Przejdź do komentarzyRóże biało czerwone
Tekst 2 z 10 ze zbioru: strefa bólu
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2017-05-13
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1604

Róże biało czerwone



Pani Scholastyka jak samo imię wskazuje była osobą oschłą i wyschniętą, niemal kostyczną. Zawsze zapięta pod szyję jakąś srebrną broszką, oczywiście tradycyjne falbanki zdobiły jej mankiety i czasem wychodziły spod sweterków z dekoltem, które jednak nosiła rzadka. Dolną część ubioru stanowiła zwykle przydługa, w szarym kolorze spódnica i nijakie pantofle.  Nieco staromodna kobieta, można by rzecz i staromodne posiadała też metody wychowawcze.


Tego dnia wszyscy mieliśmy białe róże. Leżały na ławkach przy ich krawędzi. Na każdej dwie, tak jak siedzieliśmy.  Kiedy Pani Scholastyka zauważyła je,  ściągnęła twarz i od razu wiedzieliśmy, że coś będzie.  Rozejrzała się bacznie po klasie i gdy zauważyła, że róże są wszędzie wyszła zza biurka i ruszyła w stronę klasy.

- No! Czyj to pomysł? Czyj? – krzyczała. Zrobiła się purpurowa, a my spuściliśmy głowy i milczeliśmy jak groby.  Zaczęły się prośby, groźby i szantaże, ale nic nie pomagało.  Wówczas wpadła na szatański pomysł: każdy napisze anonimowo na kartce donos. Ona tylko jedna przeczyta, a donosy zniszczy.  Nie będzie wiadomo kto wydał. Kazała na małych karteczkach napisać nazwisko.  Dała nam dużo czasu, jakiś kwadrans. Na początku nikt się nie kwapił do pisania czegokolwiek, ale ona gadała i gadała. W końcu każdy zaczął coś tam gryzmolić. Widziałem, że niektórzy stawiają krzyżyki, gwiazdki, ale nie wszyscy. Potem zebrała poskładane jak losy karteczki i położyła na biurku. Usiadła, rozejrzała się bacznie po klasie i rozpoczęła rozwijanie karteluszek.  Brała je kolejno, po czym ze złością gniotła, omiatając uczniów złowieszczym spojrzeniem, jakby chciała wyłowić żartownisia. Nagle jej twarz pojaśniała. - No to mamy winowajcę – stwierdziła, ale nie przestała rozwijać kolejnych losów.  Jednak nie gniotła ich już z taką złością jak wcześniej, lecz trochę automatycznie, jakby to już nie miało znaczenia. Znowu się uśmiechnęła i wtedy spojrzała na mnie. Już wiedziałem. Spuściłem głowę i czekałem na rozwój wypadków, a ona kontynuowała swą pracę nad donosami. W sumie znalazła trzy. Było na nich moje nazwisko.


- Legion! – krzyknęła, kiedy skończyła -wstań! Zrezygnowany wstałem. Kazała mi chodzić po klasie i liczyć róże, przynieść wszystkie i włożyć do kosza.  Potem musiałem zameldować ile ich było i stać na baczność pod tablicą, kiedy ona prowadziła wykład na temat nienawiści, którą symbolizują białe róże. Wszystkim było bardzo przykro.  Do przerwy, po której mieliśmy z nią drugą godzinę, ale ja musiałem zostać w klasie i grzecznie stać pod tablicą. Po przerwie orzekła, że zamiast normalnej lekcji odbędzie się teraz godzina wychowawcza. Wszyscy czekali w napięciu. Kazała mi rozpiąć spodnie i zsunąć do kolan razem z majtkami, a następnie położyć się brzuchem na jej biurku. Klasa zamarła. Sam byłem w szoku, ale jakiś oszołomiony i bezwolny.  Dłonie mi się dziwnie trzęsły, kiedy rozpinałem rozporek i opuszczałem spodnie. Wstyd był jakiś przytłumiony, szumiało mi w uszach i czułem się jakoś obco. Niby byłem tam, ale wszystko stawało się jakieś niewyraźne.  Kiedy wykonałem wszystkie czynności,  zabrała się do przywiązywania moich nadgarstków i kostek do nóg biurka.  W końcu byłem rozciągnięty na tym biurku jak nieborak na krzyżu, z wypiętym i nagim tyłkiem. Ręką, ani nogą ruszyć nie mogłem, jedynie pupą troszkę pokręcić na boki, ale niewiele. Kilka centymetrów zaledwie. Na nic to się zdało, jak się za chwilę miało okazać.


Moja głowa zwisała bezładnie z drugiej strony biurka. Podstawiła mi pod nią kosz z białymi różami, tak że połowa mojej tkwiła pośród pąków. Mogłem je wąchać do woli. Kazała mi przypomnieć ich ilość. Trzydzieści cztery. Tyle nas było w klasie. Każdy przyniósł jedną białą różyczkę. Sam to wymyśliłem i namówiłem ich.  Zacząłem się zastanawiać, którzy to Judasze, aż poczułem pierwsze smagnięcie szerokim skórzanym pasem.  Zabolało jak diabli. Szarpnąłem się i znowu dostałem.  Jęknąłem, a po chwili znów. Ból był nieznośny. Zaciskałem zęby, żeby nie krzyczeć, ale to nic nie pomagało. Zaczęła uderzać wolniej i chyba trochę lżej. Łapczywie łapałem powietrze, napłynęły łzy i krzyknąłem. Potem znowu, ale ona nie przestawała bić. Myślałem, że zwariuje. Tyłek piekł mnie jak przypalany żelazem, a z bólu drętwiały mi nogi.  Prosiłem, żeby przestała, że już nie mogę, ale ona nic sobie z tego nie robiła. Trzydzieści trzy, trzydzieści cztery – zanosiłem się.  Cicho jęczałem, kiedy skończyła. Czułem ogień na pośladkach, ale też jakieś gorąco spływało mi do krocza. Stanął mi. Gdybym tylko mógł, mimo bólu wziąłbym go w obroty, ale tkwiłem unieruchomiony. Zauważyła mój wzwód. Wydała z siebie dziwny, nieartykułowany dźwięk, jakby się zachłystywała i oznajmiła, że to nie koniec kary.  Podeszła do szafy, wyjęła ratanową rózgę i zaczęło się… piekło.


Ból był zupełnie inny. Bardzo dojmujący. Obezwładnił mnie całkowicie.  Zacisnąłem zęby i poddałem się mu. Wypiąłem tyłek do razów. Nieznacznie, na tyle, na ile umożliwiała mi moja unieruchomiona pozycja. Chyba to zauważyła, bo zaczęła uderzać jeszcze mocniej.  Rózga świszczała w powietrzu i słychać było jej głośne plaśnięcia, przerywane moimi zduszonymi jękami.  Czułem go jakoś inaczej.  Nie był nieznośny. Był dziwny. Kiedy zrobiła dłuższą pauzę, nagle zacząłem go pożądać. Coś swędziało w środku. Gdzieś bardzo głęboko, a szpica tego świądu sięgała moich jąder. Zrobiło mi się bardzo gorąco w podbrzuszu. Bardzo, bardzo i nagle… trysnąłem.  Pod biurko. I znowu.  Coś pochodzące ze środka ściskało niewidzialną ręką moje krocze i powodowało, że chlustałem jak szalony.

Z mojej posiekanej pupy tryskała krew. Jej krople osiadały na rózdze, a następnie pęd powietrza przed uderzeniem zrywał je i ich część spadała tam, gdzie miałem głowę – w pąki białych róż. Teraz to były biało czerwone róże. Piękne. Pachniały rozkoszą i krwią. A ja chlustałem. Pod biurkiem znajdowała się już niezła kałuża gęstej i białej substancji.  Pani Scholastyka była zmęczona jak koń po westernie, ale nie przestawała, więc ja chlustałem dalej.  Pod biurkiem były już jeziora kleistej mazi, a ja nie miałem już siły tryskać dalej. Mdlałem.

  Spis treści zbioru
Komentarze (6)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
To niemal jak horror. A ja myślałem, że białe róże zdrady i nienawiści są wymysłem Jarosława. Dziękuję Ci, Legionie, że mnie doedukowałeś, gdyż pewnie kolejne dziesięciolecia bym żył w niewiedzy. A zrobiłeś to niezwykle fachowo i barwnie.
Ale wydaje mi się, że zrobiłeś to żywiołowo i nawet nie przeczytałeś przed kliknięciem w klawisz "zapisz". "Biało czerwone" piszemy z łącznikiem, czyli biało-czerwone. W zwrocie "z rzadka" zgubiłeś "z". W "zwariuje" zgubiłeś znak diakrytyczny. Po myślniku brakuje spacji. Brakuje przecinków przed: jak sama, była, wyszła, kto wydał, ile; zbędne przecinki przed: ani moją, przerywa.
Przyznam się, ze po dwóch pierwszych zdaniach pani Scholastyka kojarzyła mi się z kimś zupełnie innym.
avatar
Być może biała róża kojarzy się Prezesowi z Weiße Rose z 1942 roku i stąd cały ten jad.
Pozdrawiam,
avatar
Nie zastanawiam się, ile w opowiadaniu jest wyobraźni, ile wspomnień i czy w ogóle są. Prozatorsko utwór jest bardzo dobry.

Co do zapisu i stylu, oprócz uwag Janko:
*można by rzecz - można by rzec
* Leżały na ławkach przy ich krawędzi. Na każdej dwie, (styl; można zrozumieć, że na każdej krawędzi, a nie na ławce, leżały po dwie róże. Może: "leżały na ławkach, przy każdej krawędzi jedna")
*głowa zwisała bezładnie (chyba "bezwładnie")
*różami, tak że połowa mojej tkwiła (styl. Może: "różami tak, że nos utkwił").
Nie wpływają na ocenę za poziom literacki, gdyż są to drobne uwagi.

Nie taki horror jak wyżej, ale od razu przypomniałem sobie swoje opowiadanie, tu kiedyś umieszczone "Lekcja geografii".
avatar
Dziękuję. Dopadła mnie wena, w związku z czym mogłem zapomnieć o śnie i utłukłem ciurkiem kilka kawałków, między innymi powyższy.
Prawdą jest tutaj tylko procedura anonimowego donosu. Reszta to już czysta fantazja erotyczna.
Jeślibym przyznał, że wklejam teksty bez czytania, to mogłoby oznaczać brak szacunku dla czytelników. Dlatego przyznam, że poprawianie tekstu zajmuje mi więcej czasu niż jego napisanie.
avatar
Czyste sado-maso w jego dziewiczym wydaniu. Ale...

Scholastyka - tutaj nieprzypadkowo imię nauczycielki, pastwiącej się nad uczniem - to również stara, do dzisiaj uprawiana /najczęściej przez domorosłych głowaczy/ dyscyplina filozofii zwana sofistyką, czyli gadką o samej gadce, bez argumentacji, odwołującej się do empirii.

Nie chodzi tutaj zatem tylko o epatowanie drastyczną sceną szkolnej chłosty.

Rzecz dotyka dużo szerszego zjawiska, kiedy powszechnie nagłaśniana narracja kary /boskiej/, wskazywanie palcem winnego, straszenie piekłem konsekwencji itd. jedynie poniża i zadaje gwałt każdemu, kto tylko żyw
avatar
Tytuł "Róże biało-czerwone" to wyraźny drogowskaz interpretacyjny:

chodzi o scholastykę na poziomach decyzyjnych, uprawianą u nas nad piękną Wisłą - w sercu nowoczesnej /otwartej na ludzi i świat/ Europy
© 2010-2016 by Creative Media
×