Przejdź do komentarzySzalone wakacje (XIII cz.)
Tekst 13 z 20 ze zbioru: Powieść przygodowa
Autor
Gatunekprzygodowe
Formaproza
Data dodania2019-03-20
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń143

Szalone wakacje (XIII cz.)



Ciocia Marynia i wujek Stach, widząc swoją bratanicę tak ogromnie przejętą i smutną, cały czas ją uspokajali. Tłumaczyli jej, że wszystko z Emilem będzie dobrze, bo Emil to silny chłopiec. Że taka choroba szybko mija. Że za dwa, trzy dni, Emil znów będzie z nimi cały i zdrowy. Że ma się nie martwić aż tak, bo sama się rozchoruje. Ciocia Marynia chodziła za Michaśką z garnuszkiem ciepłego mleka oraz z kromką chleba z masłem i miodem i prosiła ją, by choć trochę przegryzła, popijając mlekiem. Nie było jednak mowy, żeby dała się namówić.

Michaśka nie mogła niczego przełknąć. Gardło miała zasznurowane lękiem o swojego najmłodszego przyjaciela oraz poczuciem winy, że to właśnie ona przysłużyła się do jego cierpienia.

Robek i Kamil również próbowali Michaśkę uspokoić. Ale Michaśka nie chciała ich nawet słuchać. Wściekła była na siebie okrutnie. I kiedy wreszcie przez bramę zobaczyła matkę Potylickich, idącą od strony przystanku autobusowego, to w pierwszym odruchu chciała wybiec jej naprzeciw, ale w końcu stchórzyła. Rzuciła się tylko cioci Maryni w ramiona i z oszalałym ze strachu sercem czekała.

— Rozalko, no i co z Emilem? — spytała ciocia Marynia przez bramę. — Opowiedz nam, bo wszyscy się bardzo martwimy o niego.

— Ech, Maryniu, com się strachu najadła… Myślałam, że mi dziecko się skończy… ciągle był nieprzytomny — łkając, powiedziała matka Potylickich i weszła na podwórko Maryszczaków. — Lekarze zaraz go zabrali na jakąś salę i długo go tam trzymali. Nikt ze mną nie chciał gadać. A ja czekałam i czekałam. I myślałam już, że do głowy dostanę. Wreszcie po dwóch godzinach wyszedł jeden doktor i powiedział mi, że na szczęście z Emilem już coraz lepiej. Że na początku podejrzewali udar słoneczny, ale okazało się, że Emil ma tylko oparzenia słoneczne pierwszego i drugiego stopnia… Wyobrażasz sobie? Powiedział: „tylko”, a mnie mało serce nie pękło… Toż to moje najmłodsze… i takie poparzone… Rozryczałam się na dobre, a doktor zaczął mnie uspokajać i mówić, że na szczęście oparzenia drugiego stopnia Emil ma w kilku tylko miejscach na ramionach. A reszta, to zaledwie poparzenie pierwszego stopnia, które wcale nie jest aż takie groźne… I zaraz zaczął mnie chwalić, że dobrze zrobiłam i że to dzięki mnie Emil teraz nie musi aż tak cierpieć, bo go w porę nasmarowałam zsiadłym mlekiem.

— Otóż to, widzisz Rozalko? Zawsze powtarzam, że na poparzenia najlepsze jest zsiadłe mleko — powiedziała ciocia Marynia, po czym uśmiechnęła się do swojej bratanicy i znacząco puściła do niej oczko. — Widzicie, moi drodzy? Mówiłam, że wszystko będzie dobrze z Emilem… Bo wiesz Rozalko, Michalinka i chłopcy szaleją już z niepokoju. Tak bardzo się martwią, że nawet jeść nie mogą. Już chcieli jechać do szpitala…

— A nie, nie… do szpitala nie ma co jechać, bo lekarz zabronił. Powiedział, że lepiej Emilowi dać dzisiaj spokój, bo on powinien cały czas spać. Dali mu specjalnie jakiś zastrzyk na spanie, bo kiedy będzie spał, to nie będzie czuł bólu. Podłączyli go też do kroplówki. To już jutro Emil powinien czuć się całkiem dobrze… Tak powiedział doktor… I jutro zrobią mu jeszcze raz wszystkie badania i jak się okaże, że wyniki będą dobre, to go odłączą od kroplówki. Ale i tak musi jeszcze przez dwa dni co najmniej zostać w szpitalu na obserwacji. Tak że odwiedzać go dzisiaj nie ma co. Chyba że jutro.

— No widzicie, dzieciaki? Nie macie się co zamartwiać i wybierać do szpitala, bo nie ma po co — odezwał się wuj Stach, przysłuchując się Potylickiej przez okienko w drewutni. — A jutro to ja sam pojadę z wami, bo i tak muszę do miasta.

— Kochany jesteś, wujku! — zawołała Michaśka z mniej smutną już miną. —Proszę pani, a proszę mi powiedzieć, czy widziała się pani potem z Emilem?

— A tak, tak, widziałam go… Moje biedne niebożątko… — Potylicka rozpłakała się na dobre, ale po chwili otarła łzy i powiedziała: — Doktor zaprowadził mnie do niego. Leżał biedulka na łóżku owinięty jakimiś bandażami i tak strasznie wyglądał. Ale doktor mnie uspokoił, że te bandaże to tylko dzisiaj będzie miał, że jutro już mu je zdejmą. Że dzisiaj to go nasmarowali takimi specjalnymi maściami, żeby infekcji nie dostał. I wtedy znów mnie pochwalił, że go nie wypuściłam na słońce bez posmarowania olejkiem do opalania… Głupio mi się zrobiło, bo ja go wcale niczym nie smarowałam, ale nic nie powiedziałam… słuchałam dalej. A doktor mówił, że to dzięki natłuszczeniu jego ciała promienie słoneczne nie poparzyły go aż tak bardzo. Że dziwnie jego ciało pachnie po tym olejku, ale to już nie takie ważne. Najważniejsze jest to, że ten olejek ochronił go przed jeszcze gorszym poparzeniem. Że jest całkowicie przekonany, iż to ten olejek właśnie sprawił… Bo ludzie z taką jasną karnacją, mówił, to muszą już całe życie uważać i nie przebywać zbyt długo na słońcu, gdyż zawsze im będzie groziło poparzenie… Moje biedne dziecko… już w poprzednich latach zauważyłam, że on jakoś dziwnie szybko robił się czerwony na słońcu… No i gdy tak stałam z doktorem przy Emila łóżku, Emil nagle odzyskał przytomność i otworzył oczy. I jak mnie zobaczył, spytał się najpierw gdzie on jest i gdzie jest Kamil, Robek i Michaśka, a potem, gdy mu powiedziałam co się z nim stało, zaczął mnie uspokajać, że nic go nie boli i że może już iść do domu. Rozpłakałam się i nie umiałam mu wytłumaczyć, że musi jeszcze w szpitalu zostać. No to doktor mu wytłumaczył. Wtedy Emil kazał mi wracać do domu, bo jemu chce się spać i jak się wyśpi, to mam po niego przyjechać, ale koniecznie z Michaśką i z chłopcami… I czy nie kochane to moje synczysko?

— O, tak! Emil jest dobrym i wrażliwym chłopcem — powiedziała ciocia Marynia, ocierając płynącą po policzku łzę. — Wszystkie dzieci nam się udały… A ty, Rozalko, idź odpocząć, bo na pewno jesteś strasznie zmęczona. A o swoich się nie martw. Ja zadbam o wszystkich. I dla wszystkich ugotuję dzisiaj obiad.

Kiedy matka Potylickich poszła do swojego domu, Michaśka ze łzami w oczach pobiegła za stodołę i tam rozryczała się już na dobre. Dobrze że ciocia tego nie widziała, bo zaraz by przyszła ją uspokajać, a tak, mogła sobie poryczeć do woli. Ryczała więc spokojnie przez nikogo nie niepokojona, wylewając łzy strumieniami. Tak bardzo żal jej było Emila, że kiedy przestawała płakać, myśląc iż cały zapas łez już wylała, to jak tylko sobie przypomniała słowa matki Potylickich, buchała rzęsistym płaczem od nowa. Sama sobie się dziwiła, skąd się w niej tyle łez nazbierało. Nie wiadomo, jak długo jeszcze płakałaby tak w samotności, gdyby jej tam za stodołą chłopcy nie odnaleźli.

— Michaśka, a tobie co? No czemu buczysz? — zapytał Robek, siadając na ziemi obok kuzynki. — Przecież słyszałaś, że wszystko już dobrze z Emilem.

— Co wszystko… jak wszystko? — Michaśka dostała nowego napadu płaczu.

— No przecież matka mówiła, że nic mu już nie grozi — powiedział Kamil z zakłopotaną miną na widok płaczącej kumpelki i też usiadł obok niej. — A doktor powiedział, że to właśnie zsiadłe mleko mu pomogło. No a przecież to ty pierwsza robiłaś Emilowi okłady z zsiadłego mleka. To znaczy, że to ty mu pomogłaś.

— No tak, ale gdybym go nie nasmarowała ropą, to by mu zsiadłe mleko nie musiało pomagać. — Michaśka łkając, przystawała przy swoim.

— Ale… — zaczął Kamil.

— No właśnie, jakie ale? Nasmarowałam go tą przeklętą ropą aż dwa razy!

— Ale… doktor powiedział, że to dobrze, iż miał natłuszczone ciało, przez to nie był aż tak poparzony — dokończył Kamil.

— Tak, tylko doktor nie wiedział, co to za olejek był. A ja muszę się wam przyznać, że teraz to ja już sama nie wiem, czy przypadkiem moja siostra Lodzia nie kupiła tej ropy w aptece. A ta nasza ropa z traktora, to na pewno była czymś zanieczyszczona i to właśnie ona mogła mu tak zaszkodzić.

— Och, Michaśka, nie wymyślaj! — odezwał się znów Robek. — Jasne, że ta ropa za czysta nie była. Ale gdyby była przez to szkodliwa, jak ty myślisz, to i nam by zaszkodziła, nie? A nam nic. Opaleni jesteśmy jak… ta lala! Ja cię kręcę, ale te baby są wrażliwe. Wszystko biorą do siebie… No dobra, już dobra, nie patrz na mnie tak groźnie, tylko posłuchaj. Sama słyszałaś, że Emil ma jasną skórę, a ludzie z taką skórą nie mogą po prostu zbyt długo przebywać na słońcu… Ot i całe wytłumaczenie. Skąd mogliśmy o tym wcześniej wiedzieć? A teraz, jak już wiemy, to zrobimy tak: jak Emil wróci ze szpitala, to będziemy na niego uważać. Nie pozwolimy mu bez ubrania przebywać na słońcu. Wszyscy założymy na głowy te nasze kaszkietki, co je nam wszystkim Przemek w zeszłym roku sprawił, to i Emil też chętniej będzie swój czerep zakrywał. A gdy będziemy szli do wody, to go najpierw czymś mocno natłuścimy…

— Noo… ropą! — prychnęła Michaśka, próbując się uśmiechnąć przez łzy.

— Eee tam… zaraz ropą! — skrzywił się Robek i przystąpił do kontynuowania przerwanej mu przez kuzynkę myśli. — Zbierzemy parę groszy i kupimy mu porządny olejek do opalania. I to w drogerii. Tak że wiesz, siedzieć tak bezczynnie i zamartwiać się nie ma co, tylko do dzieła! Najlepiej zrobimy, gdy teraz pojedziemy na rowerach do Korfantowa. Tam jest taka mała drogeria… to możemy mu od razu to namaszczenie kupić.

— O, to jest pomysł! — zawołał Kamil. — Nie ma jak to Robcio ze swoimi mądrymi pomyślunkami… Dawaj łapę Michaśka… i wstawaj już!

Michaśce również spodobał się pomysł Robka. Bez sprzeciwu więc podała rękę Kamilowi i ochoczo wstała z ziemi.

Dzięki chłopcom Michaśka poczuła się lepiej. Była ciągle jeszcze zła na siebie, ale płakać już przestała. Dalej uważała, że ponosi odpowiedzialność za cierpienia Emila. Może już nie w takim stopniu jak uważała na początku, ale poczucie winy wciąż jej ciążyło na sercu niczym ołów. Była pewna, że dopóty nie zazna spokoju, dopóki nie zobaczy Emila i nie usłyszy z jego ust, że on, Emil, nie ma do niej żalu. Wiedziała, że tylko wtedy poczuje się rozgrzeszona. I dopiero od tej pory zazna spokój ducha.

Wracających zza stodoły przyuważyła ciocia Marynia. Zaciągnęła wszystkich do kuchni i zmusiła, aby coś przegryźli i wypili po garnuszku ciepłego mleka.

Po pośpiesznym zjedzeniu paru kanapek, Michaśka i chłopcy pognali do swoich pokoi, aby przetrzepać kieszenie z kieszonkowego. Po chwili pędzili już na rowerach do Krosnowic. W Krosownicach kupili najlepszy olejek do opalania jaki tylko w drogerii był. Oprócz tego na stoisku z książkami Michaśka wybrała dla Emila książkę Karola Dickensa pt. „Oliver Twist”. Wprawdzie zabrakło im pięćdziesięciu groszy, by książkę tę kupić, ale pani sklepowa była tak uprzejma, że kiedy powiedzieli jej dla kogo potrzebują tę książkę, sprzedała im ją od razu, nie bacząc na manko w kasie. Zadowoleni ze swojego zakupu i niespodzianki, jaką tym zakupem zrobią Emilowi, ruszyli w drogę powrotną. Po drodze wstąpili na odwiedziny do starych Pawlaków. Tam zabawili parę godzin na rozmowach i pomocy przy pracach w zagrodzie. Potem się pożegnali i pojechali w stronę Pilcza. W Pilczu zjechali pod drewniany most na Białej i powłazili do filara. W filarze posiedzieli sobie chwilkę, rozmawiając i przyglądając się rybom, które spokojnie pływały po jego wnętrzu. A kiedy już i to im się znudziło, wyszli na zewnątrz. Postanowili sprawdzić stan basenu wybudowanego przez nich poprzedniego dnia i przy okazji porządnie się w nim ochłodzić.

Upał był niesamowity. I choć było już pod wieczór, słońce nadal mocno grzało, a powietrze było okropnie duszne. Nie było czym oddychać. Gdy brzegiem rzeki dojechali do swojego basenu, stwierdzili ku wielkiej swej uciesze, że stan techniczny basenu nadal jest dobry. Wszyscy z wielką przyjemnością wskoczyli do wody. Usiedli na dnie, i siedząc w wodzie po szyję, rozkoszowali się chłodną wodą. W wodzie było tak przyjemnie, że siedzieli i… siedzieli. Nikomu się nie chciało z basenu wychodzić.

Zapewne siedzieliby tak jeszcze długo, gdyby nie Przemek, który przyjechał na Kasztance do wodopoju.

— A wy co tu siedzicie jak na skazaniu? — spytał nieco wystraszony, gdyż nie spodziewał się nikogo w tym miejscu. — Czyżby z wami też było coś nie tak?

— Nie bój żaby! Z nami wszystko tak! — odparował Robek, bulgocząc wpływającą mu do ust wodą.

— To dlaczego tak siedzicie bez ruchu zanurzeni w wodzie po szyję? Może tanim kosztem szykujecie się do odwiedzin Emila? Po co wydawać pieniądze na autobus, skoro karetka pogotowia może was za darmo zawieść do szpitala. Niegłupie! Nieźle to sobie wykalkulowaliście… No, no, no, pozazdrościć takich głów. A żeby nie dublować Emila, chcecie na odwyrtkę z wyziębienia organizmu dostać się do szpitala… Kurka wodna, wy to macie głowy! A że widzę tylko wasze głowy, to już sam nie wiem, czy przypadkiem nie jesteście zbudowani z samych tylko głów. I to tak mądrych głów…

— Przemek, skończ ty już te swoje wywody i patrz lepiej, żeby jakiś wir nie ukręcił ci twojej mądrej głowy! — zaśmiała się Michaśka, parskając fontanną wody.

— Michał, ja mam głowę na karku i mnie takie rzeczy nie mogą się przytrafić… Kurka wodna, wyłaźcie w końcu z tej rzeki, bo wam woda do cna rozum z głów wypłucze. Ile można w wodzie siedzieć?

— A co ty myślisz, że my tu cały dzień siedzimy? — Robek bulgotał wodą w najlepsze. — My, panie studencie, to już do tej pory kupę dobrych uczynków zaliczyliśmy… Se nie myśl. No!

— Nawet nie będę pytał, co to za dobre uczynki, bo im mniej o was wiem i o waszych uczynkach wszelkiej maści, tym lepiej się czuję. Moja głowa jest spokojniejsza… Ale powiem wam tylko tyle, że wy spokojnie zaliczacie sobie wasze dobre uczynki, a matka, ciocia i sąsiadka Marynia w jednej osobie, zamartwia się tam na wzgórzu o was. Czekała z obiadem, a teraz czeka już i z kolacją. A was jak nie ma, tak nie ma.

— Ojej, biedna ciocia! — zakwiliła Michaśka. — No ale przecież ciocia obiecała nam, że nigdy nie będzie na nas czekać z jedzeniem. Bo my mamy wakacje i licho wie, gdzie nas w ciągu dnia może ponieść. Że jak zgłodniejemy to się z pewnością zjawimy… Sama tak mówiła…

— Może i tak mówiła, ale nie zapomnijcie, że dzisiaj obiecała Potylickiej, iż zaopiekuje się jej członkami rodziny i ich nakarmi. No i się zaopiekowała. Nakarmiła wszystkich, oprócz jednego…

— O cholewcia! — zagulgotał wodą Kamil. — O mnie chodzi. A ja myślałem, że należę do tej wakacyjnej części społeczeństwa i mogę jeść kiedy mnie głód zmorzy, a nie o wyznaczonych na posiłki porach.

— No i dalej bez zmian mogłoby być, gdyby nie ten wypadek z Emilem. Bo tak na poważnie rzecz ujmując, to właśnie z tego powodu matka, ciocia i sąsiadka Marynia martwi się o was. Przecie widziała jak bardzo przeżywacie to wszystko co z Emilem się stało. I teraz nie wie, czy i wam nie jest potrzebna jakaś pomoc. Biega od jednej bramy do drugiej, i zagląda, i wygląda… W końcu się wściekła i obecnie lata po podwórku zła jak osa. Ale dalej zagląda i wygląda… I co? I nic! Trójcę wcięło z kretesem. I gdyby nie Kasztanka, która parskała i prychała z pragnienia, czekając na napojenie przez swojego Robcia, to dalej nikt by nie wiedział gdzie trójca się podziała… A swoją drogą, to masz u mnie dług, Maryszczakowy Robercie. Podwójny dług. Za Kasztankę, że muszę ją za ciebie poić. I za mamcię, że ją cały czas musiałem za wasze zniknięcie uspokajać… Tak że wiesz, gdzie dług, tam też musi być i spłata. Więc przyjdzie czas, kiedy o spłatę długu się upomnę. No!... A teraz, trójco MKR, jazda z wody! A żeby wam jeszcze co głupiego do łbów nie strzeliło, to rekwiruję wam rowery a zostawiam Kasztankę.

— Coś ty na łeb upadł! — wrzasnął Robek. — Co chcesz zrobić z naszymi rowerami?

— Nic. Kompletnie nic. Po prostu posiedzę tu sobie przy nich i poopiekuję się nimi. A wy zaprowadzicie Kasztankę, wysłuchacie paternoster na wzgórzu i potem tu po nie przyjdziecie.

Co było robić? Cała trójka, zwana przez Przemka trójcą MKR, wyszła z wody, i siedząc na brzegu, czekała aż Kasztanka napije się do pełna. I kiedy Kasztanka podniosła swój ogromny łeb z nad wody, dając tym samym znak, że już ma dosyć, wtedy Robek złapał ją za uzdę i poprowadził na wzgórze. Michaśka i Kamil poczłapali za nimi.

Michaśka, będąc już w połowie wzgórza, zawróciła nagle z powrotem. Zbiegła do swojego roweru, ściągnęła z kierownicy plecak z niespodzianką dla Emila, i patrząc na Przemka, poćwiczyła na nim działanie swojej zdegustowanej miny. Ale gdy stwierdziła, że działanie jest marne, bo Przemek zignorował jej trud i tylko szeroko się do niej uśmiechnął, puszczając przy tym całą serię oczek, zmieniła minę na obrażoną i pobiegła za chłopcami.

Kiedy pod osłoną Kasztanki docierali na wzgórze, nie czuli się zbyt pewnie. Nie wiedzieli, co ich czeka. Ale gdy dotarli już na podwórko i tam zobaczyli ciocię Marynię siedzącą na ławeczce z szerokim uśmiechem na twarzy, uspokoili się od razu. Okazało się, że Przemek jak zwykle przesadził. Ciocia Marynia martwiła się o nich troszeczkę, to fakt, ale zła na nich nie była. A gdy Michaśka opowiedziała jej, co robili przez cały dzień, i że nawet pomogli co nieco starym Pawlakom, to ciocia serdecznie ich wszystkich wycałowała. Potem zastawiła stół jedzeniem i wszyscy razem usiedli do stołu.

Po kolacji połączonej z obiadem Michaśka i chłopcy zeszli ze wzgórza do doliny Białej. Poszli odebrać swoje rowery spod narzuconej im kurateli Przemka. Kiedy dochodzili do niego, on spokojnie sobie siedział na brzegu i z lubością przeglądał jakieś czasopismo zagraniczne. Michaśka dała znak chłopcom, by się zatrzymali i byli cicho. Sama zaś na palcach podeszła do niczego nie spodziewającego się Przemka i wrzasnęła mu prosto do ucha:

— A tu cię mam, studencie od siedmiu boleści!

— Wszelki duch Pana Boga chwali…! A tobie Michał co? Szajba ci odbiła?! — Przemek przeraził się nie na żarty i momentalnie zerwał się na równe nogi. Z wielkim impetem machnął ramionami i niechcący wypuścił czasopismo z rąk. A czasopismo, trzepocząc stronicami niczym ptak skrzydłami, pięknym lotem pofrunęło wprost do rzeki.

To co się potem działo, trudno opisać. Trzeba by było to na własne oczy zobaczyć… A miałyby oczęta na co patrzeć, a uszy czego słuchać. Oj, miałyby.

Michaśka ryknęła potężnym śmiechem i pacnęła na ziemię tak jak stała. Zachodziła się aż od śmiechu, okropnie przy tym wyjąc i parskając. Wreszcie zaczęła się tarzać po ziemi i z szeroko otwartymi ustami łapać powietrze niczym ryba. Po zasileniu swych płuc świeżą dawką powietrza na nowo buchała śmiechem. Zmieniając za każdym razem jego tonację i barwę. Jej śmiech upodabniał się do odgłosów zwierząt. Różnych zwierząt, i to dzikich. Najlepiej wychodziło jej wycie kojota, ryk słonia oraz prychanie i rżenie mustanga.

Robek i Kamil skakali jak dwa kangury i gwizdali na wiwat. A nie całkiem jeszcze oprzytomniały czytelnik czasopisma zagranicznego rzucił się w nurt rzeki i żabimi skokami próbował dorwać swoją lekturę unoszoną przez rwącą wodę. Naskakał się nieborak co niemiara, ale i tak na darmo. Woda była szybsza i poniosła swoją zdobycz hen, daleko… coraz dalej. No i co Przemkowi było robić? Ano nic, tylko wyleźć z rzeki. Wylazł więc, i cały ociekający wodą, stanął na brzegu. Po czym z wielką naganą w oczach popatrzył na Michaśkę i burknął pod nosem:

— Żeby tak wrzeszczeć…

— Żeby tak bezczelnie wymyślać bajeczkę o ciocinym paternostrze — odparowała ciągle śmiejąca się Michaśka. — Przyznaj się, specjalnie wymyśliłeś tę bajeczkę, żeby nas się pozbyć i móc sobie spokojnie pooglądać to zagraniczne świństwo?

— Jakie znowu świństwo? Toż to porządne czasopismo dla fotoreporterów jest…

— Było…

— Co było?

— Czasopismo.

— Ano tak! Kurna chata… było i się zbyło! Michał, ja cię uduszę… żeby tak wrzeszczeć!

— Ty, studencie Akademii Rolniczej, nie powinieneś się ty przypadkiem interesować czasopismami o rolnictwie, a nie o jakiś fotoreportażach z roznegliżowanymi ciałami w tle?

— Jakimi ciałami?

— Dobrze wiesz. Zdążyłam zobaczyć.

— Michał, wydawało ci się! — Przemek prychnął z zawstydzoną miną. A że u niego wstydzić się to wielka rzadkość, szybko się więc odwrócił plecami do kuzynki.

Przemek wstydził się swojego zawstydzenia. Dobrą chwilę stał więc odwrócony plecami do świadków swojej nagłej słabości. Czuł się głupio. I aby zagłuszyć w sobie to nieprzyjemne uczucie, zaczął wreszcie kaczki na wodzie puszczać. Zbierał kamienie i ciskał nimi w wodę z taką siłą, jak gdyby to właśnie od siły rzutu zależała poprawa jego samopoczucia. I widocznie tak się stało, gdyż po chwili odwrócił się do stojącej za nim trójcy MKR i już z uśmiechem rzekł:

— Ten dzisiejszy skwar chyba nam wszystkim na mózg padł, a zwłaszcza na oczy. Dlatego widzimy to, czego nie ma. A to co jest, tego nie możemy zobaczyć.

— Co masz na myśli? — zainteresował się Robek.

— No właśnie? — Michaśka też chciała wiedzieć.

— Nieważne już. Ot, po prostu głośno myślę. Istota myśląca ze mnie, nie? No! A skoro już jestem homo sapiens, to używam rozumu do wszystkiego. I gdy go już używam, nie lubię jak mi coś zakłóca jego wykorzystywanie.

— Masz skwar na myśli? — z figlarnym uśmiechem dopytywała się Michaśka.

— I skwar… i takie tam podobne chały… A zwłaszcza Michała gały! — wrzasnął Przemek i rzucił się na Michaśkę, udając że chce ją udusić.

— Odejdź ode mnie, ty siło nieczysta! — piszczała Michaśka. — A sio! Wynocha! Idź precz!

— Ja ci dam wynocha… Ja ci dam siłę nieczystą! Jam homo sapiens… żądny wiedzy. Wszelakiej wiedzy… Jestem już dorosły i muszę sobie wyrobić swój własny światopogląd. Rozumiesz, ty smarkaty… ciekawski… nieznośny Michale?!

Tym razem dwa ciała tarzały się po ziemi. A następne dwa, stały i się tarzającym przyglądały. Wszyscy śmiali się wniebogłosy.

Michaśka aż zachrypła od śmiechu. Śmiała się najgłośniej ze wszystkich. Widocznie śmiechem chciała zagłuszyć swój stres związany z męczącymi ją przez cały dzień wyrzutami sumienia. Wprawdzie nie dawała już po sobie poznać, że ciągle jest pod jego wpływem, wewnętrznie jednak wciąż go czuła. Miała już go dość i chciała się go wreszcie pozbyć. Aczkolwiek zdawała sobie sprawę, że aby całkiem się go pozbyć, musiałaby jak najszybciej znaleźć się przy łóżku Emila. Pragnęła więc, by ten dzień skończył się jak najszybciej i żeby móc już być w łóżku i szybko usnąć. Usnąć i nie myśleć więcej o swojej męczarni. No i żeby noc mieć jak najszybciej za sobą. A z samego rana, natychmiast jechać do Emila.

Wytarzane towarzystwo, roześmiane i rozbawione, pozbierało się po chwili do kupy i wszyscy razem skoczyli do rzeki. Choć był już późny wieczór duszno było nadal. Chłodna woda Białej sprawiała im więc dużą przyjemność. Pobaraszkowali trochę w wodzie, ochlapując się nawzajem i piszcząc co tchu w płucach, po czym zadowoleni z życia wyszli z rzeki. Usiedli na brzegu i chwilkę jeszcze porozmawiali sobie. W końcu opuścili dolinę.

Zapadł zmierzch. Był to znak, że oto nadeszła pora, by udać się do łóżek. To się rozeszli. Nikt nie protestował. Wręcz przeciwnie, każdy z wielką ochotą udawał się w kierunku swojego pokoju. Każdy był wyjątkowo zmęczony tego dnia. Choć każdy nieco inaczej, a co niektórzy z innej przyczyny, to jednak ich zmęczenie miało wspólny mianownik: potrzeba snu do kwadratu. Tak bardzo chciało się wszystkim spać. Najbardziej śpiący był Przemek, gdyż noc spędził na łowieniu ryb. Ale Kamil był nie mniej senny. Przecież też prawie nic nie spał w nocy. I kiedy Przemka niespanie było jednak przyjemne, to niespanie Kamila z pewnością nie. Natomiast Robek, spał wprawdzie nie najgorzej, ale został zbyt szybko ze snu wyrwany. Wszyscy chłopcy byli więc niewyspani. I wszyscy z powodu Emila. Kamil bezpośrednio, a bracia Maryszczakowie pośrednio. Z tym, że Robka wyrwano ze snu, a Przemkowi po nocnym wędkowaniu nie dano usnąć. Tylko Michaśka, można by rzec, powinna czuć się wyspana. Bo nikt jej w nocy ani nad ranem nie niepokoił z powodu Emila. Okazało się jednak, że to ona była najbardziej senną (udając oczywiście), i to ona najbardziej ciągnęła do łóżka — z powodu Emila właśnie. Pragnęła jak najszybciej usnąć, by rano móc być wreszcie z Emilem.

Kiedy Michaśka znalazła się już w łóżku, rozmyślając o minionym dniu, patrzyła przez na wpół otwarte okno i podziwiała piękne gwieździste niebo. Niebo było usłane gwiazdami, ale na horyzoncie zaciągało się już chmurami. Wyraźnie zanosiło się na burzę. Było to widać, a nawet czuć. Tym bardziej, że duszno było niemiłosiernie. Michaśka z tej duchoty nie mogła usnąć, chociaż usnąć jak najszybciej bardzo pragnęła. Wstała z łóżka i otworzyła okno na oścież. Wcale to jednak nie pomogło i duszno jej było nadal. Podeszła więc do drzwi i otworzyła je na korytarz. Wystawiła głowę na zewnątrz i nastawiła uszu. Po krótkim nasłuchiwaniu stwierdziła, że wszyscy domownicy już śpią. Cichutko było w całym domu. Słychać było tylko pochrapywania o różnej tonacji dobiegające z ich pokoi. Wpatrując się w ciemność, spostrzegła, iż okno w korytarzu jest zamknięte. Podbiegła do niego na palcach i je również na oścież otworzyła. Poczuła wtedy lekki powiew powietrza. Zadowolona z siebie wróciła do łóżka. Po chwili spała już spokojnie.

Rano Michaśkę obudziły odgłosy nadciągającej burzy. Otworzyła oczy i popatrzyła przez okno. Na dworze było już jasno. Zerknęła na swój zegarek leżący na nocnej szafce. Dochodziła szósta. Do Emila mieli jechać o dziewiątej. Czasu było więc dużo. Postanowiła poleżeć jeszcze w łóżku i poprzyglądać się temu wspaniałemu spektaklowi na niebie. Błyskawice przeszywały niebo co chwilę. Wyglądały groźnie. Groźnie, ale i pięknie. Przybierały przeróżne kształty, pojawiając się na niebie ciągle to w innych miejscach. Towarzyszyły im grzmoty o różnej tonacji i natężeniu. Od pomruków do potężnego huku porównywalnego do eksplozji bomby. Ba, kilku bomb naraz. Michaśka nie bała się burz. Wręcz przeciwnie, uwielbiała je obserwować i podziwiać. A zwłaszcza tu na wsi. Bo na wsi, to są prawdziwe burze. Całe ich piękno, cała ich moc, widoczna jest jak na dłoni. W mieście burze wiele tracą na swej ekspresji i nieziemskim pięknie. Rozmywają się gdzieś między kamienicami, blokami, fabrykami. Rozdrabniają się we wszechobecnym betonie i asfalcie.

Michaśka ciągle leżała w łóżku i z wielką przyjemnością wszystkimi zmysłami chłonęła ten niezwykły spektakl natury. Dolina Białej potęgowała jeszcze niezwykłość tego spektaklu, gdyż dzięki niej, przybierał on dodatkowe efekty dźwiękowe. Huk grzmotów odbijał się od doliny i potężnym echem rozbrzmiewał na wzgórzu. Cudowne było to widowisko. Michaśka była zachwycona. Poczuła się też wspaniale orzeźwiona. No bo wreszcie zaczęło też i lać jak z cebra. Duchota odeszła, ustępując miejsca rześkiemu powietrzu. Nareszcie było czym oddychać. Pioruny waliły jednak z coraz większą siłą i zaciętością. Michaśce wydawało się momentami, iż cały dom aż drży od ich potęgi. Leżała i liczyła sekundy od błysku błyskawicy do jej następstwa dźwiękowego, czyli grzmotu. Z liczenia wychodziło jej, iż burza dopiero się zbliża. I było tak istotnie. Dolina Białej po paru minutach zamieniła się w ogromny kipiący kocioł bombardowany z nieba gigantyczną energią i rażącym ogniem. A po krótkiej chwili, przeobraziła się wręcz w czeluść piekielną. W otchłań piekła wszystkich piekieł. W otchłań zła i beznadziei. W piekło, któremu niebiosa wydały ostateczną i rozstrzygającą walkę. Wtedy to już Michaśce ciarki zaczęły przelatywać po całym ciele. Takiej burzy w swoim życiu jeszcze nie przeżyła… I nagle, jak nie błyśnie… jak nie huknie! Błyskawica rozświetliła całe niebo i potężna eksplozja targnęła powietrzem i… nastała chwilowa cisza. Wtedy oczom oszołomionej dziewczyny ukazała się zielona kula wielkości piłki nożnej. Wleciała przez otwarte okno jej pokoju, zawisła nad jej łóżkiem i znieruchomiała. Michaśka była przerażona. Już nie wiedziała, czy widzi ją na jawie, czy może znów usnęła i widzi ją we śnie. Doszła jednak do wniosku, iż jej przerażenie jest zbyt mocne, ażeby mogła go śnić. — „To się dzieje naprawdę!” — wrzeszczało wniebogłosy jej wnętrze. A jej powłoka cielesna nadal leżała bez ruchu sparaliżowana strachem i ani drgnęła. Za to zielona kula drgnęła, i to nagle, i w ułamku sekundy wprawiła się w szybki ruch. Poleciała w kierunku otwartych drzwi pokoju i zniknęła w korytarzu. Dopiero wtedy Michaśka zdała sobie sprawę, że coś się stało. Coś, co ją bardzo, ale to bardzo przeraziło i chyba nawet poparzyło, gdyż poczuła wnet, iż cała jej twarz płonie ogniem. Zaczęła wrzeszczeć jak poparzona. Najpierw bezgłośnie, ale już po chwili na całe gardło, na cały dom...


cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×