Przejdź do komentarzyK-X ląduje (13 cz.)
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2019-06-15
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń124

K-X ląduje (13 cz.)



Karawana zbliżała się już do miejsca, w którym starsi chłopcy znaleźli Basiurkę. Chwatko nakazał zmniejszyć szybkość i zarządził całkowitą ciszę. Jechali więc w milczeniu. Nawet sarenki jakby delikatniej zaczęły stąpać, aby uderzając racicami o ziemię, nie narobić zbyt wiele hałasu. Zajączkom natomiast takie zwolnione tempo nie odpowiadało i nie bardzo wiedziały, jak dorównać tempa karawanie. Znalazły jednak wyjście. Z rozpędu wskoczyły na samopojazd i zajęły wolne miejsce po Śmieszce i K-2. Komiczny to był widok, ale dzieci musiały dławić śmiech, bo jak cisza, to cisza.

Chwatko zastanawiał się w jakim miejscu mogliby bezpiecznie ukryć samopojazd, no i samych siebie — w razie czego. Chłopcy niewiele zdołali w tej okolicy wcześniej zobaczyć, bo wydarzenia potoczyły się tak szybko, iż na poznawanie terenu nie było czasu. Teraz tego czasu było jeszcze mniej, bo było już grubo po południu, więc tym bardziej trzeba było oszczędzać każdą minutkę. Chwatko po głębszym zastanowieniu wybrał jednak to miejsce w krzewach, gdzie K-1 ukrywał się przed wielkimi chłopcami. Miejsce to wydało mu się odpowiednie. Przypominał sobie, że po środku, między krzewami, było dużo miejsca porośniętego grubą warstwa mchu, co dodatkowo przemawiało za takim wyborem. Miejsce to było zapewne niegdysiejszym legowiskiem jakiś dużych zwierząt. Może sarenek, może jeleni, a może nawet żubrów. Tworzyło jak gdyby swoistą enklawę, przestronną, ale i bardzo bezpieczną, bo osłoniętą dookoła szerokim pasem poszycia leśnego. Do tej enklawy właśnie, Chwatko nakazał K-1 się kierować.

K-1, wprawny kierowca, zajechał pięknym łukiem pod te krzewy akurat pomiędzy którymi był wąski a i dobrze zamaskowany przesmyk, prowadzący prosto do środka kryjówki. Zapamiętał to miejsce bardzo dobrze, bo czekając na rozwinięcie się sytuacji pod wielką sosną, miał czas, aby mu się dokładnie przyjrzeć. Chłopcy zeskoczyli z samopajazdu i czekali aż osiodłana sarenka z dziewczynkami na grzbiecie podejdzie do nich. Gdy tak się już stało, pomogli dziewczynkom zsiąść z sarenki, a potem wszyscy już razem przedzierali się do środka swego nowego miejsca postoju. Obydwie sarenki dalej nie rezygnowały. W małej odległości za dziećmi i za K-1, który szedł ostatni i prowadził samopojazd, wchodziły ochoczo do wnętrza gęstwiny krzewów. Tylko zajączki znów gdzieś zniknęły. Gdy wszyscy chłopcy zeskoczyli z samopojazdu, to one też, ale nie czekały na sarenki tym razem, tylko same wskoczyły w krzaki. Jak się później okazało, kiedy dzieci dotarły wraz z sarenkami do środka kryjówki, zajączki już tam były. Siedziały cichaczem przyczajone w zagłębieniu porośniętym mchem i spokojnie czekały na dzieci.

— Co za spryciarze! — zawołał Gagatek. — A jakie przy tym wesołe? Hej, szaraczki, już ja bym się z wami pobawił, nie tylko w ganianego, ale też i w chowanego, ale my mamy tutaj inne zadanie do wykonania, więc może później…

— Oto właśnie chodzi. Dobrze Gagatku zauważyłeś — powiedział Chwatko. — Dlatego musimy być teraz bardzo czujni i ostrożni, aby zadanie nasze wykonać należycie i szczęśliwie wrócić do domu. Chciałbym teraz omówić z wami dalsze szczegóły, co do naszej akcji pod kryptonimem: — „Biała lilia”. Ale przede wszystkim, musimy się zastanowić, jak pomóc Basiurce.

— Dziękuję wam bardzo, że chcecie mi pomóc. Kochani jesteście. Ale powiedz mi, Chwatko, co ty mówisz? Co to znaczy „pod kryptonimem biała lilia”? — spytała Basiurka szczęśliwa z jednej strony, a zaskoczona z drugiej. — Bo u nas w ogrodzie, przy naszym domu, rosną piękne białe lilie, więc nie musicie ich szukać pod jakimś tam „kryptonimem.” Ja wam je po prostu zerwę z ogródka i przyniosę. Ale jak pani Klotylda nie będzie widziała. Albo nie, może nawet widzieć. Jest mi wszystko jedno, za co będę klęczeć na grochu, a na pewno lżej mi będzie klęczeć, jak będę wiedziała za co. A dla was, to ja mogę i cały nawet dzień klęczeć…

— Już dobrze, Basiurko! Jesteś bardzo dobrą dziewczynką — powiedział wzruszony Chwatko. — Tak mi przykro, że my nie możemy ciebie zabrać do swego domu. Ale jedno mogę ci przyrzec… my wszyscy ci przyrzekamy, że już nigdy nie będziesz klęczała na grochu.

— Właśnie! I nie zostawimy ciebie już nigdy. Będziesz już zawsze naszą przyjaciółką, naszą małą-wielką siostrzyczką. Zawsze będziemy ciebie odwiedzać. I to ci przysięgamy — powiedziała Śmieszka, wycierając wilgotne oczy i tuląc do siebie K-2, która rozpłakała się na dobre.

— Mamusiu moja kochana, dziękuję ci, że mnie wysłuchałaś i sprawiłaś, że już nie będę się czuła taka samotna! — zawołała Basiurka i wzniosła oczy ku niebu, i też się rozpłakała.

— No cicho już, dziewczynki — zawołał wzruszony Gabcio. — Nie płaczcie już. Wszystko już będzie dobrze. Zło zawsze istniało na świecie. Dziadziuś Hardy przecież o tym mówił. A mówił też, że to zło trzeba zwyciężać. I my go zwyciężymy na pewno! A czym go zwyciężymy? A dobrem…

— O właśnie! Masz rację, Gabciu! — Gagatek krzyknął z podniecenia. — Ty tylko pokazuj palcem to zło, bo ty się na tym lepiej znasz, a ja już z chłopakami będę po kolei je zwyciężał, i to czym się tylko da, nie tylko dobrem.

— Uspokójcie się już, Gaga! — rzekł wzruszony i zarazem ubawiony Chwatko. — Wszystko to chwalebne, co mówicie, ale musimy teraz postępować roztropnie i spokojnie, bez żadnych większych emocji. Bo jedynie spokój i roztropność zaprowadzą nas w naszym działaniu do celu… Sza, cicho sza! Coś się zaczyna dziać. Spójrzcie na sarenki i zajączki. One wyczuwają niebezpieczeństwo.

Sarenki, które spokojnie leżały do tej pory obok zajączków, zaczęły nagle strzyc uszami i niepewnie kręcić głowami. Potem zerwały się na równe nogi i w pierwszym odruchu chciały uciekać, ale po chwili położyły się z powrotem i tylko oczami wskazywały skąd nadchodzi niebezpieczeństwo. A ich podłużne, poziomo ustawione źrenice, kurczyły się i rozszerzały, co oznaczało, że bardzo były wylęknione. Zajączki były również bardzo wystraszone. Siedziały jednak dalej na tym samym miejscu bez ruchu, a tylko ich wielkie stojące uszy, tak zwane słuchy, były bardzo ruchliwe. Zajączki w razie zagrożenia potrafią słuchami poruszać we wszystkich kierunkach. I tak też nimi poruszały. A ich duże, okrągłe i bocznie osadzone na głowie oczy, wytrzeszczały się coraz bardziej, co było niezbitym dowodem na to, że niebezpieczeństwo jest tuż-tuż. Nawet Nosolek kręcił kinolkiem z wystraszoną miną, bo nie bardzo wiedział, co za zapach czuje.

Po chwili wszystko było już jasne. To dwaj wielcy chłopcy znów się zjawili. Z czego Chwatko był nawet zadowolony, bo problem szukania ich miał już z głowy.

Wielcy chłopcy, głośno rozmawiając, zbliżali się do ogromnej sosny, pod którą wcześniej stali, a na której siedział Chwatko i Basiurka. A kiedy podeszli już do niej, usiedli zmęczeni. Dzieci ukryte za zaroślami w swojej bezpiecznej enklawie mogły dokładnie słyszeć ich rozmowę:

— Bronek, ty głupku pospolity, czy ty nie rozumiesz, że ja muszę mieć te pieniądze — warczącym głosem mówił Rafał. — Akurat jutro chcę kupić taką superową bejsbolówkę. I nie chcę nawet słyszeć, że mogłoby być inaczej.

— No to co ja mam ci już poradzić? Przecież nie wiem gdzie jest Baśka — powiedział wylękniony Bronek. — Szukamy jej już przecież pół dnia, i nic. Zniknęła jak kamfora… Boję się, żeby jej się tylko coś nie stało.

— Ty się lepiej bój, żeby się tobie coś nie stało! O tą smarkulę nieużytą będziesz się teraz martwił?! — wrzasnął wściekły Rafał. — Zapamiętaj sobie, że te pieniądze muszą dzisiaj trafić do mojej kieszeni i guzik mnie obchodzi jak! Mam dość latania po lesie… Sam mi te pieniądze w zębach przyniesiesz. Zrozumiano! Już i tak oberwie nam się od tej starej kwoki dyry… Bo ona na pewno już szuka za twoją siostrunią. A wiadomo, że jak jej nie znajdzie, to będzie szukać za tobą. A chłopaki stuprocentowo wypaplają, że poszliśmy do lasu, bo nas razem pod lasem widzieli. Wtedy ta stara jędza zabierze się i za mnie. A ja jej wyjątkowo nie cierpię i nie mam zamiaru jej się z niczego tłumaczyć. Ale trzeba będzie się nasłuchać jej umoralniającego trajkotania. A niech ją piekło pochłonie z jej morałami! Nie zniosę tego! A przecież wiesz, że pani Klodzia ma dzisiaj wolne i niestety nikt nie stanie w mojej obronie. Zaraz mnie coś trafi!

Dzieciom ukrytym za grubą ścianą podszycia leśnego, aż szczęki chodziły ze złości, słysząc jaki jad wyrzucał z siebie ten Rafał. A Gryzia, to już aż zęby bolały od zgrzytania. Chwatko starał się zachować spokój i intensywnie myślał, co by tu zrobić na już, skoro mają wielkich chłopców tak blisko, prawie w zasięgu ręki. No i wymyślił. Podbiegł do osiodłanej sarenki i zdjął z jej szyi sznur z konopi zrobiony przez chłopców. Połączył go ze swoją liną, której jeszcze długi kawał pozostał po puśliskach. Umówił się na szybko z K-1, że ten wejdzie jakoś swoim sposobem na sosnę, pod którą siedzą wielcy chłopcy i z góry będzie na nich rzucał szyszkami. Wielcy chłopcy na pewno zaczną zaglądać do góry, aby sprawdzić, co się dzieje. Wtedy K-1, dobrze ukryty za grubą gałęzią, na moment przestanie rzucać, a potem znów zacznie. A on w tym czasie razem z Gryziem postara się przywiązać ich obu do drzewa, tak mocno, żeby nie uciekli, no i też, żeby nie byli dla nich groźni.

Powiedziane, zrobione. Nie minął kwadrans, a wielcy chłopcy byli już przywiązani do drzewa. I co najśmieszniejsze, wcale nie byli tego świadom. Mało tego, nie tak szybko to też do ich świadomości dotarło.

Kiedy K-1 znalazł się już na sośnie, a znalazł się tam nie wiadomo jak, bo Chwatko i Gryzio nie zdążyli nawet zauważyć, zaczął ciskać szyszkami w dół. Najpierw malutkimi, potem coraz większymi. Wielcy chłopcy zaciekawieni, i wreszcie zdenerwowani, zaczęli zaglądać do góry, tak jak Chwatko przewidział. W tym czasie Chwatko wziął się za przywiązywania lewej nogi Rafała do pnia drzewa, a Gryzio zaś prawej nogi Bronka. Mali chłopcy uwijali się jak w ukropie, aby wielkich chłopców zdążyć w porę uwięzić i unieszkodliwić zarazem. Ich zadanie było bardzo ryzykowne. Lepiej nie myśleć, co by się z nimi stało, gdyby zostali zauważeni przez wielkich chłopców.

Po pomyślnym wykonaniu zadania, cała trójka znów spotkała się w enklawie. Chłopcy mieli miny zadowolone i uśmiechnięte, co sprawiło, że wszystkie dzieci czekające w wielkim napięciu na ich powrót, odsapnęły z ogromną ulgą.

— Ty, K-1, jesteś wspaniały. Jak tyś to zrobił, że tak szybko znalazłeś się na drzewie i jeszcze szybciej z niego zlazłeś? — szeptem spytał zaskoczony i zaciekawiony Gryzio, kiedy już usiedli obok dzieci.

— Sam mówiłeś, że tyle jest dziwów na świecie, więc przyjmij, że to był jeden z nich — z łobuzerskim uśmiechem na dolnej twarzy odpowiedział K-1. — A tak na poważnie, wspinaczka to moje hobby, dlatego dla mnie to nic trudnego. Wy mieliście o wiele trudniejsze zadanie niż ja. To wy byliście wspaniali, i to wy zasługujecie na wielką pochwałę i uznanie…

— Pssst! Uciszcie się chłopaki, bo zaraz się zacznie. — Chwatko przerwał dialog chłopców i nastawił uszu.

Pod drzewem rozległ się nagle głośny wrzask Rafała. Najpierw wydawał z siebie jakieś dziwne, nieartykułowane dźwięki, a po chwili zaczął pastwić się nad Bronkiem:

— Ty lebiodo! Pokręciło cię, czy jaka choinka?! Żartów ci się jeszcze zachciewa?! Już ja ci pokażę, gdzie raki zimują! Odwiązuj, i to już! — Czego ty znów chcesz ode mnie? A swoją drogą, to dziwię się tobie, że też jeszcze żarty się ciebie trzymają. Bo ja już padam na pysk ze zmęczenia, więc odwiąż mnie, proszę, i chodźmy do domu. Głowę dam, że Baśka siedzi już spokojnie w swoim pokoju…

— Brrrrronek! — Rafał wrzasnął z wściekłości i aż popluł się po brodzie. — Nie jestem skory do żartów! I chyba zaraz stłukę cię na kwaśne jabłko, jak mnie natychmiast nie rozwiążesz... No nie! Ty już chyba całkiem na łeb upadłeś, albo winna tu jest ta twoja wybronowana na gładko mózgownica. Siebie idioto też przywiązałeś?! Widzę, że palma ci już całkiem odbiła. I z kim ja się zadaję? Z idiotą, pofyrtańcem, durniem, paranoikiem, imbecylem… Nie, już brak mi nawet słów…

— Rafał, proszę cię! Skończ! — zajęczał Bronek bliski już płaczu. — Przecież ja ciebie wcale nie przywiązałem. Siebie zresztą też nie… O rany, Rafał, co jest grane? To kto nas przywiązał? Nikogo nie widziałem. A ty?

— Bronek, mówisz serio? Nie ty? To nie ty wiązałeś? — Rafał wybałuszył oczy i zrobił strwożoną minę. — Do stu kaduków, to kto?! Powiedz mi kto? Ja nikogo nie widziałem. Może to krasnoludki? Ale ja w krasnoludki nie wierzę. Więc kto? Mówiłem ci, że tu coś śmierdzi, ale ty nie, skończony pofyrtańcu, znów tu się pchałeś jak mucha do lepu, bo może… Basiunia tu będzie… Mało ci było tego przeraźliwego zgrzytu? Wiedziałem, wiedziałem, że coś się za tym zgrzytem kryje, bo to nie było normalne. Tym bardziej że nikogo nie spotkaliśmy w lesie. Ty, a może to duchy?! Matko najukochańsza! Bronek, no mówże coś!

— No co ci mam mówić! Ja też mam pietra — wystraszonym i drżącym głosem odpowiedział Bronek i zaczął szarpać nogą, próbując ją wyzwolić z więzów. I kiedy mu to nic a nic nie wychodziło, z jeszcze większym strachem w głosie powiedział: — Rafał, co to znaczy? Może to faktycznie duchy? Pewnie chcą nas ukarać za nasze grzechy… Mamusiu moja kochana w niebiosach! I co teraz? Wiedziałem, byłem pewien, że tak dłużej być nie może, że… że te twoje postępki zaprowadzą mnie do zguby. Że… że ja też, prawdziwy idiota, godziłem się tobie w tych twoich niecnych postępkach pomagać. Mamusiu moja kochana, pomóż! A ja ci przysięgnę, że już nigdy, przenigdy, nic złego nie będę robił, że odnajdę Basiunię, i od tej pory zawsze będę się o nią troszczył…

— Ty, Bronek, nie myśl tylko o sobie, ty egoisto! A ja to co? Cóż ja aż takiego złego robiłem? Chciałem dzieciaki tylko dyscypliny nauczyć. Przecież starych nie mają, więc ktoś ich musi uczyć, no nie? Powinny być mi za to jeszcze wdzięczne… A że uczenie, to praca, więc za moją pracę należało mi się wynagrodzenie, no nie? A jak tego same nie rozumiały, to musiałem nauczyć ich moresu, nie?... Ty, Bronek, no nie bądź taki i o mnie też poproś twoją matkę… no tę… twoją mamusię… Albo przynajmniej próbuj mnie odwiązać, bo mnie już palce bolą od tego odsupływania, a i tak nic nie zdziałałem. Co to za dziwne węzły? Jeszcze takich nie widziałem. Są nie do rozwiązania. Że też akurat dzisiaj musiałem zapomnieć mojego scyzoryka… No, Broneczku, brachu drogi, nie bądź świ… no, tym co ryje, tylko pomóż mi… Do stu piorunów! Słyszysz co mówię!

Wszystkie dzieci siedzące w enklawie miały ubaw po pachy, słysząc dialog wielkich chłopców. Oprócz Basiurki. Basiurką targały mieszane uczucia. Najpierw była wystraszona, potem zadowolona. Przez moment nawet chciało jej się śmiać, ale po usłyszeniu wypowiedzianego przez Bronka i Rafała najukochańszego słowa na świecie: — „mamusia” — zachciało jej się płakać. Potem zaś była zła. Ze złości przeszła znów do zadowolenia, które zaowocowało nagłą nadzieją. I to uczucie nadziei zadomowiło się w jej serduszku na dobre i pozostało tam już na stałe. Tym bardziej, że było podsycane wielką serdecznością nowych przyjaciół i poparte ich pomocą.

Chwatko zauważył, że na twarzyczce Basiurki malują się różne odczucia. Uspokajał ją więc łagodnym głosem i kazał jej się nie martwić, bo wszystko jest już na dobrej drodze do jej lepszego życia. I dał jej nawet swoje słowo honoru, że tak będzie. Basiurka znów była szczęśliwa i z ogromną wiarą w oczach i z serdecznym uśmiechem na ustach zerkała to na Chwatka, to na pozostałe dzieci. A wszystkie dzieci odpowiadały jej równie serdecznym uśmiechem.

Po chwili uszu dzieci dobiegł rozpaczliwy krzyk spod sosny:

— Raaatuuunkuuuu! — To Rafał krzyczał, bliski już obłędu ze strachu, bezradności i wściekłości.

— Raaatuuunkuuuu! — wtórował mu Bronek również bliski obłędu, ale nie tylko ze strachu. Przede wszystkim z ogromnego poczucia winy, bezradności i z niemożności odpokutowania swoich win od zaraz.

— No, chłopaki, na nas już czas. Czas na ciąg dalszy — powiedział zadowolony Chwatko, bo czekał właśnie na taki moment. — Wielcy chłopcy zmiękli. Teraz tylko odpowiednio ich jeszcze postraszyć, popracować nad ich sumieniem i wywołać jego wyrzuty. A jak wynika z tego ich haniebnego dialogu, to możemy być pewni, że z Bronkiem uda nam się od razu, bo on już je ma. Natomiast ten Rafał, to twarda sztuka zła. Z nim nie pójdzie nam tak łatwo. Ale coś mi się wydaje, że on jest też wielkim tchórzem, więc trzeba będzie go po prostu tylko więcej postraszyć. Następnie wywołać w kolesiach skruchę i solenną chęć poprawy. No a potem będziemy mogli spokojnie odprowadzić naszą kochaną Basiurkę do jej domu, bez żadnych obaw, że coś jej się stanie… Ale to jeszcze nie wszystko. Jeszcze w samym Domu Dziecka mamy coś do załatwienia... No a tymczasem, do dzieła chłopaki. Staniemy za pniem drzewa i ja przeprowadzę z nimi pierwszą, ale za to zasadniczą i gruntową rozmowę umoralniającą. Druga taka umoralniająca rozmowa czeka już na nich w Domu Dziecka… Na pewno będę potrzebował waszej pomocy. Ale trudno mi jest powiedzieć jakiej i kiedy. To się samo okaże i będzie zależało od tego, jak sytuacja się rozwinie. Więc wy, chłopaki, będziecie czekać na mój znak. Zgoda?... A wy, siedźcie tutaj dalej, tak długo, aż wam powiem, że możecie wyjść. Nie wiem, jak to długo potrwa. Miejmy nadzieję, że niedługo, że szybko się rozprawimy z nimi. Rozmawiajcie sobie z Basiurką, bo niebawem będziemymusieli się z nią pożegnać. Ale ty, Basiurko, nie martw się i zawsze pamiętaj o tym, co ci przyrzekliśmy, i o tym, co ci Śmieszka powiedziała.

Chwatko wraz z K-1 i Gryziem bezszelestnie przedostali się na zewnątrz enklawy i cichaczem podchodzili do sosny, do uwiązanych wielkich chłopców. Został im już niewielki odcinek drogi do przebycia, gdy nagle Rafał i Bronek, skacząc na jednej nodze, z nieustającym słowem: „ratunku” na ustach, pojawili się w zasięgu ich wzroku. Ci dwaj nieszczęśnicy próbowali się jakimś cudem wdrapać na drzewo. Widocznie podejrzewali, że to z dołu grozi im niebezpieczeństwo. Śmieszny był to widok, bo co jedną nogą sięgnęli najniższej gałęzi, to druga, uwiązana, nie pozwoliła im wspiąć się wyżej. Spadali więc z drzewa z głośnym plaśnięciem jak dojrzałe ulęgałki.

Widok ten nieco spłoszył trzech dzielnych chłopców, więc aby wielcy chłopcy ich nie zauważyli, zaczęli biec slalomem pomiędzy niskimi krzewami. A kiedy dobiegli do drzewa, najbliżej jak się tylko dało, pod nim było już spokojniej. Wielcy chłopcy zmęczeni swoistą akrobatyką, jak padli na ziemię po raz nie wiadomo już który, tak tym razem już tam zostali. Leżeli plackiem przyklejeni do ściółki (a i ściółka do nich) i sapali jak stare lokomotywy. Wtedy Chwatko dał znak ręką, aby K-1 i Gryzio spokojnie podchodzili za nim pod sam pień drzewa. Gdy tam już dotarli, chwilę postali nasłuchując, bo Chwatko chciał się upewnić, czy już spokojnie może zacząć swoją misję. Po drugiej stronie sosny nadal panował spokój, oprócz sapania, nic nie było słychać ani widać. Zadowolony Chwatko nabrał ogromny łyk powietrza i grobowym głosem przemówił:

— No, panie Rafalski, masz już dość?!

— Hej, tyyyy! Uważaj sobie! Nazywam się Rafał — warknął z wściekłości w pierwszym odruchu Rafał. W ułamku sekundy się jednak zreflektował, i ciągle leżąc na ziemi, łagodniejszym już tonem zawołał: — Ty, kimkolwiek jesteś, odwiąż mnie, a puszczę ci w niepamięć tego Rafalskiego.

— Wiem, tchórzu Rafalski jak się nazywasz, ale skoro ty przezywasz wszystkich, ja będę przezywał ciebie — rzekł Chwatko dudniącym głosem jak ze studni. — Jestem duchem leśnym i zamierzam zrobić z tobą porządek. Z twoim kompanem Bronkiem też…

— Ojejku, jejku! Ojejej, jam nieszczęsny! — jęczał przeraźliwie Rafał.

— Mamusiu moja kochana w niebiosach! — jęczał również Bronek.

— Wiem, co z was za nicponie. Wiem, jak krzywdzicie dzieci. Wiem, co chcecie od Basiurki. Dość już tego! Teraz wy będziecie cierpieć. Teraz wy poczujecie, co to znaczy strach i bezsilność…

— Oj nie, oj nie, kochaniutki duszku leśny! Tylko nie to! — płaczliwym głosem wołał Rafał. — Ja nie robiłem krzywdy dzieciom. Ja je tylko uczyłem zdyscyplinowania i posłuszeństwa, bo pani Klodzia mówi, że dzieci muszą mieć dyscyplinę, bo inaczej rozpuszczą się jak diabelski bicz. A bez posłuchu, weszłyby na głowę…

— Ja zaraz tobie wejdę na głowę, panie Rafalski. Ty się tu nie zasłaniaj panią Klotyldą, bo ona tyle samo warta co i ty, chociaż jest dorosła. Posiedzicie tu w lesie kilka dni i nocy bez jedzenia i picia, to może skruszejecie i zrozumiecie swoje złe postępki. A jak nie, to zostaniecie tu na zawsze.

— Duszku mój kochany! Litości! — wrzeszczał Rafał i ze strachu wił się jak piskorz po ziemi. — To on, to Bronek… właśnie, to Bronek mnie zawsze namawiał do złego! To on musi zostać ukarany. A ja… ja mogę ci nawet przysiąc, że jak mnie odwiążesz, to ja się z tobą podzielę moimi pieniędzmi i… i dam ci nawet nowiusieńką czapeczkę bejsbolówkę… tylko mnie odwiąż… Litoooości!

— Milcz, Rafalski! Jesteś zepsuty do szpiku kości, a do tego jesteś śmierdzącym tchórzem i egoistą. Łżesz jak z nut, aby tylko uratować własną skórę. Krzty przyzwoitości w tobie nie ma. Nie zapomnij, że ja jestem duchem i wszystko widzę i wiem. Masz tyle grzechów, co włosów na głowie. A gdzie grzech, tam musi być i kara. Bez względu na to, czy przyznajesz się do winy, czy też nie. Kara więc ciebie nie ominie…

Chwatko musiał przerwać swój monolog, bo pomimo jego złowieszczej treści, strasznie chciało mu się śmiać. Żeby się więc w głos nie roześmiać, dał znak K-1, aby zrobił krótki przerywnik i dał głos, czyli, żeby się zaśmiał najlepiej jak potrafi dla poparcia jego słów i nadania im odpowiedniego akcentu grozy.

K-1 aż szczęki drżały ze złości na Rafała, więc był zadowolony, że wreszcie może z nich zrobić użytek i zaśmiał się z tak przepięknym oraz głośnym zgrzytem, jak nigdy wcześniej. Aż Chwatko sam się na moment przeraził i popatrzył na przyjaciela, czy aby jemu nic się nie stało. Bo moc śmiechu K-1 (liczona w decybelach) była ogromna, a jego drżący zgrzyt przypominał swoim dźwiękiem nie tylko jedną piłę tarczową starego gajowego, ale chyba ze sto, i to włączonych jednocześnie. A jaki efekt odniósł? Ho, ho, efekt był wspaniały. Tym większy, że Gryzio nie wytrzymał bezczynności i sam od siebie już zakończył jego śmiech przeciągłym zgrzytem swych efektownych zębów. No to już efekt był nie tylko wspaniały, był piorunujący.

Wielcy chłopcy z trwogi o mały włos a wyrwaliby sosnę razem z korzeniami, tak szarpali się do ucieczki. Gdy drzewo okazało się jednak mocniejsze i nie puściło nieszczęśników, zaczęli atakować ściółkę leśną, na której leżeli, i mało się pod ziemię nie schowali. Rękami i nogami robili okropnie chaotyczne ruchy, no, zwłaszcza jedną nogą, bo druga, uwiązana, na szczęście zachowała więcej spokoju. Z lotu ptaka sprawiali wrażenie dwóch takich, co to trenują na sucho pływanie „stylem rozpaczliwym”. W końcu wyczerpani zupełnie, przylgnęli do siebie i mocno wtulili się sobie w ramiona. Zamknęli oczy, i drżąc na całym ciele — w pokorze — czekali sądu ostatecznego.

Trzej mali chłopcy promienieli z zachwytu. Osiągali powoli zamierzony cel. Zostały im do spełnienia jeszcze tylko dwa etapy ich misji, czyli wywołanie skruchy, zwłaszcza u Rafała, i zainspirowanie obu do poprawy. Ale oprócz uczucia zadowolenia z pomyślnie przebiegającej jak do tej pory misji, chłopców ogarniało jeszcze inne uczucie. Uczucie to jednak chłopcy przed sobą skrzętnie ukrywali. A było to uczucie żalu. Po prostu było im już też i żal wielkich chłopców, gdyż zdawali sobie sprawę, jak bardzo obaj muszą być przerażeni. I gdy tak ich widoczne na zewnątrz uczucie zadowolenia, mieszało się ze skrywanym, wewnętrznym uczuciem żalu, usłyszeli nagle spod drugiej strony sosny głos Bronka:

— Drogi duchu leśny, ukarz mnie, bo zasłużyłem sobie na karę. Ale błagam cię o jedno, nie dla siebie, ale dla mojej siostrzyczki Basi. Błagam, pozwól mi, bym mógł naprawić wszystkie krzywdy, jakie wyrządziłem innym dzieciom i jej samej. Basiurka wiele się nacierpiała przeze mnie i wiele razy musiała się wstydu za mnie najeść. Winny to jestem przede wszystkim jej… Przysięgam na moją mamusię, którą tak bardzo kochałem i nadal kocham, że zrobię wszystko, co tylko zechcesz, byleby tylko mieć taką szansę. Wiem, że moje postępki były karygodne i od dawna już targają mną wyrzuty sumienia. Od dawna też pragnąłem się wyrwać z tego błędnego koła zła, ale do tej pory nie udawało mi się to. Proszę, błagam cię, drogi duchu leśny, pomóż mi… Pomóż Basiurce — Bronek przerwał nagle swoją mowę, bo rozpłakał się jak dziecko.

— Płacz, płacz, bo masz powód! — zawołał „duch leśny” Chwatko, i wzruszając ramionami, popatrzył na K-1 i Gryzia. Chwilę pomilczał, bo i po drugiej stronie sosny, oprócz szlochu Bronka, nic innego nie było słychać. Po krótkim zastanowieniu odezwał się szeptem: — Chłopaki, może macie jakiś pomysł, jak to dalej z nimi rozegrać? Najnormalniej w świecie brakło mi już konceptu… Bo chyba nie pokażemy się im na oczy?

— Poczekaj, Chwatko — również szeptem powiedział K-1. — Coś mi się wydaje, że mam pomysł, ale musimy go wspólnie obgadać, ale nie tutaj...

— Dobrze, K-1. Zaraz to załatwię — odrzekł ucieszony Chwatko i wziął spory łyk powietrza w płuca, po czym odezwał się doniosłym głosem ducha leśnego: — Słuchajcie nicponie! Teraz was zostawię na chwilę samych i dam wam czas do namysłu. A jak wrócę, to chcę od was usłyszeć, co postanowiliście względem naprawienia wyrządzonych krzywd i względem waszej poprawy. Ale zaznaczam, abyście poważnie potraktowali waszą sprawę, bo nie będę się z wami cackał. Wóz albo przewóz! Albo będzie to konkretna wasza poprawa i zadośćuczynienie wyrządzonych krzywd, albo zrobię z wami porządek raz na zawsze. No! To dumajcie! A ja znikam.

Trzej mali chłopcy cichaczem wycofali się spod drzewa, pozostawiając pod nim, nieco już uspokojonego Bronka i ciągle wystraszonego, lecz nieodczuwającego poczucia winy Rafała. Rafałowi trudno było mieć poczucie winy, gdyż po prostu własnych win nie rozumiał i w większości nie zdawał sobie nawet z nich sprawy. Przeto nie był też skory do poprawy, bo nie wiedział po co, jak, i dlaczego.

Chłopcy dochodzili już prawie do enklawy, kiedy K-1 nagle się zatrzymał i kazał przyjaciołom również się zatrzymać.

— Posłuchajcie, mam taki jeden pomysł, ale nie chciałbym, aby dzieci o nim usłyszały, a zwłaszcza K-2 — zagaił K-1, i drapiąc się po górnej głowie, ciągnął dalej. — Bo widzicie, to jest coś, co was może nawet przerazić, a co nie jest też przyjemne… ale może być bardzo skuteczne…

— Na bór zielony! K-1, gadajże jak człowiek… to znaczy, jak ludek… a niech mnie! Jak ten… no, jak kosmita i… gadaj do rzeczy — wydukał w końcu Chwatko i aż podskoczył z niecierpliwości.

Chwatko czuł się bardzo podniecony pod wpływem nagłej i wielkiej nadziei jaką dał mu K-1. A K-1, ni stąd, ni zowąd, zaczął najspokojniej w świecie owijać temat w bawełnę. A to już Chwatka wyprowadziło z równowagi całkowicie. Chciał wiedzieć na już, co to za pomysł i czy jest możliwy do zrealizowania. Popatrzył więc błagalnie na K-1, dając mu do zrozumienia, że ma mówić wprost.

— No dobrze! Chodzi o to, że na samopojeździe mam takie urządzenie, które nazywa się ludokompresorem, i gdybyśmy się do niego podłączyli, stalibyśmy się tak wielcy jak wielki człowiek…

— Na nasz bór ukochany! — wrzasnął stłumionym głosem podniecony Chwatko. — Toż to właśnie to, czego nam potrzeba…

— Ale… poczekaj! — K-1 przerwał przyjacielowi, bo był zaskoczony i zarazem trochę zmartwiony nagłym wybuchem jego entuzjazmu.

— W porządku już, K-1. Gadaj wszystkie za i przeciw, a potem razem się zastanowimy nad możliwością zastosowania ludokompresora — Chwatko spuścił nieco z tonu entuzjazmu.

— A więc, to urządzenie ojciec mój zainstalował na samopojeździe tylko w celu obrony koniecznej przed człowiekiem, w razie niebezpieczeństwa z jego strony. Ludokompresor może być wykorzystany tylko dla dwóch osób, bo na tyle, niestety, wystarcza mu mocy. A i działanie ma niestety też ograniczone, gdyż można być wielkim tylko przez trzy godziny. Potem wytraca się jego moc i staje się na powrót sobą…

— Przepraszam, że ci znów przerywam — powiedział Chwatko z wielkim zainteresowaniem na twarzy. — Wszystko to jest nawet super, a nie „niestety”…Tak myślę. Tylko powiedz mi, czy to, co mówiłeś na początku, że K-Y zainstalował ludokompresor „tylko” w celu obrony koniecznej przed człowiekiem, miałoby jakieś znaczenie w naszej sytuacji? W sytuacji, w której użylibyśmy go w celu obrony człowieka przed człowiekiem?

— No właśnie, tego do końca nie wiem. Ale myślę, że to nie byłby problem, bo liczy się przede wszystkim moc oddziaływania na człowieka. A czy byłaby ona użyta w obronie osobistej przed człowiekiem, czy w obronie innego człowieka przed człowiekiem, to chyba nie ma większego znaczenia. „Ryzyk-fizyk”, jak to któryś z was kiedyś powiedział. Musielibyśmy po prostu zaryzykować. Ale… jest też inne „ale”, i to ważniejsze… Posłuchajcie… Ja tylko jedyny raz brałem udział w próbach użycia ludokompresora i muszę wam powiedzieć, że to nie jest przyjemne uczucie. Po podłączeniu do urządzenia, czułem się tak, jakby mnie rozrywało od środka, a potem ogarniało mnie takie dziwne uczucie pęcznienia. Na szczęście nabieranie wielkości człowieczej nie trwało zbyt długo. I potem, gdy już ją nabrałem, to muszę się wam przyznać, że czułem się znakomicie. Czułem się bardzo, ale to bardzo mocny i odważny, i tak jakby… mądrzejszy. Lecz po trzech godzinach bycia wspaniałym i wielkim człowiekiem, przyszła pora na dekompresję, czyli na powrót do własnej wielkości. I muszę wam powiedzieć, że to jest niestety, nie tylko nieprzyjemne uczucie, jest też i bolesne. Wszystkie wnętrzności kurczą się w straszliwie szybkim tempie, powodując uczucie bolesnego pieczenia. A gdy już jest po wszystkim i na powrót jest się już tym samym kosmitą… Mówię: „kosmitą”, bo mówię o sobie… to przez jakiś czas utrzymuje się ból głów i mięśni. A to też jest bardzo nieprzyjemne uczucie… No, to tyle, co chciałem wam powiedzieć gwoli wyjaśnienia ujemnej strony działania ludokompresora. A pozytywna strona, jak już wspomniałem, jest ogromna. Bo stając się wielkim jak człowiek, można zdziałać wiele…

— I właśnie o to nam przecież chodzi, aby zdziałać wiele dla dobra Basiurki i może przy okazji dla innych dzieci też — na szybko osądził sprawę Chwatko, czując, że jego podniecenie sięga zenitu. — Bo co się będziemy zastanawiać? Pocierpimy trochę i… i nam przejdzie, a Basiurki całe życie możemy zmienić na lepsze. No co, chłopaki? Ja jestem za, a wy?

— Ja też — powiedział Gryzio, ale z ukrywaną odrobiną sceptycyzmu w głosie.

— Ja oczywiście też — rzekł K-1 i zaraz dodał: — Ale nie zapomnijcie, że ludokompresor jest przystosowany tylko dla dwóch kosmitów, to jest, osób. Który więc z was reflektuje na podróż w wielkiego człowieka?

— Myślę, że lepiej będzie… — odezwał się pierwszy Gryzio i zrobił małą pauzę.

Gryzio nie bardzo wiedział, jak to powiedzieć, że ma pewne obawy, a na tchórza nie chciałby wyjść. Zamierzał więc dać chłopakom przede wszystkim do zrozumienia, że to oni we dwójkę powinni dać się napompować, bo to właśnie oni tworzą razem wspaniały duet, i to pod każdym względem. Ale zanim Gryzio ponownie się odezwał, Chwatko, na jego szczęście, wybawił go z kłopotu.

— Gryziu nie obrazisz się, że to ja wraz z K-1 zajmę się tą sprawą? No, powiedz szczerze. Nie będziesz na mnie zły?

— Nie, no co ty? Pewnie, że nie — odpowiedział bardzo szybko Gryzio, jakby się obawiał, że to właśnie od szybkości jego odpowiedzi zależy całe jego życie.

— To w porządku, K-1, bierzmy się już do roboty, bo te wielkie nicponie sczezną tam pod tym drzewem.

— No tak, ale musimy to zrobić tak, aby nie wystraszyć dzieci. Bo podłączanie do ludokompresora, to nie jest miły widok. A samopojazd z tym urządzeniem stoi niestety przy nich. Myślę więc, że K-2 będziemy musieli jednak wtajemniczyć. Tym bardziej, że ona wie o tym urządzeniu, chociaż go nigdy na sobie nie próbowała. A wtajemniczenie jej w naszą sprawę może mieć dodatkowe plusy, bo w razie jakiś komplikacji, ona będzie mogła nam pomóc. I takim też sposobem, oszczędzimy dzieciom tego niezbyt przyjemnego widoku… No, to wiecie, ja teraz pójdę po K-2 i przyprowadzę ją tutaj. A i od razu wezmę samopojazd…

— Dobry pomysł, K-1. To idź już — rzekł Chwatko, siadając na ziemi z zamiarem spokojnego czekania. Ale zaraz sobie coś przypomniał i zawrócił K-1 z drogi. — Tylko powiedz dzieciom, że u nas wszystko w porządku, żeby się nie martwiły, tylko spokojnie na nas czekały. Aha, i powiedz im też, żeby pod żadnym pozorem nie ruszały się z miejsca dopóki my nie wrócimy. A mówiąc o tym, szczególnie i znacząco popatrz na Gagata, bo martwię się, że ten gagatek może się rwać za nami… Och, i jeszcze jedno. Niech zdejmą z samopojazdu koszyczek z jaszczurkami… No, to idź już.

Po chwili K-1, prowadząc samopojazd i K-2, zjawił się z powrotem w krzewach przy Chwatku i Gryziu.

— Hej, chłopaki — powiedziała szeptem K-2. — K-1 już mi wszystko powiedział, co chcecie zrobić. I trochę się martwię o was, bo przypominam sobie jak mi K-1 opowiadał w domu, że to nie jest miłe uczucie… takie nadymanie się do roli nam nie przynależnej. No ale jak tak postanowiliście, to widocznie wiecie, co robicie. Nie pozostało mi więc nic innego, jak tylko życzyć wam jak najmniej przykrych odczuć i powodzenia w rozpracowaniu wielkich chłopców, z pożytkiem dla kochanej Basiurki. To taka milutka dziewczynka, że naprawdę zasługuje na to, by jej pomóc, za wszelką nawet cenę… Słyszeliśmy całą waszą akcję pod drzewem z tymi niedobrymi wielkimi chłopakami. Ubawiliśmy się bardzo, zwłaszcza z tego tchórza Rafalskiego. No bo Bronka, to nam trochę szkoda, ale wszystko jedno, nauczkę też musi dostać. Ale proszę was, w swoim imieniu, no i wszystkich pozostałych, a zwłaszcza Basiurki, aby ta kara dla Bronka nie była aż taka surowa. Bo tak jak Basiurka mówi, on był wcześniej bardzo dobrym chłopcem. Zresztą, z tego co Bronek mówił, i jak mówił, to też da się wyczuć, że Basiurka ma rację… Aż nam było szkoda, że przerwaliście waszą akcję pod drzewem, zostawiając ich tam samych, bo potem to już nic nie słyszeliśmy. A i wy sami, tak żeście się uciszyli w tych zaroślach, że nic nie mogliśmy zrozumieć o czym mówiliście. Ale jak się teraz okazuje, to i dobrze, że dzieci nic nie słyszały, bo mogłyby być naprawdę przerażone… Aha, żebym nie zapomniała przekazać wam tego, co Gagatek powiedział. Otóż on powiedział, że jeśli potrzebujecie pomocy, to on natychmiast gotowy jest wam pomóc, bo aż ręce mu `świerzbią`… nie wiem, co to słowo znaczy, żeby Rafalskiemu zrobić na głowie jakiś `ondul`… też nie wiem, co to słowo znaczy, ale przekazałam wam dokładnie, tak jak Gagatek powiedział. No, to już mam to z głów… Teraz wy gadajcie. I co dalej?

— Ufff! Skończyłaś nareszcie? Jak to dobrze — powiedział K-1 z nieukrywaną ulgą w głosie, ale przyciągnął K-2 do siebie i z uśmiechem na dolnej twarzy wycelował jej buziaka w górne czółko. — Wiecie, chłopaki, bo moja siostrzyczka to tak jak… jak ten potok Śmieszalskich… No, już dobrze K-2, nie rób takiej miny, bo i tak ciebie kocham… Ale już do rzeczy. Słuchaj, K-2, pamiętasz, że działanie ludokompresora wystarcza tylko na trzy godziny, więc gdyby zaistniały jakieś nieprzewidziane sytuacje i potrzebowalibyśmy twojej pomocy, to ja ci o tym dam znać radartonem. Ale nie będę z tobą rozmawiał, bo na to może nie być czasu, albo nawet możliwości. Puszczę ci tylko sygnał i ty musiałabyś wtedy przybiec w to miejsce do sapopojazdu, nie mówiąc oczywiście o niczym dzieciom, no, zwłaszcza prawdy, i nacisnąć tylko ten zielony przycisk ukryty pod tablicą rozdzielczą ludokompresora. No co? Zrozumiałaś? To dobrze. Pamiętaj, ten zielony, o, tutaj… i niech cię Luna broni dotykać tego żółtego. Zapamiętasz? No, to kamień z serca, kochana siostrzyczko. Siedźcie tam wszyscy cichutko i uważajcie na siebie. I jakby coś… to wiesz, daj znać radartonem, to my zaraz będziemy... A teraz zmykaj…

— Jeszcze momencik — szepnął Chwatko. — Proszę cię K-2… a nie, nic już… Życz nam tylko powodzenia. No i do zobaczenia...


cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×