Przejdź do komentarzyŁyk kultury. Majorka' 4 XI 2006 r.
Tekst 13 z 23 ze zbioru: Listy do Pawła. Palma de Mallorca
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaproza
Data dodania2017-04-03
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń1084

W Palmie jest jakiś uniwersytet (co wiem na bank, bo jeździ tam od początków października zapchany studiującą młodzieżą autobus miejski z napisem na wyświetlaczu *UNIWERSITAS*), jest też jakiś Institut Balear, gdzie sobie często odpoczywałam w cieniczku jego murów na miłych ławeczkach w ciszy i spokoju, dopóki nie zwalili się tam hurmem na te swoje zajęcia studenci płci obojga; są pewnie też inne jeszcze jakieś uczelnie. P. Basia twierdzi, że mają tu 3 szkoły wyższe: jedną państwową w centrum i dwie inne prywatne na obrzeżach. Osobiście obstawiam już, że Palma de Mallorca liczy sobie circa pół miliona stałych mieszkańców, więc chyba tych uczelni jest jednak więcej.


Institut Balear - po naszemu Instytut Archipelagu Baleary - to kompleks szacownych budynków, położonych wzdłuż wschodniej strony pięknego ciągu spacerowego Passeig Mallorca *nad rzeką*, której nazwy nie znajdziesz na mojej p. Basi mapeczce, choćbyś użył mikroskopu. *Rzeka* ta - płytka i szeroka na kilka metrów pewnie tylko w porze deszczowej - ni z gruszki, ni z pietruszki wypływa (o tej porze wyciurkuje raczej kap-kap-kap wąskim marnym strumyczkiem) *wypływa* spod ziemi w środku miasta, z obu swych stron obrzeżona pod naszymi nogami aż do ujścia potężnym na kilkanaście nawet metrów wysokim murem, jak jakaś rwąca nieokiełznana Niagara, i płynie (ciurka sobie teraz) głębokim, przez siebie wyciętym przez miliony lat wąwozem - ku zatoce; widzimy ją zawsze tylko z góry, *z lotu ptaka*. Ktoś nietutejszy, zaaferowany czy zapatrzony tylko przed siebie, może tej *rzeki* nawet nie zauważyć: w tak przepaścistym dole, obrośniętym często krzewami i drzewami ta woda tam sobie ciurka/płynie.


Jakieś tutejsze duchowe rozrywki miejscowych Hiszpanów? Owszem - są. Jedyny teatr, jaki tutaj widuję, od 2 lat jest w remoncie - tylko... jaki to remont, skoro żywego ducha tam nie uświadczysz, ilekroć byś tam nie zajrzał?? Kina, w/g słów p. Basi, jak u nas, *leżą*, o bibliotekach też jakoś na naszym 7. piętrze cisza...


Korty tenisowe, jazda na łyżworolkach, stadiony, hippodrom, arena walki byków, sporty wodne na zatoce, dziwna gra stalowymi kulami na specjalnie do tego przeznaczonych placach, boiska piłki nożnej, gdzie trenują nawet po zmroku przy jupiterach chyba wszystkie roczniki... piłka, piłka, piłka - i Ronaldo: oto twarze wielkiej miłości średniego Majorkańczyka. No, i te drink-bary, puby, restauracje i dyskoteki na każdym nieledwie kroku, gdzie można zapić jakoś czas i ten hiszpański spleen...


W Palmie ukazują się w kioskach nie tylko miejscowe gazety - można tu poczytać również bieżącą prasę niemiecką z obowiązkowym *Der Spiegel*, a także *Le Monde* czy *Times`a*... oraz tę *Prawdę* naszą cudowną, prosto z tej Moskwy! A jak! Polskiej gazety nie kupisz nawet za worek złota, niestety :(


Niemcy i Rosjanie, jak się wydaje, są tutaj główną klientelą i ważnym ekonomicznie konsumentem, o którego kieszeń opłaca się uniżenie zabiegać. Co ciekawe, Rosjanie są tutaj obecni nie tylko turystycznie. Rosjanki na wyspie są wziętymi stomatologami, pracują także w liczącym się biznesie, w tym przede wszystkim w tzw. *szał-byznesie*, gdzie *te dziewczyny ze Wschodu = Rosjanki* (w tej liczbie mylone z nimi Polki i Ukrainki również) robią kariery krótkie i zawsze - gwałtowne. Rosjan-mężczyzn (Białorusinów czy Ukraińców, zawsze z nimi mylonych) jest na Majorce zdecydowanie mniej, i większość z nich robi *na czarno*, a są to często fachowcy z wyższym wykształceniem, u siebie *na rodinie* skazani na kopiejki i tę bidę z nędzą. Tutaj nawet jako murarze czy *na zmywaku* mogą się czegoś w euro dorobić (garbu na pewno!) Rozmawiałam kiedyś przez chwilę z takim jednym na plaży (może był Białorusinem albo innym Czeczenem; ja nie pytałam - on tego wątku nie poruszał). Mówił, że jest, jak ja, nauczycielem i przyleciał na Majorkę *za chlebem*.


Widziałam na mieście przy jednej z tutejszych głównych avenidas duży i bardzo drogi magazyn o wdzięcznej - i bardzo mylącej - nazwie *Kopiejka*. Polskich przedsięwzięć, niestety, nie ma, chociaż są i bułgarskie prywatne szkoły (??), i chińskie markety - i te rosyjskie wyż. wym. gabinety stomatologiczne (w jednym z nich moja p. Basia leczy z mężem swoje uzębienie).


Konsulat polski, jak mnie poinformował przygodnie napotkany hiszpański policjant z radiowozu - taka oczywista niby oczywistość - mieści się... nie w Palmie, a na wsi pod Palmą, w La Vileta, i na jego drzwiach wejściowych nie znalazłam literalnie żadnej wzmianki na ten temat! UWAGA: siedziba tego było nie było reprezentacyjnego urzędu - to w tej La Vilecie... tonące w śmieciach zaplecze supermarketu *Mercadona*! Wrony tam zawracają - taka tam gmina, chrząszcz brzmi w trzcinach! Gwiżdż Janina! Ani co to za konsulat, ani jakieś bodaj dni czy godziny przyjęć z tym telefonem czy nazwiskiem szan. konsula - ot, domofon, na ścianie na klatce schodowej jakieś piętrowe skrzynki na korespondencję i tabliczki z nazwami firm, i gdybym na 100% nie wiedziała, że to adres gwarantowany honorem majorkańskiego policjanta, myślałbyś, że jesteś na czyjejś... bardzo szemranej posesji, której właściciel skrzętnie, zza tych kup śmieci, broni swojej podejrzanej prywatności?? Czyste kino - i obciach!!! Na psy schodzimy my - Polacy! W 3. Tysiącleciu!? Od wojny z Hitlerem minęło pół wieku z hakiem, ale mrówcza praca trzech pokoleń - to widać zbyt mało, by obywatel nasz zasłużyć mógł na coś więcej niż kuchenne schody w tzw. polskim konsulacie na Majorce... Wstyd - i obciach :(


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×