Przejdź do komentarzyRobek
Tekst 1 z 1 ze zbioru: Moje
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2011-04-07
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń1459

Zdarzają się w życiu takie chwile, w których pewne słowa wydają się nam być niesamowitymi, zupełnie nowymi w naszym słowniku. Posługujemy się owymi wyrazami codziennie, albo przynajmniej często, są nam towarzyszami życia, nadchodzi jednak taki moment, że w duchu wymawiamy sobie kolejne sylaby i za żadne skarby świata nie chcą one się ułożyć w logiczną całość. Czujemy się trochę jak dziecko, które odkryło nowe zastosowanie dla znanego wcześniej przedmiotu. Można by to porównać do tego śmiesznego poczucia déjà vu, wydaje nam się, że gdzies byliśmy, coś przeżywaliśmy a jednocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że to tylko urojenie. Nie jest to może idealne porównanie ale lepsze takie niż żadne.Wracając do tego dziwnego zjawiska,  z jednej strony znaczenie tegoż słowa jest nam znane, nie stanowi żadnego nowum, z drugiej jednak czujemy się, jakbyśmy usłyszeli je po raz pierwszy.  Weźmy taki `im-bryk`, niby swojskie, a jednak trochę obce.  Wywołuje uśmiech na twarzy, ale po chwili przychodzi otrzeźwienie - przecież to tylko słowo, to jakieś wariactwo – myślimy sobie. To unikalne uczucie, spowodowane chwilowym zafascynowaniem pojedyńczym wyrazem, ma swoją pewną niezwykłą cechę. Otóż, produkuje w człowieku niepohamowany potok myśli, myśli różnorakich, jedni odnajdują w sobie mnóstwo skojarzeń z owym słowem, inni zaś na siłę szukają dlań nowych znaczeń i zastosowań. Robert zaś, w czasie gdy dopada go to poczucie, wyszukuje w zakamarkach swego umysłu wspomnienia z danym słowem związane. Dzisiejszego wietrznego i pochmurnego jesiennego dnia, późnym wieczorem, chytrze i jak to zazwyczaj bywa, bez ostrzeżenia, zaatakowało go słowo `żużel`. W jego głowie zawrzało i w przeciągu kilku chwil przed jego oczami stanął obraz wrocławskiego parku z lat dziewięćdziesiątych.

Była noc, przynajmniej tak się wydawało młodemu czarnowłosemu Robertowi, gdy jego matka poganiała go, prosząc aby szybciej przebierał krótkimi nóżkami. Wydawało mu się, że byli gdzies spóźnieni. Szli przez las, dziwny jednak to był las, drzewa zasłaniały jakiekolwiek oznaki cywilizacji, nie było widać żadnych budynków, wzdłuż głównej alei jeździły jednak tramwaje, młody człowiek był bardzo zdziwiony ich widokiem. Nie dlatego, że pierwszy raz w życiu widział swymi czarnymi jak węgiel oczami takie pojazdy, wieloktornie obserwował je z wielkim zaciekawieniem i rozdziawioną buzią w swym rodzinnymi miescie, Warszawie. Teraz wcale nie zachwycała go ich technologiczność, przynajmniej takie starał się wywierać wrażenie, przecież był już całkiem duży i nie wypadało mu popadać w zachwyt z byle powodu. To co go dziwiło, to fakt, że były zupełnie puste, nie było w nich żadnego pasażera, przynajmniej nikogo nie zauważył. W ten sposób, tworzyły wokół siebie pewną aurę tajemniczości, jakiejś zagadki. Na myśl przyszły mu statki widmo, tak często obecne w różnorakich historiach jakie tu i ówdzie zasłyszał. Wyobrażał sobie, że motorniczy to tak naprawdę upiór, albo jakaś pozaziemska istota, która błądzi po świecie bez celu. Matka mocno trzymając drobną rękę chłopca ciągle przyspieszała kroku, ze wszystkich sił starał się za nią nadążyć, nie było to jednak dla tak małej istoty łatwe. Miał przecież pięć lat. Mimo zmęczenia, młody Robert, z natury ciekawski i dosyć refleksyjny dzieciak, rozglądał się na boki. Starał się już nie zwracać uwagi na tramwaje, swym opustoszeniem budziły bowiem one w nim niezrozumiały niepokój. Patrzył się teraz na drzewa. Tonęły we mroku, przez co zdawały mu się być majestatyczne i nieco złowrogie. Cichy szum liści dębów, wierzb i brzóz oraz pohukiwanie nocnego ptactwa jeszcze bardziej wzmacniały takie wrażenie. Czasem ponad głowami przeleciał jakiś zabłąkany nietoperz. Matka pędziła już na zabój, a mały chłopiec, ciągnięty za rękę, zipiał z wyczerpania. Szli, a raczej biegli tak przez mrok bez końca.

Należy w tym miejscu podkreślić, że dla młodych ludzi pewne sprawy zdają się być dużo większe i bardziej skomplikowane niż dla dorosłych. Dystans, który dla dojrzałego człowieka nie jest zbyt długi, dla dziecka może się jawić niczym podróż życia. Tak też myślał sobie ten chłopiec, zwany pieszczotlie przez poganiającą go teraz matkę, Robkiem. Wydawało mu się, że alejka którą przemierzali nie miała końca, co gorsza, w oddali spostrzegł sylwetki dwóch mężczyzn. Nigdy nie ufał dorosłym, ową bojaźliwość spotęgowało również pewne wydarzenie, które miało miejsce przed dwoma laty na warszawskim Ursynowie. Bawił się wtedy, jak to dzieciaki w pierwszych latach ostatniej dekady dwudziestego wieku, ze starszą siostrą i jej znajomymi w chowanego czy berka, szczegółów już nie pamiętał. Marzena, jego najdroższa siostrzyczka, była dziewczyną niezwykłej urody, zjawiskowej wręcz. Nogi do szyi, blond włosy do pasa, ówczesny ideał. W pewnej chwili podczas gry, dwóch wstawionych, lokalnych pijaczków, używając niewybrednych wulgaryzmów zaczepiło ją a on zapłakany pobiegł do domofonu, aby zawezwać ojca. Wtedy, we Wrocławiu, wspomnienia były już mocno zamglone, widząc owe dwie zbliżające się w mroku męskie postaci, przywołać był sobie w stanie jedynie szczątkowe obrazy tego traumatycznego oraz dawnego jak na dziecinne standardy wydarzenia. Wybiegający z jakimś narzędziem ojciec, kłótnia, szamotanina, przewracająca się osoba, powrót do domu, krew na twarzy taty oraz opatrująca go matka. Nie wiedział już jak dokładnie to wszystko przebiegało, ani jak się skończyło, był jednak przekonany, że Ci dwaj zmierzający właśnie w ich stronę panowie chcą zrobić krzywdę jego mamie, tak jak kiedyś tamci jego siostrze. Poczucie zagrożenia względem niektórych mężczyzn oraz nadmierna opiekuńczość w stosunku do najbliższych towarzyszą mu zresztą do dziś. Pokryte mrokiem drzewa, szum liści, puste tramwaje, wszechobecna ciemność, przykre wspomnienia oraz dwie zbliżające się sylwetki, to wszystko powodowało, że mały Robert był przerażony. Matka tym czasem, jego zdaniem nierozważnie, nie zwracała uwagi na zbliżające się zagrożenie. Z każdym kolejnym krokiem tracił nadzieję, zaczął się nawet zastanawiać nad tym, co go czeka po śmierci. Byli już bardzo blisko, mógł już dostrzec ich twarze, trzymali po butelce z piwem marki EB, jeden z nich palił papierosa, młokos słyszał ich śmiechy. Wydawało mu się, że jeden z nich wskazał na niego palcem. Robek był gotowy na wszystko. Jeszcze parę metrów, zbliżali się nieubłagalnie, nagle las stał się jeszcze mroczniejszy i bardziej złowieszczy niż to miało miejsce parę minut temu.


– Dlaczego ja? – pomyślał sobie.


Sekundy zdawały się być godzinami. Nagle poczuł świst powietrza, zapach dymu papierosowego, usłyszał dźwięk oddalającego się męskiego głosu. Po wszystkim. Zwyczajnie się minęli, nic się nie wydarzyło. Cóż to była dla niego za ulga!


– Już jesteśmy blisko, nie zwalniaj synku – powiedziała z wyraźnym podekscytowaniem matka.


Rzeczywiście, zaczął słyszeć coraz to wyraźniejsze charakterystyczne dźwięki gazowych trąbek oraz warkot silników, dostrzegł wreszcie rozjaśniające mroki lasu, który okazał się zwykłym miejskim parkiem, światła jupiterów. Trwała już chyba oficjalna prezentacja zawodników. Zbliżali się do Stadionu Olimpijskiego, gdzie odbywała się żużlowa Grand Prix a tam czekał już na nich tata.

Ojciec był dla Roberta postacią niejednoznaczą. Oczywiście w ten czas, dla pięcioletniego łebka, jawił się on nadczłowiekiem, osobą która potrafi przenosić góry i rozwiązywać wszystkie problemy, jak choćby ten z nieznajomymi zaczepiającymi Marzenę. Z biegiem lat, młodzieniec jednak zaczął dostrzegać pewne defekty w usposobieniu swego taty, lubił on przecież od czasu do czasu zajrzeć do kieliszka, miewał wybuchy gniewu, był małomówny. Robert miał mu za złe, że rzadko się nim zajmował, był przez to niejako skazany na żeńskie towarzystwo siostry oraz matki. Chłopcy potrzebują przecież czasem ojca, ten Roberta prowadził własną działalność, a to handlował kurtkami na stadionie, innym razem balonami pod bramą warszawskiego zoo, w czasie Święta Zmarłych ich mieszkanie zamieniało się w nielegalną fabrykę pańskiej skórki, w związku z tym, jako zapracowana głowa rodziny, miał mało czasu na zabawy z synem. Robek miał mu za złe, że nie jest taki jak inni tatusiowie, nie zabierał go na boisko pokopać piłkę, nie sklejali wspólnie modelów, chciał czasami po prostu pobyć z kimś, z kim można po męsku pogadać. W burzliwym okresie dojrzewania, Robek miał chwilami już dość swego ojca, po raz pierwszy pomyślał o ucieczce. Mimo to, jako osoba już w pełni ukształtowana, nadal jednak będąca ciekawską oraz refleksyjną, Robert zaczął doceniać staromodne podejście swego ojca do wychowywania dzieci. Gdy słyszy opowieści o dzisiejszej młodzieży, przychodzą mu na myśl jedynie słowa wyrażające pogardę, w jego opinii brak im twardej, karzącej acz sprawiedliwej ręki ojca, ojca jakim mógł poszczycić się może on sam. W ogóle nie był w stanie zrozumieć dzisiejszych dzieciaków, jak on był młody, to wychodził z domu rano i wracał późnym wieczorem. Jeździł na rowerze, grał w piłkę, przeżywał pierwsze miłosne zawody, bawił się ze znajomymi.


– Jak te dzieci mają przeżyć tyle niezapomnianych chwil? Przez internet? Świat wariuje! – często siedząc na swojej werandzie tak sobie myślał.


Opisywanej majowej nocy, jego ojciec ze wszystkich sił, przy wtórowaniach matki, krzyczał jednak „dawaj Tomek, ojebiesz ich wszytkich!”. Znajdowali się bowiem w miejscu dla młodego chłopca nieco szalonym, na stadionie żużlowym. Pierwsze z cyklu zawody mistrzostw świata odbywały się właśnie w Polsce, we Wrocławiu i stąd obecnośc Robka i jego rodziny, zagorzałych fanów czarnego sportu, w tym mieście. Zjechały wszystkie tuzy światowego speedwaya, z Hansem Nielsenem, Billem Hamillem oraz Gregiem Hancockiem na czele. Bodaj pierwszy raz w historii cała światowa czołówka żużla zjawiła się w kraju nad Wisłą, rodzice Roberta nie mogli odpuścić sobie takiej okazji. Wychowywali się na warszawskiej Ochocie a w tamtych czasach, w latach sześćdziesiątych, w każdy weekend, w okolicach stadionu Skry rozbrzmiewały, niczym dzwony kościoła, ryki motocyklowych silników. Trudno był nie zostać fanem żużla, tym bardziej, że jak twierdził jego ojciec, kwintesencją tej dyscypliny był wszechobecny hałas oraz zapach spalanego, czystego metanolu. To one, tak jak pszczoły do kwiatów wabi nektar, przyciągały ludzi na stadion.

Warszawskie sekcje żużlowe padały jak muchy, na miejscu jednej pojawiała się kolejna, aż w końcu żadna się nie ostała. Warszawa to nie jest miasto dla innych sportów niż piłka nożna. Wszędzie tylko Legia i Legia, no i gdzieniegdzie jeszcze ta nieszczęsna Polonia.  Legia tu i Polonia tam, na jednym bloku napis „Legia pany”, na innym zaś „Legia dziady”. Można zwariować. Robert wolał już chyba mimo wszystko Polonię, kibice tego klubu z początku wydawali mu się być bardziej kulturalni, mniej, jakby to powiedział Bareja, awanturujący się, przynajmniej nie chcieli przyłączyć Litwy do Polski. Oficjalnie. Poszedł nawet swego czasu na mecz rozgrywany przy Konwiktorskiej, przekonał się na własnej skórze, że kulturalny kibic futbolu to legenda. W każdym micie jest ziarnko prawdy oczywiście, spotkał osobiście wielu kibiców, którzy potrafili normalnie rozmawiać o piłce nożnej, na stadionach jednak nie było ich widać. Wymyślił sobie nawet teorię, że po przekroczeniu bramy stadionowej, danej osobie wyłącza się kilka stref mózgu, w szczególności tych odpowiedzialnych za miłość do bliźniego. Po wizycie na obiekcie Polonii, zaczął jeszcze bardziej żałować, że żużel w jego rodzinnym mieście nie wytrzymał konkurencji piłki nożnej. Uwielbiał Warszawę, nie wyobrażał sobie życia w innym miejscu, mimo to czasem chciałby, aby to nie w stolicy się urodził, tylko daj my na to, w takim Toruniu czy Zielonej Górze. Na myśl o cotygodniowej wizycie na zawodach żużlowych cierpła mu z zazdrości skóra.


– Ci Toruniacy to mają cholernego farta – powtarza często.


Rodzina Roberta siedziała na łuku, tym tuż za linią start-meta. Najlepsze możliwe miejsca, chociaż wtedy młodzian nie zdawał sobie sprawy z zaszczytu jakiego dostąpił. Wszędzie, gdzie tylko nie spojrzeć, morze biało-czerwonych ludzi. Obok nich, o dziwo, miejsce zajmowali dwaj, ubrani w harleyowe skóry Niemcy i co chwila pokrzykiwali `ZUPA`, co swoją drogą bardzo bawiło Robka. Mimo to, siedział znudzony, spoglądał to na ojca, dumnie noszącego czapkę w kształcie beretu w biało-czerwonych barwach, to na matkę wykrzykującą co chwila różne słowa w kierunku facetów na motorach. Nie mógł pojąć dlaczego tak wrzeszczała, przecież w tym hałasie i tak nikt jej nie słyszał. Przez chwilę bawił się małą, zakupioną przez ojca flagą Polski. Po paru chwilach machania owa rozrywkach także mu się znudziła. Miał jeszcze na szczęście dwie plastikowe figurki żużlowców. Przykucnął pod drewnianą ławką, służącą za trybunę i bawił się nimi, udając że owe figurki to tak na prawdę żołnierze udający się motorami na ważną misję. Musiał jednak cały czas uważać, co chwila bowiem w jego kierunku leciało pełno małych kamyków. Dopiero po paru latach dowiedział się, że nazywają się one szprycą i wzbijają się one w powietrze w wyniku pracy kół na łuku toru. Denerwowały go, nie podobało mu się, że musi siedzieć na tym przeklętym stadionie.


– Mamo, kiedy idziemy? – zapytał z wyrzutem, podkreślając fakt, że jest już znudzony.

– To już ostatni wyścig, Gollob jest w finale, oglądaj! – odkrzyknęła.


Robek spojrzał wtedy w kierunku linii startu. Biała, gumowa taśma była opuszczona i podjeżdżali na swych motocyklach w jej kierunku kolejni żużlowcy. Było to jednak dla młodego Roberta dość dziwne, żużlowiec podjechał pod taśmę i zaraz zawrócił. Cofnął się w stronę parku maszyn i niespodziewanie zrobił pentlę, przystanął i udawał, że startuje. Młokosowi wydawało się, że to jakiś pomyleniec, przecież nie będzie miał szans startując z tego miejsca. Chris Louis, bo tak własnie nazywał się ów żużlowiec, zamarkował start i wrócił pod taśmę. Teraz oczy młodego widza zwróciły się w kierunku Tomasza Golloba i znowu działy się w jego rozumieniu rzeczy co najmniej dziwne. Ten z kolei kopał swoim opancerzonym butem dołek w torze. Głupota - to jedyne słowo jakie przychodziło do głowy Robertowi. Hans Nielsen natomiast, cały czas był spokojny i najmniej ze wszystkich jeźdźców dawał po sobie znać zdenerwowanie, chociaż jego zachowanie w oczach Roberta wcale nie było mądrzejsze od Golloba i od Luisa. Duńczyk bowiem oparł się nogą o tor, w taki sposób, że uniosła się tylna opona jego motoru i jak nieprzymierzając dziecko, bawił się manetką gazu, patrząc jednocześnie na szybko obracające się koło. Rytuały trwały jeszcze jakąś chwilę, aż mężczyzna w śmiesznym stroju na środku toru, ruchem ręki nakazał im podjechać pod taśmę. Ociągali się niesamowicie. Wrzask trąbek i kilkunastu tysięcy gardeł osiągnął poziom hałasu jaki powstaje podczas startu Jumbojeta. Ludzie zachowywali się jak w ekstazie, jedni patrzyli w skupieniu, innymi szarpały emocje. Był to z pewnością wieczór niesamowity, niepowtarzalny. Wszyscy czterej, Hans Nielsen, Mark Loram, Chris Louis oraz Tomasz Gollob, nisko opuszczeni na swych motorach czekali na chwilę, w której taśma wyskoczy do góry. Manipulowali manetkami gazu w taki sposób, że pracujące na najwyższych obrotach motory wydały z siebie przeraźliwie głośny dźwięk, dźwięk który stał się potem kokainą dla Roberta. Sędzia puszcza naprężoną do granic możliwości taśmę, motory zaś, jak puszczone ze smyczy wygłodniałe wilczury, rzuciły się do przodu.


– Żu-żel – popijając piwo na swojej werandzie Robert, z szelmowskim uśmiechem na twarzy, w myślach sylabizował sobie owe śmieszno-dziwne słowo.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×