Przejdź do komentarzyMam Cię w nosie!
Tekst 1 z 1 ze zbioru: Miałem sen
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2013-06-19
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń1641

- Mam cię w nosie! - krzyknęła Eliza. Była wściekła.

Kelner w tym czasie podał nam dwa drinki, z których wystawały sine palce. Miał na sobie biały fartuch pełen kolorowych plan. Obdarował nas niekompletnym uśmiechem, błyskając kilkoma złotymi zębami i wycował się za bar.

- I wszystkich mam w nosie! - dodała po chwili namysłu.

- Nawet tych, których nie znasz? - Bardzo lubiłem się z nią droczyć.

Zmierzyła mnie gniewnym wzrokiem. Czasami była przesadnie dumna.

Rozmawiamy jeszcze długo. Czasami czuję jej żal, innym razem śmiejemy się. To noc pełna trosk i uniesień, a gdy dobiega końca, wracamy do swoich mieszkań w blasku opolskich latarni. Przedtem spogląda na zegarek i sugeruje, że powinniśmy wyjść.


Czytam właśnie książkę, gdy dzwoni do mnie telefon.

- Hej, mam problem – mówi przejętym głosem.

Zawsze dzwoni, gdy ma problem.

- O co chodzi?

- Pamiętasz, jak byliśmy na piwie?

Przytakuję.

- Od tamtej pory mam wiecznie zatkany nos.

- Co w tym dziwnego? Przecież jest wiosna. Alergia, cokolwiek.

- Do tego ciągle leci z niego krew...

- Byłaś u lekarza?

Słychać ciszę w słuchawce.

- Przyjdź. Boję się. Nie wiem, co robić. Lekarzy też się boję.

- Dobra, za niedługo tam będę.

Pokazuje mi swój nos. Przy okazji panikuje i narzeka.

- Nie ruszaj się, mówię.

- Ale to naprawdę krępujące, kiedy ktoś zagląda ci w nos.

- Myślę, że to zabawne, kiedy pomyśleć o tym, że masz mnie w nosie.

Uśmiecham się delikatnie. Naprawdę mnie to bawi.

Kończy się na tym, że nic nie możemy zrobić. Ponadto - jak zwykle zresztą - obraża się

i wygania mnie z mieszkania.

- Sama sobie poradzę! - krzyczy. - I choćby miało mnie boleć, to dalej mam cię w nosie!


Wracam do siebie. Gdy wchodzę do pokoju, czuję ogromne zmęczenie. To dziwne, bo spałem dzisiaj dziesięć godzin. Nie miałem koszmarów, a do tego nie biegałem, nie grałem w piłkę. To był wolny dzień, a czuję się, jakby przebiegła po mnie cała drużyna rugby.

Kładę się na łóżko i momentalnie zasypiam.



Jestem w jej pokoju. Rozglądam się i zatrzymuję wzrok na wypukłym kształcie, który spoczywa pod pościelą.

Przyszedłem po siebie. Tylko ja mogę wydostać siebie samego.

Wokół łóżka leży mnóstwo chusteczek. Staram się stąpać delikatnie po drewnianym parkiecie, który skrzypi niczym sekcja dęta złożona z samych głucho-niemych. Chusteczki nasiąknięte są krwią. Powietrze

w pokoju jest tym gęściejsze, im bliżej jestem łóżka.

Odsuwam delikatnie pościel.

Leży z zakrwawionym nosem i szeroko otwartymi ustami. Nic dziwnego, że przez nie oddycha.

Ktoś włożył w moje dłonie pincetę.

Nachylam się nad łóżkiem, a wraz ze mną nachyla się mój cień. Ona porusza się lekko; zachowuje się, jakby dopadł ją koszmar. Wyraz twarzy ma niespokojny; wystękuje coś przez sen.

Ciężko mi oderwać wzrok od jej kształtnych piersi. Nagle przeszywa mnie strach, że zacznę szamotać się z sentymentami i całą kupą podobnego gówna.

Dość.

Nachylam się i już sam nie wiem czy to bliska mi twarz. Nie wiem też, czy to choćby znajoma twarz. Mam wrażenie, że zabłądziłem i trafiłem do innego pokoju.

Podnoszę spoconymi dłońmi czubek jej nosa i wkładam pincetę w prawą dziurkę. Coś miękkiego samo wpada między szczypce.

Eliza budzi się i patrzy na mnie przerażonym wzrokiem. Teraz wiem, że jest słaba.

Zaczynam ciągnąć w swoją stronę. Krew powoli wycieka z nosa, przyozdabiając grymas bólu na jej twarzy.

Ciągnę coraz mocniej i mocniej. W końcu opór słabnie i czuję, jak to coś prześlizguje się przez ścianki nosa. Krew przestaje płynąć, a ja przyglądam się drobnej larwie, która wije się niespokojnie.



Budzę się i przecieram oczy. Słońce nabiera intensywnie pomarańczowej barwy przez zasłony w oknie. Rozmyślam chwilę nad tym, co wydarzyło się wczoraj. Czy spałem?

A może naprawdę tam byłem?

Podnoszę się i czuję przyjemny ból w mięśniach pleców; rozciągają się powodując, że ból zaczyna być ciężki do określenia, wręcz zakrawa o przyjemność. Przeciągam się i gotuję wodę na owsiankę. Gdy wyjmuję naczynia, zauważam oślizgłą larwę w plamie zaschniętej krwi. Pulsuje delikatnie we wnętrzu szafki.

Czy na pewno spałem?


Człowiek może wpaść w obłęd, kiedy przestaje odróżniać rzeczywistość od snu. Chodzę spać i chodzę wstawać. Tymczasem larwa powoli rośnie w schowku na pościel. Jest oślizgła, ale o dziwo nie cuchnie. Czasami zaglądam tam i spoglądam, jak jej ciało porusza się w rytm czegoś, co można by nazwać prymitywnym oddechem. Chyba oddycha całą sobą.


Wracam do pokoju. Pierwsze, co robię to sprawdzenie, co z tą cholerną larwą.

Za nim jednak decyduje się na odsuniecie schowka, łapię kilka oddechów. Jestem zziajany po kilkugodzinnej jeździe na łyżwach. Do tego mieszkam na trzecim piętrze, a wchodząc po nich, zawsze mimowolnie wbiegam, pokonując co dwa lub trzy ze stopni.

Właściwie nie jestem pewien czy potrafię jeździć na łyżwach.

Odsuwam schowek i widzę człowieka. Wykluwa się powoli, jakby wychodził

z przyciasnego kombinezonu. Błona i przezroczysty płyn zalewają schowek.

Zdumiewam się, gdy widzę znajomą twarz.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×