chwila, a mężczyzna zamachnie się rurą i zada jej ból i śmierć. Poczuła ciarki na plecach, jakby zaraz miał paść cios, który nie nastąpił. Słyszała jego ciężkie kroki, nadal szedł za nią, nie pochłonęło go piekło. Ból w barku minął szybko, w kolanach nie. Strach jednak dodał jej sił. Pomimo bólu wstała i na wpół zgiętych nogach usiłowała biec dalej.

    Ni z tego ni z owego zobaczyła przed sobą okno, które nieznacznie różniło się od wszędobylskiej ciemności. Tak jakby ktoś miał w środku włączone bardzo ciemne światło. Obok okna znalazła drzwi. Nacisnęła na klamkę przekonana, że drzwi nie ustąpią. Ku jej zdumieniu otworzyły się. Weszła do niedużego przedpokoju, na końcu którego wisiało stare, podłużne lustro, odbijając jej wystraszoną twarz. Przedpokój był prostokątny, na kamiennej podłodze nie znajdował się ani jeden przedmiot, na przybrudzonych, niegdyś białych ścianach, nic nie wisiało. Drzwi od środka posiadały wielką zasuwę, którą szybko zasunęła. Teraz poczuła się bezpieczniej. Mężczyzna nie był w stanie pokonać tak grubych drzwi z tak wielką zasuwą. Nie teraz gdy miała szanse uniknąć śmierci i zaczęła wierzyć w to, że tak właśnie będzie. Wspominając w ekspresowym tempie wszystkie lata, które miała już za sobą, nie znalazła nic, za co mogłaby być ukarana taką śmiercią. Nigdy nie zrobiła nikomu krzywdy, źle nie życzyła, nie mściła się, nie obwiniała nikogo za swoje porażki, starała się robić wiele rzeczy za uśmiech i dobre serce.

    W przedpokoju znajdowała się para drzwi. Te po prawej stronie znajdowały się na końcu korytarza, równie masywne jak te wejściowe. Drugie znajdowały się po lewej stronie, tuż obok wejścia, podobne do tych po prawej w przepięknym wiśniowym kolorze. Dotknęła drzwi nie mogąc nadziwić się kolorem, potarła o nie palcem i sprawdziła czy nie zostawiają koloru. Zgrzytnęła klamka na końcu przedpokoju, masywne drzwi wolno uchylały się skrzypiąc niemiłosiernie. Wstrzymała oddech przerażona, że za chwilę ujrzy masywną sylwetkę mężczyzny z rurą w ręce, z uśmiechem triumfu na twarzy. Tej nocy nic nie było wstanie jej zadziwić, każdy absurd wydawał się realny.

    Najpierw zobaczyła laskę z jasnego drewna, a po chwili zobaczyła starszego pana. Podobnego do wielu innych staruszków. Na nogach miał zniszczone kapcie. Ubrany w stare dżinsy z naszytymi łatami z zamszu na kolanach. Zapinany sweter w wielu miejscach miał małe dziury po molach. Ręka oparta na lasce była zniszczona i pokryta plamami wątrobowymi. Całkiem siwe włosy tłustymi strąkami okalały wysuszoną twarz. Najpierw zobaczyła jego cienkie wysuszone, zapadłe z braku zębów usta. Dopiero potem zobaczyła jego oczy…mieniły się dwoma kolorami na zmianę. Raz był to kolor bursztynu, po chwili mocna czerwień, która od razu skojarzyła jej się z krwią. Jej własną krwią. Czuła jak krew usiłuje rozerwał jej tętnice na szyi.

–     Nie – szepnęła z niedowierzaniem kręcąc głową. – To nie możliwe.

    Staruszek w odpowiedzi roześmiał się pokazując bezzębne dziąsła. Już nie widziała w nim zwyczajnego staruszka, któremu starość zabrała siły i chęć do życia. Po raz kolejny tej nocy w człowieku zobaczyła szatana. Złapała za klamkę drzwi znajdujących się tuż obok niej. Ku jej zdumieniu drzwi ustąpiły. Nie zastanawiając się gdzie one prowadzą weszła do pomieszczenia. Gotowa do ucieczki, z nadzieją, że drzwi nie prowadzą do pokoju bez wyjścia, że dzięki nim ucieknie, że gdzieś będzie korytarz, którym wydostanie się z powrotem na zewnątrz, stanęła w miejscu nie mogąc złapać tchu. Mając w uszach chichot starca dobiegający z przedpokoju wolno ruszyła wzdłuż półek nie wierząc w to co widzi.

    Wzdłuż pokoju, rzędami ustawione były półki oświetlane z góry ostrym, białym światłem jarzeniówek, które zawsze kojarzyły jej się ze szpitalem i prosektorium. Na półkach stały setki słojów różnej wielkości, każdy z potworną zawartością. W małych słojach, zatopione w formalinie pływały zarodki ptaków i innych zwierząt. Jakich? Nie miała pojęcia. Ptaki rozpoznała, niektóre  z nich to pisklaki, niektóre starsze. Wszystkie miały cechę wspólną, odbiegały od swojego gatunku fizycznie. Posiadały dodatkową parę skrzydeł, jedną nogę, czy dodatkową głowę. W większych słoikach zobaczyła cielaka o dwóch głowach, źrebię o pięciu kopytach, króliki ze szczurzym ogonem… było tego pełno, a wszystko jakby żyło swoim życiem. Parę razy obróciła się za siebie przekonana, że któreś z anomalii zwierząt przygląda się jej lub czai się udając nieżywe zwierzę, a w rzeczywistości czyha na jej iskrę życia, by ją sobie przywłaszczyć.

    Na końcu pokoju czekała na nią wstrząsająca niespodzianka. W słoikach z formaliną nie było zwierząt…, a człowiek. Zarodki wyciągnięte z łona kobiety w różnych stadiach rozwoju. Kilka bliźniaków syjamskich zrośniętych ze sobą różnymi częściami ciała, niemowlę bez rąk i nóg, niemowlę o dwóch głowach. Dalej znajdowały się części ciała dorosłych ludzi, nie posiadały żadnych anomalii fizycznych. Miała przeczucie, że ci ludzie, zanim odcięto im jakąś część ciała, żyli i może zmarli właśnie po wykonaniu tego. Może wykrwawili się na śmierć. W słoikach znajdowały się oczy o różnym kolorze, uszy, nosy, ręce i nogi zarówno kobiece jak i męskie, męskie genitalia…

    Czyżby oni też znaleźli się w tej uliczce w niewłaściwym momencie i ratując się ucieczką trafiali tu? Śmiech starca zbliżał się. Po chwili jego sylwetka pojawiła się w drzwiach. Zawartość słoików zaczęła poruszać się, jakby wszyscy tam uwięzieni chcieli ją ostrzec, ale było już za późno. Znajdowała się w pomieszczeniu z jednym wyjściem, w którym stał bezzębny starzec śmiejąc się bez końca, pokazując dziąsła. W słoikach wirowało, mimowolni świadkowie, którym odebrano głos. Starzec zbliżał się pukając coraz głośniej drewnianą laską w podłogę. Stała sparaliżowana, nie mogła ruszyć ręką ani nogą, jakby nagle zrobiły się ze stali. Starzec zbliżał się ciągle śmiejąc się, poczuła smród z jego ust. Nie był pozbawiony zębów, ich szczątki gniły w jego dziąsłach wydzielając obrzydliwą woń. Równie mocnego smrodu nie czuła. Gdy starzec stanął tuż przed nią przestał się śmieć. Laskę z prawej dłoni przełożył do lewej, a uwolnioną rękę podniósł ku jej szyi i wczepił się w nią z niewyobrażalną siłą, wolno zaczął ją zaciskać, miażdżąc …

    …coś dusiło ją, a po chwili spadła na podłogę, poczuła ból w barku, łapczywie łapała powietrze w płuca. Mrok rozproszyła nocna lampka. Spojrzała dookoła zastanawiając się gdzie jest. „Coś” co ją dusiło było prześcieradłem, leżała na podłodze obok łóżka, znad którego wyłoniła się głowa jej męża ze zmierzwionymi włosami i zapuchniętymi od snu oczyma.

–     Kobieto co ty wyrabiasz? Połóż się jak człowiek spać. Najpierw rzucasz się przez pół nocy, skopujesz prześcieradło, którym się dusisz, po czym lądujesz na podłodze. Dzieci obudzisz…


  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Dwa razy użyto tu tego samego zwrotu: " Ni z tego, ni z owego", za każdym razem nie stawiając przecinka przed spójnikiem "ni" [powtórzonym, pełniącym tę samą funkcję]. Generalnie fajne opowiadanie. poprawnie zapisane. Lubię takie klimaty.
© 2010-2016 by Creative Media
×