Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - rozdz. VII Bilans - i wypłata/2
Tekst 216 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-07-09
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń71

To jasne, że przyjezdna należała do tych osób, które jako *bliskie* nie dają żadnego powodu, by wątpić o ich prawie do przyjmowania i goszczenia. Jakich to on ma bliskich? Zaraz, zaraz... Zaczął sobie przypominać, lecz pamięć jakoś dziwnie tępo służyła. Miał syna Wołodźkę i syna Piet`kę, była też mamunia, Arina Pietrowna... dawno, ach, jak dawno temu! No, przecież! Oczywiście, że tak! w Goriuszkinie od tamtej jesieni Nadźka Gałkina zamieszkała, córka nieboszczki Warwary Michajłowny - czyżby to była ona? Ależ nie, ta to już dwakroć próbowała wedrzeć się do gołowliowskiej świątyni pogan, ale obeszła się figą! *- Nie odważy się! nie ośmieli!* - powtarzał Judaszek, na samą myśl o możliwości przyjazdu Gałkiny wpadając w święte oburzenie. Lecz wobec tego któżby to mógł być?


Kiedy tak sobie z mozołem przypominał, do jego gabinetu ostrożnie podeszła Jewpraksiejuszka i przez drzwi zaanonsowała:


- Panienka z Pogoriełki, Anna Siemionowna, przyjechała.


Rzeczywiście - była to Aniusia. Ale tak strasznie się zmieniła, że nieledwie niepodobieństwem było ją rozpoznać. W Gołowliowie zjawiła się tym razem już nie ta hoża, stanowcza i kipiąca młodością dziewczyna z piękną rumianą twarzą, szarymi, nieco wypukłymi oczyma, z wysoką piersią i z ciężkim popielatym warkoczem na dumnej głowie, co to przyjechała tutaj zaraz niedługo po śmierci Ariny Pietrowny, a jakaś słaba wątła istota z zapadłą piersią i wychudzonymi policzkami, z chorobliwym rumieńcem, powolnymi ruchami, istota pochyła, nieledwie zgarbiona. Nawet ten jej tak wspaniały ongiś warkocz wyglądał mizernie, i tylko oczy, w efekcie ogólnego wyniszczenia, zdawały się jeszcze większe i płonęły suchym gorączkowym blaskiem.


Jewpraksiejuszka długi czas wpatrywała się w nią jak w nieznajomą, jednak w końcu poznała, kto to.


- Panienko, to wy?? - krzyknęła, załamując ręce.

- Ja. A co?


Powiedziawszy to, Aniusia cicho zaśmiała się, jakby mówiąc: - Ano, tak to! tak mnie urządzili!


- Wujaszek zdrowy? - zapytała.

- Co tam wujaszek! tak sobie... Dobrze chociaż, że żyją, bo prawie ich nie widujemy!

- A co z nim?

- Tak jakoś... z nudów pownie tak im się porobiło...

- Czyżby to przestał wreszcie bić tę swoją pianę?

- Teraz, panienko, milczą. Zawsze tyle gadali, a tu ni przypiął - wzięli i zamilkli. Czasem ino słychać, jak coś do siebie mówią w gabinecie i nawet jakby się śmieją, a jak wyjdą na pokoje - znowuj cisza. Dworowi powiadają, że z nieboszczykiem ichnim braciszkiem, Stiepanem Władimiryczem, tak samo było... Zawsze tacy weseli - a tu masz! zamilkli. Ale wy, panienko, abyście nie chorzy?


Aniusia tylko ręką machnęła.


- A siostrzyczka jak tam, zdrowa?

- Już miesiąc jak w Kriecietowie przy głównej drodze w mogile leży.

- Bożeż ty, miłosierny! czegoż to przy drodze?!

- Wiadomo - tak jak grzebią samobójców.

- O, Jezusie Nazareński! toż to była szlachcianka - i nagle na siebie targnęła się... jakżeż to tak?! O, mateczko droga...

- Ano, tak: najpierw *była panienką*, a później otruła się - ot, i tyle. A ja stchórzyłam, żyć chciałam! do was przyjechałam! Nie na długo, nie bójcie się... ja też umrę!


Jewpraksiejuszka, cała zdruzgotana, gapiła się na nią szeroko rozwartymi, nic nie rozumiejącymi oczami.


- Co tak na mnie patrzycie? takam piękna? Ano, taka, jaka jestem... Zresztą o tym później... później... Teraz każcie zapłacić kuczera i uprzedźcie wujka.


Mówiąc to, sięgnęła z kieszeni podniszczoną portmonetkę i wyjęła z niej dwa żółciutkie papierki.*)


- A to cały mój majątek! - dodała, kaszląc i wskazując chudą walizkę, - mam tu wszystko: i dziedzictwo, i to, com zarobiła! Zmarzłam, Jewpraksiejuszko, strasznie zmarzłam! Cała jestem chora, nie ma we mnie ani jednej kosteczki zdrowej, a tu jak na złość jeszcze mrozisko... Jadę i tylko o jednym myślę: jak już do Gołowliowa dojadę, to chociaż umrę w cieple! Wódki mi bardzo trzeba... macie?

- A wy, panienko, byście lepiej malinowej herbaty wypili albo lipowej; samowar zaraz będzie.

- Nie, herbata potem, a teraz wódki by... Na razie zresztą nie powiadajcie nic wujkowi o tym... Wszystko i tak wyjdzie później samo.


........................................................


*) dwa żółciutkie papierki - banknoty dla ich łatwego odróżnienia miały - jak dzisiaj - różne barwy

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×