Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - rozdz. VII Bilans - i wypłata/19
Tekst 232 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-07-25
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń68

Dopiero teraz, kiedy już widnieje rychły jej koniec, w duszy zapłonął ssący ból, dopiero dzisiaj Aniusia naprawdę zrozumiała swoją przeszłość i zaczęła prawdziwie nienawidzieć.


Pijane rozmowy ciągnęły się daleko po północy, i gdyby nie łagodziły ich opary wódki i nieład myśli i mowy, mogłyby skończyć się czymś strasznym już na samym wstępie. Na szczęście jednak jeśli picie odkrywało przed nimi niewyczerpane źródła bólu w ich umęczonych duszach, to równoicześnie je - koiło. Im głębsza nadciągała nad nimi noc, tym chaotyczniejsze stawały się wypowiedzi i tym bezsilniejsza była w nich burza nienawiści. Pod koniec każdej popijawy nie tylko nie czuli bólu, ale i cały świat zewnętrzny umykał sprzed oczu, i zastępowało go świetliste NIC. Język coś plątał, powieki opadały, ruchy ciała kostniały. I wujek, i siostrzenica z trudem dźwigali się z miejsc i, zataczając się, chwiejnie rozchodzili się do swoich legowisk.


Samo przez się zrozumiałe, że owe nocne rozmowy nie mogły pozostać nie zauważone. Przeciwnie, ich charakter natychmiast tak jasno się określił, że nikogo nie zdziwiło, kiedy ktoś z mieszkańców sąsiednich dworów powiedział: *to jest kryminał*. Gołowliowska sadyba ostatecznie zastygła; nawet w południe nie było widać żadnego poruszenia. Państwo budzili się późno, i następnie aż do samego obiadu w akompaniamencie przekleństw rozlegał się przerażający kaszel Aniusi. Judaszek ze strachem przysłuchiwał się tym rozdzierającym dźwiękom i czuł, że i do niego także zbliża się nieszczęście, które tym razem zetrze go w proch już na zawsze.


Zewsząd, z każdego kąta tego znienawidzonego domu, zda się, wypełzały same *zmory*. Dokądkolwiek nie pójdziesz, w którą stronę się nie zwrócisz, wszędzie poruszają się szare majaki. Oto tatunio, Władimir Michajłycz, w białym kołpaku błazna, pokazujący język i cytujący sprośności Barkowa, oto braciszek Stiopka-obibok, hulaka, pijak i karciarz, a obok niego brat Paszka - milczek i alkoholik; oto nieszczęsna Liubusia, a oto ostatnie odpryski gołowliowskiego rodu: Wołodźka i Pietieńka... A nad wszystkimi tymi marami unosi się żywy majak, i jest nim nie kto inny, a on sam, Porfiry Władimirycz Gołowliow, ostatni przedstawiciel gasnącego rodu...


W końcu nieustanne jątrzenie starych blizn musiało wywrzeć jakiś swój wpływ. Zła przeszłość tak się już gruntownie wyjaśniła, że najmniejsze z nią zetknięcie wywoływało cierpienie. Naturalną tego konsekwencją była ni to zgroza, ni to przebudzenie sumienia, bardziej nawet to ostatnie niż to pierwsze. Co zaskakujace, okazywało się, że nie całkiem było ono - to sumienie - nieobecne, a jedynie gdzieś zagnane i jakby zapomniane. I w efekcie utraciło tę aktywną wrażliwość, jaka zawsze obowiązkowo o sobie każdemu z nas przypomina.


Przebudzenie takiego zdziczałego sumienia bywa jak tornado. Pozbawione wychowawczej misji i szansy naprawy, bez najmniejszego światła w przyszłości, sumienie takie nie daje chwili wytchnienia ni spokoju, nie wskazuje na możliwość odkupienia win i odnowy, a jedynie w nieskończoność i bezowocnie gryzie, gryzie, gryzie... Człowiek widzi siebie jak w kamiennym worze, bez litości wydanym na pastwę agonii skruchy - właśnie samej agonii, bez nadziei na powrót do żyjących. I żadnego innego sposobu utulenia tego jałowego jątrzącego bólu, prócz szansy, jaką daje w chwili mrocznej desperacji tłuczenie głową o kamienne ściany tego wora...


W ciągu długiego swego życia, wypełnionego niczym, Judaszek nigdy nawet w myśli nie dopuszczał takiej możliwości, żeby tuż-tuż pod jego nosem, bok o bok z jego egzystencją u kogoś z najbliższych mógł zachodzić jakiś proces umartwienia. Żył sobie po cichutku, pomalutku, donikąd nie śpiesząc i bogu wznosząc modły, i całkiem nie widział, że to z jego powodu rodziło się kilka ścian dalej czyjeś większe czy mniejsze duchowe okaleczenie.


I raptem prawda ta oświetliła jego świadomość, lecz oświetliła za późno - i na próżno - wtedy, gdy przed oczyma stał nieodwracalny, już nie do naprawienia fakt. Oto zestarzał się, zapuścił, jedną nogą stoi już w mogile, i nie ma na całym świecie nikogo, kto zbliżyłby się do niego i go *pożałował*. Czemu jest sam? dlaczego widzi obok siebie wyłącznie obojętność i nienawiść? czemu wszystko, czego by nie dotknął - wszystko zmarniało? Oto tutaj, w tym samym Gołowliowie, jeszcze niedawno było całe ludzkie gniazdo - jakżeż to nawet jednego piórka po nim nie zostało?! Ze wszystkich wypiastowanych w nim piskląt żyje jedna tylko Aniusia, lecz i ta pojawiła się tutaj tylko po to, by pastwić się nad nim i w końcu go dobić. Nawet Jewpraksiejuszka - tak prostoduszna! - i ta go także nienawidzi. Żyje tutaj we dworze, bo jej ojcu, zakrystianinowi, posyła się każdego miesiąca całe worki domowych zapasów, lecz żyje bez wątpienia go nienawidząc. Ją też, Judasz przeklęty, ciężko okaleczył, jej również potrafił odebrać światło życia, zabierając jedyne dzieciątko i porzucając je gdzieś w jakiejś bezimiennej norze.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×