Przejdź do komentarzySzalone wakacje (I cz.)
Tekst 1 z 20 ze zbioru: Powieść przygodowa
Autor
Gatunekprzygodowe
Formaproza
Data dodania2019-01-23
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń771

Szalone wakacje (I cz.)



— Dość tego! — ze śmiertelną odrazą wrzasnęła Mira po długim wpatrywaniu się w monitor komputera. Po czym odepchnęła się od pulpitu biurka i odjechała na swoim fotelu na kółkach aż pod samo okno.

Zuza, która do tej pory siedziała milcząca na dostawionym taborecie kuchennym, już jakiś czas przypatrywała się swojej przyjaciółce. Znała ją doskonale. Wiedziała, że jej mina nie wróży nic dobrego. Ale żeby od razu tak wrzeszczeć? Przestraszyła się nie na żarty.

— Mirka, tyś już chyba na łeb upadła albo coś ci na łeb spadło, albo… już sama nie wiem co! Ale żeś mnie wystraszyła! Czego wrzeszczysz jak potępieniec? Gadaj lepiej od razu co ci leży na twoim organie wewnętrznym.

Mira milczała. Oparła swoją skołataną głowę na oparciu fotela. Nie wiedziała, co ma powiedzieć. Czuła, iż przesadziła swoją reakcją na migający monitor komputera, ale to samo jakoś tak z niej wylazło. Nie umiała się opanować. Kochała tę swoją zwariowaną cybernetyczną przyjaciółkę. Wiedziała, że komputer to jej pasja. Że wszelkiej maści gry komputerowe, to jej żywioł. Ale wiedziała też, że od jakiegoś już dłuższego czasu musi się bardzo zmuszać, aby zasiąść z nią do tego pudła i wlepiać ślepia w to migocące cacko. Była pewna, że to musi się zmienić. Tylko jak? Jak przekonać Zuzę, nie robiąc jej przy tym większych przykrości, że może by tak coś zmienić w ich życiu?

— Słuchaj Zuza! — Mira w końcu przerwała milczenie. — Czy nie uważasz, że my mamy za mało ruchu?

— A tyś chyba naprawdę na łeb upadła! — Zuza podskoczyła na taborecie jakby ją kto wrzątkiem polał. — Czy mało się naruszamy głowami i rękami… a nawet często i nogami, siedząc tu w pokoju? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ci się marzy inny ruch?!

— Ano marzy mi się — odpowiedziała Mira niepewnym już głosem, bo poczuła się zbita nieco z pantałyku. Ale zaraz dodała: — Może byłoby dobrze trochę urozmaicić nasz czas wolny? Nasz Wałbrzych taki piękny. Może byśmy częściej po mieście połaziły i trochę pozwiedzały, co? No wiesz, po prostu... no, trochę tego… trochę tamtego... trochę komputera…

— Mira, tyś chyba zwariowała z kretesem! Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że… że cię znudził już komputer? — powiedziała, a właściwie wykrzyczała Zuza, wybałuszając oczy. Lecz po chwili popatrzyła niepewnie na Mirę i ciszej już dodała: — A może to ja zaczęłam cię nudzić?

— Zuzia, ty mnie po prostu nie rozumiesz — westchnęła Mira, zatroskana reakcją przyjaciółki. — Wiesz dobrze, że to nieprawda. Nie masz prawa nawet pomyśleć, że mnie nudzisz. A komputer…? No wiesz, chciałabym jeszcze coś innego… oprócz komputera… Na rany kota! Zuza, czy to tak ciężko zrozumieć? A więc, jeszcze raz! Chciałabym oprócz komputera, jeszcze coś innego przeżyć. Coś dla ciała, jak to się potocznie mówi. Zuziu kochana, rozumiesz? Popatrz na mnie. Słyszysz? Mamy już po trzynaście lat, a wielkie NIC przeżyłyśmy do tej pory. Tylko szkoła, książki i… komputer. Czy nie czujesz, że to coś za mało? Nie masz takiego niedosytu? Bo ja mam, i to ogromny.

Mira przerwała na chwilę swoją tyradę i popatrzyła niepewnym wzrokiem na przyjaciółkę. Zobaczyła, że ta siedzi milcząca, ze spuszczoną głową i w ogóle nie zamierza odpowiadać. Mira zastanawiała się przez chwilę, co też jej po głowie może chodzić? Nie mogła jednak odgadnąć. Dlatego zaczęła mówić dalej, ale jeszcze łagodniej:

— Zuzieńko, przecież to dla naszego dobra. Wymyślmy wspólnie coś co urozmaiciłoby i upiększyło przynajmniej nasz czas wolny. Bo szkołę i obowiązki domowe to… wiadomo, żadne natchnienie, ani moje, ani twoje, ani nasze pospołu nie jest wstanie upiększyć. No co, Zuza, wymyślamy coś?

Zuza kręciła się nerwowo na niewygodnym taborecie i strzepywała zawzięcie niewidzialny pyłek ze swojej spódnicy. Wiedziała, że powinna ostro zareagować na słowa przyjaciółki, żeby ta nie pomyślała sobie, że wymięka i przyzna jej rację. Domyślała się od jakiegoś już czasu, że do podobnej sytuacji kiedyś musi dojść, gdyż coraz trudniej jej było zapędzić Mirę do komputera. Ostatnio Mira ciągle szukała jakiegoś pretekstu, aby ten moment opóźnić. A i sama przed sobą, musiała się też przyznać, że czasami, bardzo rzadko, ale czasami, przez ułamek sekundy, miała podobne myśli. Lecz gdy tylko zasiadała do komputera, zapominała o całym świecie.

— No to co chcesz robić? — przerwała milczenie i popatrzyła na Mirę, która z pytaniem w oczach świdrowała ją nieustannie. — Może wylecimy na podwórko ze śpiewem na ustach: „W co się bawić… w co się bawić…?” Albo: „Mało nas… mało nas, do pieczenia chleba…?”. Co, dobry pomysł?

— Przestań, Zuza! Nie kpij sobie ze mnie. Czy ty zawsze musisz wypluwać z siebie tyle sarkazmu? — Tym razem Mira zareagowała ostro, ale po chwili dodała już łagodniej: — Zuziu, proszę cię, chociaż postaraj się mnie zrozumieć. Albo nie, wróć! Spróbuj chociaż na moment zastanowić się nad tym, co ci tu teraz powiedziałam. Nie, nie teraz! Jak już będziesz w domu. A jutro wrócimy do tego tematu i już na spokojnie porozmawiamy sobie. Co, Zuza? Zgoda?

— A mam inne wyjście? Muszę się zgodzić, bo mi nie przestaniesz dziury w brzuchu wiercić — odpowiedziała Zuza z niezadowoleniem w głosie, ale już z udawanym bardziej niż prawdziwym.

Zuza klepnęła się po udach, po czym poderwała się z taboretu i szybkim ruchem myszki wyłączyła komputer. A widząc zmieszane spojrzenie Miry, zachichotała śmiesznie i zawołała:

— No już dobrze… już dobrze! — i zawyła (bo na pewno nie zaśpiewała. Zuza za grosz nie miała słuchu): — „Nigdy więcej nie patrz na mnie takim wzrokiem…”

— O rany! Zuza!

— No co się znów wydzierasz?! Chciałam tylko rozładować sytuację, bo patrzysz na mnie takim wzrokiem, jakbyś mi niechcący komputer na głowie roztrzaskała, i to jeszcze mój osobisty — zarechotała tubalnie, bo tak ją rozbawiła zniesmaczona mina Miry. — Już w porzo, Mira! Wyłączyłam komputer nie dlatego, że się na ciebie gniewam, tylko dlatego, że jakoś dziwnie sama straciłam ochotę na… A niech mnie…! Sama też nie wiem, co mi się stało? Ale już OK…! Jutro jest sobota, to będziemy miały więcej czasu, aby zastanowić się nad twoimi nowymi fanaberiami.

— Jesteś kochana! — Mira rzuciła się na przyjaciółkę z otwartymi ramionami. I już miała ją pocałować, ale pukanie do drzwi zahamowało jej przypływ euforii.

— Wszystko w porządku, dziewczynki? — spytała pani Hania, mama Miry, bezszelestnie otwierając drzwi pokoju córki.

— No nie, mamuś…! No jasne! — wykrzyknęła Mira, zdziwiona mamy pytaniem.

Pani Hania niespokojnym wzrokiem popatrzyła na obydwie dziewczynki. Podejrzewała, że coś jest nie tak, bo odgłosy dialogu dochodzące z pokoju córki to rzadkość. Najczęściej słychać pojedyncze słowa wykrzykiwane przez nie w emocjach, mające oczywiście ścisły związek z grami komputerowymi. Uśmiechnięte buzie dziewczynek uspokoiły ją jednak.

— To dobrze. To bardzo dobrze — powiedziała pani Hania, chowając głowę za drzwi i cichutko je zamykając.

— No widzisz Mira co narobiłaś?! — zachichotała Zuza. — Swoimi pomysłami wystraszyłaś nawet własną rodzicielkę.

Mira puściła słowa Zuzy mimo uszu, podeszła do regału z książkami i wygrzebała spod stosu książek album ze zdjęciami.

— Pamiętasz, Zuza? Rodzice już parę dni temu prosili nas, abyśmy oglądnęły zdjęcia z zeszłorocznego urlopu w Tunezji — powiedziała niepewnie i zerknęła na minę przyjaciółki.

— Łeee…! — skrzywiła się Zuza. — Następny twój poroniony pomysł… Ale dobra już. Dawaj go. Jak mus, to mus!

Dziewczynki usiadły na podłodze i pochyliły się nad otwartym albumem pełnym kolorowych fotek z Tunezji. To był ich pierwszy wspólny zagraniczny urlop. Wcześniej co roku jeździły na wakacje z rodzicami albo nad Bałtyk albo na Mazury. W zeszłym roku rodziców olśnił pomysł na wojaże zagraniczne i od razu wprowadzili go w czyn, zamawiając w biurze podróży dwutygodniowy urlop w Tunezji.

Rodzice obu dziewczynek byli zawsze razem. Dziewczynki nie dopuszczały do siebie nawet takiej myśli, że mogłoby być inaczej. Rodzice znali się już od szkoły podstawowej. Wszyscy mieszkali w pobliżu i bawili się nawet na tym samym podwórku. W liceum również trzymali się razem. Dopiero studia ich nieco rozdzieliły, bo każdy studiował co innego i w innym mieście. Jednak każde wolne, każdy możliwy weekend i wakacje spędzali razem. A co najdziwniejsze, od podstawówki tworzą te same pary. Ani na chwilę się „nie przetasowali”, jak to żartobliwie określał pan Michał, ojciec Zuzy.

Rodzicom tak bardzo przypadł do gustu urlop w Tunezji, że postanowili w tym roku również przetrzepać swoje kieszenie na tą tak zwaną: „inwestycję zdrowotno-wypoczynkową”. To słowa z kolei pana Jerzego, ojca Miry.

Obie dziewczynki nie podzielały jednak rodziców zachwytu Tunezją. Wolały już bodajże zimny i brudny Bałtyk niż gorące afrykańskie plaże. Oprócz lotu samolotem, nic na nie nie zrobiło wrażenia wartego wspomnień. Bo jak u licha miało im się tam podobać, skoro rodzice na przemian albo jednocześnie nie spuszczali je z zasięgu wzroku? I ciągle słyszały tylko wkoło: „Tu nie wchodźcie… Tam nie idźcie… Nie oddalajcie się…” I tym podobne nakazy i zakazy. Do obrzydzenia. Ciągle to samo. Wszystko też musiały robić na hasło. Było hasło: „do wody!” — to szły posłusznie do wody. Było hasło: „biegamy po plaży!” — to biegały spocone i zdyszane. Za rodzicami oczywiście. Nie było nawet mowy o tym, aby mogły chociaż raz mieć jakąś własną inicjatywę zabawy tylko we dwie. Wszędzie miały rodziców na karku. Aż do znudzenia. Nie to, żeby były złe za to na swoich rodziców. Obie wiedziały, że rodzice nie są apodyktyczni i wszystko co robili, to tylko i wyłącznie z troski o nie. Najwyraźniej, ale chyba bardziej podświadomie niż świadomie, nie czuli się do końca pewnie w tym arabskim świecie.

Perspektywa takiego urlopowania naszpikowanego zakazami i nakazami nie uśmiechała się dziewczynkom. Co już nieraz głośno wyrażały przed rodzicami. Jednak rodzice, prosząc je by oglądnęły wspólnie album ze zdjęciami z Tunezji, liczyli na to, że może te uwiecznione widoki z tunezyjskiej plaży promieniujące słońcem i kolorami, i te ich uśmiechnięte twarze wtopione tudzież w krajobraz rozświetlonej słońcem Tunezji — obudzą w nich jakieś miłe wspomnienia, a co za tym idzie, chęć ponownego tam pobytu.

Pomylili się bardzo. Oglądanie tych wspaniałych fotek (tylko z barw — jak to zgodnie dziewczynki określiły), przyniosło akurat skutek odwrotny, gdyż obie ze zdwojoną mocą postanowiły przeciwstawić się Tunezji.

— Precz z Tunezją! To znaczy, z urlopem w Tunezji! — krzyknęła Zuza i automatycznie zatkała ręką buzię w obawie przed rodzicami Miry.

— Masz rację — wyszeptała Mira, widząc oczami wyobraźni, któregoś z rodziców z przyklejonym uchem do drzwi jej pokoju. — Przynajmniej w jednym się zgadzamy bez niepotrzebnych przekomarzań.

— Ale wiesz, że to dopiero połowa sukcesu? — Zuza stwierdziła bardziej niż spytała, patrząc na Mirę. — Musimy teraz wymyślić argumenty nie do odparcia, aby staruszków zniechęcić do tej niechcianej przez nas eskapady tunezyjskiej.

— Wiem, wiem — odparła Mira. — Tylko nie zapomnij o tym, że ojciec za tydzień zamierza iść do biura podróży by opłacić ten nieszczęsny wyjazd. To znaczy, że mamy tylko tyle czasu na wymyślenie czegoś sensownego.

— Wystarczy! — oznajmiła niepewnie Zuza. Po krótkim jednak zastanowieniu dodała już pewniej: — Wprawdzie mamy tylko dwie głowy, a nie cztery, jak oni, ale spoko, damy radę! Co to dla nas, takich wspaniałych dzierlatek z czubkami na inteligentnych głowach?

— Ty lepiej skończ cytować mojego ojca i skup się bardziej, bo jest jeszcze jedna sprawa do przedyskutowania — ożywiła się Mira i jednocześnie szurnęła albumem pod łóżko, robiąc przy tym taką minę, jakby ją parzył. — Za dwa tygodnie zaczynają się wakacje. I skoro… wręcz histerycznie nie chcemy do Tunezji… to co właściwie chcemy?

— Sie rozumie, że coś musimy chcieć, ale dzisiaj dyskutować już nie będziemy. Bo dzisiaj, moja droga dzierlatko, padam na mój inteligentny czub ze zmęczenia — wysapała Zuza, wznosząc przy tym oczy do… sufitu. — Jutro o tym podyskutujemy, i to... ile wlezie. Okey?!

— Okey!

— To siemanko! Spuszczam się do swoich pieleszy — zakomunikowała Zuza, łapiąc się przy tym za głowę i kierując się w stronę drzwi. — Uff!!! Co za dzień! Głowa mi pęka. Czuję się tak, jakby mnie ktoś przez wyżymaczkę przepuścił. Co za dzień! Tak się namordować... Ufff!

— No, już nie przesadzaj aż tak — z serdecznym uśmiechem na twarzy odrzekła Mira. — No dobra, możesz już iść do domu. Tylko proszę cię, przemyśl wszystkie te sprawy przed spaniem, chociaż w połowie. Ale pamiętaj, wszystkie trzy sprawy… trzy… — Mira urwała nagle.

Zuza wprawdzie stała już przy drzwiach wyjściowych, ale zrobiła taki ruch i taką minę, jakby chciała podlecieć z powrotem do Miry i co najmniej ją udusić. Mira w te pędy schowała się na powrót w swoim pokoju. Zuza, udając że ją goni, potupała parę razy nogami o podłogę przedpokoju, po czym z diabelskim chichotem opuściła mieszkanie Miry.

Mira znała Zuzę doskonale i była pewna, że Zuzka jak wróci do domu (czyli do swojego mieszkania dwa piętra niżej w tym samym pionie), to chociaż na chwilę odpali swojego osobistego kompa. Zrobiło się jej trochę żal przyjaciółki. Ale zaraz w myślach pocieszyła samą siebie: — „Wszystko nowe rodzi się w bólach”. Bo że odstawienie Zuzy od komputera będzie bolesne, tego była pewna.

Mira wyłożyła się na swoim wygodnym łóżku. Chciała choć przez chwilę zająć się z swoimi myślami. Pozbierać je jakoś i poukładać. Od ich natłoku aż w głowie jej się kręciło. Zbieranie myśli przerwało jej jednak pukanie do drzwi.

— Wszystko w porządku córciu? — Tato Miry wsadził swoją dużą głowę przez uchylone drzwi.

— A dlaczego miałoby być inaczej? — pytaniem na pytanie odpowiedziała zaskoczona Mira. — Co z wami się dzisiaj dzieje? Przedtem mama, teraz ty.

— No bo co oznacza, ten… no wiesz… ten raban w przedpokoju, kiedy Zuzia wychodziła?

— Ach, to! To nic, trochę żeśmy się wydurniały.

— Aaa, rozumiem — powiedział pan Jerzy. I już miał wycofać głowę, ale przypomniał sobie, że jeszcze z czymś tu przyszedł. — Aha! Mama mówi, że za pół godziny robimy kolację. Może byś pomogła?

— Pomogę, ale najpierw idę na pół godziny zablokować łazienkę i będę szczęśliwa jak mi tam nikt nie będzie pukał.

Po kolacji Mira w końcu dotarła do swojego łóżka. I chociaż był to piątek wieczór i mogłaby godzinę dłużej posiedzieć, bo taki przywilej uzyskała od rodziców już prawie rok temu, to jednak dobrowolnie z niego zrezygnowała. Czym niesamowicie zaskoczyła rodziców. Mira chciała wreszcie być sama. Była zadowolona, że leżąc w łóżku, mogła nareszcie zebrać myśli. Miała przecież tyle do przemyślenia. Cisza i wygodna pozycja sprawiły, iż uspokoiła się prawie natychmiast a myśli jej zaczęły nabierać konkretów. Po przeanalizowania wszystkich myśli doszła do wniosku, że chociaż Tunezja i ewentualne plany na wakacje to bardzo ważne problemy, to jednak do ich rozwiązania może liczyć na pomoc Zuzy. Natomiast sprawa odstawiania Zuzy od komputera, to tylko i wyłącznie jej problem, z którym niestety sama musi się borykać. Pierwsze dwa problemy mogła więc odłożyć na razie na bok do późniejszego przemyślenia, a na już zająć się tylko sprawą pod kryptonimem: „Zuza-komp”. Mira tak właśnie w myślach nazwała tę problematyczną i wymagającą wielu zabiegów sprawę. Ale co tu wymyślić? Od czego zacząć? Pytania te wkoło powracały do jej skołatanej głowy i jakoś nic sensownego nie umiała wymyślić. Wiedziała jedno na pewno. Musi działać, i to jak najszybciej. Kuć żelazo póki gorące, bo zaparta Zuza to twarda sztuka. Nic jej jednak do głowy nie przychodziło. Już chyba ze dwie godziny tak leżała i dumała. I nic. Umordowała się własnymi myślami okrutnie. Złożyła błagalnie ręce i popatrzyła przez okno na oświetlone blaskiem księżyca niebo. Nocne niebo swoją powagą i spokojem przykuło jej uwagę tak bardzo, że nie mogła oderwać od niego oczu. Zaczęła doszukiwać się na niebie jakiegoś znaku. Wpatrywała się w jego bezkresną głębię. Wpatrywała się w olbrzymią tarczę księżyca w pełni. Wpatrywała się w każdą pojedynczą chmurkę przesuwającą się na tle srebrnego globu. Może któraś z chmurek swoim kształtem podpowie jej jakieś rozsądne rozwiązanie? A może w blasku księżyca dozna natchnienia? Natchnienie jednak nie przychodziło. Nie doszukała się też żadnego znaku na niebie… W końcu usnęła.

Rano Mira obudziła się jakoś dziwnie wypoczęta i spokojna. Od jakiegoś już czasu czuła, jak promienie słoneczne igrają na jej twarzy, wprowadzając ją swymi igraszkami w miłą błogość. Okno jej pokoju wychodziło na południowy wschód i zawsze, kiedy było bezchmurne niebo, już od samego rana pokój jej był skąpany w słońcu. Uwielbiała takie poranki i ten ogarniający ją błogostan. Zwłaszcza w weekend, kiedy nie musiała się zrywać z łóżka i mogła spokojnie rozkoszować się takim przebudzeniem. Gdy tak leżała z zamkniętymi oczami, przypomniało jej się nagle, że miała jakiś sen, i to dobry chyba sen, bo czuła się naprawdę bardzo spokojna i wyciszona. Zaczęła się głęboko zastanawiać. Wiedziała, że liczą się sekundy, aby sobie przypomnieć, bo potem, kiedy wstanie już z łóżka, będzie za późno. Sen, jak bańka mydlana, uniesie się gdzieś w przestrzeń i pęknie… poza zasięgiem pamięci. „Co to było?” — Mira intensywnie grzebała w swojej pamięci. I nagle ją olśniło. Przypomniała sobie. Śniło jej się, że była z babcią Michaliną na wakacjach, gdzieś na jakiejś wsi. Była piękna, słoneczna pogoda. Wędrowały tam po ukwieconych łąkach, przez które wiła się bajecznie błękitna mała rzeczka. W pewnym momencie znalazły się na przedziwnym, jakby w próżni zawieszonym nad tą rzeczką drewnianym, wygiętym w łuk mostku. I nagle… obie z głośnym śmiechem i z ogromnym wybiciem skoczyły z niego — wprost do błękitnej wody. Zaraz… zaraz! Lecz co to?! Mira oniemiała. Czuła jeszcze, że całe jej ciało wypełnione jest głośnym, serdecznym śmiechem. Uśmiechała się nawet na jawie do tego wspaniałego odczucia i do tych olśniewających wizji… A tu taki szok! Przecież to nie głowa babci Michaliny wynurzyła się z błękitnej i ozłoconej promieniami słonecznymi wody. Toż to… mokra i błyszcząca w słońcu głowa roześmianej Zuzy. — „Co to wszystko ma znaczyć? Co znaczy ten sen?” — Mira z przejęcia szeroko otworzyła oczy i próbowała w myślach odgadnąć znaczenie tych przemiłych i zaskakujących jednocześnie widziadeł sennych.

— Wiem… już wiem! Babcia Michalina…! - Mira z wrażenia wrzasnęła sama do siebie i z wielkim impetem wyskoczyła z łóżka.

Wiedziała już, co oznacza jej sen. Była z siebie dumna, bo do jego rozszyfrowania nie potrzebowała ani Freuda, choć wiedziała, co to za jaki i jak potrafi być pomocnym przy analizowaniu snów (nieraz przysłuchiwała się rozmowom mamy i pani Lodzi, matki Zuzy, które ze swoistym upodobaniem analizowały każdy sen, jaki tylko zdołały zapamiętać), ani też „Sennika Babilońskiego”, którego piękne i bogate wydanie pyszniło się w maminej biblioteczce. Z wielkim szczęściem w oczach i z nie do końca sprecyzowaną wdzięcznością popatrzyła przez okno na rażące złotem i błękitem niebo. Wiedziała już, co ma robić.

Mira ubrała się szybko i bezszelestnie wyszła z pokoju. Przystawiła ucho do drzwi sypialni rodziców. Było tam cicho jak makiem zasiał. Zadowolona weszła do kuchni i z wielką radością zaczęła nakrywać stół do śniadania. W myślach śmiała się sama z siebie, że przy takim zajęciu tryska radością. Pierwszy raz w życiu jej się to przytrafiło, bo przecież nie cierpiała prac kuchennych.

Kiedy stół był gotowy i gdy zaczęła już przygotowywać kanapki, usłyszała za plecami jakieś szmery. Podskoczyła wystraszona i momentalnie odwróciła głowę. To, co zobaczyła, przyprawiło ją najpierw w osłupienie, a potem wywołało atak śmiechu. W drzwiach kuchennych, w niedbale ubranych szlafrokach, stali rodzice. A stali w jakiś niesamowicie przedziwnych pozach, a do tego z szeroko otwartymi ustami i z wytrzeszczonymi oczami. Trudno było zgadnąć, czy na ich twarzach wymalowało się aż tak wielkie zaskoczenie, czy może był to już niepokój, albo wręcz strach.

— Cha, cha, cha...! Wielkie nieba! — Mira zarechotała donośnie. — A wy co tak stoicie jak dwa upiory? Jeden straszniejszy od drugiego. Zamknijcie już swoje rozdziawione buzie. A może też zobaczyliście jakiegoś upiora i to jeszcze straszniejszego niż wy sami?

— Chyba masz rację Miruniu — wysapał pan Jerzy, który pierwszy odzyskał rezon. — Ale może nam powiesz, co robi w kuchni o tej wczesnej porze i to jeszcze w sobotę ten straszny, ale bardzo kochany upiór?

— No jak to, co? — pytaniem na pytanie odpowiedziała ciągle rozbawiona Mira. — Nie widać tego? Przecież już dobre pół godziny ciężko pracuję w tym maminym przybytku.

— No, widać… widać! Aż zbyt realnie… widać. A to jest tym bardziej trudne do uwierzenia — zauważyła wciąż jeszcze zaskoczona pani Hania i niepewnym wzrokiem omiotła swojego męża, który tylko wzruszył ramionami i kroki swe skierował do łazienki. — Ale powiedz mi, bardzo cię proszę — zwróciła się znów do córki. — Co to wszystko ma znaczyć? Czy dzieje się coś, o czym powinnam wiedzieć? Co ci się stało, że dobrowolnie… no wiesz… sama przygotowujesz śniadanie?

— O rany, mamusiu, tyle pytań naraz?! I tylko dlatego, że raz chciałam wam zrobić niespodziankę? — W odpowiedzi Mira znów użyła formy pytającej. — Mamusiu, naprawdę nic złego się nie dzieje. Po prostu wyspałam się dobrze, bo przecież wiesz, że poszłam wczoraj szybciej do łóżka, a że słońce nie dało mi dłużej pospać, to musiałam ze sobą coś zrobić. No nie? Jestem więc tutaj.

Mira skłamała jednym tchem i szybko odwróciła głowę, gdyż poczuła jakieś dziwne uderzenie ciepła na twarzy. Nie zastanawiała się wiele, otworzyła na oścież lodówkę i wsadziła do niej głowę.

— No już dobrze! — zawołała pani Hania, chcąc ucałować córkę. A że ta ciągle trzymała głowę w lodówce, poklepała ją tylko po jej wygiętych w łuk plecach i dodała z wielkim uczuciem w głosie: — Wiesz, Miruniu, takich twoich słonecznych przebudzeń życzyłabym sobie o wiele… wiele więcej.

— Okey, mamuś, porozmawiaj o tym ze słońcem — powiedziała Mira dudniącym głosem jak ze studni i wylazła w końcu z lodówki, trzymając w ręku kiełbasę i ser. — A teraz idź do łazienki to skończę te kanapki. Potem ty zrobisz coś do picia a ja na pięć minut wskoczę do łazienki. Nie będę przecież jak kopciuch siedziała tu z wami przy stole.

Kiedy rodzice wyszli już z łazienki, Mira ustawiła na stole artystycznie wykonane przez siebie kanapki i szybko czmychnęła w opuszczone przez nich miejsce. W iście kosmicznym tempie wykonała poranną toaletę, przemywając twarz tylko zimną wodą. Wciąż czuła dziwną ciepłotę. Wycierając twarz ręcznikiem, popatrzyła na swoje odbicie w lustrze i w myślach nakazała sobie cierpliwość i determinację oraz życzyła sobie powodzenia w sprawie pod kryptonimem „Zuza-komp”. Rzuciła ręcznik na wannę, zrobiła głęboki wdech, i wyszła z łazienki.

— No i jak?! Podoba wam się moje dzieło? — spytała, wchodząc do kuchni i patrząc na uśmiechnięte twarze rodziców.

— Nie tylko się podoba, ale też pysznie smakuje — z pełnymi ustami zakomunikował tato. — Wiem, że to nieładnie wcześniej sobie podjadać zanim usiądzie gospodyni do stołu, ale jakoś dzisiaj po tych wczesnoporannych emocjach, poczułem się tak okrutnie głodny, że pozwoliłem sobie na mały nietakt i pochłonąłem już jedną kanapkę… No, OK… dwie. Przyznaję uczciwie i proszę o wybaczenie naszą zdolną i… — nie skończył, bo nagle zaczął się krztusić trzymaną w ustach kanapką.

— No pięknie! — wrzasnęła pani Hania, po czym momentalnie doskoczyła do męża i zaczęła walić go po plecach. A kiedy stwierdziła, że już wszystko w porządku, że mąż więcej udaje niż faktycznie się zakrztusił, zmierzwiła mu włosy i pogroziła palcem. — Ty, ty, tatusiu! Ładny przykład dajesz swojej latorośli!

— Nic się nie stało. Latorośl wybacza tatusiowi — ze śmiechem oznajmiła Mira. — Ważne, że moje dzieło jest zjadliwe i… wykrztuśne zarazem.

Po chwili wszyscy już spokojnie siedzieli przy okrągłym stole kuchennym i w miłej rodzinnej atmosferze pałaszowali śniadanie-niespodziankę. Nawet dla samej Miry było ono niespodzianką, bo nie spodziewała się, że na coś takiego, jak samodzielne zrobienie śniadania, będzie ją stać. Ale co się nie robi dla dobra sprawy. Lecz tego akurat rodzice nie musieli wiedzieć.

Pani Hania przywiązywała wiele wagi do rodzinnych wspólnych posiłków. Zwłaszcza do weekendowych śniadań. Bo właśnie do śniadań w dni robocze nie zawsze udawało jej się wszystkich jednocześnie spędzić do stołu. A wcale nie rzadko było i tak, że to ona sama niestety była głównym powodem, iż nie zasiedli wspólnie do stołu. Miała z tego powodu często wyrzuty sumienia. A wszystkiemu winne było przede wszystkim to jej niezdecydowanie w co się ubrać. Było to wstrętne uczucie i okropnie denerwujące. A co najgorsze, zabierające sporo czasu, gdyż często bywało tak, że parę razy musiała się przebierać, zanim zdecydowała się w czym wyjdzie do pracy. A do tego wszystkiego, ten czas poranny przed wyjściem domowników z domu zawsze był jakoś, nie wiedzieć czemu, niesprawiedliwie krótki. Pani Hania była więc bardzo szczęśliwa, kiedy tak siedzieli sobie przy stole całą rodzinką w komplecie, posilali się i rozmawiali na różne tematy.

— Może by tak jeszcze jogurciku truskawkowego? Kto ma ochotę? Wczoraj wieczorem sama zrobiłam. — Pani Hania popatrzyła pytająco na swoje ukochane istoty, i nie czekając na ich odpowiedź, zerwała się od stołu i podeszła do lodówki. — Jogurcik… palce lizać… mówię wam.

— Och, ja bardzo dziękuję, jestem już pełniusieńki — wysapał pan Jerzy i puścił oczko do Miry.

— Ooo… ojej… a to co się stało?! Tylko pół dzbanka zostało. Kto…? Kiedy…? — Pani Hania z niedowierzaniem w głosie cedziła słowa i wpatrywała się w otwartą lodówkę jak w ołtarz.

— Uspokój się już kochana i wyłaź z tej lodówki, bo kataru się tam nabawisz. Tyle pytań zadałaś, jakbyś chciała pół armii odpytać, a to tylko ja, twój kochany mąż, wytrąbiłem w nocy pół dzbanuszka, aż furkotało… palce lizać… masz rację. Ale sama sobie jesteś winna, bo mnie samego zostawiłaś z tym strasznym horrorem amerykańskim i usnęłaś w objęciach Morfeusza. Po tym ohydnym filmie poczułem się jakoś… nie tego… no, nieswojo. Musiałem więc przed udaniem się w twoje ślady poprawić sobie nastrój. Udałem się zatem najpierw do lodówki… no i efekt mojego grzebania w lodówce masz właśnie przed oczami. No, ale trzeba przyznać, że jogurcik… cymes! Od razu podreperował moje skołatane samopoczucie. Potem, gdy już doczłapałem do łóżka, wcisnąłem się w twoje objęcia i usnąłem momentalnie. Jak niemowlaczek.

— Co za zwariowana rodzinka! — ze śmiechem zawołała pani Hania. — Ale kocham was bardzo i jestem szczęśliwa, że należę też do tych wariatów. Mira wyciągnij z kredensu dwie szklaneczki, napijemy się jogurciku za tatusia zdrowie, bo tatuś za nasze zdrowie wypił już w nocy.

— Sie robi, pani mamusiu! — Mira zasalutowała jak żołnierz i wyjęła szklanki, a podając je mamie, nachyliła się do tatusiowego ucha i szepnęła: — Nie martw się tatko, dam ci parę razy łyknąć.

— Wiesz, żono, podziwiam swoje zdolności wychowawcze — śpiewnym głosem powiedział pan Jerzy i cmoknął Mirę prosto w nos. — Wychowałem córkę jak się patrzy!

— Mniam… pychota! Nic dziwnego, że tatusia aż do tej pory trzyma dobry nastrój. No, łyknij sobie trochę. Im dłużej głowa rodziny będzie miała dobry humor, tym więcej skorzystają na tym pozostałe jej członki. No… jeszcze jeden łyk… kochana głowo…

— No a szyja rodziny...? O, telefon…! Ja odbiorę! — Pani Hania nie skończyła zadawać pieszczotliwego pytania, bo pobiegła do pokoju stołowego odebrać telefon. — A witam cię, mamuś… Nie… nie przeszkadzasz, już zjedliśmy…

— Och, coś takiego! Babcia Michalina! — wrzasnęła Mira z takim przejęciem, że pan Jerzy aż podskoczył i oblał sobie całą twarz podkradanym żonie akurat jogurtem. — Mamusiu… jeszcze ja… ja chcę rozmawiać z babcią…

— Poczekaj… poczekaj mamuś…! Chryste, Mira! — krzyknęła pani Hania i zaczęła machać ręką tak, jakby się chciała opędzić od natrętnej muchy. Bo Mira próbowała wyrwać jej słuchawkę z ręki. — Ja jeszcze nie skończyłam rozmawiać z babcią. Najpierw ja... potem ty… w porządku?! Nie… nie, to nie do ciebie mamuś, to do Miry, bo ona koniecznie chce z tobą akurat teraz rozmawiać… Tak… tak jak mówiłam. Zaraz wychodzę na targ… Nie, nie musisz… dostarczę ci sama do domu. Wszystko już? No, to do zobaczenia! I już ci daję Mirę, bo ona już mi nawet wzrokiem słuchawkę wyrywa.

— Cześć, babciu…! — Mira pełna emocji wrzasnęła do słuchawki, ale zaraz momentalnie ściszyła głos i konspiracyjnym szeptem spytała: — Babciu, mogę dzisiaj ciebie odwiedzić? Taaak? Jesteś super…! Nie… nie teraz… zadzwonię jeszcze do ciebie i powiem kiedy. Tak…? Dobrze… ale na pewno nie będę ci przeszkadzać? Nie…? Kochana jesteś! Aha, babciu… ja mam jeszcze jedną prośbę… no więc chciałabym cię prosić… no wiesz… czy mogłabyś zrobić te twoje pyszne naleśniki? Taaaak? Jesteś najlepszą babcią na świecie, naprawdę… Nie, nie przesadzam… to prawda. No to zadzwonię później. Pa, babciu!

Mira skończyła rozmawiać z babcią Michaliną, ale nie od razu odłożyła słuchawkę na miejsce. Ściskała ją w ręku tak mocno, jakby to co najmniej babcię z miłości ściskała. — „Ta moja babcia jest naprawdę kochana” — pomyślała — „Co za telepatia”.

Już nieraz tak było, że jak Mira potrzebowała czegoś albo było jej smutno, to ni stąd, ni zowąd, babcia zjawiała się personalnie albo telefonicznie i zawsze przychodziła jej w sukurs.

Mira roztkliwiona własnymi spostrzeżeniami, odłożyła w końcu słuchawkę. — „No, to pierwszy krok został zrobiony” — pomyślała jeszcze i wyszła z pokoju.

— Jezu Chryste! A tatusiowi co się stało?! — wrzasnęła, wchodząc do kuchni i widząc jak mama zmywa twarz ojcu.

— Nic, nic… tatuś robił sobie właśnie maseczkę odżywczą — parsknęła śmiechem pani Hania. — Stwierdził, że ma dwie kobiety i musi się im podobać… A ty…? Co tam tak szemrałaś z babcią?

— Nic takiego… po prostu chciałabym dzisiaj babcię odwiedzić. Co, mogę? Nie macie nic przeciwko?

— Zaraz… zaraz… — głośno zastanawiała się pani Hania. — Noo, chyba możesz iść, bo wczoraj jakimś dziwnym trafem udało ci się wszystko zrobić, co od ciebie chciałam. Nawet swój pokój zdążyłaś posprzątać przed przyjściem Zuzi… Możesz iść. A o której godzinie chcesz iść?

— Dzięki! Jeszcze nie wiem o której… ale może masz coś, co trzeba by było babci zanieść… to ja… wiesz… z chęcią zaniosę — wydukała Mira i z obawą popatrzyła na rodziców, czy oni, co nie daj Bóg, czegoś nie podejrzewają. Ich ciągle uśmiechnięte miny uspokoiły ją. — Podsłuchałam, że mówiłaś babci przez telefon coś o targu. Trzeba coś babci kupić i zanieść?

— Babcia potrzebuje truskawek i jabłek. Ale ja zaraz wychodzę na targ, bo też potrzebuję różnych warzyw, no i… chyba jajek jeszcze i miodu, to jej kupię. A prosto z targu pójdę do niej i zaniosę.

— Nie… poczekaj… to przecież ja mogę zanieść jej to wszystko do domu — oznajmiła Mira. — Nie będziesz musiała wszystkiego tachać. Albo jak chcesz, to pójdę z tobą na ten targ. No jak, chcesz?

— Może to i niegłupie…? W porządku, ubieramy się i wychodzimy. A ty (pani Hania zwróciła się do męża) za ten czas zadbaj o to, aby nasz przybytek rodzinny nabrał lśniących kolorów.

— Łeee… — skrzywił się pan Jerzy. — Przecież wiesz, że o godzinie dwunastej muszę odebrać nasz samochód z warsztatu.

— No, to akurat wszystko pasuje — stwierdziła pani Hania z miną znawcy. — Jest dziewiąta, dwie godziny sprzątania i potem możesz iść.

— Dwie godziny…? Na ten metraż? Za ten czas, mogę co najwyżej zadbać o kolory, ale czy one będą lśniły, to śmiem wątpić.

— Ja jednak wierzę w ciebie, jak zwykle zresztą — stwierdziła znów pani Hania i cmoknęła męża w czoło. — Gdzie ta Mira?... Mira! Jesteś już gotowa?! Wychodzimy!

— Już, już, mamusiu… już idę! Kończę rozmawiać z Zuzą! — Mira uspakajała mamę, wykrzykując ze swojego pokoju.

Mira jak tylko zobaczyła, że rodzice są zajęci sobą i przekomarzaniem się na temat sprzątania mieszkania, postanowiła w te pędy wykorzystać ten moment i pogadać z Zuzą. Musiała się zorientować przecież jak wygląda sytuacja dwa piętra niżej. Czy przypadkiem nie zaistniało tam coś, co by zniweczyło jej plany. Cichutko, na palcach pognała do swojego pokoju. Złapała za swój osobisty telefon i wybrała numer Zuzy.

— Siemanko, Zuzieńko! — zagaiła bardzo delikatnie. — Jak tam, już po śniadanku? Aaa… to dobrze… wiesz... miałabym do ciebie taką tyciu-maluteńką prośbę. Mama kazała mi zanieść babci jakieś tam rzeczy, a że tego jest multum, to bym musiała aż chyba ze trzy raz pedałować w tę i we w tę… tam i z powrotem, więc… no wiesz… czy nie miałabyś ochoty pomóc swojej kochanej przyjaciółce? Co, Zuzia…? Co ty tam mówisz…? Nie, nic mnie nie postraszyło… Jak pomożesz mi odwalić to zadanie, to obiecuję ci też coś miłego dla ciebie zrobić… Co tam tak zgrzytasz zębami? Aaa… głośno i intensywnie myślisz… To dobrze… myśl, byle szybko… Mama na mnie już z koszami w przedpokoju czeka… Zmusiła mnie, żebym z nią szła na targ… Że co? Że nie posprzątałaś jeszcze swojego pokoju…?! Zuza, ażeby cię licho… to coś ty wczoraj robiła po lekcjach? Do mnie przyszłaś dopiero wieczorem… No dobra, już dobra, nie musisz się przede mną tłumaczyć… wiem o tym… nie jestem twoją staruszką… i chwała Bogu, bo bym cię stłukła na kwaśne jabłko. Zuza, jak pragnę zakwitnąć, daj sobie kopa i rusz się, masz dwie godziny czasu na sprzątanie i pomoc domową. No więc do roboty!... Że co…? Że ugryziesz mnie w ucho? Przykro mi, moja ty marudo, teraz możesz mi co najwyżej do niego nachuchać… Ale już poważnie, Zuza! Pędzę na ten przeklęty targ, jak wrócę, to zaraz do ciebie zadzwonię. A ty bądź kochana… i do galopu! No to bywaj! Ufff!!! Ciężki kaliber z tej Zuzy. — Mira wysapała już tylko do siebie, odkładając słuchawkę. Po czym szybko wybiegła z pokoju.

— No, nareszcie jesteś! Zakładaj buty i idziemy zakomenderowała pani Hania. — A ty, Jerzy, do dzieła!

— Biedny tatuś! Duże dzisiaj masz to dzieło. Oj, jak mi ciebie szkoda. Nie dość, że mieszkanie musi być wysprzątane, to jeszcze musi lśnić — powiedziała Mira z udawanym współczuciem i posłała ojcu całusa.

— Dziękuję ci córuniu za wyrazy współczucia — odrzekł pan Jerzy i również pocałował powietrze. — Ale coś mi się zdaje, że jedyne co będzie dzisiaj lśniło, to moje auto, bo zamierzam go wypucować z wielkim namaszczeniem… No, wynocha już wreszcie z domu!... Aaa siooo! Czas mnie nagli, a wy mi tu przeszkadzacie.

— Meldujemy posłusznie, że już nas nie ma! — Mira parsknęła śmiechem i pociągnęła mamę za rękę. Tę, którą mama akurat groziła ojcu, i poprowadziła ją do drzwi wyjściowych.

Dochodziło południe. Mira z mamą zdążyły już wrócić z targu. Obie obładowane jak dwa juczne wielbłądy przekroczyły właśnie próg mieszkania. Wprawdzie mogły już co najmniej pół godziny wcześniej wrócić do domu, gdyż bardzo sprawnie i szybko załatwiły zakupy, ale pani Hania nie kwapiła się specjalnie. Znała swego męża i wiedziała, że lepiej zbytnio się nie śpieszyć, gdyż bez względu na stopień zaawansowania jego prac domowych, na jej widok, przerwie sprzątanie natychmiast i całą resztę zostawi na jej głowie. Dlatego przeciągała swój i córki pobyt na targu. Zostawiła całe zakupy pod opieką uprzejmego pana, który sprzedawał na małym straganiku własnoręcznie wykonane drewniane zabawki dla dzieci i pociągnęła Mirę na wycieczkę pomiędzy szeregami przeróżnych straganów i bud targowych...



cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×