Przejdź do komentarzyPochyły Szkocki Horyzont (cz.2)
Tekst 10 z 18 ze zbioru: Opowiadania
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2014-07-26
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń1836

Część Druga




Tymczasem samochód wjechał w wydrążony w skale wąwóz. Pogoda nie zmieniła się od czasu kiedy wyjechali spod domu. Przez brudne szyby było jeszcze co nieco widać w krajobrazie. Teraz  po obu stronach  drogowej dolinki wznosiły się na niewielką wysokość zatrzymane stalową siatką o dużych oczkach, ciemne granity z gdzie nigdzie wrośniętą w nie samobójczą roślinnością w skalnych szczelinach.

W dalszym ciągu  zapowiadał się afrykański dzień. Suchy i gorący. Organizm Enczka nie  znosił upałów. Pracował wcześniej w chłodniach zakładów mięsnych oraz przy transporcie półtusz wieprzowych w samochodach izotermach.

- Żebyśmy tylko nie musieli dziś prosić Tego w Górze o deszcz…

- Tu w Szkocji proszenie o deszcz jest grzechem – powiedział Ziut kiedy ciągle jeszcze jechali w kamiennym wąwozie.

-  Ciekawi mnie – zapytał najmniejszy z tyłu i skierował ich uwagę na  skały  ubrane w siatkach – dlaczego oni tu  to robią, po co i na co im to?

Jakiś czas trwała samochodowa cisza.  W środku słychać było z głośników  dźwięk folk-music oraz mix  hałasu silnika i dudnienia rury wydechowej wraz z szumem ocierającego się powietrza i szelest opon. Samochodowa cisza faktycznie nie była ciszą, tylko na jakiś czas  ludzie w środku nie mieli nic do powiedzenia.

-  Chyba się boją  –  Enczko zdobył się na  podzielność uwagi.

-  Czego niby ?  -  zapytał z kolei  Ziut.

-  Boją się, że oprócz funtów i kobiet,  wywieziemy im jeszcze kamienie –

Enczko mógł sobie pozwolić   na  dłuższą wypowiedz bowiem autostrada zaczęła swój paro kilometrowy prosty odcinek.

-  To całkiem możliwe  - Za wszelką  cenę chciał w łaski niezastąpionego kierowcy wpleść się Majeranek-

-  Ale kobiet  za siatką nie zamknęli.

Niecodzienny wąwóz się skończył i samochód wjechał na oświetlony rannym słońcem otwarty teren rolniczy. Porośnięty  był trawą z zaoranymi prostokątami pól   przygotowywanymi   pod założenie tuneli foliowych na uprawę truskawek, malin bądź warzyw. Przed nimi pokazał się kamienny bardzo wysoki most.

-  Mogliby chociaż napisać do jakiej wysokości samochodu można pod nim przejechać – zauważył Enczko - Znaku nie było…

- Chyba wyższych  aut nie robią -  Dodał Ziut.

- Wyższych nie robią, bo jak by robili to nie przejechały by pod nim – Uzmysłowił wszystkim  Enczko.

- Wyższe byle jaki wiaterek zdmuchnął by wcześniej z drogi – Zakończył  temat mostu Majeranek, kiedy przejeżdżali pod nim ze strachem, że im odetnie dach.

Na znacznej od drogi, odległości,  na niewielkim wzniesieniu, w ogrodzeniu, prawie nieruchome w jednym miejscu jak pieczarki rzec by można, pasły się owce w nie ostrzyżonych  kożuchach z czarnymi  głowami.

-  Majeranek powiedz mi jak tam twoja  piękna Susan, dalej nosisz jej naszą kiełbasę, bigos z kaszanką i ptasie mleczko śmietankowe?  Zostałeś już kiedyś u niej na noc ? – Ziut dawno już przestał wsysać brodę i odwrócił się do tyłu z pytaniem.

-  Nie ma żadnej  Susan, na chwilę obecną  - Smutno i mętnie odpowiedział.

-  Oj to nie dobrze… a cóż się stało?  taka fajna i co?...- Zadał te pytania bez spodziewania się odpowiedzi, Ziutek. Wystarczało mu, że je zadał.


Majeranek zresztą i tak nie miał ochoty się denerwować i odpowiadać.

-  No to cóż, została ci wyobraźnia, owieczka Doly i trzecia strona „ Scottish Suny” -  z ironią w głosie powiedział Ziut. Majeranek chciał mu ze złości rozszarpać brodę, jednak zrezygnowany opuścił wzrok na gumowy  dywanik w podłodze samochodu.

- Ale co to zmieni -  Pomyślał powstrzymując z trudem  wiązkę przekleństw w jego stronę.


W tym czasie Enczko nieco zwolnił ponieważ zauważył z przodu, z boku drogi, nieruchomego po kolizji z motoryzacją ptaka.   Zjechał na lewe pobocze prawie do linii autostrady lecz nie zatrzymał się.

-  O cholercia… skrzydła dwa są choć jedno najpewniej złamane, ogon rozłożony ku górze i ma wszystkie pióra, tylko jakoś głowy nie widzę… o ! jest,   i coś takiego, że szkoda słów, ale wszystko jest… i jest wszystko nawet na miejscu…  -   Enczko wzruszony tragedią sowy skończył i w końcu powoli  przyśpieszył.

- Wszystko jest…  - powtórzył po cichu i włączył się płynnie w strumień pojazdów na jezdni pędzących szybko z samego rana do pracy.

-  Faktycznie wszystko jest  tylko, że już nie poleci… i myszy nie  złapie – Majeranek zapatrzony w uciekający krajobraz  powiedział  cicho do szyby.

Ziut nie był pochłonięty tym wydarzeniem. Zmieniał płyty cd. Chciał posłuchać coś lekkiego i wesołego na początek dnia, ale nie wiedział za bardzo co wybrać.  Na równej drodze rura wydechowa przestawała tłuc i męczyć więc wnętrze samochodu wypełniło się głośnym, może nawet zbyt głośnym, wykonaniem szkockich melodii ludowych z odtwarzacza.

-  Nie spotkałem nigdzie by ktoś lepiej, a właściwie…  też  gorzej grał, na owczym żołądku – prawie do siebie powiedział Enczko z ułożonym kosmykiem, z rękami na kierownicy ” za dziesięć” druga prostopadłymi do tarczy.

-  Oj chyba mamy lekki wiaterek z prawej, co ? -  zwrócił się  Ziutek  do Enczka, gdy ten zaczął wykonywać jakieś dziwne  ruchy kierownicą.

- To nie wiaterek, Ziut, tylko trzeba wleźć czasem pod brykę i zobaczyć co tam można jeszcze zostawić a co wyrzucić w zawieszeniu   i kupić nowe, może  mamy  za duży luz kierowniczy i dlatego  rzuca  mną gdzie chce. – Enczko wiedział zawsze co mówi jeśli miał dobre uczesanie. Na dwóch zawsze musi przypadać jeden mądrzejszy dlatego Enczko niezmiernie cierpi jak jest sam.

- A jak już trzeba będzie wyrzucić wszystko i prawie nic nie zostanie to wtedy wiadomo … Idziemy na piechotę  albo mnie wieziecie taczką - Nikt nie podjął się rozwinięcia problemu na starcie w nową pracę

- Ziut powiedz mi, jacy ci Szkoci właściwie  są  ? Są to w ogóle jacyś fachowcy? Znają się oni na czymś ?  Znał ich lepiej od pozostałych ponieważ miał kolegę w Invernes

- Fajni i prości to ludzie. Ale myślę, że z tym potworem w jeziorze to trochę przesadzają –powiedział.

- Czemu ? a bo co ?   - zapytał znów

- Wiesz  do tej pory nie zdecydowali jakiej jest on   pci,  -  Ciągnął Ziut, po któreś dyskusji w pubie stracił górną jedynkę i nie wysilał się  na „ł” w wymowie – Ja sam nie wiem, poza tym, czy umiałbym tak wolno, tak długo  pływać w zimnej wodzie, w dodatku samotnie ? Przecież z nudy można też zdechnąć po jakimś czasie, co nie ?...

… a fachowcy?  Enczko, czy ja wiem ? mnie się wydaje, że to co ty z Mariankiem  rozrywałeś na budowie zębami to oni mają do tego czternaście elektronarzędzi w pięknych walizeczkach.-  Enczko poczuł się jakby mu ktoś wlał w kręgosłup żywicę z utwardzaczem. Wyprostował się jeszcze bardziej niż do pionu i czekał. Cenił sobie takie momenty w życiu, kiedy jego poddani upadali przed nim z pokłonem i oddawali mu hołd nie niszcząc przy tym samochodu.


Tymczasem ich zabytkowe Volvo dalej jechało  wśród szkockich pół. Majeranek już teraz przytulony do szyby, przymulony, cały czas udawał śpiącego, gdy tym czasem jednym okiem  przyglądał się mijanym polom i łąkom. I nic nie przeszkadzało mu słuchać, tego wszystkiego co się działo w środku.

-  Ale Majeranek, tylko,  wtedy trzymał rękami – odpowiedział Enczko spokojnie lecz przekonywująco i dalej zapytał- No i te spódniczki jeszcze …

-  Ano właśnie. Jakby u nas na wsi ktokolwiek tak się wystroił  do kościoła w czymś takim  spod czego widać nie tylko jego kolana  to pierwszy lepszy kierowca samochodu, autobusu lub furmanki, obojętnie czy ma ubezpieczenie czy nie, wiezie go do Grębalina,   co nie ?

-  Pewne jak jasna cholera, a słyszałem, że ten psychiatryk zamknął sanepid.

-  Może ?  nie wykluczam,  ale wydaje mi się, że w tym tkwi coś głębszego i coś więcej…

weź  wszystko razem, tego potwora, tę muzykę z baraniego żołądka, to brzęczenie natrętnego jak reklama w netcie trzmiela, te skały pod siatką, tych  facetów w kościele, kinie i teatrze, oczywiście w spódniczkach, no i … oset,    zobacz oset

- No i widzę, oset, i co…?, taaak …

- Ale oset to nie koniczynka,   liść klonu na przykład…

- To jacyś pokręceni ludzie są, no nie, przecież mogli wybrać pokrzywę ?

- Nie to raczej ich sztuka przyciągania egzotyczną indywidualnością, narzędzie sztuki ludzkiego przyciągania i społecznego wpływu

- Być może jest to jakieś przeciąganie. Jak na mnie to zbyt skomplikowane. Zobacz ile oni tak na przykład wydają pieniędzy na odzież sygnalizacyjną i ochronną. Przecież jak byśmy mieli w Perth desant kosmitów to nikt by ich na co dzień nie odróżnił na chodniku tylko dlatego że tylu tu miejscowych chodzi w kosmicznych, roboczych kamizelkach i kurtkach.

- No fakt. Powiem ci jeszcze Enczko, bez bicia szczerze, że mam tu niekiedy kłopoty z palcami. Koło mojego kciuka mam wskazujący, patrz, tylko nie puszczaj kierownicy, ty zresztą powinieneś mieć podobnie, kiedy chcę tu pokazać swoją kulturę pokazuję kciuk a wskazującym moje chamstwo i zobacz jak tak niekiedy jestem zmęczony i te palce mi się pomylą, to…  nie chcę dalej juz myśleć…

-  Nie lepiej zrobić tak jak ja?..  Ja tu pokazuję zaciśniętą, całą pięść albo otwartą dłoń, muszę tylko wtedy scyzoryk przełożyć do drugiej ręki i mam spokój.


Droga była dalej prosta i równa. Płaska i według sznurka. Powietrze przenikliwe i czyste czego nie mogli doświadczyć. Wielka Lampa już pełnym obrysem na wschodzie. Samochód jedzie gładko jak po szkle. Silnik  szczęśliwy pracuje na paliwku wysokooktanowym równiutko jak maszynka do szycia.  Dokuczliwa rura wydechowa  zamilkła wreszcie i taka cicha.  A może odpadła ? Samochód jedzie spokojnie do przodu. Gdy nagle i nie wiadomo skąd, z prawej strony przemknęło białe be-em-wu z żółtymi tablicami. Pędziwiatr tak szybko im odjechał, że zanim usłyszeli  szum silnika i opon na  autostradzie, był już wielkości cytryny spowitej ni to dymkiem  z rury ni to kurzem. Ziut otworzył oczy wydajnie i rzekł.

- Enczko ?  my stoimy,  czy my może jedziemy?

- Skończ pierdolić. Przecież nie wypada mi takiego wyprzedzać…

- Wiem Enczko doskonale, ale czy nie mógłbyś się chociaż postarać ?

On odwrócił się natychmiast do Ziuta. Spojrzał mu głęboko w oczy i ścisnął tak mocno kierownicę jakby chciał ja wyrwać i kogoś uderzyć. Ziut zaciął usta.


Błoga i sielankowa jazda. Ubywała w każdej chwili drogi gdy  tymczasem Enczko zaczął zdradzać jakiś niepokój, który go trawił od środka. Kręcił nosem wokół. Podnosił go i podciągał do góry na ile pozwalały mu mięśnie i ścięgna twarzy. Wciąga do płuc ile się tylko da powietrza i z szybkością prawie odrzutową wypuszcza przez nozdrza przy zamkniętych ustach. Chwila oczekiwania i następuje powrót zniecierpliwienia. Powtarza te czynności w  kolejnych próbach. Bezskutecznie. Napięcie wzrasta. Ponownie nabiera ogromnych objętości  morskiego, zmieszanego z tym co krążyło w kabinie, powietrza  Zawiesza się na bezdechu. Przerywa trzymanie kierownicy „ za dziesięć druga z rękami prostopadłymi do tarczy” i ostatnim, tym malutkim, paluszkiem,  lewej ręki, zamyka jedną z przegród nosowych. Bawiąc się w silnik odrzutowy, wyrzuca całą zawartość płuc wraz z nikotyną przez otwarty kanał nosowy. Samochód i Marianek nie zwraca na niego uwagi. Chwila skupienia. Dręczenie pozostało. Powtórzył to  jeszcze raz,  bez skutku. Dręczenie znowu wróciło.

- Cholera – Zagrzmiało w samochodzie. Ziut, który  z pozycji siedzącego obok, obserwował wszystko co on wyczyniał był pewien, że Enczko się wkurza patrząc na stado pasących się  owiec z czarnymi głowami. Nie ostrzyżonych jeszcze, z  nabrzmiałymi mlekiem wymionami, których nie widział wprawdzie ale ich nisko pochylone stale głowy o tym go przekonały .

- A co…?  Chciałbyś napić się prosto z mleczarni, tak myślę, że   bez pośredników – Zapytał Ziut, który znał apetyt Enczko na mleko prosto od krowy – Nie wiem czy widzisz, ale nie wszystkie te miłe owieczki mają takie same, małe rogi, wiesz… i z tym piciem  to nie miałbyś tak lekko. Tam z boku , ja widzę, że jeden z tych miłych z ciemnymi główkami ma więcej siwej sierści między rogami, a i różki bardziej podkręcone. Z nim chyba byłby największy problem.


Enczko nie zwracał na niego uwagi. Dalej kręcił nosem w każdą stronę jakby był na przegubie. Podciąga. Wentyluje. I nic, dalej udręka. W końcu zwalnia ponownie lewą rękę z uchwytu „ za dziesięć druga z rękami prostopadłymi do tarczy”, wydziela ten jeden jedyny, cieniutki, maleńki paluszek zakończony najdłuższym paznokciem, niekiedy czystym i  wsuwa go do przegrody nosa. Najpierw lewą. Wciska paluszek głęboko. Obraca o sto pięćdziesiąt siedem stopni, posuwa jeszcze wyżej. Ziut ma wrażenie, że ujrzy go za chwile w oczodole. Wyjął, popatrzył i wkurzony nie wiadomo  czemu powtórzył zabieg z tą samą chirurgiczną precyzją. Wyjął ja w końcu i ma ! Popatrzał, jak się patrzy na oczko igły przy nawlekaniu nici i ściągnął rękę w dół w okolice mocowania swojego fotela. Enczko odetchnął z ulgą i złożył znów ręce na kierownicy „za dziesięć druga, prostopadłymi do tarczy. Wrócił mu spokój. Ziut dopiero teraz zrozumiał z czym walczył Enczko.

- Enczko wyglądasz jakby  odpadła ci wskazówka, minutówka z zegarka – Rzucił dyplomatycznie  na zakończenie kiedy jego ręka  zwisła  nad podłogą.


Majeranek jak zwykle po dwudziestu minutach jazdy samochodem, zasnął , nic nie wiedząc co tak naprawdę dręczyło Enczka.

Spanie z tyłu miał  wygodne. Ani za ciepło, ani za zimno, ani za głośno. Samochód jedzie bez oznak zmęczenia równo po równej drodze w otwartym równym terenie.

Wtem z prawej strony, zniżając swój radosny i szybki  lot, prostopadły prawie do ich drogi, wpada para dorosłych czarnych szpaków z żółtymi dziubkami. Samochód ani na moment nie okazuje wahania.

Z lewej strony drogi na gałąź, małego,  liściastego drzewka usiadł szczęśliwy choć cały czarny, zdyszany ptak, i nerwowo wypatrywał przylotu swojego partnera z podróży. Niepotrzebnie. Na autostradzie ruch nie zamarł ani na chwilę. Powietrze dalej nie ruchome bez wiatru stało jak galaretka w słoiku. I tylko wbijające się w nie samochody przywracały powietrzu pamięć o wichurze.

Majeranek we śnie powrócił do suszenia siana ze swoim strasznym rodzeństwem.


W Saint Andrews jest niebo nad ziemią, tutaj aniołowie schodzą uczyć się  robić bosko  trawniki dla bosych stóp Najwyższego. Układać je żywe. Zielone z trawy puszyste dywany na małych pagórkach i jeszcze mniejszych dolinkach. Strzyżą je  na króciutko z delikatnością,  wiedzą, i taką precyzją jakby miały do czynienia z ostatnim włosem na ludzkiej, gładkiej łysinie. Te skubane, uwite z mgły i wilgoci skrzydlate troski, z włosami ułożonymi tęczą, tu w tym starym mieście uczą się  robić z trawy  coś nieziemskiego.  Przychodzą z utrwalaczem zieleni na każdą wiosnę  wzorcować  kolor zielony. Ponoć zawsze  Aniołowie w mlecznych szatach z morskiej mgły, z włosami miękkimi jak ludzka pewność jutra, jacyś tacy nieswoi, stoją, patrzą i …płaczą. Ponoć, nikt tego nie wie dokładnie, ponoć stoją i nic nie robią, nie chce im się ziemi grabić,   ubijać, i rozkładać trawy. Stoją patrzą i płaczą… choć trawa sama się im zieleni i rośnie. Delikatni jak pozostawiane w powietrzu oddechy, Niebiescy Portierzy, stoją, patrzą i  ciągle płaczą…

Ciężko idzie im ta nauka, a muszą umieć   zanim  wrócą,  i taką samą, trawę, albo i lepszą  położą,  pod Zranione Stopy Milczącego.

- Nie płaczcie kochane, skrzydlate płatki śniegu,  kiedyś się nauczycie!


W  St.  Andrews  najpiękniejsze są pola  golfowe. Wcześniej golfa po trochu było wszędzie  więcej na świecie niż tutaj, ale tutaj  sprytni  mieszkańcy zapisali pierwsi o co by im w tej grze chodziło i ogłosili się światową stolicą tego wątpliwego sportu. Dzisiaj godzina pola golfowego to finansowe porażenie, które i tak wielu nie odstrasza. Stare miasteczko  z wyjściem w morze, plażą z  kamienną promenadą i wodą tak zimną, że nogi w kolanach stopami odwraca do brzegu. Nazbyt   zimne dla kąpieli wody Morza Północnego płuczą za to z każdą falą,  na brzegu srebrne i złote drobinki piasku. Nie mieszalne, mikroskopijne kamienne ziarenka, jedne obok drugich w ciągłym ruchu w wodzie. W tym mieście,  dziwnie tak jakoś, bo współczesność  została wpleciona niewidomym i poronionym pomysłem w ruiny, stare  cmentarze   i  okropnie najzwyklej szpeci. Stare kamienie nie mają jakby swojego spokoju i przestrzeni, gdy w ich pobliżu pudełkowe kamienice, mało ciekawe z wyglądu kafejki i puby, asfalt i anteny. Współczesność podeszła za blisko i historyczne trzymające się tylko już nadzieją kamienne pozostałości z dawnych budowli, tablice  cmentarne sprawiają  wrażenie ostatnich zębów do usunięcia przed włożeniem protezy.


Samochód  cały i zdrowy krętą asfaltową ścieżynką wjechał na parking  nowego pola golfowego poza miastem z wdzięczną, ludowa muzyką irlandzką przeplataną  szkockim galic music.  Ledwo zatrzymał się przed krawężnikiem a Enczko już otworzył drzwi  od swojej strony uzyskując i chłonąc widok fragmentu  pola golfowego przy morzu.  Musiał się cofnąć z powrotem bo wyrwałby fotel z nieodpiętymi  pasami. Zanim zobaczył  bardzo rzadkie chmury, i ten cudowny obraz słońca nad prawie nieruchomym ogromnym morzem,   i zanim zdążył nałapać wiatru w kieszenie, nadmuchać je jak balony,  obracając się z wzniesionymi rękami w radosnym obrocie zachwytu , ni to rozprostowywując  kości, ni to dziękując losowi, że to widzi i może zobaczyć  swoimi oczami, zanim puścił się w ten szczęśliwy wir z lekkim jak oddech wiatrem,  zamykając zamaszyście z całej siły drzwi, drzwiami  przytrzasnął  rękę Majerankowi. Majeranek też wtedy oczy wzniósł wysoko lecz  jego niebo było bardziej zachmurzone. Ból skręcił go w pół i  odebrał mu głos. Strzepnął  w samochodzie ręką kilka razy i w końcu włożył ją pod pachę. Skuliwszy się wpół  cofnął się  z powrotem na tylne siedzenie. Enczko popatrzał na niego wzrokiem świątecznego karpia a w końcu ponownie naprężył ramiona w barkach.  Chciał się znów obrócić ale w  tego nie zrobił .

- A co…nie kazałem mu ich tam trzymać – Powiedział jakby wiatrowi na ucho i wrócił do swojego  przerwanego uwielbienia o poranku.  Jednak już nie wirował wkoło tak ochoczo.

Z drugiej strony  samochodu spokojnie bez ofiar w ludziach, wyszedł Ziut. Nie znosił syczenia z bólu w zamkniętych pomieszczeniach.  Popatrzał na swoje ręce, sprawdził, czy są dwie,  i wtedy dopiero trzasnął drzwiami. Rozejrzał się  nieco wokół a gdy ujrzał wszystko co zawierało się miedzy niebem, ziemią i morzem,  natychmiast  położył na dachu  bryki ramiona, a na nich głowę z nie ogoloną  długą brodą.  Mógł wygodnie patrzeć daleko, daleko  przed siebie, sprężystość owłosienia, nie taka jak górskich wrzosowisk pozwalała mu mimo tego na utrzymywanie jej wysoko. Pozwalała na długą kontemplację tego cudownego, nieziemskiego  widoku. Z samochodu wydobywał się cicho głos szkockiej muzyki celtyckiej. Syczenie Majeranka ustało po czasie.

W powietrzu wysoko  na bezchmurnym prawie niebie, bez poruszania skrzydeł, wylegiwały się mewy, płynąc jakby w suchym morzu, jakby słysząc tą melodię i chcąc jej w tańcu nadać kształt, sobie właściwie pojęty kształt.

Ziut stał  stale przy samochodzie jak przyspawany z wzrokiem daleko, daleko przed siebie, albo jeszcze dalej. Najdalej aż po horyzont. Sporadyczne tym razem już taneczne obroty Enczka, tak odmienne od tych jakie na niebie  kreśliły mewy  swoim lotem, choć w istocie były jednak dziwne i nie odpowiednie do muzyki, nie zakłócały mu spojrzeń, nie zakłócały mu chłonięcia tego co widział. Za linią parkingu, ograniczoną krawężnikami, nad polem golfowym z oczkami jasno złocistego piasku  w małych dolinkach,  pagórkowatych,  porośniętych długą, suchą trawą i zielonym i gładkim poszyciem dolin, zza urwistego brzegu widział obszerny kawał morza, prawie w całym zasięgu kąta patrzenia.

Ruchy taneczne Enczko były wprawdzie zupełnie niewłaściwe dla tego co było wokół, dla tej muzyki i krajobrazu, dla tej muzyki z krajobrazu, ale były jednocześnie też tym czym dla bieli jest czerń, dla bólu uśmiech, dla pięści otwarta, życzliwa ręka pomocy.

Ziut miał doskonały punkt do obserwacji. Morze widział wielkie i spokojne, przed linią horyzontu aż prawie po sam brzeg było perłowe,  i szare, i popielate, i srebrne do woli.

- To jakby ogromna wielka, pomarszczona  folia – Pomyślał sobie.

Nad zielonymi pagóreczkami pola golfowego z pubem  jak niezwykle duży w kapeluszu  niski grzyb, tuż przy niewidocznym brzegu, wiatr odrywał z powierzchni tej dziwnie wielkiej foli białe kożuszki małych fali, takie małe firanki wody. W małych jak łupinka  orzecha kokosowego łódeczkach z silnikami spalinowymi, rybacy z przybrzeżnych wiosek  doglądają swoich sieci. A to tu trochę poprawią, tu zaglądną, tam przewieszą na nowo. Coś wyjmą i tak w kółko. Gdzieś w środku pomiędzy horyzontem a niewidocznym brzegiem  zobaczył stojący w jednym miejscu wojskowy ścigacz w konspiracyjnych kolorach.  Podziwiał  to wszystko i stał.  Pod ziemią nie miał nigdy czegoś takiego przed oczami. Nawet jego wyobraźnia nie potrafiła mu  nigdy tego podsunąć. To co go urzekło, przed czym zaniemówił, co widział dzięki przejrzystości powietrza jak łza anioła,  nie potrafił w sobie inaczej  nazwać  jak tylko  krajobrazem raju, snem niespełnionych marzeń i rzeczywistością piękna.

- Oby w niebie nie było ładniej – pomyślał. Mógł wzrokiem biec wszędzie gdzie daleko,  gdzie tylko chciał.

W miejscu gdzie niedawno jeszcze rozpoczynało swój codzienny krąg słońce z cichym hałasem silników po liniach prostych jak po sznurku do nieba wbijały się wysoko i dalej myśliwce ostre i czubate jakby czarne igły. Po dwa, lub po trzy szybko znajdowały swoją wysokość… a później?  ten skręca tu, ten tam, a tamten leci prosto.


Morze było wyraźnie ciemne, grafitowe, tam daleko bardzo, gdzie morze podwija swój jakby ogon pod  ziemię na    czyściutkim jasno niebieskim  niebie daje jakby ciętą nożem wyraźną linię horyzontu. Bardzo wyraźną linię odcinająca to co mokre od tego co suche.


- O jak tu  czysto i zielono – zauważył Marianek  na niewyższym od niego wzniesieniu.

Tymczasem z samochodowych głośników płynęła owa piękna i nie do podrobienia elektryzująca stadiony „ Flowers of Scotland „  w wersji symfonicznej po czyściutkim powietrzu, z wilgotnym wiatrem płynęła wokół. Ta piękna muzyka jakoś nie dostroiła mu się do asfaltu na parkingu. Poszedł wiec poza jego brzeg. Nad nim, w  niedalekiej odległości z odpustowym śpiewem, trzepotając skrzydłami    wznosił się w swoim kolejnym koncertowym locie skowronek. Poznał go po śpiewie i sposobie wznoszenia w powietrzu. Dobrze mu znany łąkowy śpiewak z towarzystwa przy suszeniu siana w ojczyźnie. Skowronek machał skrzydłami jakby był bardzo zmęczony.

- Machasz tak jakbyś był zmęczony nieboraku a tu dopiero poranek łąkowy śpiewaku, nurkujący na ziemię po koncercie- pomyślał -  Jak jemu  chce się tak męczyć przy fruwaniu i jeszcze śpiewać ? I to za darmo, nie mając pewności, że go ktoś słyszy- Majeranek nie mógł wyjść z podziwu dla tego niemilknącego, drgającego  w powietrzu kłębka pierza ze skrzydłami. Dawno już nie pamiętał by przy pracy tak jak on się cieszył. Skowronek tymczasem osiągnął sobie pułap jaki chciał i nie fotografowany,  nie oklaskiwany, opadł lotem  spadającego liścia tak bez śpiewu już tylko jakby  zacięła mu się płyta, jakby biedak nie żył już tylko raczej z przyzwyczajenia niż radości trwał . I tak osiadł na niewysokim pagórku niewidoczny wśród wysokiej długiej trawy. Zrobiło się głupio cicho, jakby on musiał już tak na zawsze, nawet jeśli już nie może.

-Nie wolno ci skowronku przerywać, bo nikt cię nie zastąpi- Majeranek obudził się z letargu i ruszył przed siebie - Tu nie może być szkła ani gwoździa – I zdjął ze stóp to wszystko co nie przysłużyło się zapachowi na polu golfowymi nie uszczęśliwiło wcale trawy. Obłocone, czarne buty robocze z metalowymi czubkami sznurowane w krzyżyk przez Enczko i bawełniane skarpety, jeszcze nie dziurawe położył wszystko ku zachodowi na brzegu gdzie kończyła się wysoka trawa ułożona tak jak chciał tego ostatni tu wiatr z deszczem i tego wypielęgnowanego do dywanu wręcz  przez anioły, krótkiej i najeżonej trawy.


-  A wsunę te skarpetki do kieszeni - Buty zawiązane razem przewiesił przez bark - Pochodzę sobie -  I tak też zrobił. Nogi zakończone stopami dotknęły czegoś czego nigdy nie doświadczył  przegrabiając siano w kraju nad Pomianką  kiedy był jeszcze młody. Spacerował teraz wolno, unosił gołe stopy jak czapla na tym zielonym tak cudnym, że może być tylko sztucznym, dywaniku z trawy. Trochę zimnym. Trochę od rosy wilgotnym.

- Ależ ja nie czuję wcale swojej wagi – Zauważył spacerując wśród górek i dolinek zielonych ułożonych pragnieniem wiatru zanim je dopadła ta soczyście, oplatająca je zielona trawa.

-Ta sprężysta gąbka  chłodnej trawy, normalnie mnie  podnosi – Pływał w myślach. Schylił się a w końcu położył na niej. Chciał całym ciałem wchłonąć to wszystko co widział. Leżał z wzrokiem skierowanym w niebieską dal, tak,   i czekał kiedy skowronek powtórnie zbierze siły i zacznie  wznosić się  ze świergoleniem ponownie. Przesuwał rękę po szorstkiej, wilgotnej trawie wpatrzony w niebo. Później znów obrócił się i miał  trawę tak bliziutko, że widział  każdą uciętą pojedynczą łodyżkę przed oczami.


- No nie mogę, to musi być sztuczne – Położył  rozwartą rękę na puszystej, krótkiej trawie. Mógł tak trwać i  trwać. Solista uskrzydlony zrobił sobie dłuższą przerwę więc, pora wstać.

I poszedł przed siebie. Dotarł  do kolejnych pagóreczków, na  których widział długie, nie koszone nigdy  źdźbła trawy. U dołu, przy ziemi, suchej i jasno  brązowej, a  zielonej przy końcu. Wszystkie ułożone kulturalnie jakby spod jednego ruchu grzebienia prowadzonego wiatrem, utrwalonego  deszczem. Pogłaskał je dla lepszego poznania i poszedł dalej wśród tego niecodziennego otoczenia w stronę morza. Znalazł dwie nóżki pod piłeczki i ślady niezbyt trafionych uderzeń kija golfowego w postaci wyrwanej łezki trawy. Przeskoczył przy słupku przez metalowy płot z siatki i drutu kolczastego i zboczem wśród wysokiej dzikiej trawy i paproci chciał zejść niżej,  na dół do samej linii morza, ale zrezygnował usłyszawszy znajomy głos Ziuta z daleka.


- Majeranek ! -  wołanie prawie śpiącego na samochodzie Ziuta przywróciło mu właściwe proporcje między tym co twarde a tym co nierzeczywiste – Skończ to łażenie bykiem na niezdrowej trawie i daj no mi szybko…poziomicę!

Ziut użył maksymalnie swojego głosu by nie dać mu wątpliwości, że to o co go prosi, potrzebuje natychmiast. I ma mu to przynieść osobiście niezależnie od tego, że sam miał do bagażnika siedemdziesiąt razy bliżej niż on. Trwało to jednak jakiś czas zanim Mariankowi zechciało się zmienić to co zamierzał.

Enczko siedział  na uboczu, na krawężniku. Odpoczywał po celebracji nabrzeżnego piękna i zastanawiał się co Ziut kombinuje.

- O co mu chodzi – zastanawiał się również Majeranek w drodze do samochodu z obłoconymi butami już na nogach. Przyszedł do samochodu i wyjął poziomicę z bagażnika.

- Masz, Ziut, tylko wiedz, że czasy niewolnictwa już się skończyły- Powiedział dając mu żółtą, lśniącą nowością poziomicę. On  przetarł  ją ręką jakby od wewnątrz jego dłoń była wyścielona cieńką,  delikatną flanelką. Zobaczył jak leży w ręce. Zrobił nią zamaszysty ruch w powietrzu i położył na dachu samochodu.


- O widzisz  ?  startuje następny, tam na tym wysuniętym w morze cyplu.- Widzisz ? startują dwa…są nad morzem… o kurcze leci jeszcze trzeci -  W tym samym co poprzednio miejscu, daleko z lewej strony, gdzieś hen, hen za miastem a widocznym z pola golfowego punktcie  kontynuować poczęły loty treningowe wojskowe myśliwce.

- Może ci dwaj zapomnieli gdzie mieli lecieć - odpowiedział  Majeranek

- To na pewno dowódca – zauważył Ziut

- Ziut, leci i czwarty, zobacz,   o  ten nam macha skrzydłami…

- Durniu, przecież to wrona.


Popatrzał na oczko poziomicy i widać było, że z czegoś   nie był  zadowolony. Spojrzał dla odprężenia w dal… przed siebie, i..?

- Kurde przed chwilą widziałem tam  niedaleko kupę szkockiego, wojskowego złomu na wodzie, a teraz, no nie widzę, odpłynął, czy co? - przypomniał sobie o szkockiej, wojskowej korwecie jaką jeszcze kilka minut temu widział nieopodal brzegu.

- Może sam zatonął, albo zatopili go rybacy, bo im płoszył ryby i rwał sieci.

- Daj spokój, mam problem – pokazał wzrokiem, że myśli o poziomicy - masz kliny, może ? na te z marketu, muszę ustawić oczko  poziomicy w środku między czarnymi kreseczkami szklanej rurki - Majeranek, człowiek z intuicją, podaje z kieszeni ten sam, który  miał wczoraj zanim bractwo opiwszy się padło ze zmęczenia i gdzie kto siedział tak leżał.


- No  o.. mamy… - Ziut odetchnął jakby to w jego kieszeni znalazł się ten klin. Teraz Enczko wstał i podszedł do nich leniwie. Spojrzał na nich. Spojrzał i na wskazania poziomicy.

- Co mamy ? , gówno mamy, wam ten kicz wokół w łepetynach poprzekręcał bardziej niż mnie– Odparł – Ślepy by zauważył a ty nie widzisz ? wczorajsza maślanka ci zaszkodziła i przytępiła myślenie co ?

- O co ci chodzi ? – Zapytał Ziut

-  Jak to o co ? … Poziomica jest ustawiona idealnie. Prawda? A zobacz tam daleko, daleko , linię ciemno- szarego horyzontu,  linia  wody na tle   jasnego w  słońcu nieba,…

ta linia, orzesz ty cholera jest pochyła, skośna do naszej poziomicy, skośna do naszej poziomicy kupionej za takie pieniądze.  – Skończył  przebudzony do życia w środowisku Enczko.

- Hm … no cóż wygląda mi na to, że oni tu mają coś nieźle  popieprzone w tym krajobrazie, u nas tego nie było, oni tu mają… kurwa mać  pochyły horyzont – Ziut nie miał trąbki pod ręką by oznajmić światu swoje astronomiczno-geograficzne odkrycie. Odpoczął więc.

- Wiecie mnie się wydaje, że powinniśmy jeszcze sprawdzić pion, bo to wszystko mi strasznie śmierdzi, i jest to bardzo podejrzane – Enczko zarzucił swoje długie pasemko na coś powyżej czoła by za chwile mieć je z powrotem

-  aaa może tylko tutaj maja je pochylone, ale będą jaja jak się okaże, że wieża Williama Vallace jest również pochylona, … to w końcu w Sterlingu, - Marianek odzyskał już pewność siebie po cudem uratowanej  ręce – to będą zarabiać na tym samym co w Pizie.    Może i nam się z tego coś dostanie..?


Enczko zarzucił swoje szatynowe pasemko na opaloną czaszkę, nad ciągle zmarszczonym czołem, w takim stylu od ucha lewego do prawego jak by to była  pełna tęcza z rzadko wyodrębnionym  kolorem  fioletu w swojej barwnej prostocie.

Muzyka z głośników  samochodowych już zamilkła albo radio padło co było bardzo prawdopodobne. Słońce cały czas stało w tym samym miejscu. Nawet wiatru nie było by mógł oznajmić dalej, daleko, niesamowite odkrycie. Mewy w dalszym ciągu majaczyły ruchem w powietrzu gdy tymczasem na asfaltowy parking weszła czarno – biała  pliszka.




Koniec

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×