Przejdź do komentarzySzalone wakacje (II cz.)
Tekst 2 z 20 ze zbioru: Powieść przygodowa
Autor
Gatunekprzygodowe
Formaproza
Data dodania2019-01-26
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń663

Szalone wakacje (II cz.)



Mira na początku z wiadomych względów czasowych sprzeciwiała się takiemu pomysłowi mamy, ale kiedy mama obiecała kupić jej jakiś T-shirt, zgodziła się natychmiast, złorzecząc sobie w duchu za swoją słabość. Jednak bez żadnego już ale popędziła wzdłuż straganów, strzelając oczami to na lewy rząd straganów to na prawy. I kiedy wypatrzyła dla siebie wspaniały, bo niesamowicie poszarpany i pognieciony trykot w kolorze khaki, to na moment zapomniała o wszystkich swoich problemach. Ba, nawet tak bardzo absorbująca ją sprawa pod kryptonimem „Zuza-komp” poszła w zapomnienie. Ogarnęła ją krótkotrwała amnezja. Dobrze że mama się zbyt długo nie opierała przed zapłaceniem za tę szmatkę (jak ją nazwała), bo Mirze groziłby zanik pamięci w dłuższym wymiarze czasowym.

Szczęśliwa i odziana w swój nowy odlot-ciuch wnet odzyskała pamięć i natychmiast pociągnęła mamę w stronę straganu z drewnianymi zabawkami. Odgadła dlaczego mama ociąga się z powrotem do domu. Dlatego po drodze oznajmiła jej, że za tak wspaniały zakup gotowa jest nawet do godziny dwunastej popracować za tatusia, gdyby ten nie był jeszcze gotowy ze sprzątaniem mieszkania. Na takie córki zapewnienie mama przestała się już ociągać i pomaszerowały równym krokiem do domu.

Pan Jerzy na widok swoich kochanych dziewczyn w progu uradował się bardzo, bo to oznaczało dla niego, i według niego oczywiście, że sprzątanie mieszkania może już zakończyć. Mimo że pokoju stołowego nie zdążył jeszcze odkurzyć. Ale to nic. Ważne, że czuł się już zwolniony z dalszej pracy.

Pan Jerzy sprzątanie mieszkania traktował zawsze jako zajęcie bardzo filozoficzne. A do wykonywania tego filozoficznego zajęcia potrzebny był mu spokój i odpowiednia muzyka. Jakiekolwiek zakłócenie tegoż odbierało mu ochotę do kontynuowania tego co zaczął.

Wejście żony i córki w progi domostwa ucieszyło pana Jerzego tym razem szczególnie. Przecież śpieszono mu było do swojego ukochanego Renusia. Czyli do samochodu, którego takim właśnie imieniem ochrzcił już przy jego zakupie. A był to francuski samochód marki „Renault-19”. Pan Jerzy wprost uwielbiał wszelkie prace związane z pielęgnacją Renusia. Z mechaniką było gorzej, ale od tego miał znajomego mechanika w pobliskim warsztacie samochodowym. I właśnie w samo południe miał odebrać z warsztatu swojego ulubieńca po najpotrzebniejszych reperacjach mechanicznych. A podreperowany stan Renusia wymagał przecież dalszej pielęgnacji i pieszczot. Dlatego pan Jerzy zamierzał oddać się tym zajęciom całym sobą.

— Ha, no to rodzinka znów w komplecie! — zawołał z uśmiechem, wyłączając odkurzacz. — A wy co, wykupiłyście pół targu? Tyle tego macie, że na to wygląda. Dajcie te kosze, zaniosę je do kuchni.

— Wszystko posprzątałeś tatusiu? — spytała Mira z nadzieją w głosie, podając ojcu kosz pełen warzyw.

— Prawie wszystko, wyobraź sobie. Zasuwałem jak stary rokowiec na rockowisku w rytm muzyki Perfectu i sprzątanie szło mi rockowo. Ooo… słyszysz? „Chcemy być sobą, chcemy być sobą jeszcze. Chcemy być sobą, chcemy być sobą wreszcie…” Grzesiu Markowski przypomina mi w odpowiednim momencie, że czas już abym był sobą… Dzięki stary! No, to jestem już sobą i… znikam zająć się Renusiem. A wy, dziewczynki, skończcie sprzątanie. Zostało tylko odkurzenie pokoju stołowego.

— A nie mówiłam?! — skomentowała pani Hania głosem zabarwionym znakiem zapytania i wymownie popatrzyła na Mirę.

— A co mówiłaś żono? — dopytywał się pan Jerzy.

— Nic nie mówiła, tylko myślała — odpowiedziała za mamę Mira. — Ale widać, że dobrze myślała.

— A cóż wy się takie tajemnicze zrobiłyście po tym targu? — dalej dopytywał się pan Jerzy. — Czyżby was tam jakiś mag jarmarczny zaczarował? No jasne. Nie mylę się. Po tobie córciu widać to od razu… Sponiewierał cię tymi czarami okrutnie. Twoja poszarpana bluzka o tym świadczy. Ale… że nie ma niczego złego, co by na dobre nie wyszło, więc zdaje mi się, że w tej poszarpanej i potroczonej bluzce, powinno ci się wspaniale sprzątać w rytmie hip-hopu. A więc: hop… hop… hop… No, jazda hiphopowcu! Heya! Bum-cyk-cyk… bum-cyk-cyk… tra-la-la-la… Ole`! I takim to miłym akcentem, żegnam was, moje kochane panie. Do zobaczenia, i to nie szybciej jak za dwie godziny. Paaa! Paparapa-paparapa-paparapa-pa-pa…! Hop, hop, hop szklankę piwa…!

Pan Jerzy podszedł do garderoby tanecznym krokiem, złapał za swoją saszetkę i w rytm wymyślonej przez siebie i wyśpiewanej wiązanki wokalno-tanecznej opuścił mieszkanie.

— Nic już nie mów mamusiu! — zawołała Mira, pękając ze śmiechu z ojca i z oniemiałej mamy. — Będzie tak, jak mówiłam. Za moją poszarpaną jarmarcznymi czarami bluzkę popracuję za tatusia. Słyszysz?! Halo, mamusiu, ocknij się wreszcie! Naszego rockowca już nie ma. Teraz przyszła pora na hip-hop. Za pół godziny odkurzanie zaliczę hiphopowo! Uwierz mi, „sponiewierana” córcia ci to mówi.

Ledwo wybiło południe, a Mira chowała już odkurzacz do schowka we wnęce przedpokoju. Sprzątanie było zakończone. Mira wyłączyła swój osobisty odtwarzacz CD i pobiegła do kuchni.

— Pani mamusiu, melduję posłusznie, że zadanie zostało wykonane! — zameldowała spocona bardziej z pośpiechu niż z wysiłku. — A teraz pójdę już do babci. Przygotuj wszystko co mam jej zanieść i popakuj to tak, abym mogła za jednym razem zabrać się ze wszystkim. Aha, najlepiej rozdziel to wszystko na cztery siatki, bo Zuza chce mi pomóc i też idzie.

— Przygotuj wszystko… ze wszystkim… to wszystko… Tak jest, zrozumiałam! — zameldowała tym razem mama i zasalutowała jak żołnierz. Po czym przyciągnęła do siebie Mirę i głośno cmoknęła ją w spocone czoło. — Idź do łazienki i przemyj twarz, bo pot ci kapie na tę twoją odlotowo-sponiewieraną szmatkę.

— Masz rację mamusiu. Pędzę pochlapać się trochę wodą i potem zadzwonię do Zuzy… A właśnie, będziesz gotowa za piętnaście minut z pakowaniem babcinego towaru?

— Będę, będę, co bym miała nie być — odpowiedziała mama z szerokim uśmiechem.

Mira pobiegła do łazienki. Nad umywalką przemyła twarz zimną wodą, przeczesała swój blond koński ogon i przesunęła go bardziej na czubek głowy. Potem owinęła go kilkoma frotkami w kolorze khaki i przypięła nad grzywką dwie różowe klamerki. Popatrzyła krytycznie na swoje odbicie w lustrze i stwierdziła zadowoleniem, iż wygląda całkiem uroczo. A to dzięki jej nowej wystrzałowo-odlotowej bluzce. Ta pochlebna ocena własnego wyglądu wprowadziła ją w jeszcze lepszy nastrój. Pomyślała, że w takim nastroju na pewno uda jej się tego dnia wiele zdziałać. Bo tylko dobry nastrój sprawia, że jest się pewniejszym siebie i odważniejszym. Tak, Mira wiedziała o tym doskonale. Jeszcze raz rzuciła lustrujące spojrzenie na uśmiechniętą Mirę w lustrze i głośno do niej powiedziała: — Masz kochaną mamę — i wyszła z łazienki.

Z łazienki Mira poszła prosto do swojego pokoju i zadzwoniła do Zuzy. Na szczęście Zuza była już gotowa i za pięć minut miała wspiąć się po schodach na drugie piętro. Mira była zadowolona. Jak na razie wszystko szło po jej myśli. Pobiegła do kuchni. Chciała sprawdzić czy mama spakowała już wszystko dla babci. W kuchni stwierdziła, że mama stanęła na wysokości zadania i cztery siatki pełne owoców i warzyw stoją przygotowane przy drzwiach.

— Kochana jesteś, mamusiu! — zawołała i pocałowała mamę w policzek. — To za tę wspaniałą bluzkę.

— Ile razy będziesz mi za nią dziękować? — zaśmiała się mama. — Ale muszę przyznać, że to miłe sprawić komuś przyjemność. Cieszę się więc razem z tobą, że to coś, co nazywasz bluzką, tak bardzo ci się podoba… O, ktoś dzwoni do drzwi. Otworzysz?

— To z pewnością Zuzka — stwierdziła uradowana Mira i pobiegła otworzyć drzwi. — Witam moją Zuzulkę! Dobrze że już jesteś. Łapiemy się za siaty i pędzimy do babci Michaliny… A potem… a więc potem… urządzimy sobie miłe popołudnie…

— Ty, Miruńka, ty mi tu nie zalewaj, tylko gadaj do rzeczy! — Zuza okręciła przyjaciółkę, aby dokładniej zobaczyć jej cud-bluzkę. — Skąd masz ten fajowy ciuch? No, gadaj!

— A z targu! Mama mi go kupiła. Za moją dzisiejszą harówę od świtu. Bo wiesz, kto rano wstaje, temu pan Bóg daje… No nie? Odlot-bluzunia, nie? Widzę, że ci się też podoba, bo oczy ci wyszły z orbit.

— No, no, no, pozazdrościć… i harówy i bluzuni.

— Ty mi niczego nie musisz zazdrościć, bo to wszystko jest w zasięgu też i twoich możliwości. Trochę się tylko postaraj, a ja już zaprowadzę twoją mamę i ciebie tam gdzie trzeba. Bo takich bluzek było tam multum. Jedna fajniejsza od drugiej.

— Mirunieczko kochana, a pomożesz mi moją mamę przekonać do takiego superowego ciucha? — skomlała Zuza z wypiekami na twarzy.

Zuzi tak bardzo spodobała się bluzka Miry, że nie mogła od niej oczu oderwać. Wreszcie sama zaczęła krążyć wokół Miry niczym jej satelita i z głośnym cmokaniem dotykać troków i frędzelków bluzki. Przy którymś już z rzędu okrążeniu kątem oka w drzwiach kuchennych zobaczyła głowę mamy Miry. Zawstydzona, zatrzymała się natychmiast i krzyknęła:

— Dzień dobry, pani Haniu!

— A witam cię, Zuziu! — odpowiedziała pani Hania i ze śmiechem podeszła do dziewczynek. — Widzę, że tobie też się spodobała ta nowa szmatka Miry. Nie martw się, jeśli twoja mama będzie chciała ci kupić nową bluzkę, to ja się wstawię za tobą, aby ci taką właśnie kupiła. Ale wiesz, musisz popracować nad tym, żeby w ogóle chciała.

— Wiem, wiem, pani Haniu. Popracuję nad tym, i to ostro, bo bardzo bym chciała mieć taką samą bluzunię.

— Ja ci pomogę, Zuzka. — Mira poklepała przyjaciółkę po ramieniu. — Wiesz, trzeba się śpieszyć, bo dziewczyny jak zwęszą te bluzki na targu, to może ich braknąć. Jak wrócimy od babci, to pójdziemy do ciebie i razem popracujemy, by na nią zarobić. W porzo, Zuza? No! A teraz chodźmy już.

Dziewczynki wyszły z mieszkania. I ledwie drzwi wyjściowe się za nimi zamknęły, Zuza napadła na Mirę, że już, że natychmiast, muszą iść na targ. Że muszą zaklepać przynajmniej taką jedną bluzkę do przyszłego wtorku, czyli do następnego dnia targowego. Że ona gotowa jest nawet rozwalić swoją świnkę, aby zapłacić zaliczkę dla pewności, iż tak wystrzałowy ciuch nie przejdzie jej koło nosa. Muszą więc najpierw iść do jej domu, a potem w te pędy na targ. Zuza uparła się i nie było wyjścia.

Mira nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy, ale musiała się zgodzić. Obawiała się, że jeśli się nie zgodzi, to sprawa pod kryptonimem: „Zuza-komp” zejdzie na plan dalszy. Znała Zuzę i wiedziała, że kiedy ona ma jakieś problemy, to zawsze, tym bardziej zanurza się w komputer, by o problemach zapomnieć. Chcąc nie chcąc, postanowiła więc pomóc Zuzi pozbyć się jej nowego problemu. A kiedy przypomniała sobie jeszcze, że z tego wszystkiego nie zadzwoniła do babci Michaliny, aby ją powiadomić, że już do niej idzie, to już bez żadnego ale zgodziła się pójść do mieszkania Zuzy.

Rodziców Zuzy na szczęście nie było w domu. Udali się na większe zakupy. Zuza mogła więc spokojnie zająć się „szlachtowaniem” świnki, a Mira telefonowaniem do babci. Obie szybko i sprawnie załatwiły swoje sprawy i zadowolone wyszły z mieszkania, pozostawiając w nim towar dla babci w depozyt. Zuza z miną zdobywcy poklepywała się po kieszeni dżinsów, gdzie wcisnęła cały swój majątek z „wybebeszonej” świnki. A Mira rozkoszowała się dobrą wiadomością od babci Michaliny.

Dziewczynki pobiegły na targ w tempie iście olimpijskim. Każdej zależało na czasie. Chociaż każdej z innego powodu. Na targu bez problemu załatwiły sprawę. Zuza wręczyła pani ze straganu dwadzieścia złotych zaliczki i zaklepała sobie bluzkę. Taką samą naturalnie jaką miała Mira, tylko żeby jej nie dublować i nie wyglądać jak siostry syjamskie, wybrała bluzkę w kolorze antracytu. Przypilnowała, aby pani ze straganu zapakowała ją do osobnej torby plastikowej i włożyła karteczkę z jej nazwiskiem i kwotą zaliczki. Potem obie w pełni usatysfakcjonowane opuściły targ. Nie biegnąc już, ale szybkim krokiem poszły w kierunku ich wspólnego domu. Pod domem Mira dokładnie sprawdziła, czy w oknie nie widać jej mamy, a kiedy z zadowoleniem stwierdziła, że nie, sprintem pobiegły do mieszkania Zuzy. Po krótkiej chwili, obładowane siatkami z towarem dla babci, maszerowały już na ulicę Moniuszki, gdzie mieszkała babcia Michalina.

— Mirka, tak się cieszę, że też będę miała taki super ciuch. — Zuza wkoło gadała o tym samym — Odwalę w domu najgorszą nawet pańszczyznę, byleby do wtorku wydębić od rodziców te nieszczęsne papierki na zapłacenie mojej kochanej bluzuni… Ty, czekaj, już chyba wiem co zrobię. Posprzątam piwnicę. Nieraz słyszałam jak mama narzekała na wielki bałagan w podziemiach naszej rudery... Dobra, dobra… nie rób takiej miny… w podziemiach naszej kochanej kamienicy. Pasuje? No… A więc myślę sobie, że po takiej kreciej harówce we wtorek zaprezentuję ci się antracytowo… Nie, nie z brudu. Ha, brudne to my obydwie będziemy, ale wcześniej. Bo ty, moja droga Mirabello, zadeklarowałaś swoją pomoc i to bez żadnego, o dziwo, przymusu. Chyba nie zapomniałaś już? No! Tak że wiesz, jak załatwimy twoją Michal… czewską babcię sportsmenkę, to bezapelacyjnie spuszczamy się do podziemia. W końcu to też i twoja piwnica.

— Słowo się rzekło, kobyłka u płota. — Mira potwierdziła chęć pomocy. — Ja będę sprzątała przejścia piwniczne, a ty waszą prywatną piwnicę. Ale nie musimy się aż tak śpieszyć. Jak nie zdążymy dzisiaj się wysmarować brudem piwnicznym, to wysmarujemy się w poniedziałek. Nie zapomnij, że w poniedziałek mamy tylko trzy lekcje, więc zaraz po szkole możemy zasuwać w piwnicy. Tak byłoby nawet lepiej, bo rodzice będą w pracy i nie będą nam przeszkadzać w naszej pracy zarobkowej. A jak wrócą do domu, to im oko zbieleje od czystości piwnicznej. Tak że ciuch masz pewny… No, to dotarłyśmy wreszcie do Stasia od Halki. To dobrze, bo mi już ręce pomału odpadają. Co ta moja mama Haniutka tam do tych siat napchała?

Dziewczynki weszły na klatkę schodową starej kamienicy numer osiem, w której na pierwszym piętrze mieszkała babcia Michalina.

Babcia Michalina po śmierci dziadka Karola, czyli od kilkunastu już lat, sama mieszkała w tej starej przedwojennej kamienicy w trzypokojowym mieszkaniu. Była emerytowaną nauczycielką wychowania fizycznego. Na emeryturze była już od dwóch lat. I była bardzo szczęśliwa z tego powodu. Mogła wreszcie odpocząć i oddać się swojej pasji. A pasję miała wielką. Kochała konie. Prawie codziennie jeździła swoim małym autkiem VW Polo do podmiejskiej stadniny i zajmowała się końmi. Zajmowała się, bo nie tylko na koniach jeździła. Z wielką przyjemnością robiła przy koniach wszystko. Dosłownie wszystko. Od czyszczenia stajni, poprzez przywożenie i rozwożenie obroku dla koni, ujeżdżanie koni, do odbierania porodów i pielęgnacji źrebiąt włącznie. Skąd się na tym wszystkim znała? — „Z miłości do koni” — mówiła zawsze. Od roku miała też swojego własnego konia. Wykupiła go z transportu do rzeźni, ocalając mu tym samym życie. A potem długie tygodnie leczyła go i pielęgnowała. Przebywała wtedy całymi dniami w stadninie. Ze swojej skromnej emerytury wydała masę pieniędzy na lekarstwa oraz środki pielęgnacyjne. Ale się opłaciło. Jej kochany podopieczny wyzdrowiał i stał się na powrót pięknym i dobrze ułożonym koniem.

Mira jako pierwsza pokonywała schody. Zuza szła za nią. Mira co rusz podciągała nosem, bo już na klatce schodowej było czuć przepysznymi babcinymi naleśnikami. Była bardzo zadowolona. Co chwilę oglądała się za siebie i patrzyła na Zuzę. Chciała sprawdzić, czy ona też czuje ten wspaniały zapach. Mira wiedziała, że Zuza lubi naleśniki, a już za naleśnikami babci Michaliny wręcz przepada.

— Ty, Mirka, czujesz ten waniliowy zapach? — odezwała się wreszcie Zuza, wciągając z lubością nozdrzami powietrze. — Mniam… ale bym sobie naleśniczki zjadła. Ten zapach mi je przypomina.

— No to może i zjesz. — Mira uśmiechnęła się tajemniczo i nacisnęła dzwonek u drzwi.

— Witam was, dziewczynki! — uśmiechnięta babcia Michalina stanęła w drzwiach.

— Dzień dobry, babciu!

— Dzień dobry, pani Michalino!

— Ale jesteście obładowane. — Babcia Michalina złapała się za głowę. — Co ta Hania wam napchała do tych siatek? Przecież ja chciałam tylko truskawki i jabłka. Och, ta moja córcia. Zawsze musi coś od siebie dołożyć. Dajcie te siatki i wchodźcie. Naleśniki na was czekają.

— A nie mówiłam?! — Mira zawołała z satysfakcją i popatrzyła na Zuzę. — Idziemy, idziemy babciu, za tobą i za tym zapachem, który już od klatki schodowej prowadzi nas do twoich drzwi. Ale jesteśmy głodne… na naleśniki.

— Cieszę się, bo nasmażyłam ich dzisiaj bardzo dużo. — Babcia Michalina wskazała na paterę pełniusieńką naleśników. — Chyba byłam zbyt zajęta rozmyślaniem nad moim chorym Gladiatorkiem i wszystkiego zamiast jedną miarkę, dałam dwie. Tak że możecie jeść do syta i jeszcze do domu weźmiecie.

— No właśnie babciu, co z Gladiatorem?

— Jedzcie, jedzcie, dziewczynki — powiedziała babcia i przysunęła paterę z naleśnikami oraz dzbanuszek z sokiem malinowym. — Pytasz Miruniu co z Gladiatorem? Na szczęście już prawie dobrze. Zwłaszcza od kiedy założyłam mu opaskę usztywniającą na chorą pęcinę. Już tak nie utyka. Miał naciągnięte ścięgno w tylnej lewej nodze. Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że to ja sama pośrednio przyczyniłam się do jego kontuzji. Chciałam być miła dla pewnej młodej studentki zoologii, która ma praktykę w naszej stadninie i pozwoliłam jej trochę pogalopować na Gladiatorze. A ona z pewnością przesadziła i pognała go cwałem, chociaż prosiłam ją, by tego nie robiła. Biedny Gladiator. Na pewno miał żal do mnie.

— Nie martw się babciu, Gladiator ci wybaczy. — Mira pocieszyła babcię.

— Myślę, że już mi wybaczył, bo jak dzisiaj rano byłam u niego, to znów mnie podszczypywał po ramieniu na znak przyjaźni.

— Ale pani jest odważna! — głośno oceniła Zuza z buzią wypchaną naleśnikiem.— Ja to się koni boję jak ognia.

— Wiem Zuziu, że miałaś w dzieciństwie wypadek z kucykiem i od tamtej pory pozostał ci lęk. Boisz się więc teraz wszystkich koni. Ale uważam, że zupełnie niepotrzebnie. Koń jest wielkim przyjacielem człowieka. Musiałabyś po prostu przełamać lęk i spróbować jeszcze raz. Warto, mówię ci.

— Mira też mi to zawsze mówi, że powinnam spróbować podejść do konia. No tak, ale co będzie, jak koń pierwszy zechce do mnie podejść? O rany! Wyrwałabym chyba stajenną bramę w ucieczce, i to z zawiasami.

— E tam… Zuza, aż tak źle nie będzie. — Mira zadowolona, że temat się rozwija szybko nałożyła przyjaciółce na talerz jeszcze jedną porcję naleśników. — Z pewnością uda ci się przełamać strach. Jestem tego pewna. Ja ci pomogę zaprzyjaźnić się z końmi, i babcia też… Prawda babciu? No widzisz, Zuza? Zobaczysz, jeszcze pokochasz konie, a może nawet załapiesz końskiego bakcyla tak jak babcia.

— Ojej, powooooliii! — Przestraszona Zuza zagulgotała zapchaną buzią, a ręka zadrżała jej tak mocno, że aż kawałek naleśnika spadł jej z widelca na dżinsy. — O, widzisz, jak mój organizm reaguje na konia? Od razu dostaję trzęsionki… Ale dobra, spróbuję. Tylko powoli i stopniowo. Bo samą mnie już to wkurza, że się boję i nie bardzo wiem dlaczego. A przecież nie należę do tych strachliwych.

— A wiesz, Zuziu, jak byłam w twoim wieku, to też spadłam z konia. I to wprost do rwącej rzeki — zaśmiała się babcia Michalina.

— Och, babciu, opowiedz nam o tej historii. — Mira aż podskoczyła z radości, bo temat nabierał coraz więcej rumieńców. A o to jej przecież chodziło.

— To było u mojego wujostwa we wsi Pilcz koło Kłodzka, gdzie co roku jeździłam na wakacje. Była tam stara klacz pociągowa. Nazywała się Kasztanka. Była to bardzo spokojna klacz, a i bardzo ociężała. Nie pamiętam już, czy była taka ze względu na wiek, czy też ze względu na jej wagę. A wagę to ona miała, że ho, ho! A do tego była ogromna. Dość powiedzieć, że wyglądała tak, jakby ją kto nadmuchał. Codziennie wieczorem razem z moim kuzynem Robkiem poiliśmy ją w pobliskiej rzece Białej Lądeckiej. Robek prowadził ją do rzeki za uzdę. Czasami na oklep jechaliśmy na jej grzbiecie. Ale muszę wam powiedzieć, że strasznie ciężko mi było wgramolić się na nią. No bo Kasztanka, będąc potężną klaczą, miała też bardzo szeroki zad. Podziwiałam zawsze kuzyna, że potrafił tak zwinnie wskakiwać na jej grzbiet. Rzucał jej polecenie: „Kasztanka-hop!” i Kasztanka posłusznie schylała swój duży łeb. Wtedy on, łapał za jej bujną grzywę, odbijał się nogami od klepiska, i hop… razem z impetem jej łba, podnoszonego przez nią na powrót do góry, lądował w szerokim rozkroku na jej grzbiecie. A ja, żeby się na nią wgramolić, musiałam najpierw wspiąć się na jej żłób. Potem Robek poleceniami: „wiśta… prrrr…” i tym podobnymi, nakierowywał jej zadem tak, aby mnie bez większego wysiłku wciągnąć za siebie, czyli na jej potężny zad. Pamiętam, że zawsze mnie nogi w kroku bardzo bolały. A moja kość ogonowa była zawsze tak poobijana o Kasztanki kręgi ogonowe i jej kość miedniczną, że jeszcze po powrocie do domu czułam to miejsce. Zwłaszcza w szkole, siedząc na twardej ławce. Pewnego razu, zachciało mi się samej napoić Kasztankę. Długo musiałam Robka prosić, aby się zgodził. W końcu uległ mojej prośbie i pomógł mi zasiąść klacz. Ale byłam dumna. Siedziałam przecież sama na grzbiecie konia i najnormalniej w świecie jechałam. Robek szedł obok i rozglądał się tylko czy nikt nie widzi. A muszę wam powiedzieć, że do rzeki trzeba było jechać dość stromo w dół, gdyż dom wujostwa stał na wzgórzu, a Biała Lądecka płynie w dolinie. Tryskałam radością. I to nic, że mnie pięty strasznie bolały od ściskania olbrzymiego brzucha Kasztanki dla zachowania równowagi. To nic, że mnie palce zdrętwiały od kurczowego trzymania się jej długiej grzywy. Wszystko to nic. Najważniejsze dla mnie było to, że jadę sama. Dumna jak paw dojechałam do rzeki. Wydałam Kasztance polecenie: „Kasztanka woda!”, a Kasztanka ani drgnie. I wtedy Robek wrzasnął: „Nuże ty głupia szkapo! Nie słyszysz co miastowa pani do ciebie mówi?!” i ręką jak nie trzaśnie Kasztankę w zad. Na to Kasztanka zareagowała natychmiast. Trzepnęła swym dużym łbem i momentalnie schyliła go do wody. A ja, niestety, straciłam równowagę i przeleciałam przez jej łeb. Zrobiłam efektowne salto w powietrzu i wylądowałam jak długa w rwącej rzece.

— Straszne! I co się pani stało? — spytała wylękniona Zuza.

— Na szczęście nic groźnego. Ale do końca wakacji nie usiadłam już na Kasztankę. Z prostej przyczyny, moja kość ogonowa nie pozwoliła mi na to. Bo gdy wylądowałam w rzece, uderzyłam się w to miejsce o wystający z dna głaz i potem długo nie mogłam normalnie siedzieć. Siedziałam albo na jednym pośladku albo na drugim. Najgorzej było podnieść się z takiej półsiedzącej pozycji albo się schylić. Pamiętam, że odczuwałam ból w tym miejscu jeszcze po wakacjach i nawet cały wrzesień byłam zwolniona z zajęć wychowania fizycznego. Ale w końcu ból minął i już w październiku zapisałam się do Szkoły Jazdy Konnej na pierwszy mój w życiu kurs jeździecki.

— No widzisz, Zuza? Czasami upadek to dobra rzecz. — Mira krótko skomentowała babci historię z Kasztanką i złapała za dzbanuszek z sokiem malinowym, aby polać Zuzi następną porcję naleśników. — Ty też powinnaś w końcu zapomnieć o swoim upadku z kucyka i innym okiem popatrzeć na konia. Bo sama widzisz, że twój upadek nijak się ma do upadku babci. Z kucyka do ziemi miałaś krótszą drogę lotu niż babcia z olbrzymiej Kasztanki do rwącej rzeki. I ty nie uszkodziłaś sobie osobistego ogona w zaniku, a babcia tak, i to na długo. Tak że wiesz, czas abyś wreszcie była Zuzą i pokazała innym, a przede wszystkim sobie, że na widok konia nie będziesz więcej trzepać dżinsami. No co, Zuza, przyswajasz?

— Przyswajam, przyswajam… aż od tego przyswajania motyle w brzuchu czuję… Cha, cha, cha! Widocznie przepoczwarzyły się z tych pysznych naleśników po wstrząsie mojego organizmu wywołanym przyswajaniem przede wszystkim tego, co ja tu sama przed chwilą nagadałam. Sama siebie podziwiam za to, że postanowiłam spróbować podejść do konia. A że nigdy słowa nie cofam, więc klamka zapadła… A niech mnie dunder świśnie! Moja odwaga mnie kiedyś wykończy.

Zuza zamilkła nagle, i wybałuszając oczy, patrzyła gdzieś w przestrzeń pozaokienną. Sama nie przypuszczała, że lęk do koni był w niej tak mocno zakorzeniony. Myśl o najbliższej przyszłości, i o tym, co musi w niej nieuchronnie nastąpić, przyprawiła ją o palpitacje serca. W myślach wściekała się też na swoją przeklętą naturę, która nie pozwalała jej na cofnięcie danego słowa. Do tej pory uważała, że to jej zaleta. Teraz ją przeklinała. Poczuła się nagle przepełniona. Sama już nie wiedziała czym. Czy naleśnikami, których zjadła na pewno ze cztery porcje, czy lękiem przed przyszłością — z koniem w tle. Zrezygnowała jednak z dalszego analizowania powodu przepełnienia, bo ni stąd, ni zowąd, zaczęło ją mdlić. Chciała wyjść na świeże powietrze. Natychmiast wróciła oczami zza okna i popatrzyła błagalnie na Mirę. Ale kiedy stwierdziła, że ta nic nie kapuje, kopnęła ją pod stołem w nogę i oczami wskazała drzwi wyjściowe.

Mira domyśliła się, że z Zuzą jest coś nie tak, kiedy ta milcząca i bez najmniejszego ruchu wpatrywała się w okno. Podświadomie od razu spojrzała w kierunku babci. Babcia zajęta jednak była sortowaniem owoców i warzyw. Mira zdała sobie wtedy sprawę, że w rozruszaniu Zuzy zdana jest tylko na siebie. Na szybko zaczęła wymyślać nowy temat do rozmowy. Nie chciała by Zuza tak bardzo przeżywała swój lęk. Z jednej strony żal jej było przyjaciółki, ale z drugiej strony wiedziała, czym taki jej lęk grozi. Niczym innym, jak zanurkowaniem w komputer. I już chciała się odezwać na temat jej trafnego wyboru koloru bluzki, gdy nagle poczuła kopniaka. Popatrzyła pytająco na Zuzę i wtedy właśnie Zuza mimiką twarzy nakazała jej zwrócić uwagę na drzwi wyjściowe babcinego mieszkania. Mira zlękła się, że zamiast osiągnąć jakiś widoczny rezultat w sprawie pod kryptonimem: „Zuza-komp”, nie osiągnęła nic. A może nawet, drążąc temat konia, pogorszyła sytuację? A może też, przez to długie siedzenie u babci Michaliny (świadomie przez nią przeciągane) Zuza poczuła się źle? Mira wiedziała, że Zuza nie przepada za generacją dziadków. A to tylko dlatego, że nie miała zbyt miłych doświadczeń ze swoimi dziadkami. Dziadków ze strony ojca w ogóle nie pamiętała, gdyż oboje zmarli w przeciągu dwóch lat kiedy ona była jeszcze bardzo malutka. Natomiast dziadków ze strony mamy, i owszem, znała, ale nie pałała do nich szczególnym sentymentem. Dziadek jeszcze przed jej narodzinami odszedł od jej babci Pauliny. Widziała go może ze cztery razy w swoim życiu. Nie wywarł na niej dobrego wrażenia. Babcia Paulina z kolei mieszkała zawsze z nimi. Znała więc ją doskonale. Aż nazbyt doskonale. Dlatego była na swój sposób szczęśliwa, kiedy dwa lata temu babcia wyszła za mąż za swojego nowego przyjaciela poznanego w sanatorium i wyprowadziła się do niego. Zuza nie miała nigdy dobrego kontaktu ze swoją babcią. Uważała, że jej babcia to typowy okaz egocentryka, przedkładającego swoje ja ponad wszystko i wszystkich. Oprócz pracy w bibliotece, całymi dniami zajmowała się tylko sobą. A całe swoje otoczenie zmuszała do akceptacji jej stylu życia i jej przeróżnych fanaberii. Potrafiła przesiedzieć w swoim pokoju całe popołudnie i wieczór, a w weekendy calusieńkie nawet dnie… i nic, tylko czytać i słuchać muzyki. Często nawet na obiad (ugotowany przez jej córkę albo zięcia) nie przychodziła do kuchni, tylko kazała sobie przynosić do swojego pokoju. Nigdy sama nie gotowała. Mówiła zawsze, że już się w życiu dość nagotowała, teraz kolej na młodych. Oprócz sprzątania własnego pokoju, nie robiła właściwie nic. Mało ją obchodziło, co się wokół niej działo pod wspólnym dachem. Dla Zuzy nigdy nie miała czasu. Ba, nie miała nawet ochoty ani cierpliwości z nią porozmawiać. Traktowała Zuzę jak zło konieczne, które burzy jej święty spokój i dezorganizuje plan dnia. Z pokoju jej zawsze dochodziła muzyka. Zuza czasami miała już po wyżej uszu babcinej muzyki. Bo babcia jak się nieraz uczepiła jakiejś piosenki, to potrafiła ją na swoim magnetofonie przez kilka godzin „piłować” w te i we w te. Dlatego jedyne, co Zuzi pozostało po babci Paulinie, to cytowanie niekiedy słów piosenek, słuchanych przez babcię. Słów, które bez udziału jej woli, same jej się w pamięć wgryzły.

Wszystkie te myśli na temat Zuzy dziadków przeleciały Mirze po głowie w kosmicznym tempie i ustąpiły miejsca na inne myśli. Mira starała się przypomnieć sobie, czy Zuza kiedykolwiek wyrażała się źle o babci Michalinie. Na szczęście nic takiego sobie nie przypomniała. No może tylko tyle, że Zuza nie paliła się zbytnio do częstych odwiedzin babci. Ale przeciwko samej babci właściwie nigdy nic nie miała. Te wnioski uspokoiły ją nieco. Ale co miała dalej robić, by Zuza na powrót dobrze się poczuła, tego nie umiała wymyślić. Znów popatrzyła na babcię, która ciągle była odwrócona plecami. Wbiła wzrok w jej plecy i w myślach błagała ją by się odwróciła i coś poradziła.

— No co, moje kochane, najadłyście się już do syta? — spytała nagle babcia Michalina, odwracając się do dziewczynek. — Bo jeżeli macie już dosyć naleśników, a może już was nawet zemdliły, to zrobię wam herbatkę miętową. Dobrze wam zrobi.

— O tak, babciu, prosimy! — Mira prawie wrzasnęła, ogromnie zaskoczona natychmiastową reakcją babci. — Babciu, ty zawsze wiesz najlepiej, kiedy, co, i jak.

— Miruniu, nie przesadzaj, aż taka wszechwiedząca to ja nie jestem — zaśmiała się babcia i nastawiła czajnik. — Ale to, to wiem, że po dużej dawce słodkości mięta jest niezbędna… No co, Zuziu, źle się czujesz?

— Ze mnie taki łasuch na naleśniki, że tyle ich wchłonęłam bezmyślnie, iż faktycznie teraz mnie mdli — odpowiedziała zawstydzona Zuza, ale w pewnym stopniu też i zadowolona, bo babcia Miry pośrednio wyjaśniła przyczynę jej złego samopoczucia.

Mdłości, choć to uczucie niemiłe, dla Zuzy nagle stały się paradoksalnie miłym uczuciem. A miłym dlatego, że jej chodziło o przyczynę, a nie o skutek, więc to, że naleśniki były przyczyną jej mdłości, a nie uśpiona do tej pory trwoga przed końmi bardzo jej odpowiadało. Ba, podtrzymywało ją nawet na duchu i dawało nadzieję.

— Nie martw się, Zuza, babcia już wie jak nam pomóc. — Mira uspokajała przyjaciółkę i sama aktorsko udała mdłości, łapiąc się za brzuch. — Prawda, babciu? Mięta zaraz postawi na nogi naleśnikowych żarłoków… I pomyśleć, że wszystkiemu winna jest jakaś tam studentka zoologii.

— Cha, cha, cha! Masz rację Miruniu — śmiała się babcia Michalina. — Bo gdyby nie ona, zjadłybyście o połowę mniej. No, to zabieram już ze stołu paterę i zabraniam wam jeść dzisiaj więcej naleśników. Całą resztę podzielę wam i weźmiecie do domu. I dopiero jutro możecie je sobie odsmażyć na patelni. Chyba że wasi rodzice jeszcze dzisiaj się nimi zaopiekują.

— Ja się dobrowolnie zrzekam całej reszty na rzecz Zuzy — oznajmiła Mira wspaniałomyślnie. — Wezmę tylko dwa. Jednego dla mamy i jednego dla taty.

— No coś ty, Mirka — Zuza zaprotestowała, ale bez większego przekonania, bo mdłości już jej pomału przechodziły.

— Zuza, wszystko pasuje. — Mira upewniła przyjaciółkę i pociągnęła łyk miętowej herbaty z filiżanki podanej przez babcię. — Moi rodzice aż tak bardzo nie przepadają za naleśnikami, a ja, będąc częściej u babci, mam też okazję częściej je sobie podjeść. Bo babcia dba o moje podniebienie. Spróbuj Zuza, pyszna herbatka. I od razu przynosi ulgę na przepełniony obżarstwem żołądek… Babciu, a skąd ty to wszystko wiesz? No wiesz, co szkodzi, a co pomaga… tego też się nauczyłaś u wujostwa na wsi?

— Nawet nie pamiętam, czy akurat tam się tego nauczyłam. Ale z pewnością nauczyłam się tam wielu cennych i potrzebnych w życiu rzeczy. Wieś Pilcz była dla mnie najpiękniejszym i najwspanialszym miejscem na ziemi. Nie obchodziły mnie żadne kolonie, czy obozy. I rzadko kiedy dawałam się rodzicom na nie namówić. A jak już byłam na jakiejś koloni albo obozie, to liczyłam dni, kiedy turnus się skończy i wrócę do domu. By po paru dniach, wyjechać do Pilcza i pozostać tam aż do końca wakacji.

— Babciu, a opowiedz nam jeszcze jakąś twoją przygodę z wakacyjnego Pilcza. — Mira zachęcała babcię, lustrując przy tym Zuzę, czy następna porcja opowiadania jej nie zaszkodzi.

Zuza, o dziwo, spokojnie popijała herbatkę i z uśmiechem patrzyła na babcię Michalinę, wyczekując jej opowieści.

Widok ten ucieszył Mirę bardzo. Zadowolona, sięgnęła po postawiony przez babcię termos z herbatą miętową i napełniła Zuzy i swoją filiżankę. Pociągnęła łyk i zaczęła mówić dalej:

— Bardzo interesuje nas (i tu wymownie popatrzyła na Zuzę), jak kiedyś nasi rówieśnicy spędzali wakacje. Jakie wspaniałe przygody przeżyła babcia Michalina… Przepraszam… wróć! Jakie wspaniałe przygody przeżyła Michalina… bo babcia wtedy przecież nie była jeszcze babcią… prawda, babciu? Mogę tak mówić o tobie z tamtych lat?

— Ależ oczywiście. W tamtych latach byłam przecież waszą rówieśniczką. Zatem, opowiadając o sobie historie z tamtych lat, będę mówiła o Michalinie w trzeciej osobie, jak o waszej koleżance. A więc posłuchajcie. Opowiem wam zabawne historie, jakie przytrafiły się Michalinie zaraz na początku jej wakacji w Pilczu. A działy się one o rok wcześniej niż ta feralna historia z pojeniem Kasztanki...



cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×