Przejdź do komentarzySzalone wakacje (IV cz.)
Tekst 4 z 20 ze zbioru: Powieść przygodowa
Autor
Gatunekprzygodowe
Formaproza
Data dodania2019-01-31
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń657

Szalone wakacje (IV cz.)



Po obiedzie wszyscy domownicy z rodziny Maryszczaków poszli do swoich obowiązków, a najmłodsza młodzież dostała już wolne. Podobnie było u sąsiadów, w rodzinie Potylickich, bo Kamil i Emil przybiegli po chwili z rozjechanymi w uśmiechu buziami.

— Jak to dobrze, Michaśka, że już jesteś! — Kamil z nieukrywaną radością wołał już od furtki. — Bo gdyby nie ty, to ojciec znalazłby jeszcze jakąś robotę dla nas. Ale zaglądnął do was przez płot i zobaczył, że macie już wolne, to i nam pozwolił już nic nie robić.

— Cieszę się, że wam pomogłam, chociaż zupełnie nieświadomie — śmiała się Michalina, zakładając na nogę zreperowany trampek. — Ale skoro uważacie, że to dzięki mnie macie wolne, to cieszę się jak diabli… A jeżeli już o diabłach mowa, to chodźmy do Białej pochlapać się trochę wodą, bo gorąco dzisiaj jak w piekle.

— Jasne, idziemy! — zgodzili się chłopcy.

— Ale idziemy za most, tam jest trochę głębiej — zaproponował Emil. — Już w maju zrobiliśmy tam tamę z kamieni, tak że można sobie tam popływać… i to całkiem nieźle.

Czteroosobowe koleżeństwo zeszło do doliny rzeki Białej, i wędrując wzdłuż jej brzegu, przeszło pod drewnianym mostem, by zaraz za nim rozłożyć swój mały biwak.

Humory wszystkim dopisywały znakomite. Najpierw rzucili się w wodę i popływali sobie nieco. Wprawdzie miejsca do pływania nie było za wiele, ale i tak, takie na wpół pływanie sprawiło im wielką radochę. Wszyscy dzwonili zębami jak na alarm, bo rwąca woda w Białej była bardzo zimna. Nic to. Ważne, że mieli wolny czas i mogli być razem. Potem wyłożyli się pokotem na kocu, by wyschnąć i rozgrzać się w słońcu.

— No co, Michaśka, fajną tamę zrobiliśmy, nie? — dopytywał się Kamil, wyciskając wodę ze swoich spodenek kąpielowych.

— Ej, Kamil odsuń się, bo mi zalewasz moje terytorium! — ryknęła Michalina i rękami zaczęła odpychać od siebie kolegę.

— Kamil, wynoś się! Gdzie się na mnie pchasz?! — Emil wrzeszczał z drugiej strony. — Aż ty lebiodo, całego mnie znów pomoczyłeś. Przecież się już wytarłem!

— Cicho tam, bo zaraz was wszystkich z koca przegonię — śmiał się Robek. — Koc jest mój, więc wszyscy jesteście akurat na moim terytorium… No, se uważajcie!

— O niech mnie! Braciszkowie, słyszeliście? Władca się odezwał — rechotała Michalina, trzymając się za brzuch. — Tama też twoja, władco kocowy? Bo jeżeli twoja, to muszę ci powiedzieć, że największy z bobrów patałach, zrobiłby lepszą.

— No coś ty, Michaśka, nie podoba ci się nasza tama? — zaniepokoił się nagle Emil. — Mówisz serio?

— Nooo, rechocze jak rozdeptana żaba i mówi serio…

— Cicho bądź, ty niedorobiony bobrze. — Michalina rąbnęła kuzyna swoją bejsbolówką i dalej pękała ze śmiechu. — Ale z was wariaty… cha, cha, cha… już nie mogę. Brzuch mi pęka. Widzę, że tamę zrobiliście razem. Ale z was łamagi z rodziny bobrowatych…

— Robek, Kamil, trzymajcie ją! Ja ją zaraz uduszę! — piskliwym głosem wydzierał się Emil i machał rękami, próbując poprzez brata, chwycić Michalinę. — Ty, ty, ty niedobra miejska rozdeptana żabo! Jak śmiesz krytykować naszą tamę… Robek, za tę zniewagę powinieneś zabrać jej twój wspaniały prezent. Nie zasłużyła na niego…

— Zapomniałem!

— Całkiem zapomniałam!

— Jakie licho? Co żeście zapomnieli? I to we dwoje naraz? — dopytywał się zaciekawiony Kamil.

— O prezencie! — Michalina i Robek wrzasnęli jednocześnie.

— Nie gadajcie…! To znaczy co? Już nic nie rozumiem… Emil, rozumiesz coś z tego? No widzicie, on też nic z tego nie kuma. Kto co zapomniał? No dobra, mówicie, że zapomnieliście o prezencie. Ale co? Prezent dać, czy prezent wziąć? Nie, to głupie. Jak można zapomnieć o tak ważnej sprawie?

— A jednak…

— Co jednak? Nie wytrzymam! Michaśka, to ten twój wspaniały kuzyn nie dał ci jeszcze tego ro…

— Kamilu Potylicki, zamknij dziób... Bo jak cię trzasnę w potylicę! — wrzasnął Robek i zamachnął się na kolegę.

— Auuuaaa, boli… no co chcesz ode mnie?! Ja chyba padnę. Nie dałeś jej jeszcze tego ro… bionego przez tyle wieczorów prezentu?

— To ja chyba padnę tu zaraz z wami! — huknęła Michalina i zaczęła tłuc bejsbolówką wszystkich chłopaków po kolei. — Wracamy natychmiast na wzgórze. Nie zamierzam dłużej czekać. Co to za historia się zrobiła z tym prezentem? Albo go zaraz dostanę albo… albo… zaraz mnie coś trafi. No nie, chłopaki, nie bądźcie tym co ryje i nie każcie mi dłużej czekać.

— Opanuj się Michaśka, bo faktycznie zaraz cię coś trafi i nie zdążysz skorzystać z mojego prezentu. — Robek uspakajał kuzynkę, próbując wyrwać jej z ręki bejsbolówkę. — No dawaj tę kaszkietkę, bo wrzucę cię do wody, i to razem z nią. No…! Dostaniesz ją z powrotem dopiero w domu… A więc tak, moi drodzy, zrobimy następująco…

— Ty tu nie zalewaj „następująco”, tylko gadaj, co z moim prezentem. — Michalina nie dawała za wygraną. — Przecież uszyłam już szatę dla twojego dziwoląga. No to kiedy go wreszcie dostanę? Gadaj!

— Właśnie! — poparli koleżankę obaj bracia.

— Nie daliście mi skończyć, a już chciałem sprawę wyłuszczyć.

— Robek, ty tam żadnej sprawy nam nie wyłuszczaj, tylko wyłuszcz wreszcie ten prezent dla Michaśki, bo mnie zaraz też coś trafi! Ile dziewczyna może czekać? — Kamil ostro trzymał stronę Michaliny.

— Biedna Michaśka, wie że ma dostać prezent, tylko nie wie jaki i kiedy. Przecież to straszne męczące. — Emil stał również za Michaliną murem. — Robek, serca nie masz?

— W tym miejscu gdzie powinien mieć serce, to on ma pompę ssąco-tłoczącą — orzekła Michalina, robiąc do kuzyna małpie miny.

— A wy wszyscy razem i każdy z osobna, możecie mi… kuku… no właśnie, możecie mi kuku zrobić! — Robek śmiał się wniebogłosy. — Ja chyba pęknę tu dzisiaj z wami… cha… cha… cha! Ratunku, zaraz eksploduję… Musielibyście swoje miny zobaczyć. Rety, jak mnie brzuch boli… No już, no już, już się uspokajam, ale zmieńcie swoje miny i na moment nic nie mówcie i dajcie mi wreszcie wypowiedzieć się do końca. No…! A więc… co to ja chciałem powiedzieć…? Aha, a więc, gdy tylko wrócimy do domu uroczyście wręczę prezent mojej ukochanej kuzyneczce. Chociaż mnie trochę stłukła prezentem od Przemka, ale nic to. Jestem ponadto i wręczę jej ten prezent. Jak nic jej wręczę. Bezapelacyjnie… No ale zanim dotrzemy do domu, umówmy się co do ogniska. Ja proponuję, żeby każdy z nas przy kolacji pozbierał ze stołu co się da i to wszystko weźmiemy ze sobą. Wezmę jeszcze kartofle… albo ziemniaki, jak woli Michaśka, i coś do picia. Wy, chłopaki, przynieście też coś mokrego. Najlepiej ten podpiwek, co go wasza matka zawsze robi. Smakuje super i aż w oczach gazuje… No, a teraz pograjmy jeszcze w coś. Może w kamyczki, na ten przykład, co? Jeszcze mamy z godzinę czasu.

— Zgoda, pograjmy — zawołał Kamil. — Ale powiedz mi tylko, jak mogłeś zapomnieć dać Michaśce ten… no, ten prezent? My już wcześniej chcieliśmy ciebie spytać, jaką Michaśka miała minę gdy go zobaczyła, ale zapomnieliśmy…

— No widzisz, sami zapomnieliście, a mi mojego zapomnienia nie możecie darować.

— Bo to nasze zapomnienie nie ma aż takiego ciężaru gatunkowego jak twoje — przytomnie zauważył Emil.

— Już w porządku, chłopaki. — Michalina poklepała obu braci po udach. — Nawet się cieszę, że cała przyjemność jeszcze przede mną.

— No? I sprawa wyjaśniona. Tak że wy, bractwo Potylickie, nie musicie dłużej ćwiczyć swojej pamięci, bo na żywo zobaczycie minę Michaśki — odgryzł się Robek.

Na powrót udobruchane czteroosobowe koleżeństwo zabrało się ochoczo do gry w kamyczki. Na kamienistym brzegu Białej wyszukali co ładniejsze i okrąglejsze kamyczki, usiedli na kocu i rozpoczęli grę. Michalina musiała sobie przypomnieć na czym polega ta gra, bo zasady gry wyleciały już jej z głowy. A i dłonie nie były już takie zwinne jak w zeszłe wakacje. Tak że na początku przegrywała raz po razie. Nie poddawała się jednak. Po chwili gra szła jej coraz lepiej. Wreszcie udało jej się nawet raz wygrać. I wtedy Robek ogłosił powrót na wzgórze. Michalina nie była zadowolona, ale gdy przypomniała sobie, co ją na wzgórzu czeka, od razu raźniej zabrała się do zwijania biwaku.

Wracali tą samą drogą, wzdłuż brzegu Białej. Po drodze opowiadali sobie różne wesołe historyjki, jakie im się przytrafiły w czasie roku szkolnego, i nie tylko. Wesoło było bardzo. Każdy chciał jak najdłużej opowiadać, bo każdy z nich miał tyle do opowiedzenia.

Michalina i chłopcy byli bardzo wesołego usposobienia i mieli ogromne poczucie humoru. Przez co ich życie codzienne w większości było beztroskie i radosne. Nic więc dziwnego, że mieli o czym opowiadać.

Kiedy tak weseli i roześmiani dotarli na wzgórze, Robek od razu zaprowadził wszystkich pod szopę przy stodole. Tam kazał im się zatrzymać, a sam zniknął w jej ciemnych czeluściach. Po chwili znów się pojawił.

— A więc, moi mili, zapraszam do środka — zawołał uroczystym głosem, przytrzymując ciężkie drzwi szopy. — Zapaliłem światło, by lepiej widzieć wasze miny. Proszę bardzo, pani z przodu, panowie z tyłu… No i jak, Michaśka?

— Ja chyba zakwitnę…! Jaki fajowy wiejski rower!

— Co to znaczy wiejski rower?! — Trójka chłopców krzyknęła jednocześnie.

— Super rower! — poprawiła się natychmiast Michalina, bo zreflektowała się, że palnęła gafę. — I ten rower jest dla mnie?

— No a dla kogo? — Kamil zdziwił się pytaniem koleżanki. — Robek zbierał do niego części po wszystkich sąsiedzkich strychach, za pozwoleniem sąsiadów, ma się rozumieć, i składał go dla ciebie przez wiele wieczorów. I co, podoba ci się?

— Jest wspaniały! Marzyłam o takim. Hurrraaa…! Mam rower! Tak się cieszę. Teraz będę mogła z wami jeździć na swoim własnym rowerze. I więcej nie będę musiała się z wami wykłócać, abyście mi dali na waszych rowerach trochę pojeździć. Hurrraaa! Robocie ty mój kochany, dawaj pyska. Zrobiłeś mi naprawdę wielką niespodziankę. Warto było na nią tak długo czekać.

— A kolory też ci się podobają? — Robek zadowolony z reakcji kuzynki, chętnie nastawiał policzki do całusów. — Wiem, że lubisz kolor niebieski i granatowy to specjalnie takimi farbami go pomalowałem.

— Jest piękny. Dziękuję ci Robek. W życiu bym się nie spodziewała, że poświęcisz dla mnie tyle pracy i tyle wolnego czasu. Kochany jesteś! — Michalina jeszcze raz rzuciła się z całusami na Robka.

— Nam też chociaż po jednym całusie możesz zafundować, bo czasami pomogliśmy Robkowi przykręcić jakąś śrubę — zawołał Kamil i popatrzył filuternie na Michalinę, ale i z nadzieją.

— Jasne, od każdej śrubki po całusie — zaśmiała się Michalina i wymierzyła każdemu z braci po jednym. — Co mówicie…? Że śrubek było więcej niż jedna? To ile ich było? Z dziesięć co najmniej? Dobra, dobra, najpierw policzę ile mój rower ma w ogóle śrubek, bo czuję, że wy mnie co nieco naciągacie… A tak na poważnie, to muszę wam powiedzieć, że jestem bardzo szczęśliwa, że mam takich kumpli. Jesteście wspaniali! Mówię serio.

— No, no, to się całkiem miło słucha — stwierdził Emil. — Ale nas Robek też zaskoczył, bo wcześniej nie chciał nam pokazać gotowego już roweru, i też nie wiedzieliśmy, że go tak świetnie pomalował.

— No to z drogi, chłopaki. Zrobię próbną jazdę tym moim wspaniałym rowerem — zawołała Michalina i zabrała się za wypychanie roweru z szopy.

Kiedy znalazła się już na podwórku, jeszcze raz uważnie spojrzała na swój prezent i jeszcze raz doszła do wniosku, że to jest wypisz, wymaluj, wiejski rower. Wiejski, bo w mieście, żeby nawet ktoś ją błagał, to by na niego nie usiadła. Po prostu by się wstydziła. Bo rower wyglądał bardzo nietypowo. Złożony był z przeróżnych części z przeróżnych rowerów. I to z pewnością z rowerów — bardzo — przedwojennych. Kierownica była pokrzywiona, ale nosiła ślady usilnego prostowania. Łańcuch był łączony jakimiś dziwnymi nitami w kilku miejscach. Pedały były bardzo różne. Jeden większy, drugi mniejszy. Jeden gumowy, drugi metalowy. W kołach tylko kilka szprych było całkiem prostych. Ale za to napompowane były jak trzeba. Mało tego, miały nawet błotniki usilnie prostowane uderzeniami młotka. Siodło zaś obciągnięte było jakimś filcowym beretem. Cały rower był za to starannie wymalowany, i to świeżą farbą. To było dokładnie widać. Ba, nawet każde pociągnięcie pędzla było widać. Rama była pociągnięta na granatowo, a błotniki na niebiesko. Dzwonek u kierownicy był prawie nowy i nawet trochę dzwonił. A najważniejszy po kierownicy hamulec, ho, ho, ten to działał, bez zarzutu. Po naciśnięciu zgrzytał aż uszy puchły. Ale działał, bo gdy Michalina go nacisnęła rower ciężej jej się pchało.

Michalina skończyła oględziny roweru i szeroko się do chłopców uśmiechnęła. A po chwili zaśmiała się w głos. Bo nagle oczami wyobraźni zobaczyła siebie jadącą na tym rowerze przez podwórko przy ich kamienicy w mieście i miny sąsiadów siedzących w oknach. Ta wizja wywołała w niej w końcu atak śmiechu. Śmiała się jak szalona, ale nagle zauważyła wlepione w siebie spojrzenia chłopaków. Natychmiast przestała się śmiać. Była pewna, że im nawet nie wspomni o swoich spostrzeżeniach przy oględzinach roweru ani o wizji jaką miała. Nie, takiej przykrości nie zrobiłaby im nigdy. Zwłaszcza Robkowi, który specjalnie dla niej tak bardzo się starał. Popatrzyła jeszcze raz na rower, potem na chłopców, potem ponownie na rower, i nagle rower wydał jej tak wspaniały, że aż się zdziwiła. Zapiszczała ze szczęścia i z wyskoku usiadła na wygodnym siodełku. Na siodełku jakże wspaniałego roweru, i to własnego.

Wreszcie ruszyła. Jeździła po podwórku z głośnym śmiechem, płosząc przy tym wszystkie spacerujące kury, kaczki i gęsi. Chłopcy biegali za nią i dopełniali płoszenia ptactwa domowego. Przyglądający się temu wydarzeniu Bary, wyczołgał się z budy, wyskoczył na jej dach i zaczął ujadać radośnie. Piskom i chichom, a i szczekaniu, nie było końca. Gdakanie, kwakanie i gęganie ustało, bo całe ptactwo w popłochu pochowało się w bezpiecznych zakamarkach podwórka.

— Czy wyście poszaleli?! Co tu tak głośno? — Ciocia Marynia stanęła w drzwiach domu i przekrzykiwała hałas panujący na podwórku. — Musicie aż tak hałasować? Co tu się właściwie dzieje?

— Nic takiego, mamo! — Robek śmiał się dalej. — Michaśka robi próbną jazdę.

— Ciociu, ciociu, widzi ciocia? Dostałam rower w prezencie od Robka. — Michalina wspaniałym łukiem zajechała pod próg domu i bez problemu wyhamowała tuż przy cioci.

— No i jak? Podoba ci się ten wehikuł czasu? — Przemek wyrósł nagle za plecami matki. — Bo ja uważam, że to wspaniały pojazd. Jest podobny nieco do roweru i nosi na sobie znamiona różnych czasów, bardzo różnych. Możesz wybrać się nim w daleką podróż do przeszłości, i to bardzo odległej przeszłości.

— Przemek, przestań się nabijać! — ofuknęła syna ciocia Marynia. — Robek się przy nim tyle namęczył. Popatrz jak szykownie wygląda. I nawet dobrze jeździ. Ja osobiście jestem dumna z Robka, bo muszę przyznać, że mi się podoba ten jego składak. A tobie, Michalinko, podoba się?

— Jeszcze jak, ciociu! — Michalina promieniowała radością. — Nawet nie wiedziałam, że mam tak zdolnego kuzyna.

— No widzisz, Przemek? Michalince też się podoba — tryumfowała ciocia Marynia. — Tylko tobie, jak zwykle, nic się nie podoba.

— Co też mama. Przecież ja wcale nie mówiłem, że mi się nie podoba. — Przemek obruszył się i udał obrażonego. — Wręcz przeciwnie, ja go w ten sposób zachwalałem. Też jestem dumny z brata. Zdolna z niego bestia. I żeby nie być gołosłownym, to popatrz sama, co Robkowi załatwiłem w nagrodę za jego ciężką pracę i wytrwałość. Proszę bardzo, popatrz!

Przemek wyciągnął zza pazuchy swojej szerokiej bluzy identyczną bejsbolówkę jaką podarował Michalinie i pomachał nią w powietrzu.

— Prze… prze… przestań Przemek! — Robek zająknął się z zachwytu i doskoczył momentalnie do brata. — To dla mnie? Nie gadaj!

— Ano gadam. Więcej, nawet ci ją daję — Przemek ze śmiechem podrzucił bejsbolówkę do góry.

Robek z wyskoku złapał ją w powietrzu i od razu założył na głowę.

— Dzięki, stary! Dobry z ciebie brat — zawołał uradowany i wyciągnął z kieszeni spodni Michaliny bejsbolówkę. — Trzymaj Michaśka. Zapomniałem ci oddać. Teraz we dwójkę jesteśmy naznaczeni wspaniałomyślnością Przemka. I będziemy paradować jak dwaj bracia syjamscy.

— Przemek, skąd ty nabrałeś te czapki, co? — zainteresowała się ciocia Marynia i podejrzliwie popatrzyła na syna.

— No co tak dziwnie na mnie patrzysz? Dostałem na zlocie. Każdy z nas dostał. Na pamiątkę spotkania przyszłych studentów Akademii Rolniczej. Po jednej, oczywiście. Moją dałem Michałowi, ale gdy zobaczyłem Robka żałosną minę, kiedy ją Michałowi wręczałem, to od razu sobie postanowiłem, że muszę i dla niego taką zdobyć. No i dzisiaj w południe, po robocie, pojechałem motorem do Kazka do Krosnowic, aby wyprosić od niego jego czapkę. Naturalnie nie za darmo. Se nie myślcie. No!... Rany, co z wami chłopaki? Teraz widzę takie samo żałosne spojrzenie, ale aż dwóch par oczu… Chcecie abym zbankrutował?

— Nie, nie, nie… my tylko tak! Po prostu podobają nam się te kaszkietki — zameldował Kamil z zawstydzoną miną. — Wcześniej już podobała nam się Michaśki kaszkietówa, ale myśleliśmy, że ona ją ze sobą przywiozła, w swoim miejskim ekwipunku…

— A teraz zobaczyliście, że to wspaniałomyślny Przemcio rozdaje czapki. Stąd ta wasza żałość w oczach… Dobra chłopaki, nie obiecuję stuprocentowo, ale spróbuję jeszcze dwie dla was załatwić. Za trzy dni wyjeżdżam na obóz studencki nad morze, to tam będę się uśmiechał co do niektórych kumpli, aż któryś zmięknie i odpali mi swoją czapkę. Ale nie ma nic za darmo! Musicie mi obiecać, że jak mnie tu nie będzie, to będziecie dbać o Michała, żeby się jej, o przepraszam… jemu nic groźnego nie stało. Bo że mu się coś stanie, to jest pewne. Jak co roku zresztą. Byleby tylko w szpitalu nie wylądowała… wróć… wylądował… No co, zgoda?

— Jasne, jak słońce na niebie! — wrzasnął podniecony Emil i radośnie trzasnął brata po plecach. — Już my jej z oka nie spuścimy… jak będziemy razem. Dla jej dobra musimy więc być razem cały czas.

— Ładne kwiatki! Przemek, zwariowałeś, co ty sobie myślisz? Co ty każesz im obiecywać? — Michalina zeźliła się okropnie i aż poczerwieniała na twarzy niczym indor. — Nie mam zamiaru na każdym kroku czuć ich oddech na plecach. Jesteś okropny. Oni nie dadzą mi żyć. To jest zamach na moją wolność osobistą!

— Uspokój się Michał i nie indycz się aż tak! — Przemek pękał ze śmiechu. — Chłopaki, tylko bez nachalności. Jak anioł stróż. Delikatnie i niezauważalnie… Ale skutecznie.

— Przemek, Przemek, z tobą naprawdę coś nie tak. — Ciocia Marynia, udając zmartwioną, przyłożyła rękę do czoła syna. — Wszyscy razem i każdy z osobna musi uważać na siebie. Zawsze i wszędzie. I w każdej sytuacji, a nie tylko za coś. Nie bałamuć ich, ty stary koniu!

— Tak jest, mamciu Maryniu! — Przemek zasalutował i cmoknął matkę w rękę, tę, którą badała przed chwilą temperaturę jego czoła. — Stary koń odmeldowuje się na godzinkę i… życzy źrebiątkom miłego i bogatego w wydarzenia wieczoru…

— Idź, już idź, bo jak ci się jeszcze coś o klaczy wypsnie, to już cię z pewnością ścierką potraktuję! — zawołała ciocia Marynia, udając powagę. Wreszcie nie wytrzymała i parsknęła śmiechem, wtórując donośnie starszej i młodszej młodzieży.

— A cóż to u was tak wesoło?! — rozległo się nagle przy bramie wejściowej.

— A powitać, powitać Bartłomieja! — zawołała ciocia Marynia, hamując śmiech. — Co was sprowadza do nas o tak wczesnej porze? Mieliście być dopiero późnym wieczorem.

— Wasza Krasula, ot co! — rzekł stary Bartłomiej, nie ruszając się od bramy. — Wlazła Korylukom w szkodę... Wracam z pola, i co widzę? Widzę waszą Krasulę w burakach Koryluków, jak to dostojnie przeżuwa sobie liście buraczane. Myślę sobie, trza ją przepędzić stamtąd. Ale ta na mój widok jeszcze głębiej wlazła w pole. No to ja już ją tam zostawiłem, bo ja stary i tak nie dałbym rady zaciągnąć ją na pastwisko. Postanowiłem powiadomić was o tym. Bo jak ją Antoni od Koryluków przyuważy, to ją ani chybi, kijem prześwięci. A ta przecież cielna.

— A skąd Bartłomieju wiecie, że to nasza akurat Krasula? — dociekała ciocia Marynia.

— Maryńciu, ustań, toć waszą Krasulę poznam. Dzwoniła jak na alarm tym swoim dzwonem. Choć jam nieco przygłuchawy już, ale trudno takiego dzwonu nie słyszeć. A zresztą, tylko wasze pastwisko graniczy z Koryluków polem. No więc co, czyja to może być krowa? Z nieba krowami chyba nie rzucają?

— Robek, jak tyś ją przyszpilił dzisiaj?! — rozsierdziła się ciocia Marynia i krzyknęła do syna. — Gnaj, i to już, bo jak się ojciec dowie, to ci to popamięta!

— Nie denerwuj się ciociu, już pędzimy. — Michalina wskoczyła na rower. — Jazda chłopaki! Kto ma rower, pędzi rowerem, kto nie ma, pędzi za rowerem… Zaraz ciociu wszystko będzie w porządku i Krasula z powrotem będzie przeżuwać wasze pastwisko, a nie buraki Koryluków. Tylko nie mów nic wujkowi, proszę cię!

— A wy tylko nie stratujcie buraków Korylukom w pogoni za Krasulą, bo nas do sądu podadzą! — wołała ciocia Marynia, za znikającą z podwórka czwórką nastolatków.

Michalina pedałowała co sił. Chłopcy co sił biegli za nią. Michalina pokonywała wyboistą polną drogę w tempie godnym kolarza górskiego. Chwilami pedałowała nawet na stojąco. Byle tylko jechać szybciej i efektywniej. Chciała pokazać chłopakom jak bardzo jest zadowolona z tak użytecznego prezentu. Odstawiła więc chłopców na dużą odległość. Na szczęście do pastwiska nie było aż tak daleko, bo nie wiadomo jak ten wspaniały rowerowy wehikuł zniósłby dalszą taką na złamanie karku jazdę.

Kiedy Michalina przyuważyła już Krasulę w burakach, ucieszyła się bardzo. Odwróciła się do tyłu i z satysfakcją stwierdziła, że przynajmniej o sto metrów odstawiła chłopców. Zaczęła więc głośno do nich wrzeszczeć:

— Hej, chłopaki, co mam z nią zrobić!?

— Złapać ją! — wydzierali się chłopcy.

— Ale jak?

— Za łańcuch! Albo i za ogon! Wtedy ci nie ucieknie! — Robek uściślał metody polowania na krowę, drąc się niemiłosiernie, by go Michalina zrozumiała.

Odważna i waleczna dziewczyna zeskoczyła z roweru, wpadła w buraki i powoli, ale długimi krokami, zaczęła podchodzić do Krasuli. Krasula odwróciła swój olbrzymi łeb i na widok Michaliny, poczuła się zapewne winna, bo zadarła ogon i czmych! — zaczęła uciekać. Michalina za nią. Krasula przez buraki, pognała wzdłuż polnej drogi. Michalina za nią. Krasula wybiegła z buraków i pognała drogą w kierunku niestety przeciwnym do zagrody Maryszczaków. Michalina jeszcze szybciej zaczęła biec. A dopingowana okrzykami chłopców, którzy ciągle jeszcze nie dobiegli, nabierała coraz większej szybkości, jakby chciała co najmniej swój życiowy rekord w przełajach pobić. I już prawie doganiała tę ogłupiałą krowę, gdy ta nagle zrobiła zwód i… wpadła z powrotem w buraki. Michalina wściekła się okrutnie i wskoczyła za nią w buraki. W ferworze pogoni, popartej wściekłością i jeszcze głośniejszymi okrzykami chłopaków, nie wiele się zastanawiając, z wyskoku rzuciła się na Krasulę i chwyciła ją za ogon. Krasula na moment zdurniała i zatrzymała się natychmiast. By za moment, wyrwać z kopyta i pognać przez buraki, przelecieć drogę i wpaść na pastwisko. Michalina twardo trzymała ją za ogon i pędziła z nią. Wreszcie się pośliznęła na czymś i straciła grunt pod nogami. Poczuła go za to całą frontalną częścią ciała. Ale ogona Krasuli nie puściła. Krasula pomiarkowała zapewne, że jej ogon stał się o wiele cięższy i wręcz włóczy nim po ziemi. Spłoszyła się jeszcze bardziej i dodała gazu. Gnała przez pastwisko z głośnym muczeniem, płosząc tym pozostałe pięć krów Maryszczaków, które do tej pory pasły się tam spokojnie. Krowy ze strachu rzuciły się do ucieczki, wyrywając z ziemi drewniane kołki, do których je Robek wczesnym rankiem uwiązał, by nie właziły w szkody.

Na pastwisku Maryszczaków popłoch zapanował okrutny. Na szczęście chłopcy zdążyli już wpaść na pastwisko i wyłapać wszystkie pięć krów. Natomiast Krasula przymierzała się już do drugiego okrążenia pastwiska, z Michaliną na ogonie oczywiście. Bo Michalina, to twarda sztuka, nigdy się szybko nie poddaje. Trzymała Krasulę za ogon, i przy dźwiękach dzwonu, który Krasula miała zawieszony u szyi, piszczała z wściekłości na to głupie bydlę, ale z determinacją pruła po trawie dalej. Parę razy udało jej się nawet podnieść na nogi i kawałek pobiec razem z Krasulą, ale co rusz wpadała w poślizg i padała ponownie, pozwalając się ciągać tej oszalałej krowie.

Robek, widząc że Krasula podchodzi do następnego zaliczania pastwiska, wybiegł jej naprzeciw i rozkładając ramiona, bardzo łagodnym głosem zawołał:

— Stój, stój Krasulko! Już dobrze, już dobrze!

Krasula biegła wprost na niego. Coraz bardziej jednak zwalniała. Wreszcie przed samym Robkiem się zatrzymała. Robek natychmiast chwycił ją za łańcuch przyczepiony do jej skórzanej obroży, i dysząc jak miech kowalski, osunął się na ziemię. Nie tylko ze zmęczenia. Z tej pozycji chciał też lepiej widzieć twarz kuzynki. Podniósł głowę i już chciał ją spytać czy żyje, gdy nagle usłyszał jej charczący głos:

— Robek, ty bałwanie, czemuś szybciej nie zatrzymał tej rozwścieczonej bestii? Co to za krowa, to wariatka a nie krowa. I to ma być przyszła matka? Mało siebie nie zabiła i swojego przyszłego krowiego dziecka. A i mnie przy okazji. A wrzeszczałeś, że jak ją złapię za ogon, to nie będzie uciekać. Rany, co za bydle! Ale jestem poturbowana! Kretynka a nie krowa!

Michalina, leżąc na ziemi, jedną ręką ciągle trzymała Krasulę za ogon. Wreszcie puściła go z obrzydzeniem, i opierając się rękami o kępkę trawy, podnosiła się powoli, wczuwając się w siebie czy aby połamana nie jest.

Robek wpatrzony w kuzynkę jak w obraz, wsłuchiwał się w jej tyradę, a oczy jego stawały się coraz bardziej okrągłe. Nagle, jak nie ryknie potężnym śmiechem. Śmiał się jak szalony, z krótkimi tylko przerwami na złapanie powietrza. Posapał, podyszał i… dalej ryczał niczym jeleń na rykowisku, tyle że ze śmiechu.

Kamil i Emil wpadli na pastwisko razem z Robkiem i razem z nim zgarniali spłoszone krowy. A kiedy Robek pobiegł naprzeciw Krasuli, zajęli się zabezpieczaniem wyłapanych krów. Szybko i sprawnie odplątali im poplątane w ucieczce łańcuchy, kamieniami poprzybijali wyrwane przez nie kołki i każdą z osobna solidnie na powrót uwiązali. Gdy byli już gotowi, usłyszeli nagle głośny śmiech Robka. Oniemieli na ułamek sekundy. W pierwszym odruchu chcieli pędzić na ratunek, gdyż myśleli, że się przesłyszeli, że to bodajże krzyk rozpaczy. Bo jakżeżby można się było śmiać w takiej sytuacji? Śmiech w takiej sytuacji byłby nie na miejscu. Sytuacja wyglądała przecież bardzo dramatycznie. W końcu puścili się biegiem w kierunku stojącej spokojnie już Krasuli i leżących obok niej przyjaciół. I kiedy dobiegli, sami nie wiedzieli już jak mają zareagować, gdyż zastali tam widok niesamowity. Robek zwijał się na ziemi jak piskorz i ryczał ze śmiechu w najlepsze, a Michalina siedziała Krasuli pod ogonem, i machając rękami, walczyła z czymś, co jej spod ogona leciało. Wtedy do nich dotarło, że przyjaciołom nic groźnego się nie stało i że ryk Robka to jednak śmiech. Sami więc padli na ziemię i też zaczęli się śmiać.

— O wy, bando łobuzów! Zabierajcie ode mnie to nieboskie stworzenie… I to już! Rany, co tak śmierdzi…?! Ratunku, ona się na mnie załatwia! — Michalina zaczęła strasznie wrzeszczeć, i nieustannie machając rękami, wycofywać się spod ogona Krasuli.

A to wycofywanie się wcale nie było takie łatwe. Zważywszy na fakt, że nie zdążyła się jeszcze podnieść, bo kiedy tylko próbowała, natychmiast wpadała w poślizg i na powrót siadała w to coś. Na szczęście była wygimnastykowaną dziewczyną i umiała chodzić na pośladkach, to też właśnie na pośladkach udało jej się w końcu oddalić od cierpiącej na rozwolnienie Krasuli. Kiedy znalazła się już w bezpiecznej od niej odległości, dała upust swojej wściekłości i zaczęła się wydzierać jak potępieniec.

Chłopcy ciągle leżeli na ziemi. Z prostej przyczyny. Z tak potężnego i długotrwałego śmiechu nie mieli siły się podnieść. Jednak kiedy Michalina zaczęła się drzeć jeszcze głośniej, wreszcie do nich dotarło, że muszą się nią zająć. Wyhamowując atak śmiechu, powoli zaczęli się podnosić. Stanęli na nogach, i trzymając się za brzuchy, podeszli do Michaliny.

— Michaśka, przestań się już drzeć, bo spłoszysz Krasulę — wydusił z siebie Robek i zaraz ręką zatkał sobie usta, bo znów chciało mu się śmiać.

— Właśnie! Idę uwiązać Krasulę, bo znowu ją gdzieś poniesie — jednym tchem zameldował Kamil, i parskając śmiechem, szybko się oddalił.

— Wstań, Michasiu, pójdziemy do rzeki cię wymyć. — Emilowi żal się zrobiło przyjaciółki. Nachylił się nad nią i podał jej rękę. — Nie gniewaj się na nas, że my jak te jełopy śmiejemy się… My nie z ciebie, my z sytuacji… Ale nie martw się, zaraz ciebie wymyjemy jak się patrzy i ani śladu nie będzie po tym… no wiesz… po tym błocie…

— Błocie?! Akurat. Czy to jest błoto?! — Michalina bezradnie rozłożyła ręce, ale skwapliwie skorzystała z Emila dłoni i podniosła się z ziemi. — Tak myślałam wcześniej, że to na błocie wpadałam w poślizg, kiedy ta bestia poniewierała mnie po pastwisku, a to były najnormalniejsze w świecie krowie placki. O rany, jak ja wyglądam?! I jeszcze na koniec ta wasza krasawica poczęstowała mnie… o niech ją dunder świśnie… nawet nie wypowiem czym!

— Nie ma na co czekać, gońmy do rzeki — zakomenderował Robek. — Bo jak to, no… to… błoto zaschnie na tobie, to się ciebie nie domyjemy. Dawaj rękę i jazda!... Kamil, słyszysz mnie?! Pędź po Michaśki rower i jazda za nami!

Po chwili Michalina stała już w Białej, a chłopcy z każdej strony chlapali na nią potężnymi strugami wody, robiąc za natryski...



cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×