Przejdź do komentarzyPodchody (fragment, cz. 2)
Tekst 5 z 58 ze zbioru: Pozostało w pamięci
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2014-09-05
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń2454

Szybko ustaliliśmy listę czujek. Zabraliśmy się za przygotowanie sprzętu, potrzebnego do podchodów. Miejsce akcji było wszystkim znane – naprzeciw naszych dwóch bloków wojskowych, po drugiej stronie ulicy, był park miejski. Tak oficjalnie był nazywany, ale do parku dużo mu brakowało. Był zwykłym laskiem, dzikim, nieuporządkowanym, bardzo gęsto porośniętym nie tylko drzewami, ale i krzewami. Zarośla latem idealnie nadawały się na ukrycia. W okolicy bramy jednostki nie było inaczej – na wprost, dwadzieścia metrów od niej, poszycie, krzaki i drzewa zapewniały po zmierzchu świetną osłonę. Teren parku sprzyjał realizacji naszego pomysłu, zapewniał w razie potrzeby szybki odskok w dzikie ostępy. A tam, po nocy, szukaj wiatru w polu. Park znaliśmy jak własną kieszeń.

Cały potrzebny sprzęt był już przygotowany. Wystarczyło tylko poczekać, aż porządnie się ściemni. Po zmierzchu skrycie podeszliśmy na skraj parku, naprzeciw bramy koszar. Schowani za drzewami, przerzuciliśmy przez ich gałęzie sznurki z przymocowanymi kamieniami. Każdy z nas wybrał inny konar i drzewo, aby wzajemnie sobie nie przeszkadzać. Dokładnie pod zwisającymi kamieniami wcisnęliśmy w ziemię naboje, czubkami w dół. Gotowe. Teraz wystarczyło podciągnąć sznurek na metr-dwa w górę, poczekać aż kamień przestanie się bujać i puścić sznurek. Kamyk spadał i wystarczyło mieć tylko trochę cierpliwości. Jeżeli nie za pierwszym, to za drugim czy kolejnym razem kamyk trafiał prosto w spłonkę naboju i następował głośny wystrzał. W nocy huk rozchodził się daleko, nie był do odróżnienia od wystrzału z lufy normalnego karabinka. Nie było takiego śpiocha który by się nie obudził. A my, wzorem starszych kolegów, mieliśmy przecież rozpocząć zbiorową palbę pod nosem czuwającej warty żołnierskiej, strzegącej wejścia do koszar...

Tomek, w nagrodę za pomysł dowodzący operacją, miał prawo pierwszego strzału. Puścił sznurek. Nic. Zarzucił sznurek na gałąź, podciągnął i ponownie go puścił. Znowu bez oczekiwanego efektu.

– Ee, pewnie nabój mi zawilgotniał – próbował się po cichu tłumaczyć, zniechęcony niepowodzeniem. – Wezmę inny i podłożę.

– Pokaż. Przecież jest suchy i ziemia też. Po prostu nie trafiasz. Taki z ciebie zezowaty strzelec – Maciek nie zmarnował okazji do odgryzienia się za poprzednie kpiny Tomka.

– Chcesz fangę?! Ja zezowaty?! To ty...

– Chłopaki, cichajcie. Jeszcze nas usłyszą i nici z podchodów – szybko się wtrąciłem, z niepokojem patrząc na bramę jednostki. – Lekko dmucha, to i kamień się buja, trudno aby od razu trafił.

– To teraz ja spróbuję – Maciek nie czekał, aż ktoś inny go wyprzedzi.

– Zaraz, miałeś być z Jędrkiem na czujce. Idźcie na boki – dopiero teraz Tomek przypomniał sobie o obowiązkach dowódcy i wykorzystał funkcję. – Dzisiaj ja dowodzę, więc masz mnie słuchać!

– A wała! Ja też chcę strzelać!

– Kurde, co z wami?! – znowu musiałem ich uspokajać. – Ustaliliśmy, że dzisiaj Tomek jest dowódcą, to i tak jest. Ale zróbmy inaczej. Niech każdy chwyci swój sznurek i razem puścimy. Wtedy ktoś może trafi. Niech Maciek i Jędrek też. Na czujkę mogą pójść po pierwszym alarmie, kiedy wartownicy będą już uprzedzeni. Wtedy będzie potrzebna.

– No dobra, niech tak będzie. To stajemy wszyscy przy swoich sznurkach i na moją komendę puścicie je – Tomek odzyskał rezon. – Jeżeli po wystrzale warta wybiegnie, to uciekamy w lewo, w stronę lotniska. Zbieramy się przy tym małym bunkrze, naprzeciw strzelnicy. To co? Uwaga, liczę do trzech. Raz, dwa, trzy...

Na komendę puściliśmy sznurki. Szczęście nam dopisało, jeden kamyk trafił w spłonkę. Głośny wystrzał rozdarł ciszę panującą w okolicy. Sukces, trafiony! Z niecierpliwością wpatrywaliśmy się w bramę koszar. Wybiegną wartownicy czy nie?

Zawiedliśmy się srodze. Widzieliśmy wyraźnie w oświetlonej dyżurce podoficera pełniącego służbę. Nie wybiegł, nie wysłał żołnierzy z odpoczywającej warty. Nic, żadnej reakcji z jego strony. To po to własne naboje poświęcamy, tyle przygotowań i wszystko na próżno?! Ale nie z nami te numery. Mieliśmy jeszcze czas i zapas nabojów.

  Spis treści zbioru
Komentarze (6)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Kolejny świetny fragment wspomnień, ale również kolejne problemy interpunkcyjne. Wydaje mi się, ze tekst był w dość odległym czasie, a przed publikacją nie sprawdziłeś interpunkcji. Zbędne są przecinki przed: potrzebnego, był, przerzucaliśmy, czubkami, zniechęcony, naprzeciw. Brakuje przecinków przed: aż, który, czy nie.
Ponadto użyłeś dwukrotnie nieprawidłowych nazw. Czubek, o którym piszesz, to pocisk. Tak się nazywa, chociaż ja jako dzieciak też używałem tej nazwy. Ponadto nie ma warty odpoczywającej, a jest zmiana odpoczywająca.
W jednym ze zdań występuje niewłaściwy szyk wyrazów: "Tomek, w nagrodę za pomysł dowodzący operacja...". Z tego kontekstu wynika, że to pomysł dowodził operacją, a nie Tomek.
avatar
Dzięki za uwagi, Janko. Interpunkcję już poprawiłem. Niestety, bardziej zwracam uwagę na stosowanie interpunkcji tak, aby nie zmieniła sensu zdania, mniej na formalne zasady.

Co do niewłaściwych nazw - opowiadam to z pozycji dzieciaka i dla ludzi, którzy nie wyznają się w fachowych określeniach związanych z wojskiem. Dlatego popularne nazwy: "czubek" zamiast pocisku i "warta odpoczywająca". Inaczej musiałbym co chwilę w tekście dawać odnośniki do wytłumaczenia nazw. Używanie w opowiadaniu popularnych, zrozumiałych nazw, nie przeszkadza. Oczywiście inaczej by było w wojskowej instrukcji.

A niech to... faktycznie w tym zdaniu pokręciłem szyk. Poprawiłem na: "Tomek, który w nagrodę za pomysł dowodził operacją, miał prawo do pierwszego strzału".
avatar
Bardzo dobry, następny fragment wspomnień. Czekam z uśmiechem na ciąg dalszy :)

Lubię wspomnienia z tamtych czasów i myślę, że nasze pokolenie było bardziej kreatywne, niż dzisiejsze.

Pozdrawiam :)
avatar
Piórko, czy byliśmy w dzieciństwie bardziej kreatywni, niż dzisiejsze dzieci? Nie jestem tego pewien.
Na pewno musieliśmy sami sobie organizować zabawy z dostępnych materiałów. Nie były dostępne komputery. Za to dzisiaj naboje już nie są tak dostępne, jak przed laty ;)
avatar
Hardy, ale to właśnie jest kreatywność :) Potrafiliśmy z niczego zrobić coś. Pomijam skutki Waszej zabawy, o której piszesz (domyślam się tylko), ale pamiętasz, jak nasze pokolenie się bawiło? Nie mieliśmy komputerów, gier interaktywnych, tych wszystkich gadżetów elektronicznych, ale potrafiliśmy się bawić i integrować na podwórkach. Rodzice pracowali, ale w bloku zawsze były jakieś niepracujące sąsiadki, które nas wszystkich pilnowały, a nawet nakarmiły, jak ktoś zgłodniał. Dzisiaj dzieci mają tylko większą wiedzę i łatwiejszy do niej dostęp niż my. Musieliśmy spędzić wiele godzin w bibliotekach, przeczytać dużo książek, żeby zdobyć wiedzę. Ale bawić się, to potrafiliśmy dużo lepiej:)
avatar
Fakt :) Z kijka potrafiliśmy zrobić karabin, z leszczyny i sznurka łuk. To my chłopcy. Dziewczynki bawiły się w sklep, mając tylko piasek i kamyki :) Całe dnie spędzało się na podwórku. Dzięki temu nie było dzieci otyłych (chyba że z powodu choroby).

A książki... a książki połykałem jedna za drugą. Jedynym utrudnieniem był starszy brat. Miał prawo "pierwszego czytania" ;)
© 2010-2016 by Creative Media
×