Przejdź do komentarzyMobbing
Tekst 17 z 44 ze zbioru: Kadry z życia
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaproza
Data dodania2016-08-21
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1544

Przyjechał kwadrans przed czasem, bo przecież w końcu musi się wykazać, myślał o tym od momentu wpisania się na listę overtimu na początku tygodnia. Szef odchodzi na emeryturę w tym roku, a on ma najdłuższy staż pracy na moldingu. Swoją postawą, a przede wszystkim wzorową pracą, musi na siebie zwrócic uwagę. Wkroczył do fabryki jak prawdziwy boss, odbijając po drodze kartę obecności, pewnym krokiem udał się do prowizorycznego biura na hali produkcyjnej. Po kurtuazyjnym przywitaniu się z pracownikiem kończącym pierwszą zmianę i wysłuchaniu jego sprawozdania, przystąpił do czytania raportów wszystkich działów produkcyjnych.

Wiedział już, na co musi zwrócić szczególną uwagę, co poprawić, co zmienić, ale najpierw przejdzie się po fabryce, bo oko pańskie konia tuczy.  Wychodząc z kantorka biurowego, rozmyślał, skąd pochodzą słowa, które przyszły mu na myśl, aż tu nagle fruwające pudło z plastikowymi rurkami omal nie powaliło go z nóg, wprawdzie zdążył uskoczyć, ale zahaczył o leżącą na posadzce paletę, którą dziwnym piruetem przeskoczył i znalazł się w postawie stojącej, niezagrażającej pozycji szefa. Sytuacja, w jakiej się znalazł, doprowadziła go do szewskiej pasji, więc rzucił wiązankę niecenzuralnych słów w kierunku winowajcy całego zamieszania, ale spostrzegł, że adresat uśmiecha się ubawiony całym zajściem, nie rozumiejąc ani jednego słowa z rzucanych w jego kierunku obelg. Tymczasem technik na jednodniowej pozycji szefa, zdążył nieco ochłonąć i przywołać w swej świadomości - English as a second language i już językiem nieco wytonowanym, ale szefowskim udzielił repremendy młodemu Afroamerykaninowi, zatrudnionemu tymczasowo na magazynie fabrycznym. Wyjaśnił mu zasady używania mechanicznych wózków widłowych, udzielił nagany i zabronił do końca zmiany posługiwania się tym sprzętem. Nadmienił, że towar ma zwozić na wózkach ręcznych. Kończąc, przywołał podstawową zasadę obowiązującą w fabryce – safety first.

Zadowolony, że bez żadnych potknięć  językowych  ochrzanił Murzynka, udał się z podniesioną dumnie głową   w kierunku pracującej nieopodal rodaczki, która była świadkiem całego zajścia.

Pochwaliła go za postawę godną bosa, zwróciła uwagę na panoszenie się tej nacji nie tylko w fabryce, ale wszędzie a szczególnie w dzielnicach przez nich zamieszkałych, dlatego myśli o zmianie mieszkania, bo nie czuje się bezpiecznie w ich sąsiedztwie.

Rozmyślając o całym zajściu, łudził się, że może będzie to przyczynkiem do jego awansu, przecież przez dziesięć lat sumiennie wywiązuje się ze swoich obowiązków, żadnych zastrzeżeń do jego pracy nikt nie wnosił, a nawet swoimi umiejętnościami góruje nad rodowitymi Amerykanami i wspomaga ich, kiedy mają problem z naprawą maszyn.

Przed jego oczyma przesunęło się całe życie w USA. Przyjechał niemalże piętnaście lat temu z żoną i kilkuletnią córeczką, ale bez znajomości angielskiego. Patrząc dzisiaj z perspektywy lat spędzonych na obczyżnie, doszedł do wniosku, że ich nie zmarnował. Ciężko było, ale dorobił się dwóch domów. Jeden przeznaczył na wynajem a drugi dla siebie, który własnymi siłami wyremontował i rozbudował. Na jego posesji stoi cztery samochody osobowe dobrych marek i pikap, który używa do celów gospodarczych.  Ale za ważniejsze niż rzeczy materialne uważał poznanie angielskiego.  Jako całkowity samouk posiadł w dobrym stopniu w mowie i piśmie zupełnie obcy mu język, bo do szkoły nie miał czasu chodzić, dlatego był dumny z siebie za to osiągnięcie.  Pomógł mu w tym niezwykły słuch muzyczny i zdolności w naśladowaniu głosów innych ludzi. Od dziecka był karcony przez matkę, kiedy przedrzeźniał wszystkich wokół, nie wyłączając znanych postaci ze świata polityki.  Wykorzystywał również te umiejętności na obczyżnie. Podczas przerw w pracy zawsze otaczała go grupa rodaków, przysłuchując się jego popisom naśladowczym.

Jednak największą jego dumą były dzieci. To z nimi uczył się czytać i pisać po angielsku.  Dzisiaj już prawie dorosłe – pomyślał o szybko upływającym czasie.  Córka - studentka medycyny i prawie pełnoletni syn - najlepszy uczeń w high school, urodzony już na ziemi Washingtona, wychowany w erze komputerów, marzy  o studiach informatycznych na najlepszej uczelni w Ameryce.

W niedzielę wstał póżniej niż zwykle, jakoś nie mógł zasnąć po powrocie z pracy, coś oglądał w telewizji, czytał na komputerze wieści z Polski, ale podświadomie myślał o pracy. Rano żona spostrzegła, że mąż jedynie ciałem jest obecny z nimi, dlatego zapytała.

- Co cię tak gnębi, czyżbyś miał jakieś problemy?

Opowiedział jej o całym zdarzeniu, swojej reakcji na nie i zamiarach powiadomienia dyrekcji o całym incydencie. Skwitowała krótko.

- Nie wiem, czy nie będziesz miał kłopotów z tego tytułu, przecież wiesz, że Czarni tutaj są jak święte krowy w Indiach.

-To, co twoim zdaniem miałem zrobić?

-Według mnie, jedynie zwróciłabym uwagę, be careful.

-Cóż, może masz rację, ale już mleko się rozlało, muszę zgłosić o zaistniałym incydencie, bo jeśli ja tego nie zrobię, to inni doniosą albo sam sprawca.

Całe popołudnie przygotowywał się do pierwszej rozmowy z managementem po dziesięciu latach pracy. W poniedziałek pojechał zgodnie z postanowieniem wcześniej, aby wyjaśnić zaistniały incydent.  Był dobrej myśli mimo ostrzeżeń żony. W duchu cały czas miał nadzieję, że w końcu go spostrzegą i docenią.

Szefa nie zastał w biurze, jego zastępca poinformował go, że jest na ważnej naradzie w kadrach. Zadowolony, że za jednym zamachem opowie wszystkim o całym zajściu i nie będzie niepotrzebnie produkował się dla każdego z osobna, więc rażnie skierował swoje kroki do drugiej części budynku, gdzie mieściły się biura.

Jakież było jego zaskoczenie, kiedy na zawołanie – come in, wsadził głowę do drzwi i zobaczył magazyniera klarującego coś zebranym. Spostrzegł, że na jego widok nastąpiła cisza i jakby pojawiła się konsternacja na twarzach zebranych.  Poprosili go, aby powrócił do pracy, a po naradzie go wezwą. Zaskoczyła go ich postawa, dziwiło, że nie chcieli skonfrontować jego wypowiedzi z relacjami Afroamerykanina.

Po dwóch godzinach, został wezwany przed oblicze dyrekcji oraz szefowej kadr, którzy na wstępie oświadczyli, że znają całe wydarzenie od poszkodowanego, w związku z tym wpisują mu naganę do akt osobowych i wysyłają za karę na trzydniowy urlop bezpłatny.

Próbował się bronić, tłumaczyć i wyjaśniać całe zdarzenie, ale widział, że wszystko już zostało postanowione. W ostatniej chwili przypomniał sobie o świadku całego zajścia, mówiąc, że jego prawdomówność może potwierdzić operatorka maszyn, która pracowała w pobliżu.

Wezwana kobieta zaprzeczyła, że cokolwiek widziała, wprawdzie zwróciła uwagę na jakiś hałas i zobaczyła magazyniera kładącego kartony na forklift a obok niego stojącego technika. Rozmowy nie słyszała, bo odgłosy maszyn produkcyjnych zagłuszały wszystko.

Zeznanie rodaczki powaliło go z nóg, zdał sobie sprawę, że nie ma sensu żadne wyjaśnianie. Zgodnie z postanowiem odprowadzono go do drzwi wyjściowych jak przestępcę, w przelocie zabaczył tylko uśmiechniętą twarz Murzyna z połyskującymi, białymi zębami, kontrastującymi z czarną skórą.

Poniżony, skrzywdzony, upokorzony do ostatnich granic, potraktowany jak przedmiot a nawet śmieć, wrócił do domu. Żona próbowała go pocieszać, ale urażonej godności osobistej nie można zmyć słowami. Przypomniały mu się cytaty z lektur szkolnych, które polonistka wbijała im do głowy, jako dewizy życiowe: Człowieka można zniszczyć, ale nie można go pokonać. Uzupełnieniem tej złotej myśli stały się słowa z ostatnio czytanej powieści E. Paukszty „Wrastanie” Zapamiętał je sobie, sam nie wie, dlaczego. „Tylko mali, słabi się nie buntują, gorąco nie pragną, do niczego nie dążą” W myśl tych słów postanowił walczyć w obronie własnej, sponiewieranej godności. Napisał skargę do Human Resources nadrzędnej dla nich instytucji. Swoje memo wysłał e-mailem. Czekał cierpliwie dwa tygodnie na odpowiedź, a kiedy wszystkie nadzieje upadły, wydrukował  zażalenie i wysłał go tradycyjną pocztą za potwierdzeniem odbioru.

Kopię listu i dowód nadania schował do teczki, którą zatytułował – MOBBING.

Słowo to znał z polskiej prasy, bo ostatnio było bardzo popularne na łamach wszystkich portali internetowych.

Po trzech dniach przymusowego, bezpłatnego urlopu powrócił do pracy zupełnie odmieniony, jakiś apatyczny, obojętny na wszystko, bez jakiegokolwiek zaangażowania w pracę i życie fabryki. Natomiast przełożeni czuli pełną satysfakcję, ponieważ poskromili pracownika, który widział więcej niż według nich powinien, rozumiał i wykonywał pracę lepiej niejednokrotnie niż szef.

Natura ludzka jest jednak przekorna.  Pewnego dnia, widząc sprawcę wszystkich swoich nieszczęść udekorowanego w złote łańcuchy, podrygującego w myśl słuchanej muzyki, ale bez obowiązkowych, ochronnych okularów na nosie, podszedł do niegoi i pokazał na tablicę informacyjną o konieczności używania na hali produkcyjnej - safety glasses. Nie czekał długo, po godzinie zostal wezwany przed oblicze managmentu i pouczony, że nie ma prawa nikomu zwracać uwagi, jeśli ma jakiekolwiek zastrzeżenia powinien je zgłaszać swojemu, bezpośredniemu przełożonemu. Ponieważ znowu wpłynęla na niego skarga o dyskryminację rasową, tym razem zawieszają go w pracy na tydzień i wysyłają na popularny w Ameryce - suspend.

Tym razem miarka się przebrała, po powrocie do domu zaczął szukać w internecie adwokatów, którzy podjęliby się go bronić przed stosowanym wobec niego mobbingiem. Po wykonaniu kilku telefonów do prawników parających się tą branżą, przekonał się, że trudno mu będzie znależć kogoś, kto podejmie się go reprezentować w sądzie. Tylko jeden z rozmawiających wyglądał na najbardziej empatycznego spośród wszystkich, dlatego poprosił go o spotkanie.

Okazało się, że pojęcie MOBBING wywodzi się z języka angielskiego, ale w Ameryce w systemie prawnym nie funkcjonuje. Rozmawiający prawnik wiedział, że mobbing istnieje w rzeczywistości w środowiskach pracowniczych, szczególnie w dużych korporacjach, w których obawa przełożonych o własną pozycję jest niejednokrotnie przyczyną zaniżania oceny pracy podwładnego, oraz przyjmowania jego osiągnięć i sukcesów na własne konto, ale udowodnienie tego jest prawie niemożliwe.

Adwokat poinformował również swojego petenta, że boss jest poniekąd Bogiem, który zawsze ma rację, którego poleceń należy ślepo słuchać i wykonywać bez jakiegokolwiek sprzeciwu i oporu.

Nic nie chroni pracownika, jeżeli konflikt nie jest na tle dyskryminacji rasowej, czy harassmentu seksualnego albo potwierdzonej przez lekarza choroby wynikającej z nękania psychicznego i sześciomiesięcznego zwolnienia lekarskiego z tego tytułu.

-Jestem świadomy, że ofiara psychicznego terroru żyje w ciągłym stresie, przechodzi załamania nerwowe, nie śpi, funkcjonuje na środkach uspokajających, a często popada w depresje, ale walkę z psychoterrorem możemy rozpocząć na drodze prawnej z perspektywą wygrania sprawy po półrocznym zwolnieniu od psychiatry – kontynuował prawnik.

-Pan właśnie znalazł się w podobnej sytuacji. Zagrożenie utratą pracy, osamotnienie, szczególnie wtedy, kiedy nadrzędna placówka nie reaguje na skargę, przyczynia się, że zdesperowany osobnik, chwyta się upokarzającej dla własnego samopoczucia wizyty u psychiatry i korzysta z urlopu, który jest tylko fizyczną ucieczką z miejsca pracy, bo psychicznie długo taka osoba nie wyzwoli się z doznanych przeżyć, ale to jest jedyna droga obrony w naszej rzeczyczywistości.

Pouczony przez adwokata, bez możliwości samoobrony, udał się pod skrzydła lekarza psychiatry i na trzymiesięczny urlop dla podratowania swego zdrowia psychicznego.

.  Po powrocie z chorobowego, jak stwierdził, ma całkowity spokój, sam usuwa się w cień, nie zwraca uwagi na otoczenie, a dyrekcja ma satysfakcję, że ugasiła pożar w zalążku i wszystko na czas posprzątała. Tylko, jakim kosztem?

Zaś winny, wszystkich kłopotów Polaka, został dyscyplinarnie zwolniony, ale przez jego kierownika również Afroamerykanina, więc nie może być podejrzeń o rasizm.  Po niedługim czasie ów supervisor, jako ostatni świadek konfliktu został po dwudziestu latach pracy w fabryce - zmuszony do odejścia. Okoliczności rezygnacji z pracy nie są bliżej nikomu znane, mówi się, że zadarł z managmentem.

Tak, więc wszyscy świadkowie i uczestnicy konfliktu zostali usunięci bądż ustawieni na swoim miejscu w szeregu, a karawana toczy się dalej.

Niestety, prawdą jest a szczególnie w tym społeczeństwie, w którym przyszywany uśmiech więcej znaczy niż kompetencje w miejscu pracy, gdzie bezpośredniego nadzoru nie ma właściciel tylko korporacja, która swą strukturą zarządzania przypomina nasze państwowe zakłady pracy w minionej epoce, zwykły człowiek a w dodatku emigrant jest tylko marionetką w rozgrywkach interpersonalnych .

Pracując z ludźmi o zupełnie innej mentalności niż nasza, często musimy wspomagać się lekkimi środkami przeciwdepresyjnymi. Przyznała sie do tego pewna Polka, którą uważano za osobę sukcesu i pełnej asymilacji w nowym emigracyjnym środowisku.

Leki te, jak sama przyznała, pozwalają jej patrzeć na wszystko przez różowe okulary i zarazem podtrzymują plastikowy uśmiech na jej twarzy. Niestety mimo wielu blasków, są cienie życia w obcym i bardzo zróżnicowanym pod względem kulturowym, obyczajowym, a nawet mentalnym dla nas środowisku społecznym.   Życie banity(czytaj emigranta w poszukiwaniu pracy) pociąga za sobą często niewymierne szkody odbijające się na naszej psychice. Podsumował smutno rozmówca.

Nie pomogły skargi na temat atmosfery pracy, nacisków psychologicznych na pracowników i dyskryminację, ale białych. Nikt już nie ma nadziei, że ktoś się w końcu zainteresuje tym małym ogniwem produkcyjnym w wielkim łańcuchu różnorodnych biznesów światowej korporacji, mimo że konstytucja amerykańska wyraźnie mówi, iż najważniejszy jest human being, czyli istota ludzka, którą stara sie chronić i działać w obronie jej praw (rights), ale rzeczywistość chodzi swoimi drogami.

W efekcie w pracy panuje atmosfera nieufności, strachu, niepewności i obawy, że w zależności od humoru szefa będzie się wyprowadzonym poza obręb zakładu. Wszyscy jednak mają nadzieję, że dotrwają do końca kadencji opisywanej placówki, bo ze względu na wysokie podatki i mierne zarządzanie, co odbija się na efektach pracy, korporacja przenosi swą produkcję w odlegle miejsce Stanów. Jak na razie mobbing rozkwita w pełni, nikt tutaj nie interesuje się małymi ludzikami w hierarchii wielkiego biznesu.

Pod koniec każdego roku kalendarzowego odbywa się podsumowanie pracy i jej efektów, oraz ogłoszenie procentowe wielkości bonusów za mijający rok kalendarzowy, ponadto wystawiana jest opinia uzasadniająca podwyżkę płacy czy awansu na nadchodzący rok.

Nasz rodak niestety nie awansował i nie otrzymał żadnej podwyżki a bonus pomniejszony został o trzy miesiące chorobowe. Za to pojawił się wpis w jego aktach pracowniczych mówiący o jego rasiżmie i braku subordynacji oraz konfliktach ze współpracownikami.

Wie, że nie ma odwołania od postanowień zwierzchników, więc żeby zabezpieczyć się na przyszłość, zgodnie z instrukcją prawnika, poszedł znowu na trzymięsięczny urlop z tytułu stosowania wobec niego psychoterroru, ponieważ rezygnacja z pracy w jego warunkach rodzinnych byłaby samobójstwem. Potrzebował pieniędzy na kształcenie dzieci, aby w przyszłości nikt nimi nie pomiatał,  ponadto wychodzi  z założenia, że rodzina jest najważniejsza i wszystko jest gotów dla niej znieść.


  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Ciekawy materiał o mobbingu na amerykańskim rynku pracy. Trochę szwankuje poprawność językowa, a szczególnie interpunkcja. Brakuje przecinków przed: a szczególnie, a drugi, a obok, a nawet, a w dodatku, a szczególnie, nadrzędnej, powinien, został; zbędne przecinki przed: przystąpił, zdążył, zatrudnionemu, co twoim, został wezwany, jako dewizy, bezpośredniemu, czy, chwyta się, jakim kosztem, wszystkich, został, oraz.
Nie podoba mi się zwrot "na hali". Tak się potocznie mówi, ale w piśmie należy używać zwrotu "w hali produkcyjnej".
W wypowiedziach po myślnikach brakuje spacji. Na końcu zdanie po "Wrastanie" brakuje kropki. Jeżeli jest to liczba mnoga, to należy pisać "stoją cztery samochody osobowe", a nie "stoi cztery samochody osobowe".
Sporo tych potknięć, ale na początek obniżam tylko minimalnie ocenę za poprawność językową.
I jeszcze jedna uwaga praktyczna. Proszę zwrócić uwagę, że długich tekstów na ogól nikt nie ocenia, a jeżeli to czyni, to robi to powierzchownie. Liczba wyświetleń nie jest tożsama z liczbą czytań. A skoro nie ma komentarzy, to prawdopodobnie nie ma czytań.
avatar
Dziękuję za przeczytanie, może rzeczywiście przydługiego tekstu, a przede wszystkim profesjonalne uwagi. Nigdy nie zastanawiałam się nad użyciem przyimka - na czy w - w połączeniu z halą. Zmusił mnie Pan do przestudiowania zasad stosowania tego zwrotu. Nie zupełnie się zgadzam z pańską opinią, że jest to sformułowanie potoczne. Profesor Miodek wyjaśnia, że przyimka "w" - używa się do przestrzeni zamkniętych, zaś "na"- do otwartych. Czasem "na" jest wyznacznikiem wielkości, ale nie jest wskazane również w tych przypadkach jego użycie.
Przecinek przed czasownikiem - przystąpił, oddziela zdanie podrzędne od nadrzędnego. Zrozumiałam, dlaczego pisze Pan Limeryki, ale do tego typu twórczości trzeba mieć iskrę Bożą.
Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam.
avatar
Przeczytałem Pana odpowiedź na mój komentarz i nie zgadzam się z wyrażonymi zastrzeżeniami. Pisze Pan, że przyimek w stosujemy "w" odniesieniu do przestrzeni zamkniętych, a przyimek "na" do przestrzeni otwartych. I ma Pan rację, zresztą - jak Pan wskazał - pisze o tym prof. Miodek. Przecież hala targowa to przestrzeń zamknięta, a targowisko to przestrzeń otwarta. Powtarzam ponownie, czasami potocznie ludzie mówią: na hali (targowej, sportowej), na auli, na świetlicy, a należy mówić i pisać "w".
Teraz drugie zastrzeżenie. To święta prawda, że zdania podrzędne oddziela się od zdań nadrzędnych przecinkami. Proszę mi jednak powiedzieć, które to jest zdanie podrzędne, a które nadrzędne w zdaniu: "Po kurtuazyjnym przywitaniu się z pracownikiem kończącym pierwszą zmianę i wysłuchaniu jego sprawozdania, przystąpił do czytania raportów wszystkich działów produkcyjnych"? Przecież jest to zdanie pojedyncze rozwinięte i nie ma w nim ani zdania nadrzędnego, ani też podrzędnego. Jest jedno orzeczenie "przystąpił". Gdzie Pan znalazł drugie orzeczenie, które jest zdaniotwórcze? Nie ma nawet orzeczenia domyślnego.
avatar
Napisałam - Czasem "na" jest wyznacznikiem wielkości, ale nie jest wskazane również w tych przypadkach jego użycie.
Pan dodaje, że jest to zwrot potoczny, chyba tak, bo stosujemy go w mowie potocznej przez analogię do hali gorskiej.
Jeżeli chodzi o nieszczęsny przecinek przed czasownikiem"przystąpił", to chylę z pokorą głowę przed ekspertem. Nie wiem, jakim cudem pierwszy człon zdania uznałam za równoważnik. Wielokrotnie nazwałam Pana profesjonalistą, z którym się nie dyskutuje, tylko przyjmuje uwagi z pokorą i wdzięcznością.
Przesyłam pozdrowienia i wyrazy szacunku.
© 2010-2016 by Creative Media
×