Przejdź do komentarzyKazań nad Wołgą via Moskwa latem 1979
Tekst 13 z 24 ze zbioru: Zapiski z pogranicza
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaproza
Data dodania2017-04-22
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń1115

W końcu czerwca 1979 studenci 3. roku filologii rosyjskiej Uniwersytetu Gdańskiego - w tej liczbie także ja - wylatują na swój drugi już w trakcie studiów, miesięczny kurs językowy do ogromnego tego niezwyciężonego Sojuza.


Główne nasze zajęcia odbędą się pod okiem lingwistów-Rosjan na Uniwersytecie Kazańskim im. Włodzimierza Ilicza Lenina (tak, TEGO Ilicza), jednak zanim tam dotrzemy, czeka nas tygodniowe upojne randez-vous z 7-milionową w tamtych czasach... Moskwą.


Jeśli choć trochę znasz polsko-rosyjską historię, sztukę, literaturę, film etc. - rozumiesz bez dodatkowych słów i bez tłumacza, jak głębokim przeżyciem jest spotkanie oko w oko i twarzą w twarz z TAMTYM światem.


Lecimy radzieckim odrzutowcem (polskich wciąż jeszcze nie produkujemy) z naszego Okęcia. W trakcie lotu moje koleżanki (a jest nas-dziewczyn około 40) co i rusz - przepraszam - rzygają, jak te koty, ale poza tym wszystko jest bene, molto, molto bene :)


W Moskwie mamy napięty harmonogram zwiedzania: obowiązkowy Plac *Czerwony* (który to plac notabene NIGDY tak naprawdę *czerwony* nie był, ponieważ jego nazwę *Krasnaja Płossiać` my-Polacy nadal i wciąż, i wkołomacieju dookoła Wojtek źle, źle i jeszcze raz źle! *tłumaczymy* beztrosko sobie od stuleci; dosłowne tej staroruskiej nazwy brzmienie, adekwatnie i *po naszemu* - to PLAC PIĘKNY. Krasnaja dziewica, krasne lica, krasnoludek - to, kolejno, po staropolsku: piękna dziewica, piękne lica, *pięknyludek*, i jakakolwiek czerwoność czegokolwiek w tych i tym podobnych przydawkach jest polskim naszej ignorancji wymysłem) - ten PLAC PIĘKNY zwiedzamy wraz z jego przyległościami czyli z olśniewającym, drewnianym-malowanym i bez jednego gwoździa Soborem Wasyla Błogosławionego, nieco dalej jest ta słynna w stylu heart futur zamrażarka- Mauzoleum Lenina (tak, TEGO Lenina), gdzie przeszło godzinę wraz z innymi turystami z całego świata czekaliśmy długą kolejką na te swoje dwie-trzy minuty oko w oko i twarzą w twarz z tow. Iliczem, jeszcze dalej zaś, już za murami czekało nas spotkanie z tym całym z cerkwiami i zabytkowymi gmachami strasznym Kremlem (*kreml* po rosyjsku - to polska starówka; każde stare miasto w Rosji ma swój kreml! i te nasze nad Wisłą gadki o TYM Kremlu są przeraźliwie monotematyczne).


Następnego dnia jedziemy autokarem do Trietiakowskiej Galerii, ufundowanej w XIX stuleciu przez moskiewskiego genialnego kupca, P. Trietiakowa - i tam, jak zaczarowane, spędzamy cały Boży dzień. W drodze powrotnej za kilka kopiejek zwiedzamy obowiązkowo - naturalnie - zbudowane jeszcze przed wojną moskiewskie bajeczne metro oraz wszystkie jego możliwe i niemożliwe stacje. Miasto powala na łopatki już *na dzień dobry*.


Kolejne dni to Wystawa Osiągnięć Gospodarczych z jej tysiącem dziedzin i sukcesów, fontannami, pomnikami, alejkami, kwietnymi dywanami, okazałymi pawilonami i rzeźbami (słynna czołówka Mosfilmu - to tylko jedna z nich). Wożą nas po całej Moskwie; zwiedzamy wieżę telewizyjną z kawiarnią, wirującą pod samym niebem, w Ostankinie, podziwiamy stadion olimpijski w Łużnikach, spacerujemy bulwarami nad rzeką Moskwą, gdzie po obu jej stronach stoją cierpliwi wędkarze i łowią te swoje taaaakie ryby (zapytałam jednego z nich, czy rzeka jest czysta, a on na to - że DA :) Oglądamy też Panoramę Bitwy pod Borodino - tej bitwy, w której stary generał Kutuzow wraz z Dziadkiem Mrozem spuścili lanie cesarzowi  Bonaparte, a potem ta sama Moskwa (wówczas drewniana) powitała Francuzów gigantycznym pożarem, że kamień na kamieniu się nie ostał. Nękani głodem, straszliwym zimnem, chorobami i niedostatkiem wszystkiego starzy ostrzelani żołnierze w tych zaspach (w tym masa Polaków) marli, jak te muchy, tysiącami...


Tymczasem jednak dzisiaj mamy już lipiec, i w Kazaniu wszędzie kwitną lipy. Milionowa stolica Tatarstanu (właśnie urodził się milionowy obywatel!) pachnie polskim miodem, a sielskie w naszej dzielnicy, parterowe, co najwyżej 1-piętrowe, domy - najczęściej drewniane i bogato rzeźbione - wyglądają żywcem, jak ze snów.


My mieszkamy - wraz z innymi grupami studentów (także *naszych* z krakowskiego UJ), ale też z Węgier, Bułgarii, NRD i Czechosłowacji - w kilkunastokondygnacyjnym *drapaczu chmur* tuż nad Wołgą, i widok z naszego piętra jest... brak słów... Ekstaza.


Poczucie totalnej egzotyki jest wszędzie obecne; w hotelu menu *azjatyckie*, i na ulicach często spotykamy w narodowych strojach i grupy mężczyzn, i kobiety; tam meczet, owdzie straganiarze-Azjaci z mową prosto z *Koranu*, w kolorowych tiubetejkach na głowie, opaleni, skośnoocy, obrotni. Wszędzie napisy dwujęzyczne: cyrylicą i *sznureczkiem* - z prawa na lewo.


Poza codziennymi, bardzo forsownymi psychicznie zajęciami w laboratorium językowym na uniwersytecie - mamy też przecież i kapitalne rozrywki: wożą nas np. parostatkiem po bezkresnej tutaj, szerokiej na 15 km na wysokości Kazania Wołdze; w czasie tej kilkugodzinnej podróży na środku rzeki zerwała się ni z gruszki okropna burza, i pierwszy raz w życiu na dalekim brzegu widziałam... trąbę powietrzną? tornado? Kapitan kazał nam wszystkim zejść pod pokład, ale ja... zostałam i stamtąd obserwowałam żywioły te nadwołżańskie fascynująco-paraliżujące... Statek zdążył bohatersko zwiać przed apogeum sztormu, ale... było gorąco! Bardzo!


Lato tutaj jest upalne (toż to serce kontynentu, i klimat suchy, jak pieprz), więc często chodzimy się kąpać... w tej Wołdze... Czasami myślę, że wszystko to... mi się tylko śni...


Byliśmy też w miejscowym, przepysznym, w bardzo wschodnim stylu, od złota i adamaszków kapiącym teatrze. Sztuka była... ukraińska... z elementami czarownej jakiejś ni to legendy, ni to baśni; na scenę nawet *padał prawdziwy deszcz-ulewa*, i konno w skok wjeżdżali świetni rycerze... Muzyka, piękne ukraińskie stroje i dumki znad Donu... Ja jednak śpię... Nie budźcie mnie...


Zajęcia nasze jednak mamy tylko *we własnym sosie*, a tak bardzo liczyłam na codzienny kontakt z żywym językiem i z tą miejscową ludnością :( Na własną więc rękę, po obowiązkowych wykładach, ćwiczeniach i planowych rozrywkach *urywałam się* - co było surowo zakazane - na miasto; zwiedzałam okoliczne ulice, spacerowałam wzdłuż nadwołżańskich wałów, gdzie była dzika plaża,ciągnąca się aż het! *do Gdańska* :)

I tak poznałam *moją* Anię Andriejewą, studentkę ostatniego roku medycyny, która akurat wyszła *przewietrzyć* swojego pieseczka-kundelka. Kto zainicjował rozmowę? Może ja? Zapytałam: - A sobaćka nie kusajetsa? I chyba tak to się zaczęło...


Ojciec Ani był nie Tatarem, a Marijcem (narodowość taka), światowej zresztą sławy kardiochirurgiem, mama zaś pracowała w bibliotece uniwersyteckiej - i była Rosjanką. Poznałam ich wkrótce osobiście, bo kilka dni później Ania zaprosiła mnie do swojego (z rodzicami i siostrą) mieszkania w typowym bloku, stojącym pośród innych, identycznych i szaro-buro-nijakich, jak wszystkie nasze środkowoeuropejskie, powojennie wydźwignięte z popiołów i tej odwiecznej naszej słowiańskiej biedy.


Rodzice Ani - ludzie niezwykle gościnni, skromni i serdeczni. W jednym z trzech pokoi wszystkie ściany po sufit zapełnione regałami z tysiącem ksiąg, wszystkie okna bez żadnych firanek ni zasłon, umeblowanie spartańskie: żelazne łóżka, telewizor, prosty okrągły stół, zastawiony miejscowymi przekąskami i potrawami, drewniane krzesła, łazienka bez okna, telefon na półeczce w przedpokoju, w kuchni pralka, lodówka, kuchnia gazowa... słowem nic, co by świadczyło o światowej renomie profesora Andriejewa...


Któregoś dnia Ania zaprosiła mnie na swój nocny dyżur w klinice swojego Ojca, więc po kolacji znowu uciekłam z naszego hotelu (choć nikt mnie nie gonił :) - i w ten sposób poznałam oddział kardiochirurgii  w stolicy Tatarstanu, z jego bardzo schorowanymi pacjentami, pielęgniarkami i dwiema stażystkami: Anią *moją* i jej z roku koleżanką Nuriją, Tatarką. W piwnicach w laboratorium długo jeszcze w nocy krzyczały biedne małpy, na których eksperymentowano operacje na otwartym sercu...


I wciąż miałam odczucie, że to jednak tylko jakiś dziwny sen...

  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Sen?
Moja Agnieszka kończyła liceum wieczorowe, już na początku lat `90. I miała duży problem z rosyjskim. Żeby uzyskać dopuszczenie do matury miała napisać dwa wypracowania. Akurat w Kielcach bawił Iwan - sam mówił, że spod Moskwy, ale bardziej wtajemniczeni twierdzili, że z Kazachstanu - zdolny kuśnierz. Po zastosowaniu wysokoprocentowych bodźców zgodził się napisać te wypracowania. Pierwsze napisane przez niego zostało ocenione na 2 ( wtedy najniższą ocenę). Nauczycielka stwierdziła, że po prostu tego wypracowania nie rozumie. Problem był w języku, a nie w przekazie. Iwan więc poprosił o podręcznik: jakim rosyjskim wy się posługujecie? W celu, by napisać coś co będzie zrozumiałe dla rusycystki.Drugie wypracowanie było już za piątkę.Bo pani od rosyjskiego zrozumiała co się do niej po rosyjsku pisze.
A najsmaczniejsze jest to, że przekonywałem Iwana napitkiem z ruskiego spirytusu - piercowką - po którym ja rano wstałem jak młody bóg, a on chorował po tym chlaniu 3 dni.
avatar
I kaburę na zapalniczkę benzynową jego roboty mam, zgrabnie zrobioną. Kuśnierzem był znakomitym.
avatar
Taaak... Uczono nas przez dziesięciolecia w Polsce takiego preparowanego rosyjskiego, jakim posługiwali się nasi domorośli (z braku innych) eksperci. Słynne np. uparte twarde polskie "CZ" w zawsze tak cudownie miękkiej spółgłosce rosyjskiej "Ć", po którym to "CZ" każdego rusycystę polskiego można było wyczuć na kilometry. Ani gramatyka, ani fonetyka, ani frazeologia, semantyka, czy wiedza o tzw. języku rosyjskiej ulicy - nic tu nie grało, jak trzeba :(
© 2010-2016 by Creative Media
×