Przejdź do komentarzySzalone wakacje (XVI cz.)
Tekst 16 z 20 ze zbioru: Powieść przygodowa
Autor
Gatunekprzygodowe
Formaproza
Data dodania2019-03-30
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń261

Szalone wakacje (XVI cz.)



Była sobota. Dzień dożynek. W Krosnowicach Gmina urządzała wielki festyn dożynkowy. Kto żyw, kto tylko mógł i chciał tam się wybierał. Jedni już tam byli i wracali, inni dopiero się tam wybierali. Na drodze ruch był nieustanny.

Ciocia Marynia tym razem jakoś nie miała ochoty na uczestniczenie w tak ogromnym tumulcie i razem z matką Potylickich urządziła rodzinne dożynki w sadzie pod gruszą. Nagotowały samych pyszności i napiekły niezliczone ilości ciast. Pogoda była piękna. Wszyscy od południa siedzieli w sadzie. Wesoło było niesamowicie, bo każdy był w wyśmienitym humorze i jeden przez drugiego opowiadał jakieś śmieszne historyjki. Przy stole pod gruszą co rusz wszyscy buchali gromkim śmiechem.

Pod wieczór, wszyscy razem wstali od stołu i rzucili się do stajen, obór i kurników. Obowiązki wzywały. Trzeba było przed nocą oporządzić zwierzaki. Po zrobieniu wszystkiego co należało zrobić, znów spotkali się pod gruszą i dalej świętowali swoje rodzinne dożynki.

Starszyzna siedziała na krzesłach z jednej strony stołu, a młodzież na prowizorycznie skleconych dwóch ławkach z drugiej. I na jednej takiej ławce, chyboczącej się z lekka, siedział Przemek z Michaśką, a na drugiej, Robek z Kamilem i Emilem. Ledwie usiedli do stołu, natychmiast zabrali się za jedzenie, gdyż po wieczornym obrządku znów zgłodnieli okrutnie.

— Ty, Michał, a ty co tak wywijasz tym nożem? — spytał Przemek kuzynkę, robiąc fikuśne uniki głową. — Seppuku chcesz popełnić, czy jaki piorun kulisty? Nikt przecież na twoim honorze dotychczas nie pogrywał, więc o co ci chodzi? Połóż ten nóż z powrotem na stole i jak już musisz czymś wywijać, to złap lepiej za łyżeczkę.

— Co, boisz się, że cię niechcący nim zahaczę? — zaśmiała się Michaśka i ręką z nożem zatoczyła szerokie koło ponad głową Przemka. — No co się boisz… ale z ciebie tępak, przecież ten nóż jest tępy. No popatrz… tępy… tępy… Sam widziałeś, jak tępawo szło mi krojenie schaboszczaka.

Przemek poderwał się z ławki i z wyskoku wyrwał Michaśce nóż z ręki. Ławka pozbawiona obciążenia na jednym jej końcu straciła swą stabilność i końcem, na którym siedziała Michaśka, rąbnęła na ziemię. A ona z nią.

— Łubu-duuuuu… Michałku! Pupcia cała, czy trzeba karetkę pogotowia znów wzywać? — Przemek pacnął na ziemię obok Michaśki i pękał ze śmiechu. — Nuże ERK-a, ruszajcie z pomocą! Pozbierajcie z podłoża swojego kompana M jak Michał. Nie przystoi, by nam nogi wąchał, i to jeszcze w taki upał.

— Och, Przemek, tobie jak zwykle wariacje w głowie! — zawołała ciocia Marynia, stając z krzesła i przyglądając się leżącym na ziemi. — Michasiu, nic ci się nie stało?

— Nic, ciociu. — Michaśka roześmiała się i rzuciła się na swojego starszego kuzyna — Ale Przemkowi zaraz coś się stanie, bo mam zamiar go pogryźć.

— Idź precz, Michale, bo ci tu zaraz pucówę zrobię! — Przemek rękami przetrzymywał kuzynkę na odległość i rżał przy tym ze śmiechu niczym młody ogier. — Ty, mnie… pogryźć? Ja ci tu dam zęby szczerzyć na tak poważną i dostojną osobę! Toż to woła o pomstę do nieba… Wstrzymaj się, zanim nie będzie za późno i zębów nie postradasz.

Starsza, jednoosobowa młodzież, i młodsza, czteroosobowa młodzież, rozbawiła się na nowo. Śmichom i chichom nie było końca. Dokazywali ile wlezie. Starszyźnie też było wesoło, ale chcieli już wreszcie trochę spokojnie porozmawiać. Dlatego wujek Stach przypomniał młodzieży, że mieli zamiar pojechać do Krosnowic, by zobaczyć jak się tam bawi dożynkowe towarzystwo.

Przemek poderwał się natychmiast z siedzenia, bo przypomniał sobie, że jest umówiony z kumplem Kazkiem na godzinę dwudziestą pierwszą. Pobiegł do szopy, wyciągnął swojego Junaka i z głośnym łomotem ruszył w kierunku Krosnowic.

Michaśka nie miała jakoś ochoty wstawać od stołu. Lubiła posiedzieć sobie ze starszymi. Ale kiedy Robek przypomniał jej, że o dwudziestej drugiej na festynie dożynkowym w Krosnowicach ma być występ jakiejś trupy cyrkowej, odkleiła się wreszcie od stołu i wstała.

— Co, moje dzieciaczki, wybieracie się też do Krosnowic? — spytała ciocia Marynia. — To jedźcie lepiej rowerami. I uważajcie na psy. Wczoraj był u nas leśniczy i mówił, że znów wścieklizna panuj wśród lisów. A to wiadomo, że i wśród psów też, gdyż psy najszybciej się od lisów zarażają. Leśniczy mówił, że dwa dni temu musiał zastrzelić jakiego bezpańskiego psa, bo łaził po polach z wyraźnymi objawami tej okropnej choroby. Tak że uważajcie, proszę was.

— Biedny piesek — zaskomlała Michaśka. — A jak to poznać, że pies ma wściekliznę?

— To ja ci mogę powiedzieć, bo miałem okazję dobrze się przyjrzeć tej chorobie u mojego psa — odezwał się ojciec Potylickich. — To było dawno temu. Byłem jeszcze chłopcem. Miałem takiego pięknego, czarnego psa, mieszańca. Ale pies był bardzo mądry i łagodny. Razu pewnego, kiedy wróciłem ze szkoły i wszedłem na nasze podwórko, stanąłem jak wryty, gdyż mój kochany pies, który zawsze mnie z taką radością witał, nagle zaczął na mnie warczeć i jakoś tak ochryple szczekać. W pierwszej chwili chciałem do niego podejść i go uspokoić, bo myślałem, że go może wcześniej ktoś bardzo przestraszył. Ale nie, pies, widząc że się poruszyłem, rzucił się na mnie. Chciał mnie ugryźć. Odskoczyłem. Na szczęście nie doskoczył do mnie. Wtedy uciekłem z powrotem za furtkę i stamtąd, z bezpiecznej odległości, zacząłem się jemu przyglądać. Mój kochany Brutus, bo tak wabił się mój pies, wyglądał jak nie mój. Sierść miał jakoś tak dziwnie nastroszoną. Z pyska zwisała mu gęsta i spieniona ślina. Miał nieskoordynowane ruchy i co chwilę nim zarzucało. Płakałem jak małe dziecko, bo wtedy już odgadłem, co to oznaczało. Taki wygląd i takie agresywne zachowanie u psa mogło oznaczać tylko wściekliznę… Tak że z ogromnym bólem serca musiałem się pożegnać z moim ukochanym Brutusem, z moim najlepszym przyjacielem…

— O Boże, biedny Brutus… — zawołała Michaśka ze łzami w oczach. — Tylko proszę nie opowiadać, jak się pan z nim żegnał.

— Dobrze, Michasiu, nie będę opowiadał. — Potylicki najwyraźniej sam się wzruszył, bo na chwilę zamilkł. Po chwili znów się odezwał: — Ale muszę wam powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Bo skoro już mowa o tej okropnej i nieuleczalnej do dziś dnia chorobie, to musicie wiedzieć, że u niektórych psów, ta choroba objawia się akurat na odwrót. Psy stają się nad wyraz łagodne i przymilne. Koniecznie potrzebują wtedy czyjejś bliskości. Szukają więc kontaktu z innymi zwierzętami, a przede wszystkim z ludźmi.

— No właśnie, dlatego uważajcie na siebie — dodała ciocia Marynia. — A najlepiej będzie, jak będziecie unikać wszystkich psów. Bo licho nie śpi. Ta choroba jest bardzo zaraźliwa. I tak samo bardzo niebezpieczna dla ludzi.

— Nie martw się, ciociu, będziemy na siebie uważać — westchnęła Michaśka. — No to ruszajmy się chłopaki, bo już zaczyna szarzeć, a my ciągle pod gruszą kotwiczymy.

— Weźcie ze sobą latarki — poradził wujek Stach. — No i trochę grosza weźcie, żebyście mieli za co podożynkować na festynie… Swoją ciężką pracą przy żniwach zasłużyliście sobie na dożynki. No i zarobiliście sobie trochę grosza, to i macie teraz za co się pobawić. Tylko zaraz nie wydajcie wszystkich pieniędzy. Szkoda by było… A i zbyt późno nie wracajcie!

Michaśka wraz z chłopcami pobiegła do domu. Każdy się przebrał w cieplejsze ubrania i po chwili wszyscy spotkali się znów na podwórku. Wyciągnęli z szopy swoje rowery i ruszyli w drogę. Po drodze postanowili jechać ścieżynką wzdłuż Białej, a potem wzdłuż Nysy. Tamtędy była krótsza droga do Krosnowic, a przede wszystkim mniej uczęszczana w takim dniu. Mogli więc spokojnie sobie jechać, bez konieczności urządzania slalomu między idącymi i jadącymi czym się da. A to by ich z pewnością czekało na wiejskiej drodze.

Jechało im się bardzo przyjemnie. Pogoda ciągle była wspaniała. Było ciepło i bezwietrznie. Choć ciemniało już na dobre, to jednak widoczność była całkiem dobra. Nie musieli nawet latarek włączać. Drogę brzegiem rzek znali zresztą na pamięć. Jechali więc spokojnie, nie za szybko, nie za pomału. I rozmawiali, na tyle ile się dało. Chwilami milczeli, gdyż ścieżynka w niektórych miejscach była tak wąska i tak kręta, że musieli się skupić na jeździe i jechać bardzo ostrożnie z zachowaniem odpowiedniego odstępu między sobą. Robek jechał pierwszy, za nim Michaśka, potem Emil, i na końcu Kamil.

W takiej też kolejności dojeżdżali do miejsca połączenia się rzek, gdy nagle Michaśka wyprzedziła Robka i z okrzykiem: — „Damy mają pierwszeństwo!” — wyszła na prowadzenie i ni stąd, ni zowąd, zaczęła głośno śpiewać:


„Lato, lato, mieszka w drzewach,

Lato, lato, w ptakach śpiewa,

Słońcu każe odkryć twarz.

Lato, lato, jak się masz?

Lato, lato, dam ci różę,

Lato, lato, zostań dłużej,

Zamiast się po krajach włóczyć stu,

Lato, lato, zostań tu`. *

---------------------------------------------------------

* Refren piosenki pt. „Lato, lato” - słowa J. L. Kern



— A ciebie Michaśka, co postraszyło? — Robek na moment zrównał się z kuzynką. — Ciemna noc, wakacje się kończą, a ty co, lato zaklinasz? Czy jaki piorun kulisty?

— Co, tobie, tak jak i Przemkowi, spodobał się nagle piorun kulisty, hę? Co wy o nim możecie wiedzieć? Tylko ja wiem. I tylko ja tegoroczne lato z piorunem kulistym w tle będę mogła wspominać przez całe życie… A że lato zaklinam, to masz rację. Niech z nami przynajmniej w naszych sercach zostanie. Bo włóczyć się to i my potrafimy niezgorzej. I z pewnością włóczyć się już będziemy przez całe życie…

— No jasne, bo nie ma to jak przygoda! — zachichotał Robek i wyprzedził kuzynkę. — Spinkalaj do tyłu. Dżentelmen musi chronić damę. Zwłaszcza tak pechową damę jak ty, którą co rusz trafia jakiś grom z jasnego nieba. Teren robi się niebezpieczny. Chyba nie chcesz jeszcze i na koniec wakacji zarobić jakiegoś guza?

— Cha, cha, cha… ale śmieszne! — prychnęła Michaśka. — Dżentelmen się znalazł. Mnie nikt nie musi pilnować. Sama się przypilnuję.

— Hej, wy tam z przodu, o czym tak rozprawiacie?! — głośno zapytał Kamil i wyjechał na skarpę, by znaleźć się bliżej Michaśki i Robka. — My tam z tyłu prawie nic nie słyszymy. Gadajcie głośniej, bo też nas ciekawi, dlaczego Michaśka śpiewała i piorunem kulistym zaklinała lato.

— Ja też chciałbym wiedzieć… A niech to piorun kulisty strzeli! — wrzasnął nagle Emil i wyrżnął jak długi w połowie skarpy.

Okazało się, że pozostawiony w tyle Emil chciał dogonić wszystkich i za przykładem brata starał się wjechać na skarpę. Niestety, ten manewr mu się nie udał. Może się za słabo rozpędził? W efekcie pacnął jak długi, a rower upadł na niego. I leżał tak nieborak przykryty rowerem, jedną ręką trzymając kierownicę a drugą ściskając pokaźnych rozmiarów darninę, którą — w odruchu bezwarunkowym — wyrwał ze skarpy.

— Rany, Emil, a tobie po co ta trawa? — spytał Kamil, pochylając się po chwili nad leżącym bratem. — Myślisz, że się tym wiechciem obronisz przed wściekłym lisem albo psem? Nic dziwnego, że wyrżnąłeś jak, nie przymierzając, ostatnia oferma sztabowa. Bo kto to widział, aby wozić się z czymś takim na rowerze?

— Czego się mnie czepiasz? Przecież ja nic nie wożę — wściekał się Emil.

— A to, to co? — Kamil wyrwał bratu darninę z ręki i podsunął mu pod nos.

— Nic, trawa — trafnie rozpoznał Emil. — Musiałem się chyba jakoś ratować, żeby sobie kończyn nie połamać. Ty, popatrz, nawet nie czułem kiedy i jak skosiłem tę trawę. Ale widocznie mi pomogła, bo sam widzisz, że nie zjechałem na sam dół skarpy, więc się odwal… i zabieraj mi tę trawę spod nosa!

— Hej, co się tam z wami właściwie dzieje?! — wrzeszczała Michaśka, świdrując wzrokiem ciemność i próbując wyłapać słowa braci Potylickich. — Nie macie gdzie odpoczywać, tylko w połowie skarpy?

Michaśka nieco później niż Kamil spostrzegła leżącego na ziemi Emila i nie bardzo wiedziała, co się stało. Zatrzymała się na ścieżynce i na odległość próbowała wysondować przyczynę nagłego ich postoju.

Robek, który znów jechał na czele, nawet nie zauważył, że za jego plecami zrobiła się pusta przestrzeń. Rozmyślał akurat nad piorunem kulistym, bo nagle tyle razy padły te słowa, i choć każdy wypowiedział je w innym kontekście, to jednak nasunęły mu one to właściwe skojarzenie — piorun kulisty jako zjawisko atmosferyczne. Zjawisko, o którym nic nie wiedział, chociaż niejedną straszną burzę przeżył w swoim życiu. Więcej, nawet rodzice nie za bardzo wiedzieli, co to za dziwoląg. Dziwoląg, który nie jemu, ani nikomu ze wsi, tylko akurat kuzynce z miasta się ukazał. Robek uśmiechnął się tkliwie do swoich myśli i pedałował dalej. Uwielbiał swoją kuzynkę i wcale się z tym nie krył. Zresztą i po co? Wiedział, że nie ma chyba nikogo, kto by jej nie lubił. Ta myśl jeszcze bardziej go roztkliwiła, oglądnął się więc za siebie, aby spytać czy nie musi odpocząć. Jakie było jego zdziwienie, gdy tylko ciemność za sobą zobaczył. Szybko zawrócił rower i popedałował z powrotem. Po kilkudziesięciu metrach spostrzegł Michaśkę. Stała na ścieżynce oparta o rower.

— Co się dzieje? Dlaczego nie jedziecie? — spytał.

— Sama nie wiem. Potyliccy chyba tam na skarpie odpoczywają — odpowiedziała tak samo zdezorientowana Michaśka. — Zostawmy tu rowery i chodźmy zobaczyć.

— Co wy tu robicie? — spytał Robek, przyglądając się braciom już z bliska. — Po co wam ta trawa? Pasiecie się, czy jaki piorun… Auuuaa…! Michaśka, co mnie tłuczesz? Ustań, bo cię też palnę… Co ty myślisz, że ja zrezygnuję z tego słowa tylko dlatego, że ono kojarzy ci się z twoim przeżyciem? Zawsze używałem tego słowa i nie mam zamiaru przestać go używać tylko dlatego, że ty samowolnie zarezerwowałaś go wyłącznie dla siebie jako wspomnienie na całe życie, jak to powiedziałaś… Niestety, wspominając o piorunie kulistym, będziesz musiała i o mnie powspominać. No i o tych dwóch, pasących się akurat, tak samo… No właśnie, powróćmy do tych tu… Gadajcie chłopaki, co tu robicie i po co wam to trawsko?

— A to się porobiło! Człowiekowi nawet nie można spokojnie orła wywinąć, bo zaraz zrobią z tego całą historię — burknął Emil, leżąc w dalszym ciągu w pozycji horyzontalnej na skarpie.

— Aaaa… to ty upadłeś? O rany, pokaż się! — Michaśka natychmiast doskoczyła do Emila, aby sprawdzić jego stan po upadku.

— O kurka wodna! A ty co się tak przejęłaś tą łamagą i tchórzem zarazem? — Kamil nabijał się z Michaśki i jednocześnie z Emila. — Wścieklizny się wystraszył i wozi się z tym ciężkim kawałkiem… no i w końcu wyrżnął i… ma za swoje. Za swoje tchórzostwo, za swoją głupotę, i za swoją niezdarność.

— Och, ty wstrętny braciszku, przecież ci mówiłem skąd mam tę trawę! — Emil wkurzył się, wyrwał Kamilowi darninę z ręki i cisnął mu nią w twarz.

Zaskoczony Kamil zastygł w bezruchu. Po chwili otrzepał się z ziemi, złapał za darninę, i już chciał nią cisnąć z powrotem w Emila, gdy nagle Michaśka wyrwała mu ją z ręki i cisnęła w niego. Rozeźlony, znów się otrzepał, podniósł z ziemi darninę i rzucił nią w Michaśkę. Michaśka złapała darninę w locie, ale obsypująca się z niej ziemia zaprószyła jej oczy. Michaśka poprychała, poparskała, otrzepała się, i cisnęła nią w śmiejącego się w głos Robka. Niespodziewający się ataku Robek, dostał darniną prosto w twarz. I dość pokaźna gruda ziemi wylądowała mu w szeroko otwartych od śmiechu ustach. Robek zaczął pluć jak oszalały, hamując tym samym odruch wymiotny. Wreszcie doszedł do siebie, otrzepał się z ziemi, złapał za darninę, i cisnął nią w kierunku pękającego ze śmiechu Emila.

Obrzucali się tak dobrą chwilę, prychając ziemią na wszystkie strony. Aż w końcu darnina, latając w powietrzu niczym pocisk artyleryjski, wytraciła swą spójność i rozwaliła się na wiele drobnych kawałków. Wtedy to już doszło do regularnej bitwy. Każdy zaopatrzony w taki kawałek stanął do walki i z wielką zaciętością walił w kogo popadło. Długo się tak tłukli, aż w końcu i z tych kawałków ziemia się obsypała całkowicie a z nią i ostatnie źdźbło trawy. Nic im już w rękach nie pozostało. Wtedy padli zdyszani na skarpę i pękali ze śmiechu.

— Ubaw po pachy, nie ma co! No, ale teraz pięknie wyglądamy! — zawołała Michaśka, gdy załapała trochę tchu. — Cha… cha… cha! Z takim wyglądem możemy teraz dołączyć do tej trupy cyrkowej i wystąpić jako clowny… A właśnie, jeśli mowa o cyrkowcach, to muszę wam się przyznać, że jakoś dziwnie straciłam ochotę ich oglądać. No może ich samych nie, ale tej całej publiczności, która tam się zjawi. Bo wiecie, po dzisiejszym dożynkowaniu zapachy z co niektórych rozentuzjazmowanych i rozwrzeszczanych ust będą cuchnące jak, nie przymierzając, wyziewy z gorzelni. Strasznie tego nie lubię.

— To jaki problem? Po prostu nie jedźmy tam, i już — podchwycił Robek, czując że też stracił ochotę na przeciskanie się w ciżbie.

— Mnie nie zależy, żeby tam być — stwierdził Kamil.

— Ani mnie. — Emil był tego samego zdania.

— Wiecie co, to podjedźmy bliżej Krosnowic i przed samą wsią zatrzymajmy się — podjął inicjatywę Robek. — Tam jest przecież takie wspaniałe miejsce, rozlewisko Nysy je tworzy. Tam gdzie Przemek najczęściej jeździ na ryby. Nieopodal piękna łąka, a tuż za nią ogromna plebania parafii krosnowickiej z wielgaśnym ogrodem, stawem rybnym i sadem owocowym. Bardzo fajnie tam zawsze pachnie. Tam też możemy sobie pochodzić albo posiedzieć i wsłuchać się w rechotanie żab i różne odgłosy nocy. No a potem, jak będziecie mieli jeszcze ochotę, to możemy zajechać na festyn dożynkowy, choćby tylko na chwilę. Mamy przecież czas do rana.

— Robotku, wspaniały pomysł — zakwiliła Michaśka. — A wy, braciszkowie, co sądzicie?

— Tak samo… sądzimy — powiedział Kamil.

— A jasne! — wrzasnął brudny jak czort Emil.

Kolumna rowerowa znów ruszyła, i ze względu na nierówność terenu, od razu musiała się rozciągnąć. Jechali więc z zachowaniem odpowiedniej między sobą odległości, ostrożnie i powoli.

Kiedy dojechali już do rozlewiska Nysy, Robek zarządził postój. Wszyscy zeskoczyli z rowerów i ukryli je w pobliskich krzewach. Sami zaś usiedli na brzegu rozlewiska i wpatrywali się w migocącą złotem wodę. Niebo przybrane gwieździstym płaszczem migotało nad ich głowami. Było cicho i spokojnie. Słychać było tylko cichutki szum wody i plusk ryb. A i rechot żab w oddali dobiegający ze stawu rybnego należącego do plebanii. Piękna to była noc. Nastrajała tak miło, tak przyjemnie, tak romantycznie.

Michaśka wyłożyła się na trawie i wlepiła wzrok w niebo. Przyglądała się gwiazdom. Niebo było bezchmurne. Mogła więc podziwiać niebo z jego cudowną gwiezdną iluminacją aż po sam horyzont. A w tym miejscu horyzont był ogromny. W mieście nie miała takich możliwości. Domy przysłaniają linię oddzielającą ziemię od sklepienia niebieskiego. Miejskie światła zaś ograniczają widoczność na nocnym niebie. Dlatego tu i teraz chłonęła ten bajecznie piękny widok z wielką rozkoszą. Chciała go zapamiętać na całe życie, aby móc w razie potrzeby przywołać go sobie w pamięci i dla ukojenia duszy mieć go zawsze pod powiekami. Zachwycała się również Drogą Mleczną, która niczym mglista wstęga mieniła się nad jej głową miliardami gwiazd. Czuła się z jednej strony jak widz, a z drugiej jak aktor biorący bezpośredni udział w tym najwspanialszym, w tym najbardziej widowiskowym spektaklu natury.

— Czuję się jak w bajce — westchnęła z rozkoszą. — Mogłabym tak całą noc wpatrywać się w niebo. W ten bezkres piękna, ocean spokoju…

— No już, już… złaź na ziemię! — Kamil brutalnie sprowadził Michaśkę do ziemskiej rzeczywistości. — Ile można ślepia w niebo wlepiać? Niebo jak niebo. Świecą gwiazdy i nic więcej się nie dzieje. No, może czasem jakiś satelita przeleci albo samolot, to i owszem, można popatrzeć, ale żeby tak długo w niebo zaglądać niczym sroka w kość to już przesada.

— I co się czepiasz Michaśki? Dajże jej popatrzeć, jak chce. — Emil stanął w obronie przyjaciółki.

— Właśnie. Dzięki Emil — powiedziała Michaśka, nie przerywając obserwacji nieba. — A wiecie, ile gwiazd można zobaczyć gołym okiem?... Nie wiecie?

— A ty pewnie wiesz? — powątpiewał Robek.

— A wiem. Czytałam o tym. Gołym okiem można się doliczyć ponad trzy tysiące gwiazd.

— Chyba nie masz zamiaru teraz ich liczyć? — wystraszył się Kamil.

— O rany, Kamil, jaki ty jesteś do niczego! — zawołała Michaśka gdzieś w niebiańską przestrzeń. — Za grosz romantyzmu, i za grosz realizmu.

— Odczep się ode mnie! — zażyczył sobie Kamil. — Mam wszystkiego, co mi trzeba.

— O, Michaśka, widziałaś?! — wrzasnął nagle Emil. — Tam, po prawej stronie, meteoryt poleciał!

— Gdzie… gdzie? Ojej, za późno już. Już na pewno spłonął w atmosferze… To wielka rzecz zobaczyć meteoryt, gdyż nie wszystkim odłamkom meteoru udaje się przelecieć przez atmosferą ziemską, nie wyparować po drodze, a upaść na powierzchnię Ziemi… Ale wiecie co, chłopaki! — Michaśka ożywiła się nagle. — Kładźcie się obok mnie, i wpatrując się w niebo, pomyślcie o swoim największym marzeniu. Kto pierwszy z nas zobaczy spadający meteoryt, będzie oznaczało, że jego marzenie się spełni. Meteoryt to sprawi. Wierzcie mi.

— Och, Michaśka, Michaśka, bujasz w obłokach — zakpił z kuzynki Robek. Posłusznie położył się jednak obok niej.

— W żadnych obłokach. Niebo czyściutkie. Nie widzisz? Ani jednej chmureczki — sprostowała Michaśka. — No, bracia Potyliccy, wy też kładźcie się… Gra! A teraz szybko pomyślcie o swoim marzeniu… I cicho sza! Każdy wpatruje się w niebo.

Leżeli w bezruchu na ziemi i w milczeniu obserwowali niebo. Wodzili po nim oczami i w poszukiwaniu spadającego meteorytu wzrokiem przeczesywali każdy jego skrawek. Każdy z nich miał swoje marzenie, i każdy z nich marzył, aby to marzenie się spełniło. I choć wiedzieli, iż wiara w to, że meteoryt to sprawi, zakrawała na czystą iluzję, to jednak w tym danym momencie każdy chciał wierzyć, że tak będzie. Dlatego każdy z nich pragnął ten wszechmocny meteoryt ujrzeć jako pierwszy.

— Jeeeeest! — wrzasnęła nagle Michaśka. — O, tam, widzicie? Dzięki ci, mój kochany zwiastunie urzeczywistnienia mojego marzenia. Z głębi serca dziękuję!

— Wielkie rzeczy! Zobaczyła kawałek odłamka gwiazdy i cieszy się choćby głupi — kpił sobie Kamil. — Na pewno teraz królewicz z bajki stanie przed tobą i poprosi cię o rękę. Bo z pewnością takie jest twoje marzenie.

— Wcale nie… Akurat, królewicza mi trzeba. A po kiego licha? Chyba ty marzyłeś o księżniczce i teraz swoje marzenie mi przypisujesz — odgryzła się Michaśka. — Moje marzenie jest realne. Całkiem realne… No dobra, powiem wam. Mam tylko jedno marzenie, aby było mi dane, będąc już dorosłą, z tego samego miejsca podziwiać ten przecudny widok.

— Też mi marzenie. A jaki to problem? Przyjedziesz do Pilcza i będziesz oglądać ten widok tyle razy, ile tylko dusza zapragnie — stwierdził ucieszony Kamil.

— No wiesz, nigdy nie wiadomo gdzie nas los rzuci. I co nam przyjdzie robić w przyszłości jako dorosłym. — Michaśka realistycznie podeszła do sprawy. — No dobra chłopaki, podnieśmy się już z ziemi, bo zaczyna ciągnąć od niej chłodem… Co robimy dalej? Robotku, wymyśl coś interesującego.

— Sie robi! — radośnie krzyknął Robek.

Robek, słysząc jakie Michaśka ma marzenie, ucieszył się niesamowicie, gdyż to, żeby Michaśka zawsze do Pilcza przyjeżdżała, było też i jego marzeniem. I choć nie zobaczył meteorytu jako pierwszy, to i tak na to wyglądało, że jego marzenie zostanie spełnione. Nic więc dziwnego, że Robek poczuł się wspaniale. Ochoczo poderwał się z ziemi i z kieszeni spodni wyciągnął latarkę. Ustawił ją przy brzegu rzeki tak, aby strumień światła padał na jej leniwy nurt. Postał chwilę przy latarce, wpatrując się w zasięg jej świetlistego strumienia, a że coś mu nie pasowało, kręcąc głową, przeniósł wzrok na stojących obok niego przyjaciół i zawołał:

— Hej, dawajcie swoje latarki. Urządzimy zawody. Kto najdalej puści kaczkę z minimum trzema skokami, wygrywa. I będzie mógł mieć trzy życzenia, po jednym do każdego. No jak, dobra zabawa?

— Jasne! — wrzasnęły trzy gardła.

Po chwili wszyscy z kamieniami w rękach stali już przy brzegu Nysy. Cztery latarki oświetlały rozlewisko rzeczne znakomicie. Zawody się rozpoczęły. Pierwsza puszczała kaczkę Michaśka. Trzy skoki kamieniem zaliczyła, ale odległość była marna. Potem rzucał Emil. Jemu poszło o wiele lepiej. Cztery skoki kamieniem i odległość znacznie większa. Kamil rzucał jako następny. Jego rzut to prawie mistrzostwo świata. Sześć skoków, tyle że odległość minimalnie tylko większa od odległości osiągniętej przez brata. Na samym końcu rzucał Robek. Okazało się, że jego wynik był najlepszy. Wprawdzie jego kaczka zrobiła tylko trzy skoki, ale za to w dużych odstępach i poskakała aż poza zasięg światła.

— No, mistrzuniu, melduj swoje życzenia! — zawołała Michaśka.

— Z przyjemnością melduję. Pierwsze życzenie do Kamila. A więc Kamil, życzę sobie, abyś mnie jutro zaniósł na rękach wprost do naszego basenu. Od ciebie zaś Emil życzę sobie, abyś mi zrobił pyszny koktajl owocowy i podał mi go do picia, kiedy znajdę się już w basenie. A od ciebie Michaśka, życzę sobie, abyś co roku do nas przyjeżdżała i swoimi szaleństwami ubarwiała nam nasze wiejskie życie.

— No, wspaniale, każde twoje życzenie skierowane do braci Potylickich jest do spełnienia na już. Zaś życzenie skierowane do mnie, to życzenie na całe życie — zaśmiała się Michaśka i cisnęła z wielkim impetem ostatnim trzymanym w ręce kamieniem.

— Bo o to mi chodzi, abyś była z nami zawsze. Nawet jak będziesz dorosła — potwierdził Robek. — Zresztą, moje życzenie pokrywa się z twoim marzeniem, więc jaki problem?

— Masz rację... No to życzenie twoje musi być spełnione — stanowczo odpowiedziała Michaśka. — Chłopcy, czy już wam mówiłam, że czasami jesteście wspaniali? Nie? No dobra, to mówię to teraz, bo licho wie jak długo jeszcze będziemy razem w takim składzie…

— Michaśka skończ! — wrzasnął Emil.

— No dobra… Zamykam już dziób na kłódkę… Oj, nie, chyba jednak nie mogę go zamknąć, gdyż bardzo, ale to bardzo chce mi się pić — zakwiliła Michaśka. — Tyle co ja dzisiaj zjadłam, to chyba mi się jeszcze nie zdarzyło w całym swoim życiu. Ciocia z mamą Potylickich tak bardzo nam dogodziła, że ja, największy łasuch na wiejskie jedzenie, sama zżarłam prawie połowę tego wszystkiego, co stało na stole. I teraz chce mi się tak pić jak smokowi wawelskiemu po skonsumowaniu owieczki nafaszerowanej siarką… Ludu… pić!

— To co? Jedziemy do Krosnowic kupić coś do picia? — spytał Robek.

— No właśnie, w tym problem, bo jechać do Krosnowic to mi się nie chce, ale pić mi się chce, i to okropnie — martwiła się Michaśka. — Więc tak sobie myślę, że jakbym tak zjadła ze dwa, trzy jabłka, to by mi się pić odechciało.

— Michaśka, ty nas namawiasz do kradzieży — stwierdził wesoło Robek.

— A do jakiej tam znów kradzieży… A broń Panie Boże! — zawołała Michaśka. — Przecież sami mówiliście, że to żadna kradzież, tylko normalne chodzenie do księdza na jabłka. Pamiętam dokładnie, więc się teraz nie wymigujcie.

— Ani nam się śni wymigiwać. Życzenie waćpanny Czaplińskiej jest naszym rozkazem — orzekł Robek, patrząc na braci Potylickich. I kiedy ujrzał ich aprobatę, zarządził: — A więc, Michaśka, dlatego że ty akurat dziwnym trafem potrafisz z nas wszystkich najgłośniej gwizdać na palcach, zostajesz na czatach. A my włazimy przez płot do sadu księdza. I tak, gdybyś zauważyła coś niepokojącego, twoim zadaniem będzie przeciągle gwizdnąć i natychmiast się ukryć. My zaś, po usłyszeniu twojego gwizdu, będziemy wiedzieli, że zbliża się niebezpieczeństwo, więc cichcem wyniesiemy się z sadu. Będziemy zmykać tak szybko jak się da. A potem odnajdziemy się wszyscy już tu, w krzakach przy rowerach. No jak, program eskapady przyjęty?

— Przyjęty! — wrzasnęły trzy gardła stłumionym głosem.

— W porząsiu, no to do dzieła! — zawołał zadowolony Robek. — Zdejmę tylko koszulę i zwiążę jej rękawy i kołnierz, to będziemy mieli prowizoryczny worek na jabłka… Aha, Michaśka, gdyby tobie coś zagrażało, to tak samo gwiżdż, ale wtedy gwiżdż dwa razy. Wtedy będziemy wiedzieli, że musimy gnać w twoją stronę, a nie byle gdzie… No, to już chyba wszystko omówiliśmy… I worek też już gotowy. Ruszajmy! Idziemy najpierw razem aż pod sam sad księdza, a potem my włazimy do środka, a ty będziesz chodziła dookoła sadu i sprawdzała teren.

No i poszli. Do sadu księdza nie było daleko. Chyba jakieś dwieście metrów od rozlewiska Nysy — w kierunku wsi. Po paru zaledwie minutach byli już na miejscu. Robek pierwszy zwinnie przeskoczył przez płot, a za nim Kamil i Emil. Michaśka zaś, ściskając latarkę w ręku, szepnęła chłopakom na odchodnym cichutkie: —„Powodzenia” — i zaczęła obchód.

Chłopcy zniknęli w sadzie pod osłoną nocy, a Michaśka w ciemnościach ruszyła wzdłuż płotu sadu. Szła powoli, rozglądając się na wszystkie strony. Cicho było i spokojnie. Oprócz rechotania żab niczego innego nie słyszała. Czasami tylko uszu jej dobiegało ćwierkanie jakiegoś pasikonika lub świerszcza. Z wielką przyjemnością wypełniała swoje zadanie. Noc była cudowna. Gwieździste niebo nie tylko miło ją nastrajało, pozwalało jej też całkiem dobrze widzieć. Dlatego nie czuła żadnego lęku, pomimo iż została sama w nocy na obcym terenie.

Michaśka zdążyła obejść już cały sad dookoła, a chłopców ani widu ani słychu. Przymierzała się już do drugiego okrążenia. Ale na wszelki wypadek postała chwilę w tym miejscu gdzie chłopcy przeskoczyli płot i wzrokiem przebijała się w ciemność sadu. I nic. Cisza. Nic nie było widać. — „Trudno” — pomyślała. — „Widocznie chodzenie do księdza na jabłka jest czasochłonne”. — Nie zmartwiło ją to zbytnio, gdyż fajnie jej się spacerowało po nocy pachnącej sadem owocowym i pobliską łąką. Ruszyła do następnego okrążenia sadu. I kiedy znajdowała się w miejscu jego północnego odcinka, czyli najbliżej pierwszych zabudowań wiejskich, a w największym oddaleniu od Nysy, usłyszała nagle jakieś dziwne odgłosy. Przykucnęła natychmiast i nastawiła uszu. Cisza. Nic nie było już słychać. Nic też nie widziała. Jednak po chwili usłyszała wyraźny szelest trawy. Tak jakby ktoś po niej biegł. Zamarła. Serce zaczęło jej walić jak oszalałe. Zachowała jednak zimną krew i pomimo ogromnego strachu, nawet nie pisnęła. Wnet się otrząsnęła i powoli zaczęła podnosić głowę, aby zobaczyć co to albo kto to może być. Dreszcze przelatywały jej po plecach, ale odważnie unosiła głowę. I nagle, to co zauważyła w pewnej odległości od siebie, spowodowało, że mało jej serce z piersi nie wyskoczyło. Pies. To był pies. I to bardzo duży pies. Tego było już za wiele dla Michaśki. Człowieka by się nie wystraszyła aż tak, ani też żadnego psa, gdyby nie dowiedziała się akurat w tym dniu o wściekliźnie. Nikogo innego nie widziała. To by oznaczało, że pies był sam. — „Chryste Panie, wściekły pies!” — wrzeszczało jej wnętrze. Wrzeszczało raz po raz, i tym głośniej, im mocniej musiała się powstrzymywać by na głos nie zacząć wrzeszczeć. Nie wiedziała, co ma robić. W pierwszym odruchu włożyła palce do ust i spróbowała gwizdnąć, ale z jej gwizdania nic nie wyszło. Oprócz cichego świstu, nic. W ułamku sekundy przyszło jej na myśl, że może to i lepiej, bo co by jej gwizdanie teraz pomogło? I komu by pomogło? Chyba tylko wściekłemu psu, bo gwiżdżąc, zdradziłaby tylko swą kryjówkę, a chłopców biegnących w jej kierunku, wystawiłaby jak kaczki do odstrzału. Może akurat tam gdzie są, są bezpieczni? Po co więc jeszcze i ich narażać, skoro i tak nie mogą jej pomóc. Przynajmniej oni niech nie przeżywają tego, co ona teraz musi.

Przerażona, przylgnęła do ziemi i próbowała ogarnąć swoje myśli, które jak oszalałe biegały po jej skołatanej głowie. — „Co robić?! Co robić?!” — z krzykiem pytało jej wnętrze. W odruchu desperacji postanowiła jeszcze raz zaglądnąć gdzie znajduje się pies. Ale nic już nie widziała. Usłyszała za to gdzieś w oddali jakiś dziwny dźwięk, tak jakby ciche cmoknięcie. Tak jej się przynajmniej wydawało. Nie odgadła jednak, co ten dźwięk miałby oznaczać ani komu albo czemu go przypisać. Postanowiła wycofać się z tego miejsca. Ale nie mogła się zdecydować, w którym kierunku ma się wycofywać. Do rozlewiska Nysy miała z tego miejsca o wiele dalej niż do wsi. Z tym, że drogę do rzeki już znała, a do wsi nie. Widziała w oddali pierwszą zagrodę należącą do wsi Krosnowice. Widziała palące się tam światła. Ale przecież nie mogła tak po prostu zdezerterować i zostawić chłopców bez ochrony. Resztkami poczucia odpowiedzialności i solidarności, nadżartymi przez obezwładniający lęk, postanowiła kierować się jednak w stronę rzeki. I już zamierzała postanowienie swoje wprowadzić w czyn, gdy nagle uszu jej dobiegł ponowny szelest trawy. Podobny jaki słyszała wcześniej, tyle że teraz słyszała go o wiele wyraźniej. Pies musiał być tuż-tuż. Wpadła w panikę, i bez najmniejszego zastanawiania się już, poczołgała się co sił w stronę… światła.

Wszystkie negatywne odczucia, jakie nią zawładnęły, skumulowały się i natychmiast przerobiły się w niej w ogromną energię. Poczuła w sobie potężną siłę. Pruła trawę niczym czołg… i parła do przodu. Nic nie czuła. Zero uczuć. Miała tylko takie wrażenie, że widzi siebie z góry, tak jakby oglądała film o sobie w przyśpieszonym tempie. Więcej, słyszała nawet swoje dopingujące okrzyki: — „Szybciej… szybciej… szybciej!”...


cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×