Przejdź do komentarzyMAGIA PRZEDMIOTU_V
Tekst 7 z 40 ze zbioru: Inne opowiadania
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2014-03-17
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń1344

MAGIA PRZEDMIOTU_V


Dopiero, gdy dojechałyśmy do Gdańska i wysiadłyśmy na dworcu głównym ciotka zainteresowała się: gdzie będziemy mieszkać?

- Wynajęłam coś, co nosi szumną nazwę „apartament” - poinformowałam ją. - Było taniej niż w hotelu... Pewnie dlatego, że poza sezonem.

- Daleko to? - spytała.

- Nie mam pojęcia. Nie znam dobrze Trójmiasta. Weźmiemy taksówkę.

Postój taksówek znajdował się z boku budynku dworcowego.

- Dokąd jedziemy? - rzucił przez ramię taksówkarz, gdy wsiadłyśmy do pierwszego w rzędzie wozu.

- Jelitkowo – powiedziałam i podałam nazwę ulicy oraz numer budynku.

Ruszyliśmy przez miasto – o tej porze roku szare i zamglone. Tego dnia nigdzie nie spieszyło mi się. Swoje sprawy miałam załatwiać dopiero od jutra.

Taksówka krążąca najpierw po wąskich uliczkach wydostała się wreszcie na szeroką arterię i popędziła przed siebie. Nie minęło więcej niż dwadzieścia minut, gdy zatrzymała się u stóp wzgórza, na którego szczycie stały nowoczesne wieżowce. Na dole, przy schodach prowadzących w górę wzgórza czekała dziewczyna z administracji. Wcześniej uprzedziłam ich o godzinie naszego przyjazdu. Dziewczyna przywitała się i poprowadziła nas do budynku. Windą wjechałyśmy na szóste piętro. Otworzyła drzwi zarezerwowanego przeze mnie mieszkania i zaczęła udzielać najróżniejszych wyjaśnień - dotyczyły głównie obsługi znajdujących się tutaj urządzeń. Przy okazji spytałam ją o komunikację miejską oraz możliwości dojazdu stąd do centrum Gdańska. Podprowadziła mnie do okna i wskazała przystanki autobusowe po drugiej stronie ulicy a także miejsce, gdzie znajduje się najbliższy market. Wyglądało to wszystko bardzo dobrze. Uregulowałam rachunek. Dziewczyna pożegnała się. Zostawiła nas same. Miałyśmy do dyspozycji mały i duży pokój z aneksem kuchennym oraz łazienkę z ubikacją. Wszystko wyglądało na świeże i nowe.

Ciotka postukała palcem w ogromny czarny dzban w kolorowe kwiaty stojący w rogu pokoju.

- Bardzo praktyczne – powiedziała, gdy odkryła, że dzban jest drewniany. Później rozejrzała się dokoła, jakby czegoś szukając.

- Balkonu nie ma? - rzuciła od niechcenia.

- Nie, nie ma... A po co ci w zimie balkon? - spytałam zaskoczona jej wymaganiami.

Trochę się zmieszała ale zaraz odzyskała pewność siebie.

- No cóż... Nikt z nas nie jest doskonały – powiedziała. - Czasami muszę zapalić...

Zaskoczyła mnie kompletnie.

- Palisz papierosy?! Myślałam, że dawno rzuciłaś to...

- Rzuciłam. Bywają jednak takie momenty, że potrzebuję papierosa. Halinka też niekiedy popala... - wyznała.

- No to pięknie... - powiedziałam. - Jeżeli teraz jest taki moment, to niestety, pozostaje ci tylko wyjście przed budynek.

Myślałam, że zrezygnuje. Ciotka, tymczasem dopięła kurtkę, złapała swoją torebkę,



oznajmiła, że za chwilę wraca i wyszła. Zostałam sama. Natychmiast zajęłam się rozwieszaniem swoich rzeczy w szafie. Później sprawdziłam w aneksie kuchennym co mamy do dyspozycji? Oprócz naczyń i soli nic tam więcej nie znalazłam. Zresztą, nie spodziewałam się jakichś produktów spożywczych. Trzeba było pójść do sklepu po zakupy. Na tym krzątaniu się zeszło mi z piętnaście minut. Kiedy usiadłam, żeby sprawdzić czy działa telewizor ciotka wróciła.

- Ładnie tutaj na zewnątrz – stwierdziła. - Wszystko takie zadbane...

- Chodziłaś dookoła budynku?- spytałam.

- Nie – pokręciła głową. - Znalazłam trawnik otoczony żywopłotem i parę ławek przy nim. Ławki były suche, więc przysiadłam. Spokojnie tam. Nikt się nie kręci... Tylko ten trawnik trochę dziwny...

- Cóż chcesz?... W zimie trawniki nie są zbyt atrakcyjne – zauważyłam.

- Nie w tym rzecz – machnęła ręką. - Jest zielony. Rosną na nim jakieś płożące się krzewy iglaste. Między nimi leżą kamienie i zamontowane są płaskie lampy, które wieczorem pewnie się palą.

- W takim razie musi to całkiem ładnie wyglądać... Dlaczego uważasz, że jest dziwny?

- Zejdziesz na dół to sama zobaczysz – powiedziała. - Swoim kształtem przypomina grób. Podłużny, wysoko usypany, umocniony kamieniami i te lampy podobne do zniczy... Gdyby była tu Halinka, to od razu znalazłaby jakieś wyjaśnienie dla tej sprawy...

- Ty to masz skojarzenia! - zawołałam. - Jeszcze powiedz, że tam ktoś jest pochowany a będzie nam się tu całkiem dobrze mieszkało!

- Tego nie wiem... - ciotka wzruszyła ramionami. - Ostatecznie, nie musimy się nad tym zastanawiać.

- Oczywiście. Masz rację. Lepiej chodźmy po zakupy – zaproponowałam i zaczęłam ubierać się.

Mimo swojej niechęci do rozpatrywania przypuszczeń ciotki, w drodze powrotnej z marketu nie mogłam powstrzymać się przed tym, by nie zerknąć na trawnik za żywopłotem. Niestety, miała rację – wszystko zgadzało się z jej opisem...

Na górze, po rozłożeni zakupów w lodówce doszłyśmy do wniosku, że nie warto rozbierać się, ponieważ jest już pora obiadowa i należałoby pójść gdzieś, żeby coś zjeść. Na dole wypatrzyłam po drugiej stronie ulicy może niezbyt eleganckie ale całkiem przyzwoite bistro reklamujące zestawy obiadowe. Powędrowałyśmy tam.

W środku było pusto – jeden tylko stolik zajmowała jakaś para. Usiadłyśmy na drugim końcu sali. Wybrałyśmy zestaw obiadowy z karty i złożyłyśmy zamówienie.

- A wracając do tego trawnika ... – powiedziałam. - Dlaczego uważasz, że pani Halina potrafiłaby wyjaśnić tę sprawę?

- Bo ona zna się na wielu rzeczach, o których my nie mamy najmniejszego pojęcia – oświadczyła ciotka. - To związane jest z jej ojcem. Zajmował się nietypowymi problemami i chcąc, nie chcąc wciągnął w to córkę. Halince ta wiedza właściwie jest po nic.


Nie ma z niej żadnych korzyści... Chociaż nie... - Ciotka przez moment zawahała się. - Jest z tego pewna korzyść... Potrafi bronić się przed wrogami. Zwłaszcza przed tym najgorszym, który nęka ją od wielu lat... Chyba nie powinnam ci o tym mówić... Masz tylu najróżniejszych znajomych. Napomkniesz coś komuś i zaczną się znowu kłopoty...

- O czym miałabym komuś napomknąć? - nie bardzo rozumiałam o co ciotce chodzi?

Westchnęła ciężko.

- Trudno rozmawia się o takich rzeczach. Nikt nie chce uchodzić za wariata ale jak próbuje wytłumaczyć, to właśnie takie sprawia wrażenie. Otóż Halinka ma szczególną awersję do architektów...

- Do kogo?! - zawołałam chyba zbyt głośno, bo para siedząca na drugim końcu sali obrzuciła nas badawczym spojrzeniem.

- No, sama widzisz... - na twarzy ciotki pojawił się krzywy uśmiech. - Brzmi to tak głupio, że aż wstyd powiedzieć. A jednak to prawda... Ty na pewno też znasz jakiegoś architekta... Jeżeli nie ty, to ktoś z twoich znajomych...

Poczułam się niepewnie. Było źle – znałam aż dwóch architektów.

- Jakby ci to wyjaśnić?... - ciągnęła dalej ciotka. - Otóż sprawa wynika ze złych doświadczeń związanych z człowiekiem tej profesji. Stał się on największym utrapieniem Halinki. Nic więc dziwnego, że jej niechęć rozciągnięta została na wszystkich wykonujących ten zawód. Źródłem jego podłych zachowań była chęć zysku i wygórowane ambicje. Najogólniej mówiąc, próbował kosztem Halinki rozwiązać, ni mniej, ni więcej tylko kwadraturę koła. Możesz sobie chyba wyobrazić jaki to dało efekt. Skończyło się kompletnym fiaskiem i obydwoje znienawidzili się. Jakby tego było mało, ten człowiek od czasu, do czasu usiłuje zmniejszyć swoje straty powracając do nierozwiązanego zagadnienia i chwytając się metod, których jeszcze nie zastosował. Właśnie z tego powodu Halinka dostaje gęsiej skórki na sam dźwięk słowa: architekt...

Ciotka przerwała w pół zdania, ponieważ kelnerka przyniosła zupę. Obie czym prędzej sięgnęłyśmy po łyżki i pochyliłyśmy się nad postawionymi przed nami talerzami.

Postanowiłam nie wspominać o tym, że znam jakichś architektów. Nie chciałam nawet wnikać: jakiego rodzaju problem usiłował rozwiązać architekt znienawidzony przez panią Halinę? Zresztą, ani ja, ani ciotka nie znałyśmy się na jakichś zawiłościach związanych z budownictwem. Jedno było pewne – chodziło o coś niewykonalnego, co na pozór sprawia wrażenie przedsięwzięcia, które da się przeprowadzić. Tak przynajmniej zrozumiałam.

Jakby na potwierdzenie moich domysłów, ciotka podjęła temat natychmiast po zjedzeniu zupy.

- Ponieważ na tym świecie nie brakuje ludzi, którzy chcą zarobić, są ambitni a przy tym liczą na szczęśliwy przypadek, który zwiększy ich szanse, awersja Halinki do osób wykonujących zawód architekta jest całkiem uzasadniona. Jak się jeszcze weźmie pod uwagę, że tym szczęśliwym przypadkiem miała


być ona, a dokładniej mówiąc: informacje, jakie posiada...

- Chwileczkę... - przerwałam jej. - A właściwie, dlaczego pani Halina nie chce

z nikim podzielić się swoją wiedzą? Pewnie nie byłoby to za darmo... O ile wiem, nie należy do osób zbyt zamożnych.

- Przyczyna jest bardzo prosta – wyjaśniła ciotka. - Wszystko co mogłaby powiedzieć zmierza do ostatecznego wniosku, że rzecz jest niewykonalna. Za taką informację nikt nie płaci. Na dodatek wiadomo, że zdanie Halinki łatwo zakwestionować, ponieważ nie jest profesjonalistką.

Niestety, ciotka miała rację. Z własnego doświadczenia znałam sytuacje, gdy ostatecznym argumentem w dyskusji stawał się papierek poświadczający umiejętności.

W trakcie naszej rozmowy kelnerka zabrała talerze po zupie i przyniosła drugie danie.

- Wiesz... - powiedziałam, zmieniając temat rozmowy – kawę wypijemy u siebie. Później możesz pooglądać telewizję a ja przejrzę jeszcze swoje papiery. Muszę być na jutro przygotowana.

Nie ma problemu – stwierdziła ciotka. - Chętnie odpocznę po podróży.























  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×