Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - Ród Gołowliowych rozdz. VI - Na wymarciu/10
Tekst 208 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-07-01
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń81

W swych fantazjach teraz mścił się na tych współpracownikach z departamentu, którzy wyprzedzili go w karierze i tak rozjątrzyli jego miłość własną, że w końcu zmuszono go, by podał się do dymisji; mścił się na rówieśnikach ze szkoły, którzy wykorzystywali swą przewagę fizyczną, aby mu dokuczać i jak parszywego psa prześladować; odgrywał się na sąsiadach z okolicznych majątków, którzy dawali odpór jego roszczeniom i bronili swych praw; mścił się na służących, którzy odezwali się nie tak lub po prostu nie okazali należytego szacunku; odgrywał się na nieboszczce mamuni za to, że przesadziła z wydatkami na rzecz urządzenia dworku w Pogoriełce i przepuściła na to wiele pieniędzy, które według *wszelkich praw* należały się jemu; mścił się na braciszku Stiopce-obiboku, bo to on właśnie przezwał go Judaszkiem; mścił się na cioteczce Warwarze Michajłownej, że w tym czasie, kiedy nikt już tego nie oczekiwał, raptem narodziła dzieci *ni z pana, ni z plebana*, w rezultacie czego wioseczka Goriuszkino na zawsze wyślizgnęła się z rąk rodziny Gołowliowych. Mścił się na żywych i umarłych.


Tak fantazjując, niepostrzeżenie dochodził do stanu bliskiego upojenia; ziemia znikała spod jego stóp, na ramionach jakby wyrastały skrzydła. Oczy błyszczały, wargi trzęsły się i pokrywały pianą, twarz bladła i nabierała złowieszczego wyrazu. I w miarę jak rosła fantazja, cała przestrzeń wokół niego zaludniała się zjawami, z którymi brał się dzisiaj za bary.


Byt jego dosięgnął takiej pełni i niezależności, że niczego więcej nie mógł już pragnąć. Cały świat leżał u jego nóg, rzecz jasna, ten niewymyślny prosty świat, dostępny jego horyzontom. Każdy najzwyklejszy nawet motyw mógł być w nieskończoność konfigurowany i przez niego na wszelkie sposoby obracany, za każdego mógł po kilka razy zabierać się wciąż od nowa, przerabiając wszystko wedle kolejnego nowego zamysłu. Była to swego rodzaju ekstaza, jasnowidzenie podobne temu, jakie ma miejsce na seansach spirytystycznych. Niczym nie ograniczana wyobraźnia w wyniku nieustannego pobudzenia sił psychicznych przetwarza się wówczas w realność prawie namacalną. Jest to nie wiara, nie jawa, a właśnie rozpasanie umysłu, rodzaj halucynacji, uniesienie. Ludzie wtedy przestają być ludźmi, ich twarze wykrzywia grymas, oczy płoną, język niesie to, co dyktuje podświadomość, ciało wykonuje mimowiedne, niekontrolowane ruchy.


Porfiry Władimirycz był szczęśliwy. Szczelnie zamykał okna i drzwi, żeby nic nie słyszeć, opuszczał zasłony, żeby niczego nie widzieć. Wszelkie czynności życiowe, które wprost nie dotyczyły jego fantazji, wykonywał na chybcika, nieledwie ze wstrętem. Kiedy pijaniuteńki Prochor dobijał się do jego drzwi, meldując, że podano do stołu, niecierpliwie wbiegał do jadalni, na przekór wszelkim poprzednim przyzwyczajeniom śpiesznie zjadał swoje trzy dania i ponownie skrywał w gabinecie. Nawet w jego kontaktach z  żywymi pojawiło się coś w części niepewnego, w części głupio-kpiarskiego, jakby zarazem i szukał - i bał się zwady. Rano śpieszył się wstać możliwie najwcześniej, aby natychmiast przystąpić *do pracy*. Czas modlitw radykalnie skrócił; słowa pacierza wymawiał bezwiednie, nie wnikając w ich sens; znaki krzyża i wznoszenie rąk czynił machinalnie, zamazując gesty. Wyobrażenie piekła i jego mąk za karę wyraźnie go opuściło.


A tymczasem Jewpraksiejuszka omdlewała w ogniu cielesnych żądz. Miotając się w niezdecydowaniu między Ignatem z kantoru a kuczerem Archipuszką i jednocześnie strzelając oczyma za krasnolicym cieślą Iliuszą - tym, co to z całym artelem wynajął się do zwożenia towarów do pańskich piwnic - całkiem nie wiedziała, co się dzieje we dworze. Myślała, że pan gra jakąś *nową komedyję*, i niemało wesołych słów padło na ten temat w kompanii malutkich duszyczek - dworowych ludzi, którzy wreszcie poczuli się bezkarni.


Lecz raz jakoś przypadkiem zaszła do jadalni w porze, kiedy Judaszek pośpiesznie dojadał swój kawałek pieczonej gęsi, i nagle zrobiło się jej wprost strasznie.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×