Przejdź do komentarzySzalety miejskie w Kielcach. Przewodnik. cz.6
Tekst 6 z 7 ze zbioru: Bizarre
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaartykuł / esej
Data dodania2018-11-24
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń163

W centrum miasta wiele jest kamer i jesteś potencjalnie zauważany, jeśli robisz coś nagannego, typu siuranko na przykład, dlatego warto pamiętać o tym, że istnieje możliwość załatwienia tego typu potrzeb w darmowym szalecie. Lekko niepokojące jest to, że gdy nadchodzi jesień, władze miasta uznają to za turystyczny odpływ, a mieszkańcy poruszają się od do, nie skręcając na boki. A potrzeby zaspokajają w domu lub w galerii handlowej, więc te bezobsługowe szaleciki są pozamykane na kłódki. I powszechna staje się praktyka, gdy odbijający się od drzwi tych przybytków robią to tuż obok – obsikane ściany szaletu to w takiej sytuacji normalność, a nie dewiacja. Trzymałeś tyle czasu z nadzieją, a tu dupa. Więc nigdzie dalej nie idziesz – i siur tu, co za różnica na zewnątrz, czy w środku?

Odradzam pytanie napotkanych funkcjonariuszy o lokalizację takich przybytków – dezinformują ( wiem to z doświadczenia). Patrol chętnie cię ukara mandatem, ale nie pomoże, gdy siły natury wzywają. Owszem, można szukać knajpy i zapłacić, ale trzeba mieć bilon, bo kartą takich drobnych należności nie uiścisz i trafiasz na kolejny problem do pokonania.

Nie jesteśmy aniołami – jemy i pijemy, więc to  co nie zostaje zużyte jako energia musi być wydalone. Jeśli jesteś poza domem, pojawia się pytanie: gdzie? Jak? Mnie samu zdarzyła się przygoda – sensacje żołądkowe w trakcie powrotu spod samolotu ( ul. Włoszka) na Czarnów, a wszystkie kible/szalety były pozamykane. Miejsca może i były przyjazne, ale papier! Całe szczęście bezrobotni organizowali wtedy marsz na Warszawę i informowali o tym plakatowo,  i taki właśnie plakat ocalił moje dupsko przed wstydem przy powrocie do domu. Pamiętam to i widzę jak zmieniło się to miasto przez ten czas  - dziś idę do szaletu, a nie sikam pod ścianą lub drzewem. Oczywiście, jeśli to możliwe, a szalet jest czynny.


To wiedza jest hermeneutyczna, bo przeglądając „Kielce. Wędrówki znakowanymi szlakami turystycznymi”, Kielce, 2018, żadnych informacji na ten temat nie znalazłem. Oglądasz, oglądasz, ale żadne procesy fizjologiczne w tobie nie zachodzą? – a do obejrzenia naprawdę wiele.

Ja sam wielokrotnie jakoś musiałem poradzić sobie z potrzebami natury i kontekstem sytuacyjnym. Czy siurałem pod drzewem i krzakiem? Tak, wielokrotnie. Także i tam, gdzie rosną pokrzywy. Szczyny i tak mniej przeszkadzają i szkodzą na chodniku, a na spodniach są mocno kłopotliwe. I taki obsikany, nawet przez policję, jest traktowany z dystansem. Więc lepiej gdzieś porzucić ten balast.


Ja mieszkam w Kielcach, zdeptałem chodniki wszystkich ulic w tym mieście. Ale gdy myślę o tych turystach… Bo jeżeli ja, miejscowy, czasem mam problem, to taki turysta, gdy siły natury wzywają, nie odnajdzie bezpiecznego…

I wszędzie jest to poważny problem. Bo jesteśmy ludźmi, przestrzeń wokoło nas  jest coraz częściej pogrodzona i robi nam się ciasno. Rodzą się niesnaski, konflikty.


Oczywiście zupełnie inaczej zostanie odebrane siuranko pana z brodą a’la talib, a inaczej pana Łukasza.


Jeszcze dwie uwagi. Nie wspomniałem o dwóch placówkach – jedna mieści się po drugiej stronie Kadzielni, przy wejściu do amfiteatru przy al. Legionów, a druga gdy przejdziemy przez Dąbrówkę po minięciu UW przy ul. Okrzei. Uwaga druga, którą dodałem już po ukończeniu tego tekstu: warto obejrzeć ten pomnik na Kadzielni zanim kielecki IPN doprowadzi do jego redukcji/okrojenia, bo są na nim sowieckie gwiazdy i orzełki bez korony.


Wszyscy cię zachęcają: zwiedzaj, bywaj, ale co jeśli…? Ten folder – „Kielce”. – w ogóle nie wspomina o tym aspekcie ludzkiej egzystencji.  No to wypo  czynek.  A ja cię nie przeklnę, jeśli mi nasikasz pod drzwi. Gdzieś trzeba.



  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Wiem, chwilę trwało wyemitowanie tego tekstu do końca, ale tak w praktyce wygląda "wykluczenie internetowe".
avatar
Bardzo ciekawie i niezwykle barwnie opisałeś najzwyklejszy w świecie problem. Pamiętam, jak w latach młodości nocą przemieszczałem się pieszo przez miasteczko na obrzeżach PRL. Kilka wypitych piw dawało o sobie znać, więc szukałem ustronnego miejsca, lecz go nie znalazłem. Stanąłem więc za kioskiem i gdy robiło się już zupełnie przyjemnie, niespodziewanie zatrzymał się przy mnie samochód. Myśląc, że to władza ludowa, szybko schowałem, chociaż jeszcze zupełnie nie skończyłem. Nie była to milicja, lecz kierowca pytający o drogę. Ale szkopuł tkwił w tym, że był to znajomy z mojej rodzinnej wsi.

Zbędna spacja po nawiasie otwierającym.
© 2010-2016 by Creative Media
×