Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - Ród Gołowliowych, rozdz. III - Bilans rodzinny/16
Tekst 157 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-05-09
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń139

A może jednak cud się ziści?! Przecież to się zdarza... raptem dzisiejsze Gołowliowo znika, a na jego miejscu pojawia się nowe, w innych okolicznościach, w których on... Nie to, że ojciec... umiera - na co to komu? - a tylko tak... w ogóle będą  po prostu inne *okoliczności*... A może babcia? Przecież pieniądze ma! Dowie się o jego nieszczęściu - i a nuż da! Masz, wnusiu kochany, powie, jedź szybko, póki termin jeszcze nie minął! I oto pędzi co koń wyskoczy, ponagla swoich kolejnych woźniców, ledwo zdąża na pociąg - i zjawia się w swoim pułku na dwie godziny przed czasem! Zuch Gołowliow! - wołają koledzy. - Podaj swoją prawicę, szlachetny młody człowieku! i od dziś wszystko niech pójdzie w niepamięć! I nie tylko zostaje w armii jak przedtem, lecz także najpierw go awansują na sztabskapitana, potem na kapitana, zostaje adiutantem pułkownika (skarbnikiem jego już był) i w końcu w dzień święta pułku...


Ach, kiedyż wreszcie ta noc minie! Jutro... no, jutro niech będzie, co ma być! Ale ile się przy tym nasłucha... och, czego też nie usłyszy! Jutro... tylko czemu właśnie jutro? toż cały jeszcze drugi dzień przed nim... Przecież wyprosił dla siebie dwa dni specjalnie na to, żeby mieć czas na perswazje, na rozczulenie... Akurat! przekonasz takiego, rozczulisz! Nie, lepiej nie...


W tym miejscu myśli jego ostatecznie się plączą i stopniowo, jedna po drugiej toną w sennej mgle. W kwadrans później cały gołowliowski dwór pogrąża się w ciężkim śnie.


Następnego dnia skoro świt każdy jest już na nogach. Wszyscy pojechali do cerkwi - wszyscy oprócz Pietieńki, który pod pozorem zmęczenia podróżą pozostał u siebie. Wysłuchali wreszcie mszy żałobnej i wypominek i powrócili do domu. Pietieńka jak zawsze podszedł do rączki tatunia, ale Judaszek podał mu dłoń bokiem, i wszyscy widzieli, że nawet syna nie przeżegnał. Napito się herbaty, zjedzono wspominkową kutię; Pijawka szurał nogami, rozmów unikał, wzdychał, wciąż składał dłonie na znak wewnętrznej modlitwy i wcale nawet na swego gościa nie patrzył. Pietieńka ze swej strony również się jeżył i w milczeniu palił papieros za papierosem. Wczorajsza napięta sytuacja nie tylko przez noc się nie polepszyła, lecz nawet przyjęła tak ostre formy, że poważnie zaniepokojona Arina Pietrowna zdecydowała się wywiedzieć od Jewpraksiejuszki, czy może coś nie zaszło.


- Co się stało? - spytała, - co to oni tak od samego rana jak jacyś wrogowie - jeden na drugiego bykiem patrzą?

- A skąd ja mam wiedzieć? czy to ja w ich sprawy się mieszam! - odgryzła się Jewpraksieja.

- Nie o ciebie to poszło? Może wnuczek do ciebie przystawał?

- A czemu miałby przystawać? Zaraz przystawał! Czyhał tylko w korytarzu, a Porfiry Władimirycz to zobaczyli!

- A więc jednak - o to poszło!


I rzeczywiście, mimo skrajnego swego położenia Pietieńka nic a nic nie wyzbył się swojej lekkomyślności. On również zagapił się na silne ramiona tej dziewoi i postanowił jej o tym powiedzieć. I właściwie to z tego właśnie powodu nie pojechał do cerkwi, licząc na to, że i ona jako ekonomka pozostanie w domu. A jak tylko wszystko we dworze zacichło, narzucił płaszcz na plecy i zaczaił się w korytarzu. Minęła minuta, dwie, trzasnęły drzwi, wiodące z sieni do pokoju dla służby, i na końcu korytarza ukazała się Jewpraksieja, niosąca tacę z ciepłym jeszcze słodkim precelkiem do herbaty. Lecz nie zdążył Pietieńka nawet porządnie ją w plecy zdzielić między łopatki, nie zdołał powiedzieć: - Ale plecy! gdy drzwi do jadalni otwarto, i pojawił się ojciec.


- Jakeś przyjechał tutaj, gachu, paskudzić, to ja ze schodów każę ciebie zrzucić! - rzekł jakimś nieskończenie złym głosem.


Ma się rozumieć, Pietieńka natychmiast chyłkiem się wyniósł.


Nie mógł wszak nie rozumieć, iż poranne zdarzenie nie było z tych, które korzystnie wpływałyby na jego szanse. To dlatego postanowił nic nie mówić i odłożył rozmowę do następnego jutra. W tym samym jednak czasie nie tylko nic nie robił, by jakoś ugłaskać rozdrażnionego ojca, lecz przeciwnie, zachowywał się w najbardziej nieostrożny, absurdalny sposób. Bez przerwy palił, nie zwracając uwagi na to, że Pijawka usilnie odpędza od siebie kłęby dymu, napełniające pokój. Co chwila też rzucał przymilne, idiotyczne spojrzenia na Jewpraksiejuszkę, która pod ich wpływem uśmiechała się jakoś półgębkiem, co widział nie tylko Judaszek.


Dzień ciągnął się bezsilnie. Spróbowała Arina Pietrowna w durnia pograć z Lolą, lecz nic z tego nie wyszło. Gra nie wychodziła, nie kleiły się rozmowy, nawet utarte komunały nie chciały iść na ślinę, chociaż każdy miał w swym zapasie całe fury tego nienapoczętego dobra. Z wielkim trudem nadeszła pora obiadu, ale i wówczas wszyscy nadal milczeli. Zaraz po posiłku staruszka zaczęła szykować się do odjazdu do Pogoriełki, i zamiar ten Pijawkę wprost przeraził.


- Boże ty święty, gołąbeczko! - zawołał. - Co to, chcecie mnie samego zostawić oko w oko z tym... złym synem? Nie, nie! nawet o tym nie myślcie! nie puszczę!

- A co? coś między wami zaszło, tak? powiedz! - zapytała.

- Nie, póki co nic się jeszcze nie stało, ale zobaczycie... Nie, nie opuszczajcie mnie! niech już przy was... To wszystko nie bez powodu! nie bez przyczyny on tutaj przyjechał... To, jak coś się stanie - wy już bądźcie wszystkiego świadkiem!


Arina Pietrowna pokręciła głową i jednak postanowiła zostać.


Po obiedzie Porfiry Władimirycz oddalił sie do siebie na spoczynek, na wszelki wypadek odesławszy Jewpraksiejuszkę do rodziców na wieś; staruszka, odłożywszy swój wyjazd do siebie, również poszła do swego pokoju i, siedząc na fotelu, drzemała. Pietieńka uznał tę chwilkę za najodpowiedniejszą, by spróbować szczęścia u niej.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×