Przejdź do komentarzySzalone wakacje (XV cz.)
Tekst 15 z 20 ze zbioru: Powieść przygodowa
Autor
Gatunekprzygodowe
Formaproza
Data dodania2019-03-28
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń521

Szalone wakacje (XV cz.)



Nie minęło czterdzieści minut, a dziewczynki znów spotkały się razem w mieszkaniu Zuzy. Czyste jak dwa aniołki i jeszcze bardziej zadowolone z siebie, przystąpiły do realizacji planu na dalszą część dnia. A następne, co w dalszej części dnia miały do zrobienia, to były zakupy. Wybrały się więc razem do pobliskiego supermarketu po kupienie tego wszystkiego, co na kartkach stało nadziubdziane przez obydwie mamy. Zakupy załatwiły w mig. Po powrocie do domu każda z osobna wypakowała w swoim mieszkaniu zakupione towary i znów spotkały się razem, tym razem w mieszkaniu Miry. Do powrotu rodziców z pracy pozostało jeszcze prawie dwie godziny. Dziewczynki poszły więc do pokoju Miry. Wreszcie miały czas dla siebie. I też sobą się zajęły.

— Ty, Mirka, jak myślisz, rodzice będą zadowoleni z naszej pracy w piwnicznych izbach? — Zuza spytała przyjaciółkę, gdy znalazły się już w swoim azylu, czyli w pokoju Miry.

— Pewne! I bluzka twoja też pewna. — Mira uspokoiła Zuzę.

Mira, kiedy tylko weszła wraz z Zuzą do swojego pokoju, zastanawiała się, czy Zuza, widząc komputer, nie zapragnie go od razu włączyć, by sobie pograć. Ku jej zdziwieniu, Zuza jakoś w ogóle nie reagowała na widok tego znienawidzonego przez nią pudła. Mira była tym faktem niesamowicie zaskoczona. A że Mira miała taką naturę, że musiała wszystko sprawdzić, aby być pewną, sama nagle zagadała na temat komputera.

— Zucha, nie miałabyś ochoty trochę pograć na komputerze? — spytała.

— Ach, daj mi ty spokój z komputerem, mamy ważniejsze sprawy na głowie. Wakacje tuż-tuż a my ciągle nie wymyśliłyśmy, co chcemy robić, skoro nie chcemy do Tunezji. Mirka, dumajmy. Czas nagli.

Dziewczynki zaczęły dumać. Wpatrywały się w ściany pokoju. Przenosiły wzrok za okno. Zerkały na siebie. Dumały i dumały. I nic. Niczego sensownego nie nie umiały wydumać.

— Makówka już mi pęcznieje od tego dumania — poskarżyła się Zuza i popatrzyła na Mirę ze skrzywioną miną. — Jak pragnę zakwitnąć… Ty, ja nic nie mogę wymyślić. Jedyne i najwspanialsze zarazem, co mi do głowy przychodzi, to wczasy w siodle z kursem jeździectwa…

— Kurna, ale wymyśliłaś! — głośno zdumiała się Mira. — Rodzice nigdy by się na to nie zgodzili. A to z prostej przyczyny. Finansowej. Nie pamiętasz, jak w zeszłym roku już narzekali na sytuację w kraju prowadzącą do takiego paradoksu, że wczasy krajowe stały się o wiele droższe od zagranicznych? I przede wszystkim dlatego wybrali Tunezję. Dam swoją napęczniałą od dumania makówkę, że ich po prostu nie stać by było na opłacenie takich wymyślnych wczasów w siodle.

— To niech nas zostawią w domu i niech sami na Czarny Ląd sobie lecą! — Zuza wkurzyła się na finansową niesprawiedliwość świata, ale to tak w jej ustach zabrzmiało, jakby się na rodziców wkurzyła.

— No coś ty, Zuzka! Przecież to nie rodziców wina, że nie mają więcej pieniędzy. Pracują wszyscy przez całe życie i co mają z tej pracy? Psińco! Widocznie za uczciwą pracę więcej zarobić się nie da. Od swoich rodziców posagu nie dostali, spadku żadnego też nikt im nie chciał przepisać. Nawet w totolotka nigdy nie wygrali. Pamiętasz, co mój ojciec zawsze mówi? Mówi: „Kto szczęście ma w miłości, nie ma do pieniędzy… I na odwrót”. A zanim, pozostali zaraz powtarzają, że ze wszech miar wolą to pierwsze. Widzisz więc, Zuza, powinnyśmy być zadowolone, że nasi rodzice się kochają. Sama słyszałaś od Kaśki i Izabeli, co to za nieszczęście żyć pod jednym dachem z rodzicami, którzy nie mogą znieść siebie nawzajem i kłócą się tylko całymi dniami. Brrr… zwariowałabym z pewnością, gdyby tak, co nie daj Bóg, moi rodzice się awanturowali. Zucha, my i tak mamy szczęście, że mamy takich rodziców. Bo summa summarum, trzeba przyznać, że są kochani.

— Uspokój się. Przecież to wszystko wiem. — Zuza poklepała Mirę po ramieniu, bo dopiero teraz do niej dotarło, że ona ją źle zrozumiała. — Pewnie, że mamy kochanych rodziców. A wnerwiona jestem na tę głupią sytuację w kraju, a nie na rodziców. Mówiąc o tym, że oni sami mogą lecieć do Tunezji, nie miałam nic złego na myśli. Wręcz przeciwnie. Miałam na myśli, że oni mogliby odpocząć sobie od nas i jeszcze pieniądze zaoszczędzić. A my z kolei mogłybyśmy, zostając same w domu, też dać im trochę odsapnąć od nas. I vice versa. Chyba jesteśmy już do tego duże wystarczająco, hę?

— Myślę, że tak — odpowiedziała Mira w głębokiej zadumie.

— No i co dalej? Co wydumałaś?

— Tak sobie akurat myślę, że może mogłybyśmy zostać pod opieką babci Michaliny. Może ten argument do staruszków przemówi?

— A niech mnie kaczka kopnie! To mi nie przyszło do głowy. Wiesz, Mirosławo, toż to super pomysł. Gdyby się nam udało go przeforsować, to będę sławić twe imię przez całe wakacje… Tylko myślę, że lepiej będzie, jak im dopiero jutro zaczniemy dziury w brzuchach wiercić na ten temat. Bo wiesz, najpierw muszę mieć ten odjazdowy ciuch na sobie, a potem to już z całą mocą będziemy mogły się wziąć za wiercenie… Masz makówkę nie od parady, moja droga Mirosławo! A myślisz, że twoja babcia się zgodzi sprawować opiekę nad nami, bądź co bądź, ździebko szurniętymi dzierlatkami?

— Moja w tym makówka! — radośnie zawołała Mira.

Dziewczynki uradowane nowym pomysłem, zaczęły wymyślać co też by robiły w czasie takiego dwutygodniowego urlopu od rodziców. Wymyśliły wiele. Ale wszystko co wymyśliły, związane było przede wszystkim z wyjazdami z babcią do stadniny koni i pobliskiego lasu. Oprócz tego, może ze dwa, trzy razy, pójście do kina i na basen. No może jeszcze też, jeden raz chociaż, połazić po sklepach z ciuchami i pobuszować w nich nieco, no i (co jest zupełnie oczywiste), poprzymierzać co się da. Reasumując dziewczynek wymyślania, na pierwsze miejsce i tak wysuwałby się kontakt z naturą no i oczywiście z końmi.

Do powrotu rodziców z pracy zostało jeszcze trochę czasu, a najważniejsze sprawy dziewczynki miały już omówione. Coś trzeba było jeszcze z tym czasem zrobić, ale już nie bardzo wiedziały co. Wtedy Mira z politowaniem popatrzyła na komputer i z bólem serca odpaliła go.

— Mirka, chcesz w coś grać? — zdziwiła się Zuza. — Bo ja dziwnie jakoś nie mam ochoty.

— Nie, grać nie chcę — odpowiedziała Mira ucieszona z wiadomego względu. — Miałyśmy poserfować po Internecie, by zapoznać się ze śpiewem ptaszków.

— No coś ty! Po co nam teraz zapoznawać się? Przecież Sęp, nasz największy klasowy ptaszek, nie zainteresował się naszą, skądinąd wspaniałą ideą. A my zamiast wirtualnie poznawać ćwierkolenie ptaszków, będziemy miały teraz moc okazji, aby poznać je live. Szkoda więc czasu… albo poczekaj! Jak już odpaliłaś kompa, to poserfujmy sobie… za końmi.

I poserfowały. Obie przyklejone do pulpitu biurka klikały myszką ochoczo. Z obopólną znów radością. Bo i temat, o którym chciały się czegoś więcej dowiedzieć był ciekawy. Wpatrując się w monitor komputera, z wielkim zainteresowaniem wertowały strony internetowe.

Zuza była bardzo zafascynowana wiadomościami o koniach. Poznała ich rasy i pochodzenie, a nawet przodków konia. Interesowały ją również stadniny koni oraz jeździectwo. Nie mogła się od komputera oderwać. Czytała wszystko dokładnie. Przeglądała wszelkie ilustracje oraz załączone fotki koni. Ba, wydrukowała nawet jedną, by powiesić ją sobie nad łóżkiem. Spośród wszystkich fotek wybrała wspaniałe ujęcie galopującego konia. Siwego konia. Zuza chciała, aby był podobny do Bucefała. Jak zahipnotyzowana wpatrywała się w wydrukowaną kopię. Długo i milcząco. W końcu zaczęła wąchać świeżo zadrukowaną kartkę papieru i wmawiać Mirze, że farba drukarki ma zapach podobny do zapachu konia.

Mira nie śmiała zaprzeczać. I na myśl jej nawet nie przyszło, żeby Zuzę wyśmiać. Nie chciała spłoszyć swojego i Zuzy szczęścia. Szczęścia, które potrafi być tak ulotne.

Zuza, widząc powagę na twarzy przyjaciółki, uznała, że ona zgadza się z jej zdaniem i jest szczerze zainteresowana tym, jakże cudownym tematem. Tematem koni. A to dodało jej skrzydeł.

— Czuję się niczym Pegaz — wyszeptała w kartkę papieru.

— I pomału tak wyglądasz. — Mira zachichotała cichutko sama do siebie.

— Co mówiłaś?

— Nic, nic! — Mirze zrobiło się głupio, ale zaraz dodała czule: — Chciałam tylko powiedzieć, że to jest wspaniałe mieć kogoś, kto podziela twoje zdanie i razem z tobą oddaje się wspólnej pasji.

— Święte słowa. A mam nadzieję, że mówiąc o tym, masz nas obie na myśli, co?

— Nie inaczej.

Zuza nie kryła radości i mocno Mirę wyściskała. Potem jeszcze raz powąchała zadrukowaną kartę A-4 i znów rozsiadła się przy klawiaturze komputera. Przypomniała sobie, że czytała gdzieś bardzo mądre motto, które bardzo jej się spodobało. Od nowa zaczęła przelatywać przeczytane strony. W końcu znalazła i wykaligrafowała go na kartce pod galopującym koniem pięknym pismem: „Jeździć konno może się nauczyć każdy, ale jazda w harmonii z koniem jest sztuką”. Kiedy skończyła kaligrafowanie, znów zaczęła wpatrywać się w kartkę. Biegała oczami, to po koniu, to po wykaligrafowanym motcie. Chwilę podumała, wreszcie zamachnęła się flamastrem i poniżej motta dopisała: „Zuzanna Bardecka uwielbia sztukę”.

Mira przeczytała wszystko co Zuza napisała i w myślach podzieliła jej zdanie. Ale oprócz tego, pomyślała, że uwielbia przede wszystkim babcię Michalinę i w myślach posłała jej gorące podziękowania.

I kiedy tak dziewczynki siedziały przed komputerem zajęte swoimi myślami, nagle rozległo się cichutkie pukanie do drzwi.

— A witam was, dziewczynki! Co, gracie sobie? — Pani Hania zaglądnęła do pokoju córki.

— Nie, nie gramy, tylko tak sobie serfujemy po Internecie. — Mira w tempie iście komputerowym powróciła myślami z ulicy Moniuszki i odpowiedziała mamie.

— Ojej, to moi rodzice też są już w domu? — spytała Zuza.

— Właśnie zajechali pod dom. Widziałam prze okno.

— Mira, to chodźmy! — zawołała podekscytowana Zuza.

— Poczekajcie! A zakupy zrobione?

— Zrobione! — potwierdziły jednocześnie obie dziewczynki.

— To gdzie wam się tak śpieszy?

— Do podziemia.

— Gdzie?

— No… do piwnicy. Pokazać wam efekt naszej ciężkiej harówy — poinformowała mamę Mira. — Bo wiesz, harowałyśmy na konto tej bluzki dla Zuzy.

— Ahaaaa! No, no, no… kto by to pomyślał, że tak wspaniale podejdziecie do sprawy. To co, my też zapewne musimy zejść na dół i oglądnąć dzieło waszych rąk?

— Jasne! — potwierdziła Mira. — Bo wiesz, w razie problemów, potrzebne będzie twoje wsparcie. Obiecałaś.

— Tak, wiem. I wcale się nie wycofuję… No, to zgarniajcie z kanapy Jerzego, a po drodze Lodzię i Michała. I jazda do podziemia.

Rodzice spędzeni przez swoje córki do piwnicy nie kryli podziwu. Zachwycali się czystością w przejściach między piwnicami. Podziwiali stropy pozbawione wieloletnich pajęczyn, grubych i czarnych. A już ogólnie panujący ład w piwnicy Bardeckich przeszedł oczekiwania wszystkich, a zwłaszcza właścicieli piwnicy.

— Panno Zuzanno, wal śmiało w czym rzecz! — rzekł pan Michał na widok porządku w miejscu, którego nie cierpiał właśnie z powodu panującego tam stale zagracenia i nieładu. — Od razu mówię, że się zgadzam na wszystko, co tylko chcesz. Bo że bezinteresownie odwaliłyście taką krecią robotę, nie uwierzę. Więc jak, czego dusza pragnie?

— Nie całkiem to pedagogiczne, mój mężu — wtrąciła się pani Lodzia, ale minę miała też zachwyconą.

— Całkiem może nie, ale nasze córki są rozsądnymi dziewczynkami i wierzę, że naszych, czasami nie do końca pedagogicznych metod wychowawczych, nie wykorzystują do złych celów — usprawiedliwiał się pan Michał.

— Ma się rozumieć, że do złych nie. Gdzieżby tam… My? W życiu! — Zuza zapewniła rodziców.

— A jaki tym razem jest to cel?

— Nooo… w miarę do… do przyjęcia — jąkała się Zuza.

Zuza zachęcana przez wszystkich rodziców oraz Mirę do wyłuskania swego „w miarę do przyjęcia celu”, wreszcie to zrobiła. Troszeczkę się przy tym nająkała jeszcze, ale słowa: „odlotowa bluzunia z targu” w końcu padły.

Rodzice Zuzy podejrzewali, że Zuzy prośba będzie tym razem miała o wiele cięższy kaliber docelowy, ale mając przed oczami to co akurat mieli, postanowili wysłuchać jej prośby. I to z nastawieniem: bardziej na tak. Tak że kiedy usłyszeli, że ich córce chodzi tylko o jakąś tam bluzkę z targu, i to taką, którą Hania kupiła już w sobotę Mirze, zgodzili się od razu.

W pełni usatysfakcjonowane rodzinki wyszły z podziemia. Rodzice byli zadowoleni ze swoich pracowitych córek, a córki były zadowolone z osiągniętego celu.

Głowy obu rodzinek, wspinając się po schodach z zadowolonymi minami, zarządziły wspólny obiad. Bo skoro spotkali się już wszyscy razem w podziemiach wspólnego domostwa i miło tam czas spędzili, to warto by było ze sobą dłużej pobyć. Obydwie mamy się sprężyły i przy pomocy swoich córek przygotowały obiad w mieszkaniu Czarneckich. W pełnym gronie i w sympatycznej atmosferze obie rodzinki spożyły obiad i przesiedziały razem aż do kolacji. A że szkoda było im się rozchodzić, skoro tak sympatycznie było, to zjedli razem jeszcze i kolację.

I tak rodzinie Czarneckich oraz Bardeckich minął cały dzień. Poniedziałek. Pierwszy dzień tygodnia. Dzień, który dla większości lubianym dniem nie jest.

Następnego dnia, po powrocie ze szkoły, Mira i Zuza pobiegły prosto na targ. Na targu załatwiły wszystko pomyślnie, bo bluzka nietknięta czekała na nie w tej samej plastikowej torbie. Karteczka z uiszczoną zaliczką też była. Zuza zapłaciła resztę, a pozostałe dwadzieścia złotych schowała na powrót do kieszeni dżinsów. Cmoknęła Mirę w nos i obie szczęśliwe jak te dwie dzierlatki ze śmiechem na ustach wyfrunęły z targu.

Kiedy przyszły do domu, od razu przebrały się w swoje szałowe bluzeczki i w mieszkaniu Bardeckich czekały na rodziców. Na szczęście niewiele im tego czekania zostało, gdyż pora powrotu rodziców z pracy powoli się zbliżała.

Po wspólnym zademonstrowaniu się rodzicom i zjedzeniu z nimi obiadu, dziewczynki zamierzały udać się do babci Michaliny. Chciały usłyszeć babci zdanie co do ich pomysłu związanego z narzuceniem się jej pod dwutygodniową opiekę. Musiały przecież usłyszeć najpierw jej zdanie, zanim ze swoim pomysłem pójdą do rodziców.

Dziewczynki rzeczywiście nie musiały długo czekać na rodziców. Wnet usłyszały zgrzyt klucza w zamku drzwi wejściowych i szanowni państwo Bardeccy weszli do domu.

— Voila`! — zawołała Zuza na widok wchodzących rodziców i razem z Mirą zaprezentowały się niczym modelka na wybiegu. — Powiedzcie sami, czy nie wyglądamy odlotowo?

— Odlotowo z pewnością — zgodził się pan Michał, wytrzeszczając oczy.

— To są te wasze wspaniałe bluzeczki? — spytała przerażona pani Lodzia.

— A co, nie widać? — zdziwił się pan Michał i puścił do dziewczynek oczko. — Przecież wyglądają odlotowo! Tak odlotowo… jak na dwie pośmieciuszki przystało.

— Ojej, zaraz pośmieciuszki! Wiem, że bluzki wyglądają trochę jak ze śmietnika wygrzebane, ale teraz taka moda. I najważniejsze, że nam się podoba — przekonywała ojca Zuza.

— Och, nie miałem na myśli tych waszych szmatek, tylko, mówiąc o was pośmieciuszki, miałem na myśli ptaszki… no te… jakże im tam… Jerzy ich imieniem was zawsze nazywa…

— Dzierlatki — podpowiedziała pani Lodzia.

— A właśnie, dzierlatki. Bo skoro Jerzy tak was nazywa, to ja też mogę, nie?... A pośmieciuszka i dzierlatka to to samo. Ten sam ptaszek z rodziny skowronków. Świat ptaków wam się kłania, moje drogie ptaszyny czubate.

— A to masz rację. Wiemy o tym, że o ptaszkach niewiele wiemy — zgodziła się Zuza, potrząsając swoim czarnym i Miry blond czubem jednocześnie. — Czubki z nas, no nie, Mira?

Pani Lodzia, widząc szczęśliwe miny dziewczynek, machnęła w końcu ręką na to coś, co one miały na sobie i co nazywały odlotowymi bluzuniami i zabrała się za przygotowywanie obiadu. Wreszcie przyszło jej na myśl, że ściągnie z góry Czarneckich na obiad, bo skoro poprzedniego dnia jedli u nich, to przyszła pora na rewanż. Zadzwoniła po nich i po chwili obydwie rodzinki w komplecie znów krzątały się po kuchni.

Po obiedzie dziewczynki zmyły naczynia, pozwalając rodzicom odpocząć po pracy i nagadać się spokojnie. I kiedy były już ze zmywaniem gotowe, zameldowały że wybierają się do babci Michaliny z krótką wizytą. Rodzice nie mieli nic przeciwko. Zadowolone dziewczynki pobiegły do przedpokoju założyć buty. Już miały wychodzić, gdy nagle rozległ się dzwonek u drzwi. Zuza natychmiast otworzyła drzwi i obie dziewczynki wprost oniemiały z wrażenia. W drzwiach stała babcia Michalina.

— Witam rodzinkę Bardeckich i rodzinkę Czarnackich! — z szerokim uśmiechem zawołała babcia od progu. — Że też nie przyszło mi na myśl zadzwonić najpierw do tych drzwi, a potem ewentualnie wspinać się wyżej. Trudno… a może i dobrze? Zażyłam przynajmniej nieco ruchu… Ojejej, dziewczynki, jak wy wspaniale wyglądacie. Bluzeczki macie odjazdowe, trzeba przyznać. Bardzo mi się podobają. Miałam podobną w waszym wieku.

— Babciu, jak to miło ciebie widzieć! No i do tego jeszcze usłyszeć twój komplement. Jesteś kochana. Dziękujemy! — Mira przytuliła się do babci. — A my właśnie wybierałyśmy się do ciebie.

— Cudownie. Zaraz do mnie pojedziemy… Przyszłam, bo byłam na targu i kupiłam wam trochę świeżych truskawek. Facet wysprzedawał za połowę ceny, bo śpieszyło mu się do domu na transmisję jakiegoś meczu, więc kupiłam aż cztery koszyczki. Haniu, i ty Lodziu, możecie zrobić dżem, albo nawet w zamrażarce trochę zamrozić.

— Mamuś, jesteś wspaniała. Dziękujemy!

— Dziękuję, mamusiu Hanusi! — zawołała pani Lodzia i cmoknęła babcię Michalinę w policzek. — Co to znaczy matka. Zawsze pamięta i zawsze się troszczy.

— Nie każda… — wyrwało się Zuzi, ale zaraz się zreflektowała, i chcąc zatuszować swoją gafę, szybko dodała: — Nasze mamusie… są właśnie takie kochane.

— Dziękujemy ci Zuziu — pośpiesznie powiedziała pani Hania za siebie i za swoją przyjaciółkę Lodzię.

Pani Hania wiedziała, że temat matki jest czasami bolesny dla jej przyjaciółki, dlatego zaraz zagadała ją na temat wspaniałego przepisu na dżem truskawkowy z wanilią, o którym czytała w „Przyjaciółce”. Babcia Michalina również się włączyła do analizowania tegoż przepisu i kobiety chwilowo zajęły się sobą.

Kiedy przepis na dżem truskawkowy został przez kobiety przerobiony i wdrożony w pamięć, babcia Michalina skierowała się do drzwi wyjściowych. Zgarnęła po drodze stojącą w przedpokoju Zuzę i Mirę, i już otwierała drzwi, gdy nagle jej córka Hania wołaniem z kuchni ją zatrzymała.

— Mamusiu, poczekaj jeszcze na momencik. Chciałam się ciebie o coś spytać.

— No to pytaj.

— Wiesz, ale przejdźmy do pokoju stołowego, żeby nam nie przeszkadzano.

— I co namówiłaś już dziewczynki na ten urlop w Tunezji? — spytała pani Hania matkę, gdy tylko drzwi pokoju stołowego Bardeckich zamknęły się za nimi.

— Nie, jeszcze nie rozmawiałam z nimi na ten temat.

— Ojejku…

— No co, ojejku? Powiedziałaś, że mam czas do poniedziałku. Więc mam jeszcze czas, nie? No bo wiesz, moja kochana, nie chciałabym je spłoszyć moimi namowami na urlop, którego one, jak sama mówisz, nie bardzo pragną. Zrozum, przez ponad pięć lat mój kontakt z Mirunią, a i przy okazji z Zuzią, rozluźniał się coraz bardziej. Od kiedy poszły do szkoły babcia przestała się już tak liczyć. Ważniejsze stały się szkolne koleżanki i koledzy. A teraz, tak cudownym trafem, dziewczynki same mnie odwiedziły i pierwszy raz od niepamiętnych lat czuję, że przebywanie ze mną, sprawia im przyjemność. Mam więc to od razu zepsuć? Na razie opowiadam im o swoich wakacjach, bo tego pragną najbardziej. Same się o nie dopytują i proszą mnie bym im opowiadała… Poczekaj jeszcze, jeszcze zostało parę dni do poniedziałku. Parę razy się z nimi spotkam i w odpowiednim momencie zagadnę je o tę Tunezję. I zaraz dam ci znać. W porządku?

— Cóż zrobić? Musi być w porządku. Poczekamy… Wiesz, mamuś, właśnie też zauważyłam, że kontakty między wami nagle się ożywiły. I muszę ci powiedzieć, że bardzo się z tego powodu cieszę. Wszyscy się cieszymy. Zawsze nas to martwiło, że przez tyle lat nie byłyście ze sobą blisko. Że dziewczynki wiele tracą, odrzucając twoją przyjaźń i twoją serdeczność. A przecież mogłyby się przy tobie nauczyć tylu wspaniałych rzeczy. Twoje pozytywne podejście do życia, tolerancja oraz ogromne poczucie humoru niejednemu przywróciło wiarę w siebie i pomogło pokonać piętrzące się problemy. A tu, rodzona córka twojej córki, jak i córka najlepszej jej przyjaciółki, zaparły się i nie chcą z tego dobrodziejstwa promieniującego wręcz z twojej osoby korzystać. Strasznie nas to martwiło i przerażało zarazem, że dziewczynki nawet nie wiedzą ile tracą. Że trwonią swoje najpiękniejsze lata, przesiadując przed komputerem. Że zamknęły się w swojej ciasnej skorupie niczym dwa bezrozumne żółwie i nic do nich więcej nie dociera. Baliśmy się, że tak już zostanie. Bardzo żal nam było też i ciebie. Widzieliśmy twoją smutną minę, kiedy do nas przychodziłaś, a dziewczynki prawie nie reagowały na twoje przybycie, tylko zamykały się w swoim pokoju. Albo kiedy, zapraszając je do siebie, usłyszałaś ich odmowę. Dlatego teraz… teraz jesteśmy bardzo szczęśliwi, iż znów jesteście razem. Że dziewczynki wręcz pragną przebywać z tobą. Że same do tego doszły, bez naszej ingerencji. I że same na nowo odkryły co znaczy BABCIA… Dziękuję ci mamusiu z całego serca. Wszyscy ci dziękujemy.

— Ho, ho, ho… jak mi miło! Jak miło jest usłyszeć tyle wspaniałych rzeczy naraz. A dziękować mi nie musicie, bo mnie samej przebywanie z dziewczynkami daje wiele radości. Mówię szczerze. Tak że cała przyjemność po mojej stronie… Wiesz, z Mirunią czasami przynajmniej rozmawiałam. Rzadko, bo rzadko, ale niekiedy mnie na krótko odwiedzała. Ale Zuzia, muszę przyznać, faktycznie mnie unikała. Więc teraz też bardzo się cieszę, iż wreszcie coś drgnęło i obie dziewczynki chcą być ze mną. Bo wiesz, uwielbiam moją kochaną wnuczkę i jej najlepszą przyjaciółkę… córkę najlepszej przyjaciółki mojej córki — babcia Michalina zachichotała pociesznie i przytuliła córkę do piersi.

Po chwili babcia znów stała z Mirą i Zuzą przed drzwiami wyjściowymi. Zamierzały już wyjść lecz ponownie zostały zatrzymane. Tym razem zatrzymał je głos pani Lodzi.

— Pani Michalino, z całego serducha dziękujemy pani za wszystko… zwłaszcza za bezpośrednią pomoc w wykorzenianiu z Zuzi lęku do koni. Gladiatorowi też proszę w naszym imieniu podziękować.

— Mnie nie musicie nic a nic dziękować, bo to Zuzieńka sama sobie pomogła. Dzielna dziewczynka. Możecie z niej być dumni… A Gladiatorowi, i owszem, możecie podziękować, ale osobiście…

— Właśnie, właśnie… osobiście — wtrącił się pan Jerzy, wychylając głowę z kuchni. — W sobotę będzie okazja, gdyż nasze córki zaprosiły nas do Karczmy Zagłoby, więc i do Gladiatora wstąpimy z wielką przyjemnością.

— Hurrrraaa! — wrzasnęły dziewczynki jednocześnie, i prowadząc babcię Michalinę za ręce, wyszły z domu.

Kiedy wszystkie trzy znalazły się w mieszkaniu babci, wypakowały najpierw zakupy z targu, a potem rozsiadły się przy kuchennym stole. Babcia zrobiła pysznej herbatki z sokiem malinowym i postawiła na stół wiklinowy koszyczek pełen czerwonych jabłek. A stawiając go na środku stołu, chichotała zabawnie.

— Wiecie, miałam zabawną historię przy zakupie tych jabłek — powiedziała. — Otóż ten facet, o którym wspominałam, że nagle zaczął wszystkie swoje owoce wysprzedawać za połowę ceny, chciał też pozbyć się i tych jabłek. Usilnie namawiał wszystkich, aby je kupowali. Mnie też. Ja wprawdzie nie potrzebowałam jeszcze jabłek kupować, gdyż Hania kupiła mi w sobotę, ale słuchając jego wywodów i zachwalań tych konkretnie jabłek, w końcu je kupiłam. A kupiłam je tylko dlatego, że facet powiedział, że te jabłka są tak pyszne, jak te kradzione nocą u księdza w sadzie przy plebanii. Śmiałam się, ale aż trzy kilo kupiłam, bo facet przypomniał mi moją śmieszną historię z tym owocem i księdza sadem w tle… Bo musicie wiedzieć, że kiedyś, za moich czasów, nie do końca wiem dlaczego, ale chodzenie do księdza na jabłka było wśród dzieciaków prawie tradycją. Skąd ona się wzięła, nie wiem. Każdy na wsi przecież miał swoje jabłka we własnym sadzie. Może działo się tak dlatego, że chciało się przeżyć jakieś szczególne emocje? Podobne do tych, jakie się przeżywa na przykład w trakcie chodzenia po cmentarzu o północy. Bo to też było popularne wśród dzieciaków. Zapewne tak było. Chodziło o wyzwolenie w sobie tego dreszczyku emocji, tej adrenaliny, która jakże miło buzuje w żyłach. Fakt faktem, że choć niechlubna to tradycja, była jednak tradycją. I aby tradycji stało się zadość, każdy musiał ten proceder w sadzie u księdza zaliczyć… No i Michaśka z chłopakami naturalnie też.

— Babciu, adrenalina swoją drogą, a zakazany owoc, swoją. Bo wiadomo, że to co zakazane smakuje lepiej. Już nasza Ewa doszła do takiego wniosku i w genach nam przekazała tę niechlubną cechę. — Mira podjęła się wytłumaczenia genezy jabłkowej tradycji. — Opowiedz nam tę historię. Już sobie wyobrażam, jak będziemy pękać ze śmiechu, bo historia z pewnością była zabawna.

— Pani Michalino, prosimy, bardzo prosimy! — Zuza aż zapiała z uciechy. — Uwielbiam pani opowieści. Słuchając ich, momentami czuję się tak, jakobym to ja sama uczestniczyła wraz z Michaśką i chłopakami w tych wspaniałych przygodach.

— Ho, ho… to aż tak obrazowo potrafię opowiadać? Cieszę się — zachichotała babcia Michalina. — A więc dobrze. Opowiem wam.

Dziewczynki podparły rękami brody i zamieniły się w słuch. A babcia Michalina łagodnym i ciepłym głosem zaczęła swą opowieść:


Minęło dwa tygodnie od powrotu Michaśki i Emila ze szpitala. Oboje zdążyli już dawno zapomnieć o swoim tam pobycie i o powodach, przez które się tam znaleźli. Prawie całe dwa tygodnie Michaśka i chłopcy pracowali w pocie czoła przy żniwach. Najpierw pracowali u Maryszczaków, potem u Potylickich, a potem pomagali jeszcze starym Pawlakom. Do końca wakacji został tydzień. Cała czwórka chciała jeszcze jak najwięcej przeżyć, by przez następny rok szkolny mieć co wspominać. Spali tylko po pięć, sześć godzin dziennie, bo nie chcieli tracić zbyt dużo czasu na przebywanie w łóżkach. Chcieli na jawie być ze sobą jak najdłużej i rozkoszować się każdą wspólnie przeżytą chwilą...


cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×