Przejdź do komentarzySzalone wakacje (XVII cz.)
Tekst 17 z 20 ze zbioru: Powieść przygodowa
Autor
Gatunekprzygodowe
Formaproza
Data dodania2019-04-06
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń546

Szalone wakacje (XVII cz.)



Kiedy ocknęła się z tej nierealnej wizji, w której widziała siebie jakby z lotu ptaka, światła w oknach wiejskiego zabudowania w realnej rzeczywistości były już bardzo blisko. Poczuła wtedy z ulgą, że oto zbliża się do miejsca swojego wybawienia. Do miejsca, gdzie ktoś jej pomoże. Gdzie ktoś ją uchroni przed atakiem wściekłego psa. Przed atakiem zdziczałej bestii. Zapragnęła znaleźć się tam jak najszybciej. Podniosła się z ziemi i puściła się biegiem w stronę oświetlonego domu. Gnała jak wicher, nie bacząc, co ma pod nogami. I już prawie dobiegała. Już chciała krzyczeć, aby otworzono jej drzwi, gdy nagle, ni stąd, ni zowąd, straciła grunt pod nogami i… na moment świat zawirował jej w oczach. Nie wiedziała, co się z nią stało. Gdzieś wpadła. Coś zachlupało. Coś wyhamowało jej bieg. — „Co to było? Gdzie ja jestem? Dlaczego nie mogę biec?” — pytała samą siebie. Powoli zaczynało jednak do niej docierać, że musiała wpaść do jakiejś wody. Do jakiejś cuchnącej wody. Bo ponad wszystko, czuła ohydny fetor. Chciała krzyczeć, ale głos uwiązł jej w gardle. Z przerażeniem zaczęła rozglądać się wokół siebie. Nic i nikogo nie widziała. Stała w bezruchu w tej cuchnącej wodzie zanurzona do pasa i czuła, że grzęźnie w mulistym dnie coraz bardziej. Strach sparaliżował ją na moment, ale po chwili dotarło do niej, że musi się ratować. Głosu nadal nie mogła z siebie wydobyć. Próbowała kilkakrotnie, ale tylko jakieś charczenie się jej z gardła wydobywało. Resztkami świadomości zaczęła szukać jakiegoś brzegu. Ruszyła jedną nogą… ciężko, bo ciężko, ale udało się ją wyszarpać z mulistego dna. Zrobiła krok do przodu. Potem to samo zrobiła z drugą nogą. Uszła tak może ze cztery kroki i nagle zobaczyła przed sobą jakąś belkę. Chwyciła się jej z taką desperacją, z jaką tonący brzytwy by się chwycił. Było jej już wszystko jedno co nastąpi potem, byleby tylko nie wypuścić belki z rąk. Czuła, że ta oto belka, to jej ostatnia deska ratunku. Na szczęście belka była stabilna i nie ruszała się. Mogła się jej mocno trzymać. Znów stała w bezruchu. Dookoła nadal było cicho i spokojnie. Zaczynała wreszcie ogarniać swoje myśli i powoli się uspokajać. Więcej, poczuła się już nawet trochę bezpieczniej. Dziwiła się sama sobie jak w takich warunkach może czuć się bezpieczniej, przecież nie wiedziała gdzie się znajduje i dlaczego woda, w której stoi, tak okropnie śmierdzi. Ale wiedziała na pewno, że to dzięki belce, którą mocno ściska, czuje się lepiej, a przede wszystkim, może już rozsądniej myśleć. I wtedy przyszło jej na myśl, że powinna być wręcz szczęśliwa, że stoi właśnie w wodzie, gdyż przypomniało się jej, że gdzieś czytała albo słyszała, iż zwierzę cierpiące na wściekliznę ma wodowstręt i światłowstręt. Skojarzyła od razu, że to właśnie ta woda może być jej ratunkiem. Wściekłe psisko chociaż nawet tu przyleci, to i tak jej nie dorwie i nie pogryzie, bo gdy zobaczy wodę ucieknie gdzie pieprz rośnie. Gdyby jednak próbowało się do niej zbliżyć, mogłaby mu też latarką między oczy zaświecić. Lecz ta myśl niestety zaraz ją zasmuciła, bo przypomniała sobie, że latarkę ma w kieszeni spodni, a spodnie ma całe zanurzone w wodzie. Przemoknięta latarka nie będzie działać. Musiała więc zrezygnować z ewentualnego przyprawiania psa do światłowstrętu i zadowolić się samą wodą w której stoi, a którą to może wściekłego psa przyprawić o wodowstręt. Te jej myśli spowodowały, iż poczuła się odważniejsza. Zaczęła planować dalszy ciąg akcji samoratunkowej. Postanowiła, że gdy się tylko trochę rozjaśni, spróbuje się wyzwolić z tej niechcianej kąpieli i w końcu wypełznąć jakoś na suchy ląd. Jedyne co ją w tym momencie najbardziej smuciło, to to, że chłopcy będą za nią szukać i martwić się, że jej nigdzie, gdzie się umawiali, nie ma. Miała natomiast ogromną nadzieję, że chłopcy unikną ataku wściekłego psa. Nie chciała nawet myśleć, że mogłoby być inaczej. Zmuszała siebie, aby wręcz uwierzyć w to, że tak będzie. — „A może wściekła bestia pójdzie sobie stąd precz i chłopcy jakimś cudem mnie tu odnajdą?” — pocieszała się też w duchu. — „Muszę mieć nadzieję i wierzyć, że wszystko się dobrze zakończy”. — Wiara i nadzieja, dwa wszechmocne uczucia, jakie nagle przepełniły jej duszę pod wpływem własnych myśli, wlały w jej serce trochę ciepła i otuchy. Strach opuszczał ją. Czułaby się już całkiem dobrze, gdyby nie fakt, że zaczęła odczuwać autentyczne zimno. Woda była zimna, a ona stała bez ruchu. Zdała sobie sprawę, że do świtu jeszcze wiele godzin. Targające całym jej ciałem dreszcze sprawiły, iż zaczęła się obawiać, że jej organizm takiego wychłodzenia nie zniesie. Pomyślała wtedy, że może by tak spróbować zagwizdać na chłopców? Może wściekłego psa już nie ma? Przecież nie może się ze swoją wścieklizną obnosić w jednym tylko miejscu? Zdecydowała się gwizdnąć. Wprawdzie najlepiej i najgłośniej umiała gwizdać na czterech palcach, ale ze względu na to, że belki nie mogła puścić, chciała zagwizdać na zgiętym palcu wskazującym. Tak też umiała dobrze gwizdać. Nie tak głośno z pewnością, ale chłopcy znali ten rodzaj jej gwizdu. Lewą ręką puściła belkę i ze zgiętym już palcem wskazującym podniosła ją do ust. Niestety, palca do ust nie dała rady włożyć, gdyż ohydny smród, jaki wtedy poczuła, spowodował u niej odruch wymiotny. Aż się jej w głowie zakręciło. Zaczęła szybko oddychać, aby się odruchu tego jak najszybciej pozbyć. Wiedziała, że nie może dopuścić do wymiotów, gdyż wtedy zdarza jej się tracić przytomność. Po prostu mdleje. A w takiej sytuacji, w jakiej się znajdowała, nie mogła przecież zemdleć. To byłby jej koniec. Otwartymi ustami łapała powietrze i oddychała szybko niczym zziajany pies. Pomogło. Po chwili poczuła się już lepiej. Przez chwilę nawet przestało jej być zimno. Wydawało jej się, że jest wręcz spocona. Jednak wkrótce znów targnęły nią dreszcze. — „Boże, to co ja mam robić? — Ponownie zaczęło ją dopadać obezwładniające uczucie beznadziei. I kiedy tak stała, obejmując z całych sił zbawienną belkę i walcząc ze swoimi na powrót ogarniającymi słabościami, nagle gdzieś w oddali usłyszała jakieś szmery. W pierwszym momencie się wystraszyła, ale wytrwale patrzyła w tamtym kierunku skąd one dochodziły. Ku jej przeogromnej radości, na tle gwieździstego nieba zauważyła trzy przemykające postacie. Od razu rozpoznała w nich chłopców. Po ich ruchach. Mogła przecież dość wyraźnie widzieć, gdyż, zważywszy na to, że wpadając do tej dziwnej wody, znalazła się o wiele niżej powierzchni łąki, najlepiej co widziała, było właśnie niebo. Widok chłopców tak bardzo ją uszczęśliwił, że natychmiast odrzuciła od siebie wszystkie swoje słabości, zebrała się w sobie, i ile tylko tchu w płucach, wrzasnęła:

— Rooobek…! Chłoooopcy…! Tu jeeesteeem!

Jaka była jej radość, kiedy zauważyła, że chłopcy momentalnie się zatrzymali i po krótkiej chwili zaczęli biec w jej kierunku.

— Tuuu… tuuu jeeesteeeem! — wołała dalej.

— Rany boskie! Michaśka, co ty robisz w tym gnojowniku? — spytał Robek przerażonym głosem, zatrzymując się wraz z braćmi Potylickimi tuż nad głową kuzynki.

— Chryste Panie, gnojownik…?! Jaki gnojownik? — wydusiła z siebie Michaśka.

— Toż stoisz na samym środku zbiornika na gnojówę — poinformował kuzynkę Robek.

— I co, muszę już tu zostać? Czy mi jakoś pomożecie z tej wody się wydostać? — Michaśka nie chciała dopuścić do siebie tej obrzydliwej prawdy.

— Daj mi rękę, Michaśka. Ja ci pomogę — zaofiarował się Emil.

— No coś ty głupi, chcesz wylądować obok niej?! — Robek zgromił kolegę. — Kamil, ty jesteś cięższy, ważysz prawie tyle co ja, więc ty wyłaź na belkę… Poczekaj, sprawdzę tylko czy belka jest stabilna… W porządku. Powinno nam się udać…. Wyłaź więc z tej strony, a ja wejdę po jej drugim końcu, i kiedy spotkamy się na środku, podamy Michaśce ręce i powoli będziemy ją wyciągać do góry. Gdy będzie już na belce, będziemy ją prowadzić aż na brzeg zbiornika. A ty Emil szukaj za jakimś kijem, tyczką, albo coś w tym rodzaju. Będziesz nas asekurował w razie czego i pomagał zachować równowagę.

Trójka chłopców bez szmerania ruszyła do wykonania zadania. Robek jeszcze raz sprawdził czy przerzucona przez połowę zbiornika belka nie będzie się chybotać i gdy z zadowoleniem stwierdził, że wszystko gra, dał hasło do rozpoczęcia akcji. I kiedy niczym dwóch gimnastyków na równoważni zaczęli podchodzić z obydwu końców belki, by ponad głową Michaśki spotkać się w jej połowie, Emil zdążył już znaleźć kawał jakiegoś kostura i stał w pogotowiu. Wyglądało na to, że akcja ratunkowa przebiegnie pomyślnie.

Michaśka, widząc zbliżające się wybawienie, poczuła ogromną wdzięczność do Opaczności. I tak samo ogromną, a może nawet i ogromniejszą, do chłopców. Wreszcie będzie uratowana. Bez żadnego już lęku puściła belkę i podała chłopcom ręce.

Chłopcy szybko i sprawnie wyciągnęli Michaśkę na belkę i bez potrzeby asekuracji Emila wyprowadzili na suchy ląd.

— Chryste Panie, chłopcy, co tak śmierdzi? — spytała Michaśka, stojąc już pewnie na nogach na twardej ziemi.

— To tylko normalny zapach gnojówy — poinformował kuzynkę Robek. — Wiesz, bydło robi siusiu i kupkę, a ludzie to zbierają do takiego zbiornika jak ten, w którym zażywałaś kąpieli, i potem spożytkowują na polach jako naturalny nawóz.

— Robek, chcesz się ze mnie teraz akurat nabijać?! — Michaśka wrzasnęła cała rozdygotana, i z zimna, i z obrzydzenia. — Muszę do wody! Do normalnej wody… Biegiem!... Zaraz, a gdzie wściekły pies?

— Jaki wściekły pies? — zdziwił się Robek.

— No ten, co jak zdziczała bestia po łące latał.

— Żadnej bestii nie było — zapewnił Michaśkę Emil. — Potem będziemy gadać. A teraz dawaj rękę i biegiem do rzeki.

Michaśka posłusznie podała rękę Emilowi i razem ruszyli z kopyta. Za nimi ruszyli Robek i Kamil. Michaśka gnała tak szybko, jakby chciała co najmniej uciec od smrodu, jakim była przesiąknięta. Narzuciła takie tempo, że Emila wprost ciągnęła za sobą. A Robek i Kamil ledwie nadążali za nimi.

Kiedy po paru minutach dobiegli już do rozlewiska Nysy, Michaśka w biegu skoczyła do wody. Zanurzyła się cała i dobrą chwilę siedziała pod wodą.

Chłopcy stali na brzegu, i sapiąc jak stare lokomotywy, uważnie wpatrywali się w to miejsce, w którym zniknęła. Dopiero wtedy, kiedy wystawiła głowę ponad powierzchnię wody, zrobiło im się lżej i sapać przestali.

— Wiecie co, chłopaki, nie ma wyjścia, musimy się podzielić z Michaśką naszym ubraniem — rzekł Robek po namyśle, wpatrując się w wystającą z wody głowę kuzynki. — W swoim ubraniu nie może przecież zostać. I to aż z dwóch powodów… nie może. Po pierwsze: jej ubranie jest mokre, a po drugie…

— Chłopcy, bylibyście tacy kochani? — Michaśka usłyszała o czym mówił Robek.

— Nie ma sprawy! — zawołał Emil. — Ja mogę ci dać moje spodnie, bo na szczęście pod spodem mam dłuższe spodenki.

— To ja koszulę — zadeklarował się Kamil.

— To w takim razie ja daję swoje buty. — Robek zakończył kompletowanie ubioru dla Michaśki.

— Kochani jesteście! Co ja bym bez was zrobiła?! — Michaśka głośno wyraziła swoje zadowolenie i ponownie zanurkowała pod wodę.

Tym razem jeszcze dłużej siedziała pod wodą. Chłopcy zaczęli się już na poważnie niepokoić. I kiedy Robek chciał już skakać jej na ratunek, nagle wystawiła głowę na powierzchnię.

— No co, jeszcze tu ciągle stoicie ubrani w moje ubrania? — spytała bulgocząc wodą. — Pośpieszcie się, bo jestem goła już jak święty turecki. Moje ubranko podarowałam Nysie… Za nasze szczęście.

— Czyś ty zwariowała?! — wrzasnął Kamil. — Takie porządne, miejskie rzeczy puściłaś do morza z nurtem Nysy. Zdurniałaś z kretesem… Ciekawy jestem, co ci tak zaszkodziło?

— Ty, Kamil, ty nie bądź taki dociekliwy! — warknęła Michaśka, prychając wodą na wszystkie strony. — Miałabym to prać? W życiu! Natura spaskudziła. Natura wypierze… Ojejku, chłopaki, zimno mi!

— Już, już, Michaśka, już się rozbieramy — uspokajał przyjaciółkę Emil. — Proszę, tu są moje spodnie… Chłopaki, wyskakujcie z ciuchów!

— Właśnie, już się robi — zgodził się Robek, zdejmując swoje trampki. — Michaśka, wszystkie te rzeczy położymy ci tu na brzegu, a sami pójdziemy nazbierać trochę chrustu na ognisko, żebyś się mogła rozgrzać. Zrozumiałe, że jest ci zimno po takiej podwójnej kąpieli, tu i…

— Nie musisz być aż tak dokładny i mówić po jakiej… — Michaśka weszła w słowo kuzynowi. — Chłopaki, mam prośbę. Moglibyście być dla mnie teraz trochę delikatniejsi niż normalnie? I przede wszystkim nie nabijać się ze mnie? Niedługo… Aż wywietrzeje ze mnie ten ohydny zapach i o nim zapomnę.

— Da się zrobić — zarechotał Robek. — Tu masz nasze ubranie. I wyłaź już wreszcie z wody. Mało się namokłaś? W końcu się rozchorujesz. Patrz, tu masz moją koszulę po jabłkach. Wytrzyj się nią do sucha. Aha, nasze rzeczy są niestety trochę przepocone… No wiesz… to twoja wina. Podyktowałaś nam takie tempo, od jednej twojej kąpieli do drugiej, że siłą rzeczy musieliśmy się spocić. A swoją drogą, nie wiedziałem, że z ciebie taka sprinterka. W pogoni za Krasulą pokazałaś już mistrzowską klasę, ale teraz to przeszłaś samą siebie… No dobra, już dobra… Jadaczkę swą szanowną zamykam i w poszukiwaniu chrustu w krzakach znikam.

Chłopcy pognali w krzaki. A Michaśka powoli zaczęła się wynurzać z wody. I gdy chłopcy już zupełnie w krzakach zniknęli, wyszła na brzeg. Wytarła się szybko Robkową koszulą i ubrała się w ich ubrania.

Wyglądała nieco komicznie, gdyż ubrania chłopców były na nią za małe. Zwłaszcza spodnie Emila były zbyt krótkie. Choć wszyscy byli rówieśnikami (jedynie Emil był o rok młodszy), to jednak Michaśka była o wiele wyższa. No cóż, tak to już bywa w tym wieku, że prawie wszystkie dziewczynki są wyższe od chłopców. Ale Michaśkę jej wygląd wcale nie interesował. Ważne, że było jej już sucho, ciepło, a przede wszystkim nie tak... śmierdząco. W każdym razie nie aż tak ohydnie jak przedtem.

— Och, jak mi dobrze! — westchnęła na głos i pobiegła za chłopcami w krzaki.

Ledwie minął kwadrans, a wszyscy już siedzieli przy ognisku strzelającym skrami. Robek był specem od rozpalania ogniska. Ogniomistrz Robek (jak go Michaśka czasem nazywała) zawsze był przygotowany do zrobienia ogniska i zawsze miał przy sobie zapałki oraz kawałek gazety na rozpałkę. Sam zresztą uwielbiał ogień i bardzo chętnie i sprawnie ognisko potrafił rozniecić. Dla uciechy własnej i swoich przyjaciół.

Wszyscy, wpatrując się w magię ognia, znów byli szczęśliwi i zadowoleni z życia. Chłopcy piekli sobie jabłka na długich kijach, a Michaśka zajadała się świeżymi jabłkami.

— Michaśka, coś ty plotła o jakiejś dzikiej bestii? — spytał Kamil, podając jej następne dwa dorodne jabłuszka.

— Nawet mi nie przypominaj! — Michaśka rzuciła ogryzkiem w ogień. —Myślałam, że umrę ze strachu. Ogromne, wściekłe psisko latało mi przed nosem, a ja tam na łące nie miałam nawet gdzie się schować przed nim.

— Co ty pleciesz? — zachichotał Kamil. — My żeśmy tego psa też widzieli. I on wcale nie był wściekły, tylko normalny. To był pies naszego leśniczego. Leśniczego zresztą też widzieliśmy.

— Coś ty, oprócz psa nikogo innego nie widziałam. — Michaśka była strasznie zaskoczona tym, co usłyszała. — Przecież się rozglądałam bez przerwy. Nikogo tam nie było.

— Był. Skoro my go widzieliśmy — przekonywał kuzynkę Robek. — Nawet się dziwiliśmy dlaczego ty nie gwiżdżesz. Obawialiśmy się już, że może leśniczy ciebie dorwał. Dlatego czekaliśmy jeszcze chwilę, choć byliśmy już gotowi i worek był pełny. Chcieliśmy się zorientować w sytuacji i zobaczyć, czy mamy ci wyskakiwać na pomoc, czy lepiej się nie ujawniać. Ale kiedy zobaczyliśmy, że leśniczy ze swoim psem Brutusem poszedł w kierunku Pilcza, wyleźliśmy z sadu. Nawoływaliśmy ciebie wszędzie, lecz ciebie wcięło z kretesem. Poszliśmy potem na nasze umówione miejsce przy rowerach. Tam ciebie też nie znaleźliśmy, no to już się wystraszyliśmy. Zostawiliśmy jabłka i w te pędy zaczęliśmy ganiać dookoła sadu, a nawet plebani. Tam też żadnego śladu po tobie nie znaleźliśmy. Potem rozdzieliliśmy się i każdy z nas szukał ciebie gdzie się dało. Po godzinie spotkaliśmy się znów nad brzegiem Nysy i wtedy postanowiliśmy iść do pierwszych zabudowań Krosnowic. No i na szczęście, tym razem udało nam się ciebie odnaleźć… Powiedz, Michaśka, jakie licho cię podkusiło, żeby tam poleźć?

— Nie licho, tylko wściekły pies… jak przypuszczałam. — Michaśka poczuła się głupio, a płomienie ogniska uwidoczniły jej zażenowaną minę.

— Eee tam… było minęło. Nie przejmuj się już tym. — Emil natychmiast zabrał się za uspakajanie przyjaciółki. — Każdemu z nas tak by się wydawało. I tak jesteś odważna. Sama bez szmerania zostałaś na obcym terenie i nie bałaś się. Dam głowę, że gdyby naszej starszyźnie nie przyszło na myśl dzisiaj akurat straszyć nas wścieklizną, to byś się żadnego psa nie wystraszyła… Już ja cię znam. Tak że zapomnij już o całej tej historii i… bawmy się dalej.

— Dzięki, Emil! Od razu mi lżej. — Michaśka odsapnęła, że całkiem na tchórzliwego durnia w oczach chłopców nie wyszła. — A to, co przeszłam, zapamiętam jednak do końca życia. Bo w życiu nie byłam jeszcze tak przerażona. Mówię szczerze. Najpierw z powodu wścieklizny, a potem z powodu… no, dość powiedzieć… z bardzo śmierdzącego powodu… A w ciemnościach nie wiedziałam gdzie wpadłam. Myślałam, że się tam utopię, bo grzęzłam w mulistym dnie coraz bardziej… No dobra, Kamil, nie rób takiej rozweselonej miny! Teraz wiem, co to za muł był, ale przedtem, skąd miałam wiedzieć? Teraz tak sobie myślę, że to i dobrze, że nie wiedziałam, bo chyba wcześniej umarłabym z obrzydzenia, a dopiero potem bym się utopiła.

— Biedna Michaśka! — Emil pożałował przyjaciółkę.

— Nie, biedna to ja chyba nie jestem. — Michaśka poklepała Emila po ramieniu. — Jestem…

— Tylko pechowa — dokończył Robek, chichocząc.

— Pechowa, powiadasz…? Czy ja wiem? — zastanawiała się Michaśka. — Ale jedno, co jest pewne, mam zawsze szczęście. No, może bardziej w nieszczęściu, ale zawsze to szczęście. A ono cieszy mnie jeszcze bardziej niż samo szczęście.

— No, to cieszymy się razem z tobą — rzekł Robek z uśmiechem od ucha do ucha. — A cieszymy się tym bardziej, że swoim szczęściem w nieszczęściu szalenie ubarwiasz nam nasze wakacje.

— Cieszę się szalenie! — Michaśka parsknęła śmiechem i palnęła Robka po plecach. — No to jak macie ze mnie tyle pożytku, to dla mnie też powinniście coś zrobić…

— Jasne! — zadeklarował się Emil, spoglądając na miny Robka i Kamila. — Gadaj co.

— Nikomu ani mru-mru!

— Łeee, tylko tyle? — zdziwili się wszyscy chłopcy naraz.

— Aż tyle... Bo zdaję sobie sprawę, że milczenie jest dla was bardzo ciężkim zadaniem. Zawsze was jęzory swędzą, aby o mnie przynajmniej Przemkowi poopowiadać, i to z szeroką gamą ubarwienia. Nalać wody ile wlezie. Byleby tylko śmieszniej było i było się z czego pośmiać. Już ja was znam, ananaski… O cholewcia! Tak gadam i gadam i macam się po kieszeni spodni i dziwię się, że mam latarkę, a przecież podarowałam ją Nysie wraz ze spodniami. I teraz dopiero sobie uzmysłowiłam, że przecież mam na sobie spodnie Emila. No i przypomniało mi się od razu, że niestety, ale podarowałam Nysie też i moje pieniądze. Kurka wodna, całkiem zapomniałam, że miałam je w kieszeni spodni.

— Jakie pieniądze? — zaniepokoił się Emil.

— No, te sto złotych. Pięćdziesiąt złotych od wujka Stacha i drugie pięćdziesiąt od waszego ojca. Na siłę wcisnęli mi je, jak mówili: „za pracę przy żniwach”. A przecież to była dla mnie przyjemność a nie praca. Sami widzieliście jak się wzbraniałam i nie chciałam ich przyjąć. Już chyba podświadomie wyczuwałam, że nie powinnam ich wziąć. No i widzicie, straciłam je…

— Nie martw się, Michaśka, my się złożymy i damy ci pieniądze — pocieszał Emil. — Co nie, chłopaki? Zgadzacie się?

— Jasne! — Robek i Kamil zgodzili się jednocześnie.

— Ani mi się ważcie! — wrzasnęła Michaśka.

— Ja nie potrzebuję żadnych pieniędzy. I niech wam nawet do głowy nie przyjdzie urządzać jakieś składki. Pierwszy raz, tak na poważnie, pogniewałabym się na was. Mówię serio!

— Nie błaznuj, Michaśka! — Robek próbował ułagodzić kuzynkę, poklepując ją delikatnie po ramieniu. — Przecież jesteśmy razem i razem odpowiadamy za siebie. Sama zawsze mówiłaś: „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, więc w tym przypadku, też musi tak być. Nie będziemy tolerować takich twoich widzimisię. Porządek musi być!

— Masz rację, że tak mówiłam. I dalej się tego trzymam. Ale nie w tym akurat przypadku. — Michaśka nie dawała za wygraną. — Siedzę u was przez całe wakacje i jeszcze pieniądze mam za to brać?... Rany, po co ja w ogóle pozwoliłam im wcisnąć je sobie do kieszeni? Za karę chyba mi umysł zaćmiło głupotą, dlatego nie wyciągnęłam ich wcześniej z kieszeni spodni, tylko łaziłam z nimi cały czas… Miałam pewien plan związany z tymi pieniędzmi. I teraz nici z mojego planu. No trudno, za głupotę trzeba płacić. Ale to ja muszę za nią zapłacić. Nie wy. Wiem, że zawsze mogę na was liczyć. I bardzo to sobie cenię. Ale wierzcie mi, nie w tym przypadku. Nie, jeżeli chodzi o pieniądze. Nie, nie, i jeszcze raz nie!

— Michaśka, opamiętaj się! My chcemy dla ciebie dobrze. — Robek nadal próbował stać przy swoim. — Nie chcemy, żebyś tylko ty ponosiła jakieś straty. Wszystkie nasze przyjemności dzielimy na czworo, to wszelkie straty też muszą być na czworo podzielone. I nieważne, kto z nas bezpośrednio przyczynił się do powstania danej straty. Bo my i tak wszędzie jesteśmy razem. Strata jest stratą, a nas jest czworo do jej ponoszenia. Kapujesz?!

— Nie! — krótko i zwięźle odpowiedziała Michaśka, a po namyśle dodała: — Chłopcy, proszę was, ten jeden jedyny raz pozwólcie mi samej ponieść moją własną stratę. Proszę!... Bo jak nie, to się wkurzę i więcej do Pilcza nie przyjadę… No! Zapamiętajcie sobie!

— Ty szantażystko, ty! — Robek objął ramionami kuzynkę i potarmosił nią, śmiejąc się przy tym głośno. — Nie zapomnij, że moje życzenie musisz spełnić, bo inaczej… myszy cię zjedzą.

— Właśnie! I to z kopytami — dodał od siebie Kamil, tarmosząc Michaśkę z drugiej strony.

— A wtedy byłoby nam bardzo przykro — podsumował Emil...


cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×