Przejdź do komentarzyBrzytwa. Odc. 1
Tekst 4 z 13 ze zbioru: Dla panów 50
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2018-12-10
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń510

Wojtek, uczeń czwartej klasy renomowanego liceum, stał w łazience i przyglądał się swojemu odbiciu w lustrze. Przejechał parę razy ostrzem brzytwy po wiszącym obok ręczników pasku. Brzytwa, pamiątka rodzinna, zdobycz dziadka na Niemcach w 1945 roku: skrzynka z przyborami do golenia firmy Sollingen, rok produkcji 1944, dla piętnastu osób. Pędzle dawno się rozeszły, ale brzytwy zostały. Golili się nimi dziadek i jego bracia, ich dzieci i Wojtek. Dziadek miał tylko córkę, mamę Wojtka. Ojciec golił się normalnie, elektryczną maszynką.

Dzisiaj, albo nigdy, myślał, ściągając brzytwą pierwszy pas mydła z policzka. Po południu muszę porozmawiać z Mirką. Dziś jest wtorek, siódmy stycznia. Studniówka w sobotę pierwszego marca, ostatnią sobotę karnawału. Oby nie miała żadnych planów! Przez fejsa, to raczej nie wypada.

– Co ty się tam tak guzdrzesz? – Usłyszał zniecierpliwiony głos ojca. – Na randkę się szykujesz, czy co?

– Jeszcze chwilę! – odkrzyknął.

Ojciec trzy miesiące temu definitywnie wrócił z Niemiec. Przez ostatnie osiem lat przyjeżdżał na  święta, dwa razy zdarzył się dłuższy urlop w ferie zimowe. Jako fachman od wykańczania wnętrz w sezonie letnim miał najwięcej roboty. Pewnie nie wróciłby jeszcze, gdyby nie konflikt z sąsiadami. Lokator mieszkania obok systematycznie znęcał się nad którąś ze swoich dwóch kobiet, żoną albo córką. Nigdy nie rozgryzł ich relacji rodzinnych. Wezwał policję, sadystę aresztowano, ale po dwóch dniach wrócił. Sąd orzekł, że małżeństwa były zawarte poza granicami i sąd niemiecki nie może wtrącać się do relacji rodzinnych regulowanych obcym ustawodawstwem. Ofiary, wychodząc za mąż, wiedziały do jakiej rodziny wchodzą i jakie prawa przysługują wobec nich mężowi. Potem ojcu podpalono drzwi, policja odmówiła interwencji. Kiedy opowiedział o tym w pracy, został zwolniony za szerzenie propagandy rasistowskiej. Kumple powiedzieli mu, że w Polsce z jego umiejętnościami za pięćdziesiąt godzin pracy w tygodniu zarobi trzy czwarte tego, co w Niemczech za czterdzieści godzin. Zdecydował się na powrót. Szybko znalazł pracę. Trwało prosperity budowlane. Ale rodzina z trudem docierała się na nowo, czego najlżejszym objawem były poranne konflikty o dostęp do łazienki.

– No pospieszże się!

Wojtek skończył golenie, umył się, wytarł, spryskał dezodorantem, natarł twarz pachnącą wodą po goleniu, przemył umywalkę, ustawił, jak trzeba szczotkę do zębów, żeby uniknąć pyskówki o utrzymaniu porządku. Schował szybko do kieszeni dżinsów grzebień i brzytwę, i opuścił oblegane pomieszczenie.

Szybkie śniadanie, kurtka, buty, teczka i marsz do budy.


Na przerwie stali w grupie i analizowali wynik sprawdzianu z chemii.

– No dlaczego ona mi tego nie uznała? – Wściekał się Jacek. – Wszystko jest dobrze policzone.

– A co tu robi fosfor? – Zdziwiła się Agata, zaglądając mu przez ramię.

– Jaki fosfor?! To jest potas. Wszystko dobrze policzyłem, a ona mi nie zaliczyła.

– Potas ma symbol K, a fosfor P. Ty napisałeś P.

– Ale napisałem obok, że P to jest potas, bo nie pamiętałem symbolu. W końcu symbole są nieistotne, ważne, że masy i wartościowości się zgadzają.

– Jacuś! Czy ty masz nobla? – spytał Wojtek.

Jacek szeroko otworzył oczy.

– Bo widzisz, jak będziesz miał nobla z chemii, to inni będą stosować twoje oznaczenia. Dopóki nie masz nobla, to stosuj oznaczenia tych, co już mają nobla. Rozumiesz? Jakiś porządek musi być! Znaj swoje miejsce w szyku!

Rozległa się wesoła melodyjka zastępująca w tym liceum dzwonek.

– Następna lekcja. Fakultety – powiedziała Agata. – Ja lecę na biol-chem.

– Ja na matmę – powiedział Jacek.

– A ja na polski. Pa wszystkim – pożegnał kolegów Wojtek. – Mam sprawę po budzie.


Zajęcia fakultatywne z języka polskiego prowadziła tym razem studentka-praktykantka pod czułym nadzorem profesorki od polskiego, zwanej przez uczniów „Żabą”. Grupę fakultatywną stanowili uczniowie klas trzecich i czwartych. Były wśród nich dwie bliźniaczki z klasy trzeciej, Sławomira i Mirosława Grajcarzyk. Obie bardzo ładne szatynki, bardzo podobne do siebie, co podkreślały jednakowym ubiorem, miały jednak całkiem różne charaktery. Sławka, żywa, zalotna trzpiotka, zawsze otoczona gronem adoratorów, była przeciwieństwem spokojnej i nieco zamkniętej w sobie Mirki. Ale to właśnie poważniejsza Mirka była obiektem marzeń i westchnień Wojtka Kowala, chłopaka również nieco wyobcowanego, nie posiadającego serdecznych przyjaciół.

Tematem zajęć miały być fraszki Kochanowskiego.

– Kto przeczytał fraszkę „Do Wojtka” – spytała z drżącym uśmiechem studentka. Pani profesor powiedziała jej, że w grupie jest trzech Wojtków, więc temat może chwycić. Wstał Krzysiek, chłopak, który potrafił ze śmiertelnie poważną miną opowiadać najśmieszniejsze dowcipy.

– To może ja? – powiedział.

Studentka skinęła głową. Krzysiek otworzył czytnik e-booków i zaczął deklamować, przesadnie akcentując:


Do Wojtka

I owszem, miły Wojtku, zjednaj się z tą panią.

Niech nie woła za tobą, ani też ty za nią!

Chwalę cię, że tam w sercu nie chcesz nic zostawić,

Ale zaraz przyjaźni skutkiem chcesz poprawić.

Idź co rychlej, boć wieczór; a tego jednania,

Ile po rzeczy baczę, będzie do świtania.[1]


Studentka się zaczerwieniła a uczniowie zachichotali.

– Nie o tej fraszce myślałam.

– Jest jeszcze druga, ale chyba po czesku – odezwał się Wojtek.

– A jaka to fraszka? – studentka szeroko otworzyła oczy.

Wojtek przeczytał dwuwiersz:


Pytasz, nie teszno li mię tak samego siedzieć?

Teszniej mię, Wojtku, z tobą, kiedyś to chciał wiedzieć.[2]


– Dlaczego uważasz, że to po czesku? – spytała studentka.

– Bo imię Wojciech, Wojtek, Wojto występuje tylko w dwóch językach słowiańskich: polskim i czeskim. Wiem, bo mam na imię Wojtek i interesowałem się tym. Gdzie indziej jest Adalbert. Po polsku to nie jest…

– Dlaczego uważasz, że to nie jest po polsku?

– Bo po polsku mówię od urodzenia, a słowa „teszno” nie znam. I tekstu nie rozumiem.

­– Nie, no można się domyślić, między nami Słowianami – wtrącił się Krzysiek. – Powiedziała mu „spier…” – przełknął pół wyrazu – tylko chciała być grzeczniejsza, ale i tak wyszła siara. A w tej pierwszej fraszce, to jasne jest, że namawia kumpla, żeby przeleciał jedną panią, bo ona też chętna…

– Dość! – przerwała Żaba, mocnym głosem uciszając przechodzące przez klasę chichoty. – Porozmawiam z waszą wychowawczynią. – Proszę przejść do „Na nabożną”…

cdn.

[1] Jan Kochanowski „Fraszki. Księgi Wtóre”


[2] Jan Kochanowski „Fraszki. Księgi Wtóre”



  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Dobre pisanie, przeczytałam z zaciekawieniem :)
© 2010-2016 by Creative Media
×