Przejdź do komentarzyPierwsza wojna swiata
Tekst 23 z 37 ze zbioru: Opowieści o ludziach i miejscach
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2018-04-12
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń591

Rzeka spływała z gór do rozległej kotliny okolonej wzgórzami. Dalej po kilku progach spadała na szeroką równinę i tworzyła wielkie rozlewisko usiane wyspami. Jego brzegi pokrywała bujna roślinność dająca schronienie licznej zwierzynie.

Wzgórza na lewym brzegu były podziurawione jaskiniami. Największa z nich składała się olbrzymiej komory i licznych korytarzy biegnących w głąb ziemi. Mieszkali w niej ludzie, których przodkowie przed laty przywędrowali od strony wschodzącego słońca.

Ich światem był lewy brzeg rzeki w promieniu kilku dni marszu. Nigdy nie odchodzili dalej, bo mnogość roślin i zwierząt nad rozlewiskiem zapewniała im pożywienie, a jaskinia bezpieczne schronienie. Nie znali też przeciwnego brzegu, bo rzeka w kotlinie – choć nie szersza niż na rzut kamieniem – była głęboka i pełna wirów, a na rozlewisku zbyt szeroka i zabagniona, żeby się przez nią przeprawiać. Żyli w małym, ale dobrze znanym świecie i nie czuli potrzeby zmieniania go ani szukania innego.

Czas jednak nie stał w miejscu i niósł nieuchronne zmiany.

Któregoś dnia jeden z jaskiniowców zauważył po drugiej stronie rzeki coś dziwnego.  Przycupnął pod krzakiem i wytężył wzrok. Na przeciwnym brzegu byli… ludzie. Siedzieli na kamieniach, pili wodę – odpoczywali. Pokręciwszy się chwilę, ruszyli i zniknęli za skałami.

Wtedy on pobiegł do swoich, niosąc wieść o obcych ludziach za wodą.

Współplemieńcy chcieli biegnąć, żeby zobaczyć przybyszów, ale powstrzymał ich mówiąc, że już poszli. Zrobiło się zamieszanie. Padały pytania o wygląd i broń obcych, lecz on nie potrafił o tym nic powiedzieć. Powtarzał tylko, co widział. W końcu w jaskini zapanowała cisza przerywana jedynie słowami „obcy ludzie”, cicho podawanymi z ust do ust.

Tamtego dnia świat jaskiniowców nagle się zmienił. Nigdy dotąd nawet nie umieli sobie wyobrazić jakichś innych ludzi, a tu oto ci „obcy” pojawili się tuż-tuż. Nic o nich nie wiedzieli, ale już sam fakt ich istnienia wywoływał niepokój. Ludzie zaczęli się bać oddalać od jaskini i nawet dzieci nie hałasowały jak zwykle.

Ten stan nie mógł trwać wiecznie, bo wkrótce zaczęło brakować jedzenia. Poszło więc kilku łowców na polowanie nad rozlewisko.

Gdy zeszli w dolinę, zauważyli dym. Podszedłszy bliżej, zobaczyli ognisko i kręcących się przy nim ludzi. Byli podobni do nich, ale drobniejszej budowy. Jaskiniowcy poczuwszy przewagę fizyczną, przestali się ukrywać.

Gdy podeszli bliżej, obcy chwycili za broń. Jeden z nich podbiegł kilka kroków, zamachnął się jakoś dziwnie oszczepem i rzucił. Oszczep upadł pod nogi ludzi z jaskini.

W odpowiedzi któryś z nich cisnął z całej siły swoim oszczepem. Nie dorzucił nawet do połowy odległości do obcych. Widząc to, tamci podeszli bliżej, wrzeszcząc i wymachując bronią. Wtedy jaskiniowcy uciekli, zabierając obcy oszczep.

Po powrocie opowiedzieli o spotkaniu i pokazali zdobyczną broń. Pokazali też z jak daleka została rzucona, zaznaczając kilkoma zaciosami drzewo rosnące w odpowiedniej odległości od jaskini. Co silniejsi zaraz popróbowali rzutów, ale żaden z nich nie dorzucił do drzewa.

Wtedy na gromadę padł strach przed nieznanym, uosobionym przez drobnych ludzi, którzy tak niewyobrażalnie daleko rzucali oszczepami. Jaskiniowcy znowu bali się odchodzić zbyt daleko i wkrótce głód zajrzał im w oczy. On przezwyciężył strach i wtedy wszyscy mężczyźni ruszyli hurmem nad rozlewisko, żeby wypędzić intruzów i odzyskać łowiska.

Nad rzeką nie było nikogo. Obcy odeszli, zostawiając tylko ślad po ognisku i kilka nadpalonych kości.


Mijały lata. Świadkowie spotkania z obcymi wymierali, ale pamięć o nim żyła w ludzkich głowach i opowieściach snutych przy ognisku. Przypominał je też oszczep przechowywany w jaskini. Z czasem stał się on obiektem szacunku i nikt nie dotykał go bez potrzeby.

Bywały jednak dni, gdy oszczepem rzucano, bo wszyscy młodzi mężczyźni chcieli spróbować swoich sił. Cała gromada obserwowała te próby i z nadzieją oczekiwała, że ktoś w końcu dorzuci do zaznaczonego drzewa. Nikomu się to nie udawało i wtedy powracał tamten strach sprzed lat. Po takich próbach łowcy wyruszający na polowania mieli oczy dookoła głowy, wypatrując nie tylko zwierzyny, ale i nieproszonych gości.

Ów strach zmaterializował się którejś wiosny w postaci dymów, które zasnuły rozlewisko. Zauważywszy je, zwiadowcy z jaskini podkradli się bliżej i zobaczyli obozowisko. Płonęły ogniska, kilka okrytych skórami chat już stało, inne były w budowie, a pomiędzy nimi krzątali się ludzie. Byli niżsi od miejscowych, ale ruchliwi jak mrówki i było ich dużo.

Jaskiniowcy, jak ich poprzednicy sprzed lat, przestali się ukrywać i podeszli bliżej. Wtedy przybysze ruszyli w ich stronę. Było ich wielu, krzyczeli i wymachiwali czymś nad głowami.

Po chwili koło tubylców furknęły kamienie. Ci rzucili się do ucieczki. Nagle jeden z nich krzyknął i upadł. Poderwał się jeszcze z twarzą zalaną krwią, ale znowu upadł. Nikt nie został, żeby mu pomóc.

Przerażeni łowcy opamiętali się dopiero w swojej jaskini, przynosząc hiobową wieść o przybyciu obcych. Gdy opowiedzieli o kamieniach nadlatujących z niewyobrażalnej odległości i śmierci towarzysza, gromada zamilkła. Nikt nie wiedział co robić, a oczy wszystkich zwróciły się na stary oszczep stający pod ścianą.

Wtedy ktoś wziął go, złamał i wrzucił do ogniska. Wybuchła wrzawa. Mężczyźni pochwytali broń i zaraz ruszyli w stronę rozlewiska.

Szli nie ukrywając się, więc obcy od razu ich zauważyli. Kobiety i dzieci uciekły w las, a w obozowisku zostali tylko uzbrojeni mężczyźni.

Jaskiniowcy z marszu ruszyli biegiem do ataku. Przywitał ich grad kamieni, od których kilku padło. Jednak dobiegli. W walce wręcz obcy nie mieli szans. Ginęli, cofali się i w końcu pierzchnęli w zarośla. Tubylcy zostawszy sami w obozowisku, zaczęli grabić i rozwalać chaty przybyszów.

Wtedy rozpoczęła się inna walka. Obcy wyskakiwali z krzaków w kilku miejscach jednocześnie, obrzucali z daleka jaskiniowców kamieniami lub oszczepami i uciekali. Rzucali bardzo celnie. Tubylcy próbowali ścigać ich, ale z mizernymi skutkami. Mniejsi przybysze lepiej poruszali się w gęstwinie i po wykrotach, atakowali po kilku jednego i przeważnie zwyciężali. Gdy jaskiniowcy wracali do zburzonego obozowiska, od razu wpadali pod grad rzucanych z daleka pocisków. Wtedy znowu gonili za obcymi, grzęźli w zaroślach i ponownie wracali.

Powtórzyło się to kilka razy i miejscowych było coraz mniej. Wzrost i siła dawały im przewagę w ręcznym boju na otwartym terenie, ale przybysze atakowali z daleka lub z zasadzki. Jaskiniowcy ginęli prawie bez walki i w końcu, zrozumiawszy to, rzucili się do ucieczki. Ścigano ich aż do wodospadu, zabijając pozostających w tyle.

W jaskini wybuchła rozpacz. Nie wróciła prawie połowa mężczyzn, a wielu ocalałych było rannych. Chociaż obcy nie weszli od razu do kotliny, to było jasne, że niebawem nadejdą. Co gorsza, gromada straciła najlepsze łowiska.

Po kilku dniach przybysze zaczęli pokazywać się w pobliżu jaskini. Jej mieszkańcy patrzyli tylko jak chodzili po ich ścieżkach i pili wodę z ich rzeki, ale bali się zaatakować.

Oprócz obcych nękał ich też głód. Na okolicznych wzgórzach było mniej zwierzyny niż nad rozlewiskiem i tylko drobna. Polowania dawały niewiele zdobyczy i powoli stawało się jasne, że przetrzebiona i odcięta od łowisk gromada długo nie przetrwa.

Należało albo wypędzić obcych, albo odejść, póki czas. Na walkę nikt się już nie odważył i któregoś dnia jaskiniowcy odeszli w stronę zachodzącego słońca – w stronę niebytu.

  Spis treści zbioru
Komentarze (9)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Znakomite opowiadanie, Marianie! Przypomina mi fabułę filmu "Walka o ogień" :)

W ten sposób narodziła się wojna, igrzyska oraz początek cywilizacji...
avatar
Myślenie w cenie od zawsze! Świetne.
avatar
Podoba mi się narracja, Marianie. Dobrze prowadzisz wątek. Nie zauważyłem też błędów. Brawo.
Mnie przypomina książkę o łowcach sprzed ponad 20.000 lat, którą dawno temu czytałem. (Nie pamiętam tytułu, autorem był chyba Czech).
avatar
Piórko, dziękuję za odwiedziny i komentarz.
Tak mnie nabrało na opowieści z jaskiniowych czasów.
W końcu to nieodległe casy i prawie je pamiętam.
avatar
Optymisto, dzięki za wizytę.
Podobno przez myślenie rodzi się postęp.
Pozdrawiam.
avatar
Hardy, dziękuję za przeczytanie mojego opowiadanka.
Widać czytamy podobną literaturę. Tamtą książkę napisał pan Storch (chyba Edward), a miała tytuł "Łowcy mamutów". Była tłumaczona na polski. Na pisał też drugą (przesylabizowałem ją w oryginale), a miała tytuł "Zahrada havranu".
Pozdrawiam.
avatar
Z wrażenia zrobiłem błąd. Napisałem "na pisał".
Przepraszam.
avatar
Swoim świetnym opowiadaniem przypomniałeś mi dawne czasy młodości, gdy czytałem podobne opowieści. Dzięki.
avatar
Dziękuję Ci a200640 za odwiedziny i miłe słowa.
© 2010-2016 by Creative Media
×