Przejdź do komentarzyWolny strzelec
Tekst 13 z 26 ze zbioru: Opowieści fantastyczne
Autor
Gatunekproza poetycka
Formaproza
Data dodania2011-08-31
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń2430

Wymarzona praca dziennikarza-podróżnika, którą zdobył niegdyś w drodze organizowanego przez jedną z gazet konkursu, a utrzymał dzięki umiejętności wtapiania się w lokalny koloryt oraz smak odwiedzanych miejsc i opisywania ich przez pryzmat subiektywnych spostrzeżeń dotykających najczęściej ukrytych  skarbów znanych wyłącznie odwiecznym mieszkańcom danego miejsca, bardzo mu odpowiadała. Dlatego, gdy powrócił do domu po całym dniu niespiesznej wędrówki i duży kieliszek z kruchego, białego szkła napełnił odrobiną wytrawnego wina skupiającego w swej rubinowej barwie refleksy wieczornego światła, zasiadłszy do pisania pomyślał, że podstawowe aspekty madryckiej rzeczywistości nie jeden już raz złożone zostały na ołtarzu przepalonych pikseli, zaś wszelkie braki i niedociągnięcia w zakresie głównych monumentów, obiektów turystycznej peregrynacji oraz wynikające z niezaspokojonej ciekawości potrzeby zobrazowania architektury miasta uzupełnić zawsze można lekturą przewodnika, do miana którego nigdy przecież nie aspirował. Pominę wielokryterialną analizę zabytków – pomyślał – i przejdę od razu do rzeczy pozornie błahych, a jednak w mym przekonaniu o klimacie miejsca świadczących i hiszpańskiego smaku samej stolicy nadających. I zaczął.


Wyobraźmy sobie półksiężycem wybity w dziewiętnastym wieku Plaza de Oriente, łączący szpalerem krzewów i prostymi alejkami uhonorowanymi kamiennymi posągami królów Hiszpanii znajdujący się nieopodal Pałac Królewski z Teatrem Królewskim, pełniącym jednocześnie funkcję Opery Narodowej, na fasadzie której, po przeciwległej stronie, wisi obecnie plakat winszujący doświadczenia życiowego Plácido Domingo obchodzącemu właśnie siedemdziesiąte urodziny. W tym miejscu dostojnym, z boku, niemalże ukryty, naprzeciwko restauracji galicyjskiej, do której silniej zabiło mi żądne smażonej ośmiornicy serce, znajduje się odrestaurowany Mercado de San Miguel, rynek zebranych z całej Hiszpanii, a momentami i Portugalii, frykasów i omdleń podniebienia. Tam to właśnie chodzi się, jak w zaczarowanej bajce, wypełnionej kolorowymi przysmakami o najróżniejszych kształtach i formach. Poustawiano wewnątrz piramidy z błyszczących bąbelkami butelek, stosy beczek z tradycyjnym madryckim wermutem, oliwki faszerowane czym dusza zapragnie, owoce morza, unikalne hiszpańskie szynki, krojenie których stanowi sztukę opisywaną ku memu zdumieniu w książkach i prezentowaną na cieszących się uznaniem zawodach, regionalne smakołyki ze wszystkich zakątków półwyspu, wina, marcepany, ciastka, czekoladki i wszędobylskie tapas rozbrajające pomysłowością i sposobem podania.

Wyobraźmy sobie tradycyjny hiszpański bar, nieskażony powabem nowoczesności ani komercyjną, korporacyjną sieciowością. U dołu ulicy, która dawno już zapomniała czar Gran Vía, stanowiąc tylko jej proste przedłużenie, mieści się stary, niewielki lokal jasno oświetlony jarzeniówkami, z długim drewnianym barem, prostymi stołami i klasycznymi, zwykłymi krzesłami oraz niewielką, jednoosobową toaletą, z powieszonym na ścianie archaicznym, lekko przybrudzonym automatem oferującym za dwa euro mini zestaw dentystyczny. Jest to jeden z tych barów, w których hiszpański temperament i otwarte nastawienie do życia utrzymały przyjazną atmosferę rodzinnego biznesu pozostającego poza szaleńczym pędem rynku i walką konkurencyjną. Jeden z tych, które dla zabawy otwierają się pierwszego stycznia i zarazem ten, do którego, z przymusu niejako, nieświadomy czekających mnie wrażeń, wszedłem na szybką lampkę wina i domagające się uwagi tęsknoty pęcherza. Zamówiwszy wino, usiadłem wygodnie, po czym na stół wjechał talerz tapas, zaś kierowca jego – uśmiechnięty kelner o pozytywnym usposobieniu – zaoferował pomoc w zrobieniu wspólnego zdjęcia, niwecząc plan wykonania reporterskiej fotki z ręki, w czym, przyznać muszę, mam już nawet wprawę. Po kilku minutach, kelner przyniósł nowy talerz tapas, zabierając poprzedni, co poczytałem mu za chęć dogodzenia memu apetytowi, który ewidentnie i zdecydowanie przybierał na sile. Pięknie podziękowałem i gdy zanurzony w rozmyślaniach kontemplowałem swą Rioję, podszedł kelner z nowym talerzem tapas. Jako że wzbudziło to już me zainteresowanie popadliśmy w gawędę niewielką, wskutek czego uzyskałem wyjaśnienie, wedle którego urodziny barmana skutkują w owym dniu serwowaniem wszystkiego, co zawiera karta. Spodobała mi się ta filozofia, toteż podziękowawszy zajadałem dalej, przestając powoli myśleć o planowanej wcześniej kolacji. Zanim jednak ostatecznie przesądzony został los ostatniego w ciągu doby posiłku nowy talerz z hiszpańskościami na stół mi podano, za co wdzięczność drugim kieliszkiem wina wyraziłem. Barman, widząc to, dłużnym nie pozostał i przed wyjściem obdarzył mnie jeszcze dwoma dodatkowymi talerzami, każdy rzecz jasna inny, a także gratisową lampką wina, czym zasłużył sobie na podziw z mej strony i nader hojny napiwek. Uradowany serdecznym przyjęciem, objedzony i wzmocniony wytoczyłem się z baru, żegnając uprzednio gospodarzy, którzy bezinteresownie w tak dobre wspomnienia mnie zaopatrzyli.

Do wybranych wyżej ciekawostek dołóżmy jeszcze ulicę, na której złotymi mosiężnymi literami wypisano cytaty z najważniejszych hiszpańskich dzieł literackich, falujące tłumy ludzi płynące rozbieganymi we wszystkich kierunkach drogami wyżłobionymi w architekturze placu Sol, tego samego, na którym zainstalowano logo Tío Pepe, najstarszy w Hiszpanii neon zamkniętego w butelce andaluzyjskiego słońca, czy wreszcie wyzwoloną dzielnicę designu, sztuki nowoczesnej i męskiej miłości, wypełnioną jednoznacznymi atrybutami nieskrępowanego homoseksualizmu, wychodzącymi, trzymając się za ręce, z każdej witryny sklepowej, baru czy nawet kamienicy.

I tak dokładać by można bez końca, bo Madryt jest dynamiczny, ma w sobie życie, otwartość i ludzi. Tysiące ludzi, których różnorodność spaja bezkonfliktowość i uśmiechnięta serdeczność, dzięki czemu tak bardzo chce się do nich wracać. Dlatego jutro znów tam pójdę.



Nie dotarł jednak. Urzeczony bowiem albumem, który przeglądał przed snem postanowił wybrać się nazajutrz do nieodległego Toledo. Gdy tylko pierwsze promienie porannego słońca zaczęły wdzierać się między nieszczelnie zasłonięte persianas, wstał pełen młodzieńczej energii i, dokonawszy uprzednio szybkiej toalety, zatrzymał na moment wszechświat, pijąc kawę w barze znajdującym się nieopodal jego mieszkania, po czym z werwą podjął działania, przystępując do realizacji nocnych zamierzeń, które u schyłku dnia, przygryzając marcepany do sączonego powoli wina, opisać miał tak.


Bardziej schronić się już nie da. Weźmy otoczone rzeką i wysokie na ponad pół kilometra wzgórze, rozległe na tyle, by pomieścić ludność, rzemieślników, artystów, urzędników, kapłanów, księży, rabinów, imamów i muezzinów, wojsko, wreszcie trochę zwierząt, co przy poziomie gospodarki starożytnej, średniowiecznej, nowożytnej, a momentami i współcześnie minimalistycznej jest całkiem możliwe, i uprzednio zamykając je grubym kamiennym murem, ciasno postawmy na nim miasto, upychając domki, domy, gmachy, kościoły i meczet, między którymi gęsto wić się będą wąskie uliczki o nieskończonych zakrętach, spadkach i wzniesieniach. Nie jest to łatwe, ale jeśli się uda, bezsprzecznie uzyskamy Toledo. Niewielka ta miejscowość położona około siedemdziesiąt kilometrów na południe od Madrytu jest dla mnie jednym z najcenniejszych pomników ludzkości, jakie na przestrzeni wieków udało się człowiekowi wznieść z zimnego, nieożywionego, kamienia. Dostojna gotycka katedra przywodzi na myśl kolosa z Sewilli, bardziej jednak od środka niż z zewnątrz, i choć brak jej aż takiego rozmachu to na niedostatki narzekać nie może. Bogato rzeźbiony ołtarz główny, fantastyczne sklepienia, niepowtarzalne stalle Chóru, od których przez długi czas nie mogłem oderwać wzroku, Goya i El Greco w zakrystii oraz całe mnóstwo innych zdobień sprawiają, że, jak pisał swego czasu Łysiak, kolana same zginają się w pokorze i człowiek mimowolnie zaczyna wierzyć, iż Bóg istnieje. Natomiast największy budynek, którego bezsprzeczne królowanie na podniebnej linii dachów i wieżyczek podziwiać można z usytuowanego na nieodległej górze po drugiej stronie rzeki tarasu widokowego należącego do wkomponowanego w krajobraz hotelu, to jedenastowieczna twierdza obronna, wielokrotnie niszczona i odbudowywana, wreszcie precyzyjnie odrestaurowana po całkowitej destrukcji dokonanej w czasie hiszpańskiej wojny domowej w latach trzydziestych dwudziestego wieku ogólnoświatowej pożogi. Najbardziej jednak miasto naznaczają setki kamienic, poprzecinanych urzekającymi wrażeniem pozornego chaosu i nieskończonego labiryntu uliczkami tak wąskimi, że podanie sobie z przeciwległych okien lokalnych przysmaków z marcepana lub kieliszka tradycyjnego wina nie stanowiłoby najmniejszego problemu. Hiszpanie mają zgrabne słowo callejear, oznaczające ni mniej, nie więcej, jak leniwe włóczenie się czy swobodne wędrowanie kolejnymi ulicami bez żadnego konkretnego celu. Toledo jest miastem do tego stworzonym, a samo zatracenie się w jego unikalności wzmacnia tylko zachwyt i dodaje uroku.

Dreptałem więc tak w zadumie dzień cały, aż nagle w drodze powrotnej, gdy puste przestrzenie po obu stronach drogi zdominowały umysł mój swą nicością, poczułem, jak pęka tej baśni bańka mydlana i z trzaskiem wróciłem na ziemię.



I wtedy właśnie się obudził.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×