Przejdź do komentarzyNiech klapa pozostanie zamknięta, a reka w bezruchu
Tekst 2 z 4 ze zbioru: Opowiadania
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2013-11-04
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń2488

Spotkałem go przypadkiem w barze „Paradise” – niegdyś popularnym lokalu dla klasy średniej, dzisiaj podrzędnej spelunie z chrzczonym piwskiem podawanym w brudnych kuflach i robiącym za danie główne gulaszem z kilkudniowych resztek. Kiedy podszedłem do stolika przy którym siedział, obrzucił mnie zrezygnowanym spojrzeniem. Chyba dopiero po chwili zaskoczył kim jestem, bo jego wykrzywioną cierpiętniczym grymasem twarz nieco rozjaśnił delikatny uśmiech. 

 

- Krzychu, kurna flaka, gdzieś ty chłopie bywał, jak cię nie było? – zagadałem. 

 

Nie odpowiedział, tylko podwinął rękawy. Całe przedramiona miał pokryte gęstą siecią tatuaży, a każdy z nich, czego się później dowiedziałem, był swoistym identyfikatorem innego zakładu karnego. Szlag, w życiu bym nie przypuszczał, że jeden z moich najlepszych kumpli zostanie kryminalistą. Zamówiłem dwa browary i dosiadłem się. 

 

Widzieliście kiedyś tygrysa dopiero co uwięzionego w klatce? Kiedy skacze na kraty lub usiłuje poprzez pręty choćby drasnąć swoich prześladowców, bije od niego pierwotna dzikość i wola życia. Nieodparte pragnienie wydostania się na zewnątrz, niezaspokojona żądza krwi. Im dłużej takie zwierzę jest trzymane w zamknięciu, tym bardziej kierujące nim instynkty słabną. Mięśnie wiotczeją, a umysł gnuśnieje. Ślepia stają się puste, zamglone, przypominają o utraconej wolności. Ten sam ból i tęsknotę dojrzałem w oczach Krzyśka. 

 

Historia, którą mi opowiedział, jest tak niesamowita, że na początku nie mogłem w nią uwierzyć. W zasadzie, to do tej pory nie mogę i wątpię, byście i wy dali jej wiarę. Prosił jednak, bym puścił ją w świat, ku przestrodze, co też czynię. Ale zanim zacznę, pomódlmy się wspólnie za Krzycha, by w niebie pozwolono wreszcie odpocząć jego udręczonej duszy . 

 

*** 

 

Gdyby ktoś w mojej obecności nazwał Krzyśka lumpem, najpewniej zarobiłby w gębę. Fakt, Krzychu pijał, ale kto w dzisiejszych czasach nie pije? Od czasu do czasu, po pracy, chodził z kolegami na kilka piwek albo flaszkę czegoś mocniejszego. I na tym basta. Żadnego przesiadywania w barze po nocach, szlajania się po melinach, awantur czy bijatyk. Gdy wracał do domu od razu kładł się spać. Był potulny jak baranek, pracowity jak mrówka i niekonfliktowy niczym miłosierny Samarytanin. Dlatego kompletnie nie rozumiem, czemu Bóg pokarał go tak durną babą. 

 

Krychę zapamiętałem przede wszystkim po potężnym głosie, jakiego nie powstydziłaby się niejedna śpiewaczka operowa. Robiła z tego głosu użytek, a jakże! Tyle, że nie taki, jak powinna. Ulubionym zajęciem tej parszywej zołzy było wrzeszczenie na męża. A to kran przeciekał, to znowu klapa w kiblu nie opuszczona, kiedy indziej ptaki zasrały parapet i ktoś powinien posprzątać… Ktoś, czyli Krzysiek. Co zobaczył w tym znerwicowanym kaszalocie, że ją poślubił, nie mam zielonego pojęcia. Unikał tego tematu jak ognia, a ja, z grzeczności, nie dopytywałem. 

 

Nigdy nie przyznał wprost, ale dawał do zrozumienia, że to wszystko przez jego bezpłodność. Krzysiek nie mógł mieć dzieci. A Kryśka o nich marzyła. Konflikty na tym tle powoli ale skutecznie oddalały ich od siebie. I właśnie to oddalenie jest prologiem tragedii Krzyśka. 

 

Krzycho, jak każdy normalny facet, miał swoje potrzeby. A skoro ślubna odwracała się plecami, kiedy próbował zachęcić ją do spełnienia małżeńskiego obowiązku, musiał radzić sobie inaczej. Na dziwki szkoda mu było pieniędzy, a i zdradzając żonę czułby się jak ostatni szmaciarz. 

 

- Kurde, starałem się jakoś walczyć z tą chcicą i w ogóle. Pompki robiłem, przysiady, biegałem… Ale, kurna, czasami tak przycisnęło, że nie szło wytrzymać. No to wiesz, gazetka, myk do kibelka i jazda – opowiadał, mrugając do mnie porozumiewawczo. 

 

Mijały dni, mijały tygodnie, mijały miesiące. Związek mojego przyjaciela sypał się coraz bardziej. Bezlitosne fale kłótni i wzajemnych oskarżeń stopniowo podmywały fundamenty wzniesionej przez małżonków budowli i wystarczył niewielki nawet podmuch wiatru, by chwiejna i tak konstrukcja runęła jak domek z kart. 

 

Takim podmuchem okazała się zdrada Kryśki. 

 

- Kurwa, nie zdzierżyłem! – Krzysiek krzyczał tak głośno, że w spelunie zapadła cisza i oczy wszystkich bywalców zwróciły się ku nam. – Kochałem, ją wiesz? Kurwa, kochałem jak nikogo na świecie! A ona rżnęła się z tym pieprzonym fagasem. Wypadłem z chałupy i chlałem trzy dni… A potem obiłem jej ryj! Nie wytoczyła procesu, ale obiecała, że się zemści. I, kurwa, słowa dotrzymała… 

 

Rok później do kawalerki Krzyśka, którą wynajął gdy odszedł od żony, wpadła policja. 

 

- Ty rozumiesz, ja nie miałem zielonego pojęcia o co chodziło. Skuli mnie jak najgorszego śmiecia, na oczach sąsiadów wpakowali do radiowozu i zawieźli na komendę. Dwa miesiące gniłem w areszcie, czekając na rozprawę. Powiedzieli, że jestem oskarżony o gwałt. Ale ja przecież nikogo, kurwa, nie zgwałciłem! Łudziłem się, że to jakaś pomyłka, zapętlenie paragrafów, nie wiem, zły układ gwiazd? Często się przecież zdarzało, że zapuszkowali nie tę osobę co trzeba. 

 

Po jego naznaczonych bliznami policzkach spływały krople łez. Wspomnienia z pewnością ciążyły mu na sercu jak topielcowi kamień u nogi. Założę się, że przede mną nikomu nie opowiadał jak straszliwie los go doświadczył. 

 

- Ty wiesz jak ja się czułem w tym sądzie? Nigdy tam nie byłem, a nagle wprowadzają cię na salę pełną ludzi i to w charakterze oskarżonego. Gdyby wzrok mógł zabijać, przysięgli zajebaliby mnie jednym spojrzeniem. Rozumiesz? Ukamienowali jak pierdoloną żydowską kurwę za czasów Chrystusa. Ale najgorsze miało dopiero nastąpić. Ty wiesz, kto był moją rzekomą ofiarą? 

 

Skąd mogłem wiedzieć? Wytypowałem Kryśkę. W zasadzie tylko ona przychodziła mi do głowy. 

 

- Kryśka? – Krzychu zaśmiał się jak opętany. – Z tą zdzira nie robiliśmy tego od lat. A dawniej, jak jeszcze ze sobą sypialiśmy, to nigdy nie wziąłem jej siłą. Zresztą –popukał się w głowę – jak można zgwałcić własną żonę? 

 

- Teraz to nawet dziecka ci gołą ręką tknąć nie wolno – odparłem – bo okrzykną cię zaraz pedofilem. No ale jeśli nie Krycha, to w takim układzie kto? 

 

- Kibel.  

 

Parsknąłem głupkowatym śmiechem. 

 

- Krzychu, co ty pierniczysz? Paliłeś coś zanim tu przyszedłem, czy po prostu robisz sobie jaja? 

 

Krzysiek kilkakrotnie uderzył się pięścią w pierś. 

 

- Jak Boga kocham! Też na początku nie mogłem uwierzyć! Kurwa, szczęka opadła mi do samej podłogi, jak go zobaczyłem. To był klop z mojego starego domu. I wiesz co? Ten sracz gadał! Gdy sędzina poleciła mu się przedstawić i opowiedzieć o sobie, zrobił to! No a potem to już wystartował cyrk. Ten porcelanowy kutafon twierdził, że był przeze mnie regularnie gwałcony. 

 

- Nie, no, to są brednie jakieś! – przerwałem mu. – Możesz mi wytłumaczyć, jak gwałci się kibel?  

 

- Cholera, czy ty mnie w ogóle słuchałeś?! – uniósł się, ale po chwili złagodniał. – Kurwa, nie wiem już sam… No waliłem konia do muszli, jak stara mi nie chciała nadstawić. No i, jak się później okazało, ubikacja zaszła w ciążę… 

 

W tym momencie musiałem mieć co najmniej tak głupią minę, jakbym zobaczył stado roztańczonych różowych słoni w szpiczastych czapeczkach i sukienkach dla baletnic. Czegoś tak durnego nie słyszałem nigdy w życiu i pomyślałem, że mój przyjaciel albo naprawdę solidnie się naćpał, albo najnormalniej w świecie mu odbiło. 

 

- Kurwa, stary, wiem jak to brzmi… - wydukał, spuszczając wzrok. – Ale przysięgam na życie mojej matki, że to święta prawda… 

 

- Dobra – odparłem, biorąc kilka głębokich wdechów. – Mów dalej. 

 

Kurna flaka, wolałem pozwolić mu wygadać się do końca. Przyjaciel nie przyjaciel, ale z pewnością świr. A takiego lepiej nie prowokować. Kto wie, a nuż wydostałby zza pasa tasak albo brzytwę i zaszlachtował połowę tej cuchnącej dziury. 

 

- No więc ten, no, kibel, nadawał na mnie, że jestem nieobrzezanym chućmanem i prymitywnym jebaką. Twierdził, że jak tylko mi stanął, zaraz pakowałem w niego hektolitry spermy. Nawet kilka razy dziennie. Potem jacyś kretyni wnieśli na salę maleńki pisuar zawinięty w becik. I wiesz co? Mieli papier z przeprowadzonych badań genetycznych, z którego wynikało, jako bym to ja był ojcem „dziecka”! Kurwa, dociera to do ciebie? Miałem pisuarek z własnym sraczem! A cierpię na bezpłodność! 

 

Jeśli mam być z wami szczery, to Krzychu pierdolił trzy po trzy, że już się tak niekulturalnie wyrażę. Jednak to nie koniec tej nieprawdopodobnej farsy. Następnie, jak twierdził, wezwano na świadka gazetę pornograficzną. Tytuł uleciał mi z pamięci, nie ma on zresztą najmniejszego znaczenia. Gazeta owa potwierdziła wersję klozetu, plastycznie relacjonując przebieg przeprowadzanej przez Krzyśka masturbacji. Zapamiętała nawet, które zdjęcie pobudzało go najintensywniej. Na koniec wygłosiła płomienną mowę jakim to Krzysztof jest bezbożnikiem, zbereźnikiem, zwyrodnialcem, chorym zbokiem i czym tam jeszcze się dało być. 

 

Jako trzecia zeznawała Krystyna. I tutaj mój przyjaciel totalnie się załamał. Łkał chyba z dziesięć minut, a pod koniec napadu płaczu wyżłopał duszkiem całe piwo. 

 

- Kochałem ją, kurwa! Tak bardzo kochałem… - bełkotał. - Ta szmata, zdzira pierdolona, niemyta pizda! Ona wszystko nagrywała. Założyła w kiblu kamery i podglądała jak robiłem se dobrze! I przedstawiła to jako kolejny dowód w sądzie. Udupiła mnie na całej linii. Jak miałem się bronić? Bez adwokata, w obliczu tak oczywistych dowodów? Kurwa, obiecała, że się zemści i dotrzymała słowa. Wyrok mógł być tylko jeden. Trafiłem do paki. Najpierw na pięć lat, potem za niepłacenie alimentów na kolejne pięć. Ale jak, kurwa, płacić alimenty, kiedy się siedzi w pierdlu? Polska, do chuja pana, Polska… Przenoszono mnie z zakładu do zakładu. Przez następne dziesięć lat. A gdy wyszedłem, bez środków do życia i perspektyw na przyszłość, ona napisała. Kryśka, rozumiesz. I wiesz co? Wiesz co? 

 

Pokręciłem przecząco głową, coraz bardziej skonsternowany tymi bredniami. 

 

- Okazało się, że to wszystko było ukartowane! Odkąd dowiedziała się, że jestem chory, nie mogła na mnie spojrzeć. Obrzydzałem ją, jakbym nagle stał się, kurwa, trędowaty! Ten koleś, z którym się puszczała, to jej jakiś tam kolega z czasów szkolnych, dawna, kurwa, miłość. I specjalista od systemów szpiegowskich. Ale i jego zostawiła. I wiesz z kim teraz jest? Chłopie, nie uwierzysz! Z tym jebanym kiblem! Pojechali do Holandii i wzięli tam ślub! Adoptowali dzieci, żyją, kurwa, po królewsku… 

 

Nie zdzierżyłem. Trzasnąłem go w pysk, aż stracił przytomność i wybiegłem na dwór. Dwie noce nie spałem, analizując to, co usłyszałem. Tydzień po naszym spotkaniu i do mnie zapukała policja. Powiedzieli, że Krzysiek się powiesił. Znaleziono przy nim kopertę z moim nazwiskiem i adresem. Po jej otwarciu przeżyłem szok. W środku było zdjęcie Krychy w towarzystwie muszli klozetowej oraz dwójki leżących w wózku bobasów. Obok stał dorosły już pisuar. Syn Krzycha, jak się domyśliłem. 

 

„Ty chuju, teraz jestem szczęśliwa” - głosił napis z tyłu fotografii. 

 

Znalazłem również notkę od Krzyśka z prośbą, bym rozpowiedział jego historię, aby inni bezpłodni mężczyźni nie pozwolili się wykołować tak jak on. Co też, jak już wcześniej powiedziałem, czynię. 

 

  Spis treści zbioru
Komentarze (5)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Piękna, wprost fantastyczna opowieść ukazująca absurdy życia oraz niekompetencję wymiaru sprawiedliwości. Ale przede wszystkim podziwiam doskonały pomysł twórczy. Język bogaty, wartki, dynamiczny, barwny. Nie rażą użyte wulgaryzmy, a prost przeciwnie, wydają się być niezbędne.
Podobnie jak w poprzednim tekście lekko szwankuje interpunkcja. Brakuje przecinków przed: przy którym, kim jestem, od razu, czułby się, gdy odszedł, o co chodziło, jak ja, zanim, jakim to.
Zbędny jest przecinek w zwrocie "Tyle, że". Raz po myślniku brakuje spacji. Te błędy traktuję jako wypadek przy pracy, ale następnym razem nie będę już tak tolerancyjny.
avatar
Dzięki. Cóż, z interpunkcją chyba każdy beletrysta - amator ma problem. Wielcy i sławni mają od tego redaktora, maluczcy muszą polegać na intuicji, skromnej wiedzy i odrobinie szczęścia. I tak, wiem. Są słowniki. Ale gdyby przyszło sprawdzać każde zdanie, każdy przecinek, to i tekst każdy poprawiałbym miesiąc.
avatar
Świetne. Nie jestem zwolennikiem fantasy, ale opowiadanie przeczytałem z zainteresowaniem. Utrzymało się ono do końca. Żywy barwny język, taki jaki używa się w życiu.
avatar
W kraju kwitnącego Jasia i fasoli nie takie SF gołym okiem widujemy - na co dzień i od święta
avatar
Sprawne warsztatowo pióro, a cała ta niesłychana, wprost z samego życia wzięta historia - jak u Mistrza Absurdu, Nikołaja Gogola - nie do podrobienia
© 2010-2016 by Creative Media
×